Ostatni sekret Deverillów

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

– Czy naprawdę musiałeś przestraszyć tego chłopca? – spytał Barton Deverill, garbiąc się w fotelu i opierając stopy na podnóżku, jak to zazwyczaj robił od dwustu siedemdziesięciu lat. Pomimo że swobodnie mógł wędrować po zamku, Barton wybrał sobie pokój w zachodniej wieży i tylko nieliczne duchy miały odwagę tam wchodzić; większość unikała Bartona jak ognia, ponieważ nieodmiennie od trzech wieków miał zły humor.

– Ta cała Doyle tu nie przynależy – odparował ze złością jego syn Egerton. – To uzurpatorka i trzeba ją stąd wykurzyć.

– Też chciałbym, żeby sobie poszła, ale straszenie małego chłopca to nie najlepsza metoda.

– On jest koszmarny – parsknął Egerton. Podszedł do okna i wyjrzał na trawnik, na którym drobinki lodu mieniły się w słońcu. Ale Egerton nie należał do ludzi wrażliwych na piękno natury. Jego serce skamieniało dawno temu i lata przebywania w zaświatach tego nie zmieniły. – Rzuca kijami w ptaki, obrywa nóżki pająkom i kopie psy.

– Ty robiłeś o wiele gorsze rzeczy, gdy byłeś chłopcem – przypomniał mu Barton.

– I popatrz, jakim człowiekiem się stałem! – Uśmiechnął się ponuro do ojca.

– Zapłaciłeś za swoje grzechy – skonstatował Barton. – A ja zapłaciłem za moje.

– Gdy się stąd wydostaniemy, wątpię, żebym znalazł się w tym samym miejscu co ty. Za życia nigdy nie traktowałem nikogo uprzejmie i z szacunkiem.

– Uwierz mi, synu, jakkolwiek źle byś postąpił, ja postąpiłem jeszcze gorzej.

– To nie może być prawda, ojcze.

Barton wpatrywał się w Egertona, a kąciki jego ust opadły z goryczą.

– Nie znasz nawet połowy moich grzechów.

– A więc mi o nich opowiedz.

– Jeśli przez ponad dwa wieki trzymałem język za zębami, trudno, żebym teraz go rozpuścił.

Egerton znów spojrzał na ogród.

– Ten zamek należy do Deverillów, a nie do Doyle’ów lub kogoś podobnego.

– Oczywiście, że tak. Ale straszenie dziecka nie przywróci go Deverillom.

Adeline Deverill wsunęła się do pokoju, a za nią jej mąż Hubert, za życia pełen humoru i radości, ale teraz ponurak, stale użalający się nad sobą.

– Chyba nie rozprawiacie ciągle o Bridie Doyle? – spytała Adeline, załamując ręce. – Nie ma sensu rozwodzić się nad tą nieprzyjemną sprawą. Trzeba zaakceptować rzeczy, których nie można zmienić.

– Łatwo ci mówić, Adeline. Ty możesz przebywać, gdzie chcesz – zauważył Barton.

– Ale zdecydowałam się pozostać tutaj, z wami. Wielkie nieba, co ja sobie myślałam? Mogłam poszybować do góry ku światłu! Ale nie, uznałam, że zabawniej jest tu, na dole słuchać waszych utyskiwań na los.

– Gdyby to był twój los, narzekałabyś bardziej niż my, ośmielam się stwierdzić – dodał.

– Musicie zaakceptować rzeczy, których nie możecie zmienić – powtórzyła, kręcąc się po pokoju, w którym spędziła ostatnie lata życia. Ekstrawagancka przebudowa nie objęła zachodniej wieży, która nadal zachowała swój oryginalny urok.

– Egertonowi się wydaje, że coś zmieni, strasząc dziecko – burknął Barton.

Adeline z dezaprobatą pokręciła głową.

– Niezbyt uprzejmie z twojej strony, Egerton.

– Uprzejmością ich się nie pozbędziemy.

– A jeśli się ich pozbędziesz, jak myślisz, kto przyjdzie na ich miejsce? – spytała.

Egerton nie lubił, gdy podważano jego zdanie, a szczególnie gdy robiły to kobiety. Na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia.

– Wasze uwolnienie leży w rękach O’Learych, a nie zanosi się na to, by ktoś z nich miał środki na kupno Castle Deverill – ciągnęła Adeline. – Być może córka O’Learych poślubi tego Leopolda... – zasugerowała rozsądnie.

– Jeśli będzie tak się zachowywał, żadna nie zechce go poślubić – ocenił Barton.

– Kobiety są głupie – wtrącił z pogardą Egerton. – Wiele z nich chętnie poślubiłoby pana na zamku, nawet jeśli byłby tyranem i draniem.

– Ty powinieneś najlepiej to wiedzieć – powiedział Barton.

Egerton uśmiechnął się złośliwie.

– Moja żona była najgłupsza ze wszystkich!

Hubert opadł na fotel naprzeciwko Bartona i splótł ręce na brzuchu.

– Spójrzmy prawdzie w oczy, nigdy się stąd nie wydostaniemy – rzekł ponuro.

– Kochanie, to niepodobne do ciebie być takim pesymistą. – Adeline usiłowała wyciągnąć męża z depresji. – Zawsze byłeś taki radosny i pełen werwy!

– Za życia, Adeline. Ale stan połowicznej śmierci jest bardzo frustrujący, a z tego, co widzę, wieczny! Jakie mamy szanse, że jakiś O’Leary tu kiedykolwiek zamieszka, gdy zamek wpadł w łapy tej pokojówki! Jak, u diabła, do tego doszło? Za naszych czasów każdy wiedział, gdzie jest jego miejsce. I był szczęśliwy, że tam pozostaje. Ambicje tej kobiety przekraczają wszelkie wyobrażenie!

– Poślubiła bardzo bogatego hrabiego, mój drogi – powiedziała Adeline, kucając przy jego fotelu i przykrywając jego dłoń swoją.

– Ona go nie utrzyma – stwierdził Egerton. – Są tu zaledwie od tygodnia, a on już zbałamucił jedną z pokojówek.

– Też mi nowina, Egertonie! – odparowała Adeline. – Jestem pewna, że nie zachowywałeś się o wiele lepiej, gdy byłeś panem tego zamku.

Egerton uznał to za komplement i uśmiechnął się zawadiacko.

– Miałem prawo zabawiać się ze służącymi. Byłyby rozczarowane, gdybym tego zaniechał.

– Ludzka natura pozostaje niezmienna – zadumała się Adeline. – Mody przychodzą i odchodzą, ale ludzka natura pozostaje taka sama. Pod powłoką cywilizacji ciągle jesteśmy bliżsi królestwa zwierząt, niż zdajemy sobie z tego sprawę.

– Co za bzdura! – zadrwił Barton. – Powinnaś raczej skoncentrować się na wydostaniu nas stąd, niż rozważać złożoność ludzkiej natury. Zostaw to filozofom. Jeśli będę musiał spędzić następne dwieście lat w tym podłym świecie, oszaleję, a wtedy zobaczycie, jakie tu spustoszenie uczynię! Dziwne, że jeszcze tego nie zrobiłem. Niestety, nie mogę się zabić, ponieważ już jestem martwy.

– Nie wściekaj się tak, ojcze – polecił Egerton. – Nie zapominaj, że sam nas w to wpakowałeś!

– Pomimo całej siły woli nie mogę nas stąd wydobyć. Ile razy muszę ci to powtarzać? Tylko O’Leary może to zrobić, odzyskując ziemię.

Hubert zwiesił głowę i wysunął dolną wargę.

– A to jest równie prawdopodobne jak człowiek na Księżycu – rzekł.

Adeline uśmiechnęła się pobłażliwie, ponieważ jej miłość do męża była głęboka, a zarazem wyrozumiała.

– Mój drogi, jeśli pokojówka może zostać panią tak wspaniałego domu, równie dobrze może to zrobić ktoś z O’Learych.

– Człowiek na Księżycu! – powtórzył gderliwie Hubert. Marzył o jednym – nalać sobie dużą szklankę whisky. Gdyby wiedział, co go czeka po śmierci, piłby o wiele więcej za życia.

*

Odkąd Bridie wprowadziła się do zamku, Kitty pieniła się z wściekłości. To niewiarygodne, że jej przyjaciółka z dzieciństwa sprzątnęła jej sprzed nosa rodzinny dom! Nie do pomyślenia, że po tamtej kłótni przed czternastu laty, gdy Bridie przyjechała do Ballinakelly i oskarżyła Kitty o kradzież syna, grożąc, że go odbierze, Bridie wróciła ponownie i kupiła zamek. Z potrzeby zemsty, jak uznała Kitty. Bridie nie mogła odzyskać syna, ale mogła mieć wszystko inne. Chciała wziąć odwet na Kitty, która w przeszłości zawsze górowała nad swoją biedniejszą przyjaciółką. Czy Bridie zapomniała o więzi, która je kiedyś łączyła? O latach, gdy bawiły się razem jak równe sobie, o radościach, które dzieliły, gdy Bridie była jej pokojówką? Cóż, ich przyjaźń legła w gruzach. Żadne pieniądze nie mogły jej odbudować. JP stał pomiędzy nimi jak niebotyczny mur. Obydwie miały do niego prawo, ale to Kitty go wychowała; uważała, że zrobiła to, co najlepsze dla swej przyjaciółki. Bridie nic nie mogła poradzić na taki obrót spraw.

Co za bałagan! JP nie miał pojęcia, że Bridie jest jego matką, a ta nie mogła mu o tym powiedzieć. Wierzył, że jego zmarła matka miała na imię Mary, ponieważ Kitty z Bertiem uzgodnili taką wersję. Prawda nie może wyjść na jaw. Nigdy! A teraz Bridie zamieszkała zaledwie kilka kilometrów stąd!

Ojciec zapewniał Kitty, że utrzymanie JP z dala od Bridie nie będzie trudne. Nie spotkają się na gruncie towarzyskim, twierdził. A w niedzielę chodzili do innych kościołów. Na ulicy będą się mijać jak nieznajomi. Zresztą JP wkrótce wyjeżdża do Dublina na studia w Trinity College. Bertie po powrocie z Dublina opowiadał, że JP zakochał się w dziewczynie, którą poznał w herbaciarni Shelbourne. To były dobre wiadomości. Im szybciej JP opuści Ballinakelly, tym lepiej. Nie o to chodziło, że chciała, by wyjechał, ale był już mężczyzną, a to naturalne, że dorosły człowiek odnajduje własną drogę w świecie. Przetrzymała go w domu, podczas gdy chłopcy w jego wieku zwykle byli wysyłani do Anglii. (Częściowo stało się tak dlatego, że nie mieli pieniędzy, by go kształcić w Eton, ale również dlatego, że mąż Kitty, Robert – jej ekskorepetytor – był naprawdę dobrym nauczycielem). Nadszedł czas, by pozwolić mu odejść.

JP stale rozmyślał o nowo poznanej dziewczynie. Kitty zauważyła jego błędny wzrok i rozmarzenie, gdy chodził niespokojnie wokół domu. Wreszcie wskoczył na konia i pogalopował na wzgórza. Pamiętała, że tak samo robiła; często jej podniecenie czy gniew mógł ukoić tylko wiatr we włosach i stukot kopyt. Obserwując JP, widziała siebie nie tylko w jego rudych włosach i samowolnej naturze, ale również w namiętnym sercu. Był Deverillem. Bez znaczenia, że miał w sobie również geny Doyle’ów. Był już dorosłym człowiekiem i to ona go ukształtowała. Zresztą według Kitty w niczym nie przypominał Doyle’ów.

Kitty często myślała o Michaelu Doyle’u. Wspomnienie gwałtu na farmie, gdy napędzana gniewem zostawiła płonący zamek i pojechała, żeby stanąć z Michaelem twarzą w twarz i oskarżyć go o podpalenie, on zaś w odwecie oskarżył jej ojca o gwałt na Bridie, a potem wyrządził jej taką samą krzywdę, były teraz tak odległe, jakby odnosiły się do innego życia. Nie obawiała się już przypadkowego z nim spotkania. Już nie oblewała się potem z przerażenia, chodząc po mieście. Gdy go spotykała, co było nieuchronne, po prostu odwracała wzrok, unosiła wysoko głowę i przechodziła na drugą stronę ulicy. Nigdy mu nie wybaczy i nigdy nie uzna go za wuja JP. Dla niej Michael nie istniał. Nawet zdołała zapanować nad swoimi koszmarnymi snami. Uznała gwałt za część swej przeszłości i pogrzebała to wspomnienie, tak samo jak miłość do Jacka O’Leary’ego. Obu mężczyzn zepchnęła w zakurzony kąt duszy; jeden był ciemną postacią, drugi jasną, ale obaj kiedyś przysporzyli jej ogromnego cierpienia.

 

Życie Kitty toczyło się dalej. Jej córka Florence miała teraz dwanaście lat. Była podobna do ojca: pilna, miła i pogodna. W przeciwieństwie do JP przejawiała niewiele cech charakterystycznych dla Deverillów; nie miała też swoistego szóstego zmysłu, który Kitty odziedziczyła po babci Adeline. Kitty ogromnie ją kochała. Wychowanie JP i Florence oraz bycie dobrą żoną dla Roberta stało się celem jej życia. Gdy już podjęła tę dramatyczną decyzję i pozostała w Irlandii z Robertem, a Jack wyjechał do Ameryki sam, wreszcie odnalazła spokój, czego nigdy by się nie spodziewała.

Jack O’Leary był od zawsze jej wielką miłością. W dzieciństwie bawili się razem w lesie i nad rzeką, polowali na żaby, chrząszcze i dżdżownice, podglądali borsuki, króliki i myszy. Potem jako nastolatkowie razem przemierzali konno wzgórza, a gdy płonące słońce tonęło w morzu, w Magicznym Kręgu wzniesionym wysoko na szczycie klifu z ogromnych głazów, rozprawiali o swoich nadziejach i marzeniach o niepodległej Irlandii. Tam Jack pocałował ją po raz pierwszy. W chwili gdy ich usta się spotkały, Kitty zrozumiała, że nigdy nie zazna wspanialszej miłości do mężczyzny. Jej miłość do Roberta była innego rodzaju. Choć głęboka i czuła, jakże mogła rywalizować z uczuciem do Jacka, z którym dorastała i który był częścią jej życia?

Lata walki o niepodległość, miłość do ojczyzny, ryzyko i niebezpieczeństwa, na jakie się narażali, połączyły ich nierozerwalnym węzłem. Chociaż Kitty porzuciła marzenie o wspólnym życiu z Jackiem, miłość do niego zagnieździła się głęboko w jej sercu. Teraz starała się ją ignorować i uodpornić na ból. Z czasem jej się to udało.

Kitty rzadko widywała matkę, do której nie żywiła uczucia, oraz swą starszą siostrę Victorię, hrabinę Elmrod. Maud była chłodną pięknością z niebieskimi kocimi oczami, alabastrową skórą oraz włosami w kolorze jasnoblond obciętymi na prostego boba, który podkreślał wyraźną linię jej szczęki. Nigdy nie poprosiła Bertiego o rozwód, ale jak na kobietę tak wyczuloną na opinię innych opuszczenie męża było posunięciem niezwykłym. Jej piękna i utytułowana najstarsza córka Victoria również mieszkała w Londynie, lecz miała tę przewagę nad matką, że posiadała ogromną posiadłość w Kent, gdzie wyjeżdżała, gdy londyński sezon się kończył. Jej mąż był najnudniejszym mężczyzną w Anglii, ale jednocześnie jednym z najbogatszych, co dla Victorii przedstawiało większą wartość niż charakter. Tolerowała go w zamian za życie, o jakim zawsze marzyła dla niej matka.

Znacznie cieplejsze stosunki utrzymywała Kitty ze swoją drugą siostrą. Natura poskąpiła Elspeth urody, ale za to obdarzyła ją łagodnym, ustępliwym charakterem. Elspeth zaskoczyła wszystkich, gdy wbrew towarzyskim ambicjom matki poślubiła Petera MacCartaina, Anglo-Irlandczyka bez tytułu i majątku, i zamieszkała w jego zimnym, nieprzytulnym zamku, położonym niedaleko Castle Deverill. Elspeth, choć bez pieniędzy, ale szczęśliwa, matka trójki dzieci niewiele starszych od Florence, stała się niebawem najlepszą przyjaciółką Kitty – lojalną, pogodną i spokojną towarzyszką. Takiej przyjaciółki Kitty potrzebowała po latach dramatów i miłosnego zawodu.

Był jasny lutowy poranek, gdy Kitty i Elspeth jechały do Ballinakelly. Mewy kołowały po niebieskim niebie, a słońcu udało się już stopić lód, chociaż zalegał jeszcze tu i ówdzie w zacienionych miejscach i na wierzchołkach wzgórz, gdzie powietrze było chłodniejsze. Przygnębioną Kitty, która nie mogła przeboleć, że Bridie podstępnie kupiła Castle Deverill, Elspeth namówiła na przejażdżkę do miasta, by rozejrzeć się po sklepach. Nowa modystka z Dublina otworzyła małe atelier przy głównej ulicy. Laurel i Hazel, cioteczne babcie sióstr Deverill, czule nazywane Krzaczkami, prezentowały jej kreacje podczas niedzielnych nabożeństw. Wszyscy je podziwiali. Skandal, który wywołały dwie starsze panie, zapraszając lorda Hunta, ojca Grace Rowan-Hampton, żeby z nimi zamieszkał w szokującym ménage ŕ trois, nie ucichł wraz z upływem lat; mieszkańcy Ballinakelly ciągle plotkowali, zastanawiając się, jak, na Boga, ten układ funkcjonuje. Kitty i Elspeth również plotkowały, chociaż były mniej zszokowane. W ich rodzinie trójkąty małżeńskie nie były czymś szczególnie oryginalnym.

– Przepraszam, że ciągle o tym mówię, ale jestem zdruzgotana – powiedziała Kitty, gdy jechały do miasta małym austinem Elspeth. – Nie mogę odżałować, że Celia sprzedała zamek. Chciałabym, żeby nadal należał do naszej rodziny. Ale straciliśmy go, a ja nie mogę tego przeboleć.

– Nie ma sensu pogrążać się w żalu. Tylu rzeczy można by żałować: że załamały się rynki finansowe, że Anglia popadła w recesję, że Archie stracił majątek i popełnił samobójstwo, a kuzynka Celia została nie tylko wdową, ale biedną wdową i musiała sprzedać zamek. To ogromnie irytujące, przyznaję. Ale babcia powiedziałaby, że jeśli nic nie możesz na coś poradzić, to sobie odpuść.

– Święta prawda. Ale ja wychodzę z siebie, cała się trzęsę. – Kitty włożyła rękę w rękawiczce do ust i ją zagryzła.

– Gryziesz jak pies kość. Doprowadzisz się do szaleństwa.

Kitty nie mogła podzielić się z siostrą swoim niepokojem o JP. Oprócz Bertiego i Roberta oraz Michaela Doyle’a, który przywiózł dziecko z Dublina, i Grace, której Kitty się zwierzyła, nikt nie wiedział, że Bridie jest matką JP. Elspeth nie rozumiała, dlaczego Kitty jest tak bardzo przejęta, że Bridie teraz mieszka na drugim krańcu posiadłości. Cóż, Kitty nie zamierzała jej oświecić. Zamiast tego pomstowała więc na nienaturalny porządek rzeczy.

– Płacę jej czynsz! Wyobrażasz sobie? – kipiała ze złości. – Coś tu jest nie tak. Na litość boską, ona jest córką kucharki! To nie w porządku, żeby została panią na Castle Deverill. Zupełnie nie w porządku!

– Musisz spojrzeć na to z właściwej perspektywy, Kitty – poradziła rozsądnie i stanowczo Elspeth, ponieważ jej zdaniem Kitty reagowała przesadnie. – Nikt nie jest chory ani nie umiera. Zamek to tylko zamek. Wiem, że dla ciebie znaczy więcej, wszyscy wiemy, jak bardzo go kochasz, ale to tylko kamienna budowla. No, jesteśmy na miejscu! – zauważyła z ożywieniem. – Chodź, przymierzymy kapelusze. To ci poprawi humor.

Rozmaite kapelusze zdobiły półokrągłe okno wystawowe i piętrzyły się na półkach wraz ze szpulkami wstążek, belami materiałów, stosami koronek, cekinów i innych ozdób. Z pudełek ustawionych na kontuarze wystawały ptasie pióra, a poniżej w gablocie za szkłem mieniły się kusząco broszki i inne błyskotki. Pudła na kapelusze, ustawione starannie jedne na drugich, wyrastały niczym wieże pod ścianami. Kitty patrzyła na nie z zachwytem. Jak to dobrze, że Elspeth ją tu przyprowadziła. Prawie zapominała o kłopotach.

Na dźwięk dzwonka z zaplecza wyłoniła się kobieta. Otaksowała dużymi brązowymi oczami obie damy i nerwowo wykręciła palce, ponieważ wiedziała, kim są, i była trochę stremowana. Wszyscy znali Kitty Deverill; jej długie rude włosy i niezwykła uroda były trudne do przeoczenia. Modystka słyszała o Kitty Deverill, jeszcze zanim wzięła ślub i przeprowadziła się do Ballinakelly.

– Dzień dobry – powiedziała uprzejmie ze śpiewnym irlandzkim akcentem, uśmiechając się nieznacznie, ponieważ wstydziła się swoich krzywych zębów.

– Dzień dobry – odpowiedziała radośnie Elspeth. – Cóż za piękny salon!

– Och, zbyt wielkie słowa na określenie mojego skromnego sklepu.

– Ależ to prawdziwy salon. Czyż ci nie mówiłam, Kitty? Wkrótce całe hrabstwo Cork będzie nosić pani modele. Spójrz choćby na ten! Czyż nie jest śliczny?

– Zechce pani przymierzyć? – spytała modystka.

– Tak, chętnie. – Elspeth przyglądała się, jak kobieta zdejmuje kapelusz ze stojaka.

– Zechce pani usiąść przed lustrem. Pomogę pani.

Elspeth usiadła, a modystka zamieniła jej kapelusz na bardzo wytworny w kolorze śliwkowym z kontrastującą kolorystycznie niebiesko-zieloną wstążką, który przykrywał jej szarobrązowe włosy.

– Ten model nazywa się Florentine – wyjaśniła. – Nosi się go nasunięty na czoło.

– Bardzo zalotny kapelusik – oceniła z podziwem Kitty, przechylając głowę na bok. – Do twarzy ci w tym kolorze.

– Och, ogromnie mi się podoba – rzekła z entuzjazmem Elspeth.

– Mogę zrobić go dla pani w każdym kolorze. Może pani wybrać wstążkę.

Kitty podeszła do półek, żeby przyjrzeć się materiałom i ozdobom, podczas gdy Elspeth przymierzała inny model z szerszym rondem. Kitty wyciągała rolki wstążek i przykładała je do różnych filców.

– Mnie podoba się ten zielony – zwróciła się do modystki. – Moja karnacja narzuca pewne ograniczenia.

– Nic podobnego! Ma pani tak wspaniałą karnację, że nawet w szkarłacie wyglądałaby pani twarzowo.

– Wielkie nieba! Nie sądzi pani, że ten kolor gryzłby się z moim kolorytem?

– Wcale nie. Myślę, że wyglądałaby pani prowokująco.

Gdy Kitty zajęła miejsce Elspeth przed lustrem, z zaplecza wychynęła druga kobieta. Była ładna, miała jasną irlandzką skórę obsypaną piegami oraz długie wijące się włosy w kolorze wysuszonego słońcem siana. Na widok Kitty i Elspeth uśmiechnęła się przyjacielsko, co było rzadkością u nieznajomych.

– Dzień dobry – przywitała się z silnym amerykańskim akcentem.

– Dzień dobry – odpowiedziała Kitty, marszcząc brwi. Nigdy przedtem nie widziała tej kobiety, a jej akcent natychmiast wzbudził zainteresowanie.

– Proszę mi wybaczyć – powiedziała modystka przepraszającym tonem. – Odprowadzę tylko panią O’Leary.

Kitty zesztywniała.

– Panią O’Leary? – wymamrotała, zapominając o zaczerpnięciu powietrza.

– Tak, mam na imię Emer. Jestem nową mieszkanką Ballinakelly. Dopiero co przyjechaliśmy z mężem z Ameryki.

Chociaż Kitty siedziała, czuła, jak krew spływa jej do stóp.

– A który z O’Learych jest pani mężem? – spytała, chociaż dobrze przeczuwała odpowiedź. Poznała ją po przyspieszonym biciu serca i pulsowaniu w skroniach. Poznała ją po uszczęśliwionym uśmiechu na twarzy tej kobiety i po tym, że nagle ją samą ogarnęła wściekła zazdrość, jakby czyjaś ręka chwyciła jej serce.

– Jack O’Leary – odparła zagadnięta, nie zauważając ani bladości Kitty, ani jej udręczonego spojrzenia, które pogłębiło cienie wokół oczu. – Może panie go pamiętają? Był tu weterynarzem, zanim wyjechał do Ameryki.

– Owszem, pamiętamy go – wtrąciła Elspeth. – Nazywam się MacCartain, a to moja siostra, pani Trench.

– Miło panie poznać – ucieszyła się Emer O’Leary. – Zamówiłam kapelusz w najpiękniejszym odcieniu niebieskiego. Loretta O’Leary jest powinowatą mojego męża. – Posłała modystce szeroki uśmiech. – Poślubiła jego kuzyna Séamusa. – Spojrzała na ulicę. – Ach, jest mój mąż! Lepiej już pójdę, bo będzie zniecierpliwiony. Nie przepada za zakupami. – Podziękowała kuzynce i wyszła ze sklepu. Mały dzwoneczek zadźwięczał, gdy drzwi otworzyły się, a potem znów zamknęły.

– A więc poślubiła pani Seamusa O’Leary’ego? – zwróciła się Elspeth do modystki.

Podczas gdy kobiety gawędziły, Kitty wstała i wolno podeszła do okna. Popatrzyła przez szybę, cała drżąc; tak mocno ściskała kapelusz, który przymierzała, że kostki jej rąk zbielały. Za oknem, kilka metrów od niej, stał Jack. Jack O’Leary. Jej Jack! Pochylał głowę, żeby posłuchać, co mówi do niego żona, a w sposobie, w jaki ich ciała się dotykały, było coś, co rozdzierało serce Kitty.

Jack wyglądał prawie tak samo. Upływ lat był dla niego łaskawy. Włosy, chociaż w większości ukryte pod czapką, wiły mu się na karku, siwiejąc trochę na skroniach, podobnie jak broda, niezbyt gęsta, by pokryć mocną linię szczęki albo odwrócić uwagę od wystających kości policzkowych. Z wiekiem jeszcze wyprzystojniał. Nagle, jakby przypadkiem, spojrzał na nią i te oczy, tak znajome, tak dogłębnie znajome, zwarły się z jej oczami. Zaskoczony wpatrywał się w Kitty, a ona w niego przez okno wystawowe. Świat wokół nich zamarł. Kitty rozchyliła wargi i gwałtownie wciągnęła powietrze. Z bolesnym uciskiem w sercu przypomniała sobie swą miłość i ogarnęła ją rozpacz, straszliwa rozpacz wraz ze wszystkimi dramatycznymi wspomnieniami. Chwila zdawała się trwać bez końca. Lata, które ich dzieliły, zniknęły jak za czarodziejskim dotknięciem. W oczach Jacka Kitty szukała milczącego porozumienia, zawsze pomiędzy nimi istniejącego; zrozumienia bez słów dwojga ludzi, którzy znali swoje myśli, którzy byli trwale złączeni.

 

Nagle świat znów ożył. Jack oderwał od niej oczy. Objął żonę w talii i nie oglądając się za siebie, poprowadził ją ulicą. Kitty przycisnęła dłoń do piersi i zdławiła impuls, żeby się rozpłakać.

– Dobrze się czujesz? – spytała Elspeth, usiłując dojrzeć, na co siostra patrzy przez okno.

– Nagle zrobiło mi się słabo – szepnęła Kitty. – Chcę wracać do domu. – Muszę być sama, pomyślała. Chcę schować się pod kołdrą i wypłakać w poduszkę. Jack wrócił... Jack wrócił i jest żonaty! Boże, pomóż mi to znieść, bo sama nie dam rady.

Elspeth wyszła z Kitty ze sklepu. Pomogła jej wsiąść do samochodu. Kitty błądziła wzrokiem po ulicy w poszukiwaniu Jacka, bojąc się, że go zobaczy, a zarazem pragnąc jego widoku. Bolało ją całe ciało.

– O co chodzi, Kitty? – dopytywała się Elspeth.

Ale Kitty była przyzwyczajona do kłamstw i udawania – podczas wojny o niepodległość wyćwiczyła się w oszustwie – a więc uśmiechnęła się uspokajająco do siostry. Wyjaśniła, że nie jadła śniadania i pewnie dlatego osłabła.

– Wrócimy tu – stwierdziła Elspeth, dodając gazu i wyjeżdżając z miasta. – Spodobał mi się ten śliwkowy kapelusz!