Francuski ogrodnik

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

VII

Każda tęcza, którą widzę, przy­po­mina mi o tobie

Har­ting­ton House,

paź­dzier­nik 1979

Głos Avy Ligh­tly wyraź­nie dobie­gał z odle­głego krańca obsia­nej zio­łami grządki. Pra­wie nie­wi­doczna zza uschnię­tych łubi­nów i dużego krzewu kaliny, który pra­co­wi­cie przy­ci­nała, pod­śpie­wy­wała z entu­zja­zmem, wdy­cha­jąc świeże powie­trze poranka i co jakiś czas zer­ka­jąc na bawiące się na tra­wie psy. Miała na sobie fio­le­towe ogrod­niczki i koszulkę z krót­kim ręka­wem, dłu­gie jasne włosy upięła na czubku głowy, wty­ka­jąc ołó­wek w ciężki węzeł. Jej dło­nie były szorst­kie od pracy w ogro­dzie, paznok­cie krót­kie i poła­mane, lecz policzki pro­mie­niały zdro­wiem, a jasno­zie­lone oczy lśniły jak ską­pana w wio­sen­nym desz­czu łąka. Naj­le­piej czuła się zawsze na dwo­rze, nie­za­leż­nie od pogody, i ni­gdy nie mar­zła, cho­ciaż była smu­kła jak brzózka i nie miała na sobie ani grama tłusz­czu. Czę­sto widy­wano ją z odsło­nię­tymi ramio­nami nawet w środku zimy, kiedy wszy­scy inni wkła­dali ręka­wiczki, czapki i cie­płe kurtki. Mimo skoń­czo­nych trzy­dzie­stu sied­miu lat zacho­wała pro­mienny blask mło­do­ści, zro­dzony z wewnętrz­nego zado­wo­le­nia, które prze­świe­cało przez skórę tak wyraź­nie, jakby jej serce było minia­turką słońca. Twarz Avy była raczej atrak­cyjna niż kla­sycz­nie piękna, ponie­waż rysy miała zde­cy­do­wa­nie nie­re­gu­larne – nos tro­chę za długi i zupeł­nie pro­sty, usta duże i zmy­słowe, nie­pa­su­jące do tak drob­nej twa­rzy. Jed­nak cho­ciaż poszcze­gólne ele­menty jej twa­rzy nie były piękne, urody i uroku doda­wała im szcze­gólna wraż­li­wość i pogoda ducha. Eks­cen­tryczna natura Avy czy­niła ją fascy­nu­jącą. Nikt nie kochał jej bar­dziej niż mąż Phil­lip Ligh­tly oraz trójka ich małych dzieci, Archie, Angus i Poppy.

– Hej, Krzaczku! – zawo­łał mąż Avy, zmie­rza­jąc ku niej przez traw­nik.

Ber­nie, kudłaty ber­nar­dyn, oraz Tarquin, młody labra­dor, prze­stały prze­wra­cać się w tra­wie i pognały do Phil­lipa; wpa­dły na niego z impe­tem i pra­wie zwa­liły go z nóg. Phil­lip pokle­pał je z czu­ło­ścią i prze­go­nił krót­kim, nie­dba­łym gestem. Był pięt­na­ście lat star­szy od żony, bar­dzo wysoki, sze­roki w ramio­nach i zawsze wypro­sto­wany. Miał łagodną, przy­stojną twarz z dłu­gim nosem, wyso­kimi kośćmi policz­ko­wymi i mocną linią szczęki. Więk­szość czasu spę­dzał w gabi­ne­cie, pisząc histo­rię pro­duk­cji wina, albo zagra­nicą, odwie­dza­jąc win­nice. W prze­ci­wień­stwie do wielu pisa­rzy, nie zdra­dzał jed­nak upodo­ba­nia do samot­no­ści. Lubił polo­wa­nia, kola­cje i przy­ję­cia, cią­gnące się do wcze­snych godzin ran­nych, dys­ku­sje o histo­rii i poli­tyce przy porto i cyga­rze. W nie­dzielę po nabo­żeń­stwie z przy­jem­no­ścią roz­ma­wiał z miesz­kań­cami Har­ting­ton i zawsze zapra­szał wszyst­kich na doroczne let­nie przy­ję­cie winno-serowe. Był pogodny i powszech­nie lubiany za iro­niczne, typowo angiel­skie poczu­cie humoru, czę­sto mani­fe­stu­jące się opo­wia­da­niem dow­ci­pów, któ­rych puenty zwy­kle umy­kały słu­cha­czom. Ava zawsze się z nich śmiała, cho­ciaż sły­szała wszyst­kie po wiele razy. Z okrą­głymi oku­la­rami opar­tymi na ary­sto­kra­tycz­nym nosie, szla­chet­nymi rysami i wyso­kim czo­łem, Phil­lip Ligh­tly wyglą­dał niezwy­kle dys­tyn­go­wa­nie, kiedy zde­cy­do­wa­nym kro­kiem zmie­rzał w stronę rabatki z zio­łami.

Przy­sta­nął na chwilę, z przy­jem­no­ścią wsłu­chu­jąc się w melo­dyjny śpiew żony, a potem zawo­łał ją znowu, posłu­gu­jąc się przy­dom­kiem, który nadał jej na początku narze­czeń­stwa.

– Krzaczku, kocha­nie!

– Och, dzień dobry! – Ava wyj­rzała zza krze­wów.

We wło­sach miała liście, na policzku smugę błota. Szyb­kim ruchem wytarła nos wierz­chem dłoni.

– Nie zapo­mnia­łaś chyba o Jean-Paulu, co?

Zasko­cze­nie, jakie odma­lo­wało się na twa­rzy Avy, sta­no­wiło oczy­wi­sty dowód, że tak wła­śnie się stało. Phil­lip uśmiech­nął się wyro­zu­miale. Jego żona sły­nęła z roz­tar­gnie­nia; jej myśli znacz­nie czę­ściej krą­żyły wokół drzew i kwia­tów z uko­cha­nego ogrodu niż codzien­nego życia.

– No, wła­śnie. – Phil­lip z wes­tchnie­niem spoj­rzał na zega­rek. – Za pół godziny będzie na sta­cji!

– O, Boże, zupeł­nie zapo­mnia­łam! I nie sprząt­nę­łam domku!

– To młody chło­pak i na pewno chęt­nie prze­śpi się w śpi­wo­rze – powie­dział Phil­lip, zakła­da­jąc ramiona na piersi, ponie­waż było mu zimno. Miał na sobie kasz­mi­rowy swe­ter i sza­lik, ale drżał na całym ciele. – Słu­chaj, odbiorę go z dworca, ale póź­niej oddam w twoje ręce, Krzaczku!

– Dzię­kuję! – Ava zarzu­ciła mu ręce na szyję.

Phil­lip cof­nął się, widząc, że cała jest ubło­cona i oble­piona suchymi liśćmi, lecz jej entu­zjazm prze­zwy­cię­żył jego opór. Objął ją mocno i przy­tu­lił, uno­sząc nad zie­mię i wdy­cha­jąc zapach wil­got­nej trawy, uwię­ziony w jej wło­sach.

– Kochany jesteś! – zaśmiała się, przy­wie­ra­jąc war­gami do jego szyi.

– A ty jesteś potwor­nie zimna! Naj­chęt­niej owi­nął­bym cię w koc i napoił gorącą cze­ko­ladą!

– I to wszystko?

– Na razie tak! Muszę prze­cież jechać po two­jego cze­lad­nika!

– Czy to aby na pewno dobry pomysł? – Odsu­nęła się od niego na odle­głość wycią­gnię­tych rąk. – Wiesz, że lubię sama zaj­mo­wać się ogro­dem, a Hec­tor pomaga mi z ple­wie­niem i kosze­niem trawy, jeżeli tego potrze­buję. Nie zno­szę, kiedy ktoś patrzy mi na ręce. Hec­tor i ja naprawdę dosko­nale radzimy sobie sami.

– Prze­cież roz­ma­wia­li­śmy już o tym, zresztą teraz jest za późno, aby się wyco­fać. Robimy jego ojcu wielką uprzej­mość, ale to rzecz zupeł­nie nor­malna u absol­wen­tów Eton – wszy­scy poma­gamy sobie nawza­jem. Henri zro­bił dla mnie naprawdę dużo, a teraz ja chęt­nie mu się odwdzię­czę. Dzięki niemu wszę­dzie we Fran­cji drzwi sta­wały przede mną otwo­rem.

– No, dobrze – zgo­dziła się Ava z wes­tchnie­niem. – Ale ja nie wiem nawet, czego on się spo­dziewa.

– Jesteś bar­dzo uta­len­to­wana, Krzaczku, i Jean-Paul na pewno dużo się od cie­bie nauczy. Skoro ma odzie­dzi­czyć château, powi­nien coś wie­dzieć o zarzą­dza­niu posia­dło­ścią.

– Nie może wyna­jąć ludzi, któ­rzy zajmą się tym za niego?

– Nie w tym rzecz! Henri chce, żeby chło­pak wyje­chał z mia­sta i posie­dział tro­chę na wsi. W Paryżu robił, co mu się tylko podo­bało.

– Więc to play­boy?

– Henri nie zna nikogo innego, kogo mógłby popro­sić o pomoc, a boi się, że Jean-Paul pogubi się w życiu. Chciałby zain­spi­ro­wać go do dzia­ła­nia, do wzię­cia na sie­bie odpo­wie­dzial­no­ści za mają­tek. Pew­nego dnia chło­pak otrzyma w spadku château i win­nicę, to poważna sprawa.

– Dziwne, że pozwala, aby ojciec wysy­łał go w jakieś nie­znane miej­sce. Prze­cież nie jest już dziec­kiem!

– Nie, ale to jego ojciec ma pie­nią­dze.

– Czy to takie ważne? – Ava lekko unio­sła brwi. – Dla­czego nie uciek­nie i nie zaj­mie się tym, czym chce?

– Les Lucio­les to coś wię­cej niż prze­ciętna fran­cu­ska posia­dłość z zam­kiem! To wspa­niały mają­tek i każdy nor­malny młody czło­wiek zro­biłby wszystko, aby go nie stra­cić!

– Skoro tak mówisz. – W gło­sie Avy nie było entu­zja­zmu.

– Poza tym chłopcy będą zado­wo­leni, że ktoś młody wresz­cie wysza­leje się z nimi za wszyst­kie czasy. Ja jestem sta­rym ojcem, nie­stety…

– Dzięki mnie wciąż jesteś młody! – zapro­te­sto­wała.

– To prawda! – zaśmiał się. – Jed­nak nie bie­gam i nie bawię się z nimi od rana do wie­czora, no i nie mówię po fran­cu­sku! Dzie­ciom przyda się tro­chę nauki w domu!

Ava uśmiech­nęła się nie­pew­nie. Sama płyn­nie mówiła po fran­cu­sku, ponie­waż w wieku szes­na­stu lat wyje­chała do szkoły w Szwaj­ca­rii.

– Będę miała teraz wyrzuty sumie­nia, że nie mówi­łam do nich po fran­cu­sku od chwili, kiedy przy­szli na świat! – mruk­nęła.

– Ni­gdy tego od cie­bie nie ocze­ki­wa­łem, Krzaczku! Ocze­kuję tylko, że codzien­nie rano wsta­niesz z łóżka, reszta to nie­spo­dzianka!

Żar­to­bli­wie trzep­nęła go w ramię.

– Ty bestio!

– Dawno mnie już tak nie nazy­wa­łaś. – Poca­ło­wał ją w czoło.

– Nie mam poję­cia, o czym mówisz! – Ava oddała poca­łu­nek, wywo­łu­jąc sze­roki, pełen czu­ło­ści uśmiech na jego twa­rzy.

Przy­glą­dała się, jak wra­cał przez traw­nik do domu, tro­chę przy­gar­biony z zimna, luź­nym, nie­rów­nym kro­kiem. Nagle jej wzrok spo­czął na parze gołębi, które przy­sia­dły na ryn­nie tuż pod pochy­łym dachem, tłu­ste i zado­wo­lone. Pomy­ślała, że czuje się tak jak one. Szczę­ście jej sprzy­jało i miała wszystko, czego mogłaby pra­gnąć – kocha­ją­cego męża, troje uda­nych dzieci, naj­pięk­niej­szy dom w całej Anglii i swój uko­chany ogród. Ptaki sie­działy na dachu, podobne do lukro­wych figu­rek na sma­ko­wi­tym tor­cie.

Rozej­rzała się po ogro­dzie. Jesienna prze­miana dopiero się zaczy­nała. Ava bar­dzo lubiła ten moment. Wielka zie­lona prze­strzeń napeł­niała ją spo­ko­jem. Drzewa stały jesz­cze w peł­nej kra­sie, lecz brzegi liści powoli brą­zo­wiały, a nie­które przy­brały już piękny zło­ci­sty kolor. Ptaki wciąż śpie­wały wśród gałęzi, od czasu do czasu sły­chać było cha­rak­te­ry­styczne poka­sły­wa­nie bażanta i niskie gru­cha­nie gołębi. Ava uwiel­biała jaskółki, które wio­sną zakła­dały gniazda pod samym dachem, a wiele lat temu zasa­dziła w pobliżu domu dużo krze­wów, aby inne ptaki także zado­mo­wiły się w ogro­dzie. Zimą dbała, aby pnące rośliny opla­tały topole i kasz­ta­nowce, ponie­waż zimu­jące w Anglii ptaki mogły zna­leźć w nich schro­nie­nie przed zim­nem i dra­pież­ni­kami, nauczyła też dzieci, żeby dbały o jej skrzy­dla­tych pod­opiecz­nych. W lecie Poppy pusz­czała łódki na sta­wiku, z któ­rego piły ptaki, lecz zimą wykła­dała dla nich karmę i powoli je oswa­jała. Nie­które jadły nawet ziarno i okru­chy z jej ręki, kiedy w pobliżu nie było Ber­niego ani Tarqu­ina.

 

Ava na­dal pra­co­wała w ogro­dzie, gdy godzinę póź­niej Phil­lip wró­cił ze sta­cji z Jean-Pau­lem. Ber­nie i Tarquin runęły bły­ska­wicz­nie w stronę samo­chodu, uja­da­jąc dono­śnie. Ava pod­nio­sła się z ziemi i otarła pot z czoła. War­kot sil­nika umilkł. Usły­szała trzask drzwi­czek i zaraz potem głos męża, który witał się z psami tak, jakby były ludźmi. Pospiesz­nie prze­szła przez furtkę w żywo­pło­cie z igla­stych krze­wów, odgra­dza­ją­cym ogród od domu.

Phil­lip otwie­rał wła­śnie bagaż­nik sta­rego mer­ce­desa. Psy natych­miast wsko­czyły do środka, a Jean-Paul patrzył ze zdzi­wie­niem, jak zabło­cone psie łapy zosta­wiają ślady na jego skó­rza­nej walizce. Phil­lip nawet nie pró­bo­wał prze­pę­dzić ulu­bień­ców, zaśmiał się tylko, nie zwra­ca­jąc naj­mniej­szej uwagi na nie­pewny wyraz twa­rzy gościa. Ava z daleka obser­wo­wała przy­by­sza. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że był naj­przy­stoj­niej­szym mło­dym męż­czy­zną, jakiego kie­dy­kol­wiek widziała.

– Dzień dobry, jestem Ava. – Wytarła dłoń o spodnie, zanim podała ją Jean-Pau­lowi.

Ku jej zasko­cze­niu pod­niósł ją do ust i pochy­lił się w dwor­nym ukło­nie.

– Bar­dzo mi miło panią poznać – powie­dział, patrząc jej pro­sto w oczy.

Oczy miał cie­płe i łagodne jak brą­zowy zamsz, spoj­rze­nie prze­ni­kliwe. Ode­zwa­łaby się do niego po fran­cu­sku, gdyby nie mówił tak dobrze po angiel­sku, cho­ciaż oczy­wi­ście z wyraź­nym akcen­tem, roman­tycz­nym i zmy­sło­wym. Poczuła dziwny trze­pot w żołądku.

– Mia­łeś przy­jemny lot? – zapy­tała, nagle świa­doma swego mocno nie­dba­łego wyglądu.

– Przy­le­cia­łem do Lon­dynu parę dni temu – odparł, patrząc na dom. – Przed przy­jaz­dem tutaj chcia­łem nacie­szyć się kon­tak­tem z kul­turą.

Wło­żył ręce do kie­szeni i przy­gar­bił się tro­chę. Phil­lip wniósł jego walizkę do domu.

– Wejdźmy do środka, pew­nie chęt­nie się cze­goś napi­jesz. – Ava ruszyła za mężem na ganek. – Będziesz musiał miesz­kać jakiś tydzień w domu, razem z nami, a ja w tym cza­sie przy­go­tuję dla cie­bie domek nad rzeką. Prze­pra­szam, ale cza­sami trudno jest mi się zor­ga­ni­zo­wać.

– Nie­moż­liwe, kocha­nie! – W gło­sie Phil­lipa zabrzmiała nuta sar­ka­zmu. – Moja żona to ideał spraw­no­ści i dobrej orga­ni­za­cji! Pro­wa­dzi dom pewną ręką jak kapi­tan statku! Ja jestem tylko zwy­czaj­nym majt­kiem, peł­nym podziwu dla jej dys­cy­pliny!

Ava wymow­nie prze­wró­ciła oczami.

Jean-Paul wcale nie był taki, jak się spo­dzie­wała. Po pierw­sze, w ogóle nie wyglą­dał na ogrod­nika. Był ele­gancko ubrany w miękką twe­edową mary­narkę, błę­kitną koszulę i sta­ran­nie wypra­so­wane dżinsy, na szyi miał kasz­mi­rowy sza­lik w spra­nych, paste­lo­wych kolo­rach. Włosy gęste, barwy kasz­ta­nów, ucze­sane były tak, by spra­wiały wra­że­nie nie­dbale odrzu­co­nych do tyłu. Jego nos był długi i wąski, wargi asy­me­tryczne i wraż­liwe, dło­nie ide­al­nie czy­ste, z krót­kimi, zadba­nymi paznok­ciami, w niczym nie przy­po­mi­na­jące rąk czło­wieka przy­wy­kłego do kopa­nia w ziemi. Na nogach miał brą­zowe moka­syny od Guc­ciego. Ava pomy­ślała, że jeśli nie przy­wiózł ze sobą innych butów, prze­zna­czo­nych do pracy w ogro­dzie, w ciągu paru dni kom­plet­nie znisz­czy te ele­ganc­kie cudeńka.

Męż­czyźni usie­dli na tabo­re­tach w kuchni, nato­miast Ava zajęła się przy­go­to­wy­wa­niem lun­chu. Pory i inne warzywa pocho­dziły z domo­wego ogrodu, świeże pstrągi kupiła poprzed­niego dnia w skle­pie ryb­nym w mia­steczku. Hodo­wała prze­zna­czone do kuli­nar­nych celów zioła w sta­rym drew­nia­nym kory­cie, usta­wio­nym pod ścianą i wcze­snym ran­kiem zro­biła masło z bazy­lią oraz humus z dużej fasoli do pie­czo­nego w domu chleba z roz­ma­ry­nem. Uwiel­biała zapa­chy zdro­wych potraw i z wielką satys­fak­cją obser­wo­wała, jak dzieci rosną i roz­wi­jają się na jej kuchni.

W cza­sie pierw­szego spo­tka­nia z Avą nikomu nie przy­szłoby nawet do głowy, że ma do czy­nie­nia z osobą nie­śmiałą. Zawsze sta­rała się wtedy roz­ła­do­wać atmos­ferę, opo­wia­da­jąc zabawne histo­ryjki i aneg­doty, lecz póź­niej szu­kała samot­no­ści w uko­cha­nym ogro­dzie, znu­żona inten­syw­no­ścią kon­taktu z innymi. Phil­lip wie­dział, że żona roz­śmie­sza i bawi gości, sta­ra­jąc się ukryć swoją nie­śmia­łość, i mię­dzy innymi za to tak bar­dzo ją kochał. Zawsze ze wzru­sze­niem obser­wo­wał jej wysiłki i doce­niał je tym bar­dziej, że dosko­nale wie­dział, co dzieje się z Avą, gdy kur­tyna wresz­cie opad­nie. Tylko jemu wolno było wejść za scenę i ten przy­wi­lej wyda­wał mu się naprawdę wyjąt­ko­wym darem. Teraz Ava zaczęła swo­bod­nie gawę­dzić z Jean-Pau­lem, który patrzył na nią z nieco aro­ganc­kim wyra­zem na przy­stoj­nej twa­rzy o szla­chet­nych rysach, zupeł­nie jakby miał przed sobą eks­cen­tryczną i wyma­ga­jącą wyro­zu­mia­ło­ści kuzynkę. Uśmie­chał się uprzej­mie, lecz jego oczy były chłodne. Słu­chał opo­wie­ści Avy i przy­glą­dał się, jak gotuje, ale jego spoj­rze­nie oży­wiło się dopiero na widok ape­tycz­nych dań, które przed nim posta­wiła. Podob­nie jak wszy­scy męż­czyźni, budził się z zamy­śle­nia, gdy czę­sto­wano go obfi­tym posił­kiem.

– Sły­sza­łam, że twoja rodzina ma piękny ogród we Fran­cji. – Ava pod­su­nęła gościowi pół­mi­sek z paru­ją­cymi warzy­wami.

– Tak – odparł, bio­rąc łyżkę i nakła­da­jąc sobie na talerz mar­chewkę. – Moja matka uwiel­bia ogrody, zwłasz­cza te w angiel­skim stylu. Mamy château pod Bor­de­aux, to bar­dzo stara posia­dłość. Ogrom­nie podoba mi się spo­sób, w jaki mama odmie­niła ogród. Pew­nego dnia sam stwo­rzę rów­nie piękny.

– A czego masz nadzieję się tu nauczyć?

Wzru­szył ramio­nami.

– Papa mówi, że ma pani naj­wspa­nial­szy ogród, jaki widział…

– Żałuję, że go nie pozna­łam! Przy­je­chał tu kie­dyś, jakieś osiem lat temu, ale aku­rat wtedy byłam u mojej matki. Bar­dzo chęt­nie opro­wa­dzi­ła­bym go po ogro­dzie oso­bi­ście. Jestem zasko­czona, że Phil­lip poka­zał mu coś poza swoją piw­nicą z winami.

– Kocha­nie, nie ma nic przy­jem­niej­szego nad spa­cer po twoim ogro­dzie wio­sną, z kie­lisz­kiem dobrze schło­dzo­nego bia­łego wina! – zaśmiał się Phil­lip.

– Zda­niem mojego ojca jest pani bar­dzo uta­len­to­wana – dodał Jean-Paul.

Ava poczuła zado­wo­le­nie, choć jed­no­cze­śnie wewnętrzny głos pod­po­wia­dał jej, że przy­by­cie gościa zapo­wiada same kło­poty. Był tak atrak­cyjny, że nie bar­dzo wyobra­żała sobie, aby mogli spo­koj­nie pra­co­wać razem.

– Zosta­wi­łeś dziew­czynę w Paryżu? – zapy­tał z uśmie­chem Phil­lip.

Jean-Paul zna­cząco uniósł jedną brew.

– Nawet kilka – odparł.

– O, mój Boże! – Ava skrzy­wiła się, mimo woli obu­rzona jego aro­gan­cją. – Mam nadzieję, że żadna nie zła­mała ci serca!

– Ni­gdy nie cier­pia­łem z powodu miło­ści.

– Na razie! Masz jesz­cze mnó­stwo czasu na takie cier­pie­nia, jesteś młody!

Fran­cuz ski­nął głową.

– Serce mi pęk­nie, kiedy umrze moja matka, a to prze­cież nie­unik­nione.

Ava spoj­rzała na niego nie­pew­nie. Była to dziwna uwaga jak na kogoś w tym wieku.

– Rozu­miem, że jeste­ście sobie bar­dzo bli­scy.

– Oczy­wi­ście, jestem prze­cież jedy­na­kiem, zepsu­tym i roz­piesz­czo­nym! A poważ­nie – moja matka jest nie­zwy­kłą kobietą, podzi­wiam ją całym ser­cem.

– Mogę tylko mieć nadzieję, że nasi syno­wie powie­dzą to samo, kiedy doro­sną – powie­działa Ava, cho­ciaż w głębi serca wcale nie była pewna, czy rze­czy­wi­ście by tego chciała.

– Macie trójkę dzieci, prawda?

– Dwóch chłop­ców i dziew­czynkę. Poznasz ich tro­chę póź­niej, kiedy wrócą ze szkoły.

– Chyba miło jest mieć rodzeń­stwo…

– Nasze dzieci są wyraź­nie zado­wo­lone z takiego stanu rze­czy, cho­ciaż natu­ral­nie czę­sto się kłócą. Nikt nie lubi się dzie­lić, prawda?

– Tak… Ja ni­gdy nie musia­łem niczym się dzie­lić.

– Dosko­nale mówisz po angiel­sku. – Uśmiech­nęła się Ava. – Gdzie tak dobrze nauczy­łeś się języka?

– Mia­łem w domu angiel­ską nia­nię.

– Angiel­ską nia­nię? Coś takiego! Tyra­ni­zo­wała cię?

– Jak się nazy­wała? – wtrą­cił się Phil­lip.

Na twa­rzy Jean-Paula poja­wił się abso­lut­nie uro­czy uśmiech.

– Nia­nia – odparł wesoło.

– Nia­nia? – znowu powtó­rzyła Ava, roz­bro­jona jego poczu­ciem humoru.

– Nie wiem, jak się naprawdę nazy­wała, dla mnie była po pro­stu Nia­nią – wyznał nie­śmiało. – Wró­ciła do Anglii, kiedy mia­łem dwa­dzie­ścia jeden lat!

Póź­niej, kiedy Jean-Paul roz­pa­ko­wy­wał rze­czy w pokoju na pod­da­szu, Ava zaj­rzała do gabi­netu Phil­lipa.

– Nic z tego nie będzie! – oświad­czyła. – Gołym okiem widać, że ten facet nie prze­pra­co­wał ani jed­nego dnia w życiu! Może sobie marzyć o zało­że­niu ogrodu w angiel­skim stylu, ale daję głowę, że nie uklęk­nie w bło­cie! Co wła­ści­wie przy­szło do głowy jego ojcu, że go tu przy­słał? Gdyby cho­dziło o osiem­na­sto­latka świeżo po szkole, zro­zu­mia­ła­bym, ale ten tu jest dobrze po dwu­dzie­stu! Czy on naprawdę nie ma wła­snego zda­nia i nie wie, co chce robić? Czym ja go zajmę przez rok? Zanu­dzi się tu na śmierć! Jakoś nie wyobra­żam go sobie, pod­ry­wa­ją­cego dziew­czyny w gospo­dzie Duck and Dap­ple… Har­ting­ton to małe mia­sto, Jean-Paul powi­nien spę­dzać czas w Lon­dy­nie, z innymi mło­dymi ludźmi, nie ze mną i z dziećmi! Prze­cież to kata­strofa!

Phil­lip uśmiech­nął się i poło­żył rękę na jej ramie­niu.

– Nie martw się na zapas, Krzaczku, wszystko się ułoży! Tro­chę cięż­kiej pracy dobrze mu zrobi, a ty będziesz miała dodat­kową parę rąk do pomocy i wresz­cie stwo­rzysz ten swój wyma­rzony wspa­niały ogród, łąkę obsianą polnymi kwia­tami, sad i wiej­ski ogró­dek, o któ­rym cią­gle opo­wia­dasz. Zagoń Jean-Paula do roboty, zre­ali­zuj swoje marze­nia!

– Jean-Paula widzę raczej na jach­cie w Saint Tro­pez niż tu, w Har­ting­ton, z kosiarką do trawy!

– Daj mu szansę.

– Ale jak on będzie się czuł w domku nad rzeką?

– Będzie cał­kiem zado­wo­lony, prze­stań się mar­twić!

– Jest zupeł­nie inny, niż myśla­łam.

– Czego się spo­dzie­wa­łaś?

Ava odwró­ciła się i pode­szła do okna. Na nie­bie gro­ma­dziły się szare chmury.

– Nie wiem! – wes­tchnęła. – Kogoś z mniej­szą ogładą, z szorst­kimi dłońmi i brud­nymi paznok­ciami, takimi jak moje. W gumow­cach i popla­mio­nych trawą spodniach! Na pewno nie takiego mia­sto­wego ele­gan­cika w kasz­mi­ro­wych ciu­chach i moka­sy­nach od Guc­ciego, na miłość boską! – Pokrę­ciła głową, wyraź­nie znie­chę­cona. – Dobrze będzie, jeśli wytrzyma tu tydzień!

Phil­lip zaśmiał się cicho.

– Myślę, że zara­zisz go swoim entu­zja­zmem i zosta­nie na zawsze.

– Nie daj Boże! Tak czy ina­czej, ja na pewno nie wytrzy­mam dłu­żej niż tydzień!

Ava przy­je­chała po dzieci do szkoły o 15.30. Zapar­ko­wała żółty samo­chód na placu i wysia­dła. Z nieba wła­śnie zaczy­nała sączyć się zimna mżawka. Od razu dostrze­gła Toddy Fin­ton, która stała pod szkolną bramą ze swoją tchó­rzo­fretką, Mr Fris­bym, jak zwy­kle posłusz­nie sie­dzą­cym na jej ramie­niu. Toddy miała chłop­ców bliź­nia­ków w tej samej kla­sie, do któ­rej cho­dził Angus Ligh­tly.

– Cześć, Avo! – zawo­łała rado­śnie.

Jej policzki były jesz­cze zdrowo zaru­mie­nione po poran­nej jeź­dzie kon­nej.

– Cześć, Toddy! Jak tam Mr Frisby? – Ava pogła­skała pod brodą tchó­rzo­fretkę, która sen­nie unio­sła głowę.

– Jest tro­chę zaspany, to pew­nie przez pogodę.

– Jasne, że tak! W takie dni Tarquin zawsze zwija się w kłę­bek przy piecu w kuchni, nato­miast Ber­nie układa się na ganku i delek­tuje zim­nem, tro­chę jak ja.

– Mogę przy­słać do was chłop­ców w ten week­end? – spy­tała Toddy. – Podobno zało­żyli obóz w pustym drze­wie.

Ava uśmiech­nęła się ze zro­zu­mie­niem.

– Tak, w pniu dębu! To ide­alne miej­sce na obóz, rze­czy­wi­ście. Zamie­rzam obsiać łąkę wokół dębu polnymi kwia­tami, fioł­kami, mle­czami, brat­kami, czer­wo­nymi i bia­łymi makami. Mam teraz kogoś do pomocy, mło­dego czło­wieka z Fran­cji.

Toddy unio­sła brwi.

– Zachwy­ca­jąco przy­stojny?

– Tak, ale zde­cy­do­wa­nie za młody i aro­gancki jak na mój gust. Myślę, że szybko się znu­dzi i wyje­dzie do domu, lecz na razie mogę go tro­chę wyko­rzy­stać!

 

– Zawsze chcia­łaś mieć dodat­kową parę rąk do pomocy w ogro­dzie.

– Ale nie parę takich gład­kich, zadba­nych i kom­plet­nie nie­przy­wy­kłych do pracy rąk!

– Strasz­nie podoba mi się pomysł z tą łąką – oświad­czyła Toddy. – Wio­sną będziesz miała prze­piękny widok z okna sypialni!

– I o to mi wła­śnie cho­dzi!

Toddy zdjęła tchó­rzo­fretkę z ramie­nia i przy­tu­liła ją jak małe dziecko. Chciała mieć wię­cej dzieci i Mr Frisby był dziec­kiem, któ­rego nie mogła uro­dzić. Z czu­ło­ścią pogła­skała zwie­rzę po brzuszku i poca­ło­wała je w mały nosek.

– Przy­wieź chłop­ców jutro – zapro­po­no­wała Ava i w zamy­śle­niu zmru­żyła oczy. – Szcze­rze mówiąc, mogła­byś coś dla mnie zro­bić.

– Co takiego?

– Zabrać Jean-Paula na prze­jażdżkę konną.

– Dobrze jeź­dzi?

– Na pewno! Wygląda na faceta, który dokłada wszel­kich sta­rań, żeby być dobrym we wszyst­kim, co robi!

– Ach, rozu­miem. – Poki­wała głową Toddy.

– W tym cza­sie ja wedrę się do domku, żeby tam posprzą­tać. Zupeł­nie zapo­mnia­łam o przy­jeź­dzie Jean-Paula i panuje tam straszny bała­gan. Może­cie przy­je­chać na lunch, co ty na to? Wasze towa­rzy­stwo sprawi mi ogromną radość, bo nie mam zie­lo­nego poję­cia, o czym roz­ma­wiać z naszym gościem, a Phil­lip umiar­ko­wa­nie mi pomaga. Wydaje mi się, że Jean-Paul nie bar­dzo rozu­mie jego poczu­cie humoru.

– Nie on jeden! – Uśmiech­nęła się Toddy.

– Tak czy ina­czej, naprawdę bra­kuje mi słów przy stole.

– Tobie? – Toddy udała zdzi­wie­nie.

– Nie żar­tuj sobie, moja droga! W obec­no­ści Jean-Paula czuję się jak tępa stara ciotka ze wsi!

– Śmieszna jesteś! Oczy­wi­ście z przy­jem­no­ścią przy­jadę i obej­rzę sobie tego two­jego Fran­cuza. Może dałoby się go poznać z jedną z moich kuzy­nek, co? Wszyst­kie są bar­dzo ładne i młode, naj­star­sza ma dwa­dzie­ścia sześć lat.

– Świetny pomysł, chło­pak miałby jakąś roz­rywkę! – ucie­szyła się Ava. – Mam wra­że­nie, że uważa się za ogiera.

– Typowy Fran­cuz!

Ava przy­po­mniała sobie, jak Jean-Paul pochy­lił się nad jej dło­nią, ani na chwilę nie spusz­cza­jąc z jej twa­rzy spoj­rze­nia łagod­nych brą­zo­wych oczu.

– Tak, Fran­cuzi bywają cza­ru­jący, masz rację – przy­znała iro­nicz­nie. – Cza­ru­jący, ale i aro­ganccy! Ten nie wytrzyma tu nawet dwóch tygo­dni, słowo daję!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?