Ostatni sekret Deverillów

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nawet dziś na to wspomnienie serce ściskało jej się ze strachu. Z Edith postępowano inaczej. Młodsza o sześć lat siostra Marthy była wielką radosną niespodzianką dla Pam i Larry’ego Wallace’ów. Dopiero teraz Martha zrozumiała dlaczego; sądzili, że nie mogą mieć dziecka, a co za tym idzie – Edith stała się dla nich cenniejsza niż starsza córka. Narodziny drugiego dziecka celebrowano z taką radością, jakby chodziło o ponowne przyjście Mesjasza.

Prawda była taka, że Pam Wallace chciała ukształtować Marthę na prawowitego członka rodziny Wallace’ów, podczas gdy Edith nie wymagała żadnego formowania, ponieważ naturalnie przynależała do rodziny. Dlatego inaczej się do niej odnoszono. Wszystko zaczynało do siebie pasować. Adopcja okazała się zagubionym kawałkiem układanki, jaką stanowiło dzieciństwo Marthy. Edith mogła zachowywać się bezkarnie, a Pam nie robiła nic, żeby ją zdyscyplinować lub skarcić. Dwie siostry traktowano inaczej, ponieważ były inne. Jedna była Wallace’ówną z urodzenia, a druga nie, i żadne formowanie ani karcące spojrzenia nie mogły uczynić z Marthy kogoś, kim w istocie nie była. Siedemnastoletnią dziewczynę o niewielkim doświadczeniu życiowym ten fakt przekonał, że rodzice bardziej kochali Edith. Stojąc teraz samotnie przy oknie, nabrała przeświadczenia, że w tej sprawie się nie myliła.

Martha nieustannie rozmyślała o swej prawdziwej matce, odkąd w łazienkowej szafce znalazła swoje świadectwo urodzenia. Jej matka nazywała się lady Rowan-Hampton. Martha wyobrażała sobie kobietę o łagodnych brązowych oczach, tak podobnych do jej własnych, oraz długich, wijących się, brązowych włosach. Na pewno była piękna i elegancka, jak przystało na brytyjską arystokratkę. Wyobrażała sobie, że gdy w końcu się spotkają, jej matka zaleje się łzami radości, weźmie ją w ramiona i wśród łkań wyszepcze, że teraz, gdy już się odnalazły, nigdy się nie rozstaną.

Martha się rozpłakała. Nie spodziewała się takiego przypływu emocji. Przyłożyła rękę do ust i raptownie wstrzymała oddech. Zerknęła trwożnie na łóżko. Na szczęście nie obudziła niani; starsza kobieta spokojnie spała pod kołdrą, która unosiła się i opadała w rytm jej oddechu. Martha znów popatrzyła przez okno, ale wzrok miała zamazany i zobaczyła tylko wykrzywione własne odbicie w szybie, które wpatrywało się w nią ze smutkiem. Kim jest? Skąd pochodzi? Jakie życie by wiodła, gdyby jej matka nie zostawiła jej w klasztorze? Czy kiedykolwiek się dowie? Od nadmiaru pytań rozbolała ją głowa. Poczuła się całkiem wyobcowana, bez swojego miejsca na ziemi. Tylko pani Goodwin była wobec niej szczera. Wszyscy kłamali. Martha zadrżała. W jednej chwili była młodą Amerykanką z ustosunkowanych bogatych sfer – obowiązkową, uległą i posłuszną, w następnej zaś jakąś obcą osobą, kupioną w klasztorze po drugiej stronie świata – buntowniczą, nieposłuszną i wyzywającą. Gdzie przynależy? Do kogo? W co ma wierzyć? Odnosiła wrażenie, jakby ściany, w których dorastała, rozpadły się, pozostawiając ją nagą i wrażliwą, jak żółwia bez skorupy.

Wytarła łzy i zaciągnęła zasłony. Pani Goodwin westchnęła we śnie i niczym mors na płyciźnie przewróciła swe pulchne ciało na drugi bok. Martha położyła się do łóżka i podciągnęła kołdrę pod brodę. Drżąc z zimna, zwinęła się w kłębek. Gdy zapadała w sen, to nie matka zaprzątała jej myśli ani pozostawione bez odpowiedzi pytania, które tak wysysały z niej energię, ale JP Deverill, wyłaniający się z mgły jak pełen fantazji rycerz, przybywający jej na ratunek przed narastającym poczuciem izolacji.

2 Devil (ang.) – diabeł.

Rozdział 2

JP prawie nie spał tej nocy. Był kłębkiem nerwów. Nie mógł przestać myśleć o Marcie Wallace. Wszystko w niej go fascynowało, od tajemniczej powściągliwości po jej skromny, nieśmiały uśmiech. Jak wyglądało jej życie po drugiej stronie Atlantyku? Chciałby wiedzieć o niej wszystko, od spraw codziennych i trywialnych do wielkich i ważnych. Przypadkowe spotkanie w Shelbourne było tak znaczące, jakby płyty tektoniczne pod powierzchnią ziemi przesunęły się, zmieniając sposób, w jaki postrzegał siebie i świat. Ballinakelly było dotąd centrum jego wszechświata, a teraz czuł, że z niego wyrósł. Martha pachniała zagranicznymi lądami i wyszukanymi miastami. Pragnął, by wzięła go za rękę i go po nich oprowadziła.

Zjadł śniadanie z ojcem, który zawsze wcześnie wstawał. Bertie Deverill był zajętym człowiekiem. Odkąd sprzedał Castle Deverill i oddał większość kwoty swej pozostającej z nim w separacji żonie Maud – która pospiesznie kupiła okazały dom na Belgravii i wydawała wystawne przyjęcia wraz ze swym korpulentnym, niezwykle bogatym kochankiem Arthurem Arlingtonem – zajął się nowymi sposobami pozyskania pieniędzy. Jak na razie niezbyt mu się udawało, ale Bertie był wiecznym optymistą, przekonanym, że pewnego dnia jeden z jego planów w końcu odniesie sukces. Patrząc teraz na niego, siedzącego w wielkopańskiej pozie w jadalni Shelbourne, trudno było sobie wyobrazić, że ma jakiekolwiek kłopoty finansowe.

– Rozpiera cię dziś entuzjazm, pewność siebie i czujność – rzekł do syna. – Czyżby miało to coś wspólnego z tą ładną dziewczyną, którą poznałeś wczoraj?

JP uśmiechnął się szeroko, piegi na jego nosie się rozciągnęły, a w oczach pojawił się figlarny błysk.

– Mam zamiar pokazać jej najpiękniejsze zakątki w mieście – powiedział.

– Ach, a więc posłuchałeś mojej rady?

– Tak. Zostawiłem w hotelu kwiaty wraz z liścikiem. Mam nadzieję, że spotkamy się o dziesiątej.

Bertie wyjął zegarek z kieszonki kamizelki. Musiał odsunąć go od oczu, żeby dojrzeć małe wskazówki, ponieważ psuł mu się wzrok.

– Masz jeszcze dwie godziny do zabicia.

– Wiem, i to będą najdłuższe godziny w moim życiu. – Roześmiał się znów, a Bertie pokiwał tylko głową i podniósł filiżankę do ust.

– Wydaje się, że sam całkiem niedawno tak się czułem dzięki Maud. – Upił łyk, a oczy zaszły mu mgłą. – Trudno teraz w to uwierzyć, nieprawdaż?

JP zauważył, że we wspomnienia ojca, gdy mówił o żonie, wkrada się pewien sentymentalizm. Z informacji, które zebrał JP, słuchając swych przyrodnich sióstr Kitty i Elspeth, wiedział, że Maud była nieczułą i samolubną snobką, a jej małżeństwo od lat przypominało pustynię. Maud nie wybaczyła Bertiemu, że publicznie uznał JP, nieślubnego syna, spłodzonego z jedną z pokojówek, ani sprzedaży zamku, który stanowił dziedzictwo ich syna Harry’ego. Jak burza wyjechała do Londynu, a JP domyślał się, że sprawiła tym ogromną ulgę wszystkim, a szczególnie Kitty i Elspeth. Ale ostatnio stosunek Bertiego do Maud zaczął się zmieniać. Wydawało się, że następuje ocieplenie. Topnienie dawnych urazów. Zaleczanie ran. Jej imię wkradało się w jego wypowiedzi bez dawnej zgryźliwości.

JP rzadko myślał o swej naturalnej matce. Włączał ją co dzień do wieczornej modlitwy i czasem zastanawiał się, czy jest w niebie i na niego patrzy. Ale właściwie niewiele go to obchodziło. To Kitty była dla niego matką, a jej mąż Robert wzorowym ojczymem. Uważał, że to szczęście mieć dwóch ojców. Wielu nie miało żadnego, ponieważ wielka wojna pochłonęła niemal całe pokolenie mężczyzn.

Nie żywił nostalgii ani romantycznych uczuć do przeszłości i historii swego urodzenia. Wiedział, że przyniesiono go w koszyku na próg Hunting Lodge, gdzie mieszkał jego ojciec i Kitty, wraz z listem, żeby siostra się nim zaopiekowała, ponieważ jego matka umarła. Nie ciekawiły go bliższe informacje. Nie miał kompleksów, jakie mogły mieć inne sieroty, ponieważ czuł, że Kitty kocha go jak własne dziecko. Niczego więcej nie pragnął; nie leżało to w jego naturze. Był szczęśliwym i pełnym optymizmu młodzieńcem, który żył teraźniejszością; człowiekiem, którego serce przepełniała wdzięczność.

– Spotkajmy się tutaj o wpół do szóstej – zaproponował Bertie. – Wrócimy wieczornym pociągiem do Ballinakelly. Powiedziałem Kitty, że będziemy na kolację.

Na twarzy JP odmalował się smutek.

– Miałem nadzieję, że zostaniemy w Dublinie na jeszcze jedną noc – powiedział.

Bertie pokręcił głową.

– Czy ona nie jedzie do Londynu? – spytał, mając na myśli Marthę Wallace.

– Nie wiem, kiedy zamierza...

– Zobaczymy, jak dzisiaj pójdzie, co? Może się okazać, że wcale ci się nie podoba tak bardzo, jak ci się teraz wydaje.

Ale JP był pewien, że się nie rozczaruje.

Zanim nadeszła pora wyjścia, zdążył przeczytać „Irish Timesa” od deski do deski, i to dwa razy. Nałożył kapelusz, zarzucił płaszcz na marynarkę i poprawił krawat, przeglądając się w lustrze hotelowego lobby. Na dworze było zimno i mgliście. Drzewa w St Stephen’s Green we mgle wyglądały rachitycznie i żałośnie, głodne ptaki dziobały mokrą ziemię w poszukiwaniu robaków. A jednak wśród trawy wyłaniały się już pędy przebiśniegów, gotowe zakwitnąć, gdy tylko zaświeci zimowe słońce.

JP z rękami w kieszeniach płaszcza szedł przez park, pogwizdując wesołą melodyjkę. Ale w miarę jak zbliżał się do hotelu, nerwy zaczęły brać górę. A jeśli jej nie zastanie? A jeśli nie zechce się z nim zobaczyć? Może tylko wyobraził sobie jej zainteresowanie? Ogarnęły go wątpliwości. Przestał pogwizdywać i zwolnił kroku. Czy zakładając, że odwzajemnia jego uczucia, wykazał się arogancją? Może uśmiechała się do niego tylko z uprzejmości? Może zapał go oślepił? Z westchnieniem kopnął kamyk na ścieżce. Ale zaraz z wrodzonym optymizmem doszedł do wniosku, że nie dowie się tego wszystkiego, dopóki jej nie zobaczy. Jeśli odrzuciła jego zaproszenie, wróci wieczornym pociągiem do domu, otrzymawszy cenną lekcję pokory.

W hotelu rozejrzał się po niewielkim lobby, ale dostrzegł tylko dwie starsze damy w kapeluszach i płaszczach, siedzące wyczekująco z torebkami na kolanach. Przybył trochę za wcześnie. Nic dziwnego, że nie zeszła jeszcze na dół. Byłoby niestosowne, żeby kobieta czekała na mężczyznę.

 

Stanął przy oknie, z kieszeni marynarki wyciągnął złotą cygarniczkę i otworzył ją kciukiem. Wyjął papierosa i zapalił. Czekał, starając się nie okazywać zdenerwowania.

Nagle poczuł, że atmosfera w lobby ulega zmianie. Odwrócił się. Przy recepcji, ubrana w ładną niebieską sukienkę i kapelusz, z płaszczem przerzuconym przez ramię stała Martha Wallace. JP zgasił papierosa i pospieszył ją powitać. Uśmiechnęła się na jego widok, rumieniec zabarwił jej policzki. Dobry znak! Poczuł wzajemne przyciąganie i odetchnął z ulgą.

– Tak się cieszę, że zdecydowałaś się przyjść – powiedział, zauważając, że wygląda jeszcze bardziej uroczo niż poprzedniego dnia w Shelbourne.

– Nie mogłam odmówić, gdy dostałam taki piękny bukiet róż – odparła zaskoczona, że jej głos brzmi tak spokojnie, pomimo że wewnątrz trzęsła się jak młody jelonek.

– Miło mi, że ci się spodobały – ucieszył się.

– Och, bardzo! Dziękuję.

Zza rogu wyłoniła się pani Goodwin w płaszczu, kapeluszu, z parą rękawiczek w dłoni.

– Dzień dobry, pani Goodwin – JP przywitał ją lekko rozczarowany, że opiekunka Marthy będzie im towarzyszyć. Miał nadzieję, że choć na trochę pozostawi ich samych. – Pójdziemy już? Mamy mnóstwo do zobaczenia. Pomyślałem, że zaczniemy od Trinity College, a potem obejrzymy budynek Poczty Głównej. Czy coś wiesz o irlandzkiej historii? – spytał, gdy szli w stronę drzwi.

– Nic nie wiem – przyznała Martha.

– A więc pozwól, że zostanę twoim przewodnikiem i nauczycielem – zadeklarował z wielką powagą, biorąc płaszcz od Marthy i pomagając go jej włożyć. – Ale nie martw się. Nie zrobię ci testu podczas lunchu.

JP zaproponował, że wezmą taksówkę do Trinity College, co spotkało się z wdzięcznością pani Goodwin, ponieważ poranek był wilgotny i mglisty, a ją nadal bolały nogi po wczorajszym dniu. Ale Martha, tak samo jak JP, chciała się przejść przez park. Ruszyli więc aleją pod drzewami. Starsza pani szła za nimi w stosownej odległości, mając nadzieję, że gdy dojdą do celu, usiądą na herbatę.

Wkrótce młodych opuściło zdenerwowanie i swobodnie gawędzili. On pytał ją o życie w Connecticut, ona o Ballinakelly. Nie rozmawiali o swoich rodzicach. Dla Marthy ten temat był zbyt bolesny, żeby go poruszać. JP natomiast zdążył oswoić się z myślą o nadzwyczajnych okolicznościach swego pojawienia się na świecie i uważał, że nie warto o tym wspominać.

Opowiadanie o przyjemnych sprawach z życia codziennego było wytchnieniem dla Marthy. Nie powiedziała, że ona i pani Goodwin były w pewnym sensie uciekinierkami. Przeciwnie, wyjaśniła, że jej rodzice chcieli, by zobaczyła kawałek świata, a od czego zacząć, jeśli nie od Irlandii, gdzie urodziła się jej matka, co częściowo było prawdą, ponieważ rodzina Pam Wallace, Tobinowie, pochodziła z Clonakilty.

Zanim dotarli do Trinity College, pani Goodwin zaczerwieniona na twarzy, ciężko dyszała.

– Naprawdę muszę usiąść – wysapała, zauważając na rogu małą restaurację. Ale, widząc wyraz twarzy Marthy, dodała: – Może pójdziecie dalej sami? Odpocznę sobie, a wy tymczasem obejrzycie uniwersytet. Nie martwcie się o mnie. Chętnie napiję się czegoś gorącego. Nie ma to jak filiżanka herbaty dla odzyskania energii.

JP nie zapomniał o dobrych manierach i zaprowadził ich towarzyszkę do środka, gdzie dopilnował, by dostała stolik przy oknie.

W podskokach wyszedł z restauracji. Nareszcie był sam z Marthą! Uczucie było odurzające. Martha je podzielała, śmiejąc się z jeszcze większą swobodą.

– Pani Goodwin pracowała u nas, odkąd byłam maleńkim dzieckiem – wytłumaczyła. – Jest moją nianią i przyjaciółką. Jestem jej wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobiła. Ale nie zmartwiłam się, że spacer ją trochę zmęczył. – Uśmiechnęła się szeroko, a wtedy jej piegi na nosie uwidoczniły się, tak samo jak u JP. – Czuję się skrępowana, gdy ktoś mnie obserwuje.

– Nie tylko ty – zgodził się z nią JP. – Wreszcie mogę być sobą.

Martha uniosła brwi.

– Czyli kim?

– Hultajem i rozpustnikiem! – zażartował.

Roześmiała się.

– Masz zbyt miłą aparycję, by to była prawda.

– Drań?

Pokręciła głową.

– Też nie pasuje.

– Szelma?

Roześmiała się i szła dalej. Wziął ją za rękę.

– Może romantyk?

Martha wstrzymała oddech i zastygła. Żaden mężczyzna oprócz jej ojca nigdy przedtem nie trzymał jej za rękę. Rozchyliła usta i wpatrywała się w niego przestraszona, a potem zerknęła przez ramię, obawiając się, że pani Goodwin zmieniła zdanie i jednak za nimi idzie.

Opamiętała się w okamgnieniu i wyrwała rękę. Skóra wydawała się ją palić pod rękawiczką.

– Doprawdy, JP, śmiało sobie poczynasz!

– Przepraszam, nie powinienem – wymamrotał. – Gdy byłem chłopcem, Kitty zwykła mnie besztać, kiedy za wiele sobie pozwalałem.

– Nie przepraszaj – pożałowała swoich słów; chyba zbyt ostro zareagowała. – Tak miło spędzamy czas. Nie chcę tego zepsuć. – Roześmiała się z własnej głupoty. – W końcu tylko żartowałeś.

– Nie mogę udawać, że nie chcę trzymać cię za rękę – rzekł poważnie.

– Ale ja będę udawać, że tego nie chcę. Czyż dama nie powinna się krygować?

– Owszem. Masz absolutną rację. Poczekam trochę i potem znów spróbuję.

– Może następnym razem odniesiesz większy sukces – zasugerowała z fałszywą skromnością, zdumiona faktem, że z nim flirtuje.

– Będę żyć nadzieją. – Wsunął ręce do kieszeni spodni. – A teraz pozwól, że cię oprowadzę po uniwersytecie, gdzie we wrześniu zacznę studiować.

Twarz Marthy pojaśniała z podziwu.

– Naprawdę? Będziesz studiował w tym pięknym miejscu?

– Tak – rzekł z dumą.

Gdy spacerowali wokół Trinity College, Martha zauważyła, że JP przyciąga uwagę kobiet. Młode dziewczyny zerkały na niego, spuszczały wzrok, a potem znów na niego zerkały. Panie przyglądały mu się z podziwem, niektóre nawet bezwstydnie, podczas gdy wielkie damy w futrach rzucały ukradkowe spojrzenia spod kapeluszy. Miał uroczy, figlarny uśmiech i iskrzące się szare oczy, ale to jego charyzma je przyciągała, jakby nadzwyczajnie błyszczał wśród innych. Martha czuła się dobrze w jego towarzystwie, bijące od niego światło dodawało jej pewności siebie i mogła bardziej się otworzyć. Nie krępował jej baczny wzrok matki. Jak nigdy przedtem pozwoliła sobie na swobodne zachowanie i wypowiedzi. Początkowo budziło to w niej niepokój, ponieważ wzorce zachowania miała mocno zakorzenione i rezerwa stała się jej drugą naturą. Ale JP ją rozśmieszał i rozbrajał. Czuła, że przy nim zachowuje się naturalnie.

Zanim wrócili do restauracji po panią Goodwin, gawędzili jak starzy przyjaciele. Starsza pani odzyskała siły i była gotowa wspólnie z nimi zwiedzić budynek Poczty Głównej, który stanowił centrum wydarzeń powstania wielkanocnego w tysiąc dziewięćset szesnastym roku. Panią Goodwin jednak bardziej zainteresowała rzucająca się w oczy zmiana, jaka zaszła w Marcie. Dziewczyna spędziła zaledwie godzinę w towarzystwie JP Deverilla, a już wydawała się całkowicie inną osobą. Pasowali do siebie jak nuty w harmonijnej melodii. Nie może być! – pomyślała pani Goodwin. Przybyły tu z Ameryki z konkretną misją, a teraz Martha bardzo się zdekoncentrowała. Pani Goodwin miała nadzieję, że szybko odnajdą jej matkę i Martha będzie mogła wrócić do domu Wallace’ów, którzy bez wątpienia zamartwiali się z powodu nagłego zniknięcia córki. A teraz wygląda na to, że Martha zakochała się w paniczu Deverillu! Co tu począć?

Ale gdy JP i Martha śmiali się i żartowali, jakby nadal byli sami, niania zatrzymała swe wątpliwości dla siebie. Cieszyła się, że nie jest już zatrudniona przez Wallace’ów. Pani Wallace na pewno nie zachwyciłaby się tym pączkującym romansem, pomimo że ojciec panicza Deverilla był lordem, co powinno ją nieco ułagodzić. Państwo Wallace mieliby jej za złe, że przyglądała się z boku rozwojowi tej znajomości i nie zrobiła nic, by go powstrzymać. Z drugiej zaś strony wiedziała, że Pam Wallace ostro rywalizuje ze swoimi dwiema szwagierkami, a więc gdyby Martha upolowała przyszłego lorda, jeśli chłopak rzeczywiście jest najstarszym synem, który odziedziczy tytuł, mogłoby to okazać się wielkim atutem.

Ponieważ Martha i pani Goodwin były poprzedniego dnia w herbaciarni Bewley’s, JP zaprosił je na lunch do Greshama. W przeciwieństwie do ojca nie przepadał za tym lokalem, ponieważ panowała w nim sztywna atmosfera. Wiedział wszakże, że wszystko, co tu zamówi, zostanie dopisane do rodzinnego rachunku. Pani Goodwin zrazu zamierzała ich zostawić, a sama obejrzeć asortyment w domu towarowym Brown Thomas, ale tak świetnie się bawiła, że całkiem o tym zapomniała i młodzi musieli ją włączyć do rozmowy, chociaż z pewnością woleliby rozmawiać sam na sam.

Kiedy więc pani Goodwin paplała coś bez ładu i składu, Martha i JP wymieniali ukradkiem rozbawione spojrzenia. Chociaż Martha czuła się trochę winna, że dopuściła, by jej ukochana niania stała się obiektem kpin, ceniła sobie tę milczącą konwersację z JP, bardziej przypominającą tajemne porozumienie długoletnich konspiratorów niż sfrustrowane spojrzenia dwojga ludzi, którzy dopiero się poznali. Zanim lunch się skończył, czuli się ze sobą mocno związani.

JP i Martha marzyli, żeby ten dzień się skończył. Ale niebo już pociemniało i zimny, wilgotny wiatr hulał po ulicach miasta. Żółte światło elektrycznych latarni lśniło w gęstniejącej mgle, odbijając się na chodnikach jak płynne złoto. Pani Goodwin chciała jak najszybciej wrócić do hotelu, przypominając Marcie, że muszą spakować walizki, ponieważ jutro rano wyjeżdżają do Londynu, ale Marcie nie spieszyło się, by zakończyć prawdopodobnie najcudowniejszy dzień w życiu.

– Może wróci pani taksówką, pani Goodwin, a ja wkrótce przyjadę? – zasugerowała.

– Proszę mi pozwolić zapłacić za taksówkę – wtrącił się JP, również rozczarowany, że będzie musiał wrócić do domu. – Wygląda pani na zmęczoną, a ja ręczę, że Martha o piątej będzie z powrotem w hotelu. O wpół do szóstej jestem umówiony z ojcem w Shelbourne, a więc podrzucę ją po drodze. – Uśmiechnął się najbardziej uroczym ze swych uśmiechów i dodał: – Zaopiekuję się nią, pani Goodwin. Obiecuję.

Panią Goodwin bolały nogi. Gdyby nie była tak zmęczona, może odrzuciłaby tę propozycję i pozostała z nimi do końca. Ale cóż, ledwie mogła wsiąść do taksówki. Pokładała nadzieję w Bogu, że JP jest prawdziwym dżentelmenem.

Odprowadzili auto wzrokiem, aż zniknęło za rogiem. Potem JP odwrócił się do Marthy i jego serce zalał nagły smutek. Czuł się tak, jakby miał stracić najcenniejszy skarb.

– Chcę ci coś jeszcze pokazać – powiedział.

Poprowadził ją nad rzekę Liffey, która lśniła jak czarna żmija wijąca się w oparach mgły. Przerzucony przez rzekę most dla pieszych dekorowały dwa misternie kute łuki, zwieńczone latarniami, które połyskiwały słabo we mgle. Widok był urzekający. W gardle JP utworzyła się gula na myśl, że musi się rozstać z Marthą.

– To jest Ha’penny Bridge – rzekł cicho. – Tradycyjnie rzuca się z niego monety na szczęście.

Weszli na środek i wpatrywali się w lśniącą ciemność. JP włożył rękę do kieszeni i wyciągnął dwie monety.

– Pomyśl sobie jakieś życzenie – poprosił, podając jej monetę.

Martha zmarszczyła brwi.

– A mogę dwa?

– Nie, wolno ci tylko jedno.

– Ale ja mam dwa – zaprotestowała, uśmiechając się słabo, ponieważ naprawdę miała dwa życzenia i nie potrafiła pomiędzy nimi wybrać.

– A ja mam jedno – rzekł stanowczo, rzucając swoją monetę do wody. Wytężali uszy, by usłyszeć plusk, ale niczego nie dosłyszeli. Dźwięk stłumiła mgła. JP zamknął oczy i wyraził życzenie: „Pragnę znów zobaczyć Marthę Wallace”. Gdy wypowiadał te słowa w myślach, zdał sobie sprawę, jakie mają dla niego znaczenie. – Twoja kolej – powiedział, opierając się o kutą barierkę i patrząc na Marthę z intensywnością, która sprawiła, że coś zaczęło jej trzepotać w żołądku.

– Zgoda. – Zacisnęła oczy, zastanawiając się, jak może połączyć dwa życzenia w jedno, żeby nie zostało zdyskwalifikowane. Przez chwilę mocno się koncentrowała. Wreszcie wpadła na pomysł: „Pragnę odnaleźć moją matkę i żeby ona poprowadziła mnie z powrotem do JP”.

Nadal miała zamknięte oczy, gdy ujmował jej dłoń. Otworzyła je i popatrzyła w dół na ich splecione ręce. Podniosła wzrok na JP i wpatrywali się w siebie w milczeniu. Świadomość, że wkrótce muszą się rozstać, odebrała im dech.

Niespiesznie Martha zdjęła rękawiczkę. JP zdjął swoją. Z nieśmiałym uśmiechem podała mu rękę – delikatną i ciepłą, o długich, eleganckich palcach. Gdy jej dotknął, dreszcz przeszył całe jej ciało, jakby nie ujął tylko ręki, ale całą jej istotę.

 

– Napiszę do ciebie do Ballinakelly – obiecała, porzucając ostrożność.

– Musisz jakoś dać mi znać, gdzie mogę napisać do ciebie – odpowiedział.

Nie chciała myśleć o powrocie do Ameryki. Nie chciała myśleć o niczym, co mogłoby oderwać ją od mężczyzny, który z taką łatwością wślizgnął się w jej serce. Wydawało się, jakby zawsze tam był.

– Znajdę sposób – przyrzekła.

Niechętnie schodzili z mostu, trzymając się za ręce. JP wróci do Ballinakelly wieczornym pociągiem, a Martha pojedzie do Londynu szukać matki. Ale obydwoje wiedzieli, że ich przypadkowe spotkanie w Shelbourne zmieniło wszystko.