Francuski ogrodnik

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

VI

Nasz domek latem, kiedy lekki wiatr nie­sie słodki zapach kapry­fo­lium

Jak na ponie­dział­kowy ranek, w kawiarni Cate pano­wał duży ruch. Puł­kow­nik Pike sie­dział w kącie przy oknie, pogrą­żony w lek­tu­rze „The Times”, fili­żanka paru­ją­cej kawy stała obok tale­rzyka z gorą­cym owsia­nym ciast­kiem z masłem. Jego wąsy drgały co jakiś czas, gdy natknął się w gaze­cie na wia­do­mość, która wyda­wała mu się obu­rza­jąca; zapal­czy­wie mam­ro­tał też wtedy pod nosem. Wie­lebna Freda Beeley popi­jała her­batę w towa­rzy­stwie dwóch człon­ków kościel­nego chóru, Jacka Tin­tona i Mal­colma Shaw­dit­cha, i oma­wiała z nimi plany na Boże Naro­dze­nie oraz reper­tuar kon­certu kolęd, z któ­rego dochód miał zostać prze­zna­czony na naprawę wieży. Przy sąsied­nim sto­liku dwie star­sze panie obga­dy­wały swoją przy­ja­ciółkę Joan Hale­sham, która po sześć­dzie­się­ciu dwóch latach mał­żeń­stwa zosta­wiła męża dla uko­cha­nego z liceum.

– Sześć­dzie­siąt dwa lata mał­żeń­stwa! – zdu­mie­wała się Doro­thy Dipwood. – Czy jest sens wymie­niać jed­nego sta­ru­cha na dru­giego? Po osiem­dzie­siątce wszy­scy oni są prze­cież tacy sami, prawda? Szcze­gól­nie jeśli ktoś jest tak ślepy jak Joan!

Wil­liam van den Bos, kolek­cjo­ner przed­mio­tów oraz publi­ka­cji zwią­za­nych z Napo­le­onem i wła­ści­ciel księ­garni, sie­dział przy sto­liku naj­bli­żej gabloty z ciast­kami i zaja­dał duży kawa­łek cytry­no­wego cia­sta, roz­ma­wia­jąc przez tele­fon z czło­wie­kiem, który skon­tak­to­wał się z nim i oświad­czył, że ma do sprze­daży noc­nik Cesa­rza.

– Jestem bar­dzo zain­te­re­so­wany – mówił Wil­liam, ele­gancki i świeży w twe­edo­wym gar­ni­tu­rze z kami­zelką, ze zło­tym zegar­kiem na ręku i mono­klem w kie­szonce mary­narki. – Muszę jed­nak mieć cał­ko­witą pew­ność, że to ory­gi­nalna rzecz. W zeszłym mie­siącu trzech róż­nych kolek­cjo­ne­rów usi­ło­wało sprze­dać mi trzy penisy, wyobraża pan sobie? Ni­gdy nie dość ostroż­no­ści, słowo daję!

Hen­rietta nie otwo­rzyła jesz­cze swo­jego sklepu z pamiąt­kami i sie­działa obok Troya, u któ­rego pierw­sza klientka odwo­łała wizytę.

– Zawsze mi to robi! – skar­żył się fry­zjer. – A pro­siła mnie, żebym przy­szedł pół godziny wcze­śniej! Suka!

Naj­bar­dziej inte­re­so­wał ich jed­nak atrak­cyjny Fran­cuz, który poprzed­niego dnia zja­wił się w cukierni, cał­kiem sam.

– Pra­wie się nie odzy­wał – powie­działa Cate, przy­sia­da­jąc z gra­cją przy sto­liku Hen­rietty i Troya. – Ale gdy się ode­zwał, mówił z tak sek­sow­nym fran­cu­skim akcen­tem, że mało bra­ko­wało, a zapo­mnia­ła­bym, że jestem mężatką i zade­kla­ro­wa­ła­bym goto­wość, aby natych­miast z nim uciec.

– Przy­pad­kiem widzia­łem, jak tu wcho­dził. – Poki­wał głową Troy. – Sze­dłem wła­śnie na lunch, ale przy­po­mnia­łem sobie, że nie nakar­mi­łem Cindy. Gdy­bym nie wró­cił do mojej kocicy, prze­ga­pił­bym ten cudowny widok – wes­tchnął melo­dra­ma­tycz­nie. – Cie­kawe, czy było to zrzą­dze­nie losu. W Har­ting­ton nie­wielu jest tak atrak­cyj­nych męż­czyzn, to prze­cież nie Riwiera, prawda? Zaczą­łem się śli­nić, gdy go zoba­czy­łem, dosłow­nie!

– Więc jaki był? – zapy­tała Hen­rietta.

– Zachwy­ca­jący – odparła Cate.

– Homo? – dopy­ty­wał się z nadzieją Troy.

– Wolny? – zaśmiała się Hen­rietta.

– Fran­cuzi lubią chude kobiety – powie­działa z fał­szy­wym współ­czu­ciem Cate, marsz­cząc pie­go­waty nos.

Hen­rietta spo­koj­nie prze­łknęła następny kęs brioszki.

– I zde­cy­do­wa­nie nie był peda­łem – dorzu­ciła Cate. – Bar­dzo mi przy­kro, moi dro­dzy!

– Czy miał na twa­rzy ten typowy, zado­wo­lony z życia wyraz szczę­śli­wego w mał­żeń­stwie faceta? – ode­zwał się lodo­wa­tym tonem Troy.

Cate zigno­ro­wała ten przy­tyk. Troy zawsze sta­wał po stro­nie Hen­rietty.

– Nie, wyglą­dał raczej na wol­nego – odpo­wie­działa, uno­sząc pod­bró­dek. – Ale nie uśmie­chał się, był poważny i chyba smutny. Poda­łam mu kawę i wtedy tro­chę się roz­po­go­dził. Wie­cie prze­cież, jaką robię kawę! Założę się, że to tury­sta. Pytał o Har­ting­ton House, chciał wie­dzieć, kto tam teraz mieszka. Myślał chyba, że ogród koło domu jest otwarty i można go zwie­dzać. Kiedy mu powie­dzia­łam, że wszystko zaro­sło chwa­stami, a posia­dłość kupiła bogata rodzina z Lon­dynu, był bar­dzo roz­cza­ro­wany. Zro­biło mi się go żal…

– Pora­dzi­łaś mu, żeby zwie­dził zamek? – Troy zni­żył głos i kon­spi­ra­cyj­nie pochy­lił się nad sto­łem. – Widok Jacka i Mary Tin­to­nów w kostiu­mach od razu popra­wiłby mu humor! Można pęk­nąć ze śmie­chu, kiedy się na nich patrzy!

– Jak to, w kostiu­mach? – Hen­rietta zer­k­nęła na Jacka Tin­tona, który w dżin­sach i sztruk­so­wej mary­narce wyglą­dał jak cał­kiem prze­ciętny pięć­dzie­się­cio­la­tek.

– Posta­no­wili prze­bie­rać się w kostiumy i odgry­wać rolę postaci z epoki elż­bie­tań­skiej, wszystko ze względu na tury­stów, rzecz jasna! Jeżeli ktoś chce się z nimi sfo­to­gra­fo­wać, płaci jed­nego funta… Jeden funt za zdję­cie z tą dwójką bura­ków, wyobra­ża­cie sobie?! Od zwie­dza­ją­cych zamek biorą pięć fun­tów za godzinę, prze­cież to mają­tek! Jeżeli chce­cie się pośmiać, idź­cie tam w sobotę albo nie­dzielę i popa­trz­cie, jak Jack i Mary plą­sają w ciu­chach z epoki, to lep­sze niż pan­to­mima!

– Z pew­no­ścią lep­sze niż sam zamek – rzu­ciła kwa­śno Cate. – Nie mam poję­cia, dla­czego kto­kol­wiek chce pła­cić za oglą­da­nie tej kupy gru­zów, którą jakoby kie­dyś odwie­dziła kró­lowa Elż­bieta I, cho­ciaż to bar­dzo, ale to bar­dzo wąt­pliwe!

– Uch! – wykrzyk­nął puł­kow­nik, gniew­nie skła­da­jąc gazetę i wsta­jąc od sto­lika. – Nie ma co, świat scho­dzi na psy!

Wie­lebna oraz jej dwie towa­rzyszki prze­rwały roz­mowę i popa­trzyły na niego ze zdzi­wie­niem.

– Brudne szpi­tale, zanie­czysz­czone powie­trze, prze­pra­co­wani, mar­nie opła­cani, mar­nie wykształ­ceni ludzie, wszę­dzie ban­dyci, któ­rzy nie mówią, tylko rzu­cają mię­sem, wszę­dzie graf­fiti, walki gan­gów, dzie­wu­chy z gołymi pęp­kami, modelki chude jak wie­szaki albo tłu­ste baby, bieda, ter­ro­ryzm, wojny, mor­der­stwa, porwa­nia, gwałty. – Puł­kow­nik prych­nął z wście­kło­ścią. – Świat scho­dzi na psy, co tam, już dawno zszedł na psy, słowo daję! Całe szczę­ście, że nie­wiele mi już życia zostało, bo wszystko to razem jest zwy­czaj­nie nie do znie­sie­nia!

Sztyw­nym kro­kiem ruszył do drzwi. Tylko dwie star­sze panie na­dal roz­ma­wiały spo­koj­nie, jakby puł­kow­nika w ogóle nie było w cukierni. Sta­ru­szek rzu­cił parę monet na ladę i wyszedł, wpusz­cza­jąc do środka podmuch zim­nego, wil­got­nego wia­tru.

– Ach, więc to dla­tego po nabo­żeń­stwie prak­tycz­nie nie wycho­dzi z kościoła! – zaśmiała się pogod­nie wie­lebna Beeley. – Uważa, że w jego wieku nie opłaca się już wra­cać do domu!

Cate wrzu­ciła monety do szu­flady kasy i wró­ciła na swoje krze­sło, wygła­dza­jąc biały far­tu­szek.

– Cie­kawe, czy jesz­cze tu wróci – wes­tchnęła Hen­rietta.

W Har­ting­ton naprawdę nie było zbyt wielu atrak­cyj­nych męż­czyzn…

– Przy­cho­dzi codzien­nie rano! Zawsze siada przy tym samym sto­liku i narzeka na te same rze­czy! – Cate z nie­za­do­wo­le­niem pokrę­ciła głową. – Ludzie o nega­tyw­nym nasta­wie­niu do świata są potwor­nie męczący!

– Ale ja mówię o tym Fran­cu­zie. Myślisz, że wróci?

– Któż to może wie­dzieć. Moim zda­niem, był tu tylko prze­jaz­dem. Tak czy ina­czej, po pro­stu cudo, nie facet! Miał naj­pięk­niej­sze orze­chowe oczy, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam, a kiedy wycho­dził, obrzu­cił mnie takim spoj­rze­niem, że – Cate zawsze musiała sku­pić uwagę roz­mów­ców na sobie… – że poczu­łam się tak, jakby chciał zapro­sić mnie do sypialni.

– W jakim był wieku?

– Tuż po pięć­dzie­siątce – odparła Cate. – Cóż, może jed­nak wróci. – Zna­cząco poki­wała głową. – Taki męż­czy­zna na pewno lubi dobrą kawę.

Wszy­scy odwró­cili się, gdy drzwi znowu się otwo­rzyły.

– A nie mówi­łam? – ode­zwała się trium­fal­nym tonem Cate. – Zawsze wra­cają!

Pod­nio­sła się i przy­wi­tała Mirandę tak, jakby znały się od nie­pa­mięt­nych cza­sów.

– Co mogę podać?

– Kawę z gorą­cym mle­kiem w dzba­nuszku – powie­działa Miranda.

Pode­szła do kor­ko­wej tablicy i zerwała z niej swoją kartkę z ogło­sze­niem.

– Zna­la­zła pani kogoś? – zagad­nęła Cate.

– Tak. – Uśmiech­nęła się ostroż­nie Miranda. – Zna­la­złam.

– Kucharkę i ogrod­nika? – zdzi­wił się Troy. – Szybko!

– Nie w tym mie­ście! – Roze­śmiała się Cate. – Wszy­scy przy­cho­dzą do mojej cukierni!

Miranda nie miała serca powie­dzieć jej, że ani pani Under­wood, ani Jean-Paul nie widzieli tablicy z ogło­sze­niami.

Uprzej­mie, lecz nieco chłodno przy­wi­tała się z Troyem i Hen­riettą – nie miała naj­mniej­szego zamiaru zachę­cać ich do roz­mowy – i usa­do­wiła się pod oknem obok sto­lika wie­leb­nej Beeley. Ledwo zdą­żyła usiąść, a już wie­lebna prze­chy­liła się ku niej, wypeł­nia­jąc prze­strzeń mię­dzy krze­słami obfi­tym biu­stem. Oku­lary na łań­cuszku zawi­sły w powie­trzu niczym bez­bronny alpi­ni­sta.

– Dzień dobry! – prze­mó­wiła soczy­stym gło­sem. – Jestem pro­bosz­czem tutej­szej para­fii, Freda Beeley… Nie­dawno się tu pani prze­pro­wa­dziła, prawda?

– Tak. – Miranda zro­zu­miała, że była naiwna, gdy liczyła na to, że uda się jej spo­koj­nie wypić kawę w cukierni Cate.

– Jako pro­boszcz para­fii Har­ting­ton chcia­ła­bym ser­decz­nie powi­tać panią w naszym mia­steczku! Będę zachwy­cona, jeżeli z potrzeby serca zechce pani wziąć udział w naszych nabo­żeń­stwach. Może otrzy­mała już pani naszą para­fialną gazetkę, w któ­rej znaj­duje się roz­kład nabo­żeństw oraz lista spe­cjal­nych uro­czy­sto­ści i wyda­rzeń? Mam szczerą nadzieję, że zoba­czę panią w kościele.

 

– Dzię­kuję. – Uśmiech­nęła się sztywno Miranda.

Zasta­na­wiała się, czy nie powinna powie­dzieć, że jest Żydówką, bo przy­zna­nie się do agno­sty­cy­zmu na pewno nie osła­bi­łoby zapału wie­leb­nej Beeley.

– Cała przy­jem­ność po mojej stro­nie! Pań­stwo Ligh­tly byli bar­dzo reli­gijni, przy­jeż­dżali do kościoła w każdą nie­dzielę. Kościół naprawdę wyglą­dał wspa­niale, kiedy pani Ligh­tly ukła­dała kwiaty. Miała cza­ro­dziej­skie dło­nie, a jej ogród był naj­pięk­niej­szy.

– Tak, sły­sza­łam o tym – prze­rwała jej szybko Miranda.

Miała już dosyć słu­cha­nia o prze­pięk­nym ogro­dzie pań­stwa Ligh­tly. Gdyby nie nagłe i zupeł­nie nie­ocze­ki­wane poja­wie­nie się Jean-Paula, chyba nie opar­łaby się poku­sie i powie­działa tym wszyst­kim ludziom, żeby wresz­cie się zamknęli, ale teraz była cał­kiem zado­wo­lona i spo­kojna, zupeł­nie jakby miała jakiś cudowny sekret.

– Skoro mieli naj­pięk­niej­szy ogród w całej Anglii, to dla­czego się wypro­wa­dzili? – zapy­tała.

– Myślę, że nie chcieli sie­dzieć sami w tym wiel­kim domu. Dzieci doro­sły i wyje­chały, no, z wyjąt­kiem naj­młod­szej, która odzie­dzi­czyła po matce dobrą rękę do roślin. Poza tym Phil­lip zaczął cho­ro­wać, więc… – Wie­lebna wes­tchnęła i ze smut­kiem potrzą­snęła głową.

– Phil­lip?

– Pan Ligh­tly. Jest dużo star­szy od żony i jakiś czas temu miał zawał. – Freda Beeley wyszep­tała tę infor­ma­cję tak tajem­ni­czo, jakby to był ści­śle strze­żony sekret. – Pani Ligh­tly sama się nim opie­kuje, to dobra kobieta.

– Dokąd się prze­pro­wa­dzili?

– Nie wiem. Wyje­chali nie­po­strze­że­nie, nie chcieli robić wokół sie­bie szumu. – Wie­lebna opu­ściła powieki, czę­ściowo zakry­wa­jąc wyłu­pia­ste brą­zowe oczy. – To ludzie godni naj­wyż­szego sza­cunku, godny przy­kład dla nas wszyst­kich.

Cate przy­nio­sła Miran­dzie kawę.

– W sobotę pozna­łam pani męża – oznaj­miła, obser­wu­jąc, jak Miranda wlewa gorące mleko do fili­żanki.

– Sma­ko­wała mu pani kawa.

– Oczy­wi­ście! Bar­dzo miły czło­wiek, roz­ma­wiał ze wszyst­kimi, zawarł mnó­stwo nowych zna­jo­mo­ści. Po pro­stu cza­ru­jący!

Miranda zamarła, pewna, że Cate dorzuci zaraz: „w prze­ci­wień­stwie do pani”, ale nic takiego się nie stało. Cate zamil­kła na chwilę, cze­ka­jąc, aż Miranda podej­mie roz­mowę, a potem, nie kry­jąc roz­cza­ro­wa­nia, odda­liła się z cichym prych­nię­ciem. Miranda nie zamie­rzała jed­nak przej­mo­wać się tym, że być może ura­ziła wła­ści­cielkę cukierni; nie miała naj­mniej­szej ochoty, aby wszy­scy obecni słu­chali jej odpo­wie­dzi na wścib­skie pyta­nia Cate.

Wró­ciła myślami do dzieci. Miała nadzieję, że Gus zachowa się w szkole jak należy. Storm była rano w wyśmie­ni­tym nastroju i bez prze­rwy szcze­bio­tała o cza­rach w ogro­dzie, jakie pokaże jej Jean-Paul. Miranda pod­słu­chała, jak mała opo­wia­dała podusz­kom w swoim domku o nie­zwy­kłym przy­ja­cielu, któ­rego spo­tkała nad rzeką. Dzi­wiło ją tro­chę, że Jean-Paul wywarł na małej tak wiel­kie wra­że­nie. Storm mówiła tylko o nim, o magii, jakimś tam drze­wie i kro­wach, do któ­rych zamie­rzała znowu się wybrać.

– Teraz już mnie znają – wyja­śniła matce. – Jean-Paul powie­dział, że na pewno mnie nie zapo­mną!

Miranda przy­po­mniała sobie łagodny wyraz oczu Jean-Paula i głę­bo­kie zmarszczki, wyryte w ogo­rza­łej skó­rze. Uśmiech roz­ja­śniał jego twarz jak pogodny świt. Szcze­rze mówiąc, Fran­cuz wcale nie wyglą­dał jak ogrod­nik. Typo­wym ogrod­nikiem mógł być pan Under­wood, Jean-Paul wyglą­dał jak gwiaz­dor fil­mowy.

Zapła­ciła za kawę i sprę­ży­stym kro­kiem wyszła na ską­paną w słońcu ulicę. Wyjęła z torby ciemne oku­lary od Cha­nel i ruszyła w stronę par­kingu. Powie­trze było rześ­kie, cie­nie gra­na­towe po noc­nym desz­czu. Miranda nie wie­działa, co tak nagle dodało jej ener­gii, kawa, czy świa­do­mość, że Jean-Paul wróci do Har­ting­ton House pod koniec mie­siąca.

– Nawet nie podzię­ko­wała! – wykrzyk­nęła z obu­rze­niem Cate po jej wyj­ściu.

Troy zer­k­nął na Hen­riettę i zmarsz­czył brwi.

– Za kawę? – spy­tał.

– Nie, za to, że zna­la­złam jej ogrod­nika i kucharkę!

– Prze­cież nie wiesz, czy rze­czy­wi­ście zna­la­zła ich dzięki tobie! – Troy lekko wzru­szył ramio­nami.

Hen­rietta rzu­ciła mu pełne podziwu spoj­rze­nie – sama ni­gdy nie ośmie­li­łaby się ode­zwać w taki spo­sób do Cate. Cate zawsze miała rację i wszystko wie­działa.

– Oczy­wi­ście, że dzięki mnie! Dzięki ogło­sze­niu na mojej tablicy! Co za nie­uprzejma kobieta! – Cate z iry­ta­cją sprząt­nęła fili­żankę i dzba­nu­szek ze sto­lika Mirandy. – Mówi­łam wam, że to nadęta snobka! Naprawdę nie mam poję­cia, dla­czego taki uro­czy facet oże­nił się z tą babą! – Prze­chy­liła się nad Troyem w kie­runku Hen­rietty. – Fran­cuz Fran­cuzem, skar­bie, ale mąż Mirandy też jest bar­dzo atrak­cyjny, a jeśli ona na­dal będzie obno­sić się z taką wynio­słą miną, to wkrótce się z nią roz­wie­dzie! Zrzuć parę kilo i będzie twój!

Troy poło­żył rękę na dłoni przy­ja­ciółki i zacze­kał, aż Cate znik­nie w nie­wiel­kiej kuchni za ladą.

– Nie słu­chaj jej, Etta! Znowu ma zły humor! Uwiel­biam cię taką, jaka jesteś, naprawdę! Gdy­bym był hetero, oże­nił­bym się z tobą w mgnie­niu oka!

– Dzię­kuję. – W oczach Hen­rietty zabły­sły łzy wdzięcz­no­ści.

– Wyobraź sobie, jakie siniaki musi mieć nie­szczę­sny Nigel, który co wie­czór musi kłaść się na tej desce! Ty jesteś cudowna, taka miękka i cie­pła! Zero ryzyka, żad­nych sinia­ków!

Hen­rietta zaru­mie­niła się, wyraź­nie zaże­no­wana.

– Facet, który cię znaj­dzie, będzie praw­dzi­wym szczę­ścia­rzem – zakoń­czył z zapa­łem Troy.

– Nie sądzę, żeby udało mi się kogoś zna­leźć – chlip­nęła smęt­nie Hen­rietta. – Jestem gruba i nudna.

– Gruba i nudna! – wykrzyk­nął Troy. – Jak możesz tak mówić! Nie jesteś ani gruba, ani nudna, jesteś śliczna i słodka! Nie powin­naś pozwo­lić, żeby Cate tak cię trak­to­wała! – Znowu pokle­pał Hen­riettę po ręce. – No, lepiej chodźmy stąd, zanim wróci ta stara jado­wita żmija z owło­sioną twa­rzą!

Hen­rietta spoj­rzała na niego ze zdzi­wie­niem.

– Nie zauwa­ży­łaś? Ma gębę kudłatą jak brzuch mojej kocicy! I na pewno rzyga po każ­dym posiłku! Nie sądzisz chyba, że jest taka chuda sama z sie­bie, co? Ta kobieta ma wię­cej pro­ble­mów niż ty kom­plek­sów!

– W takim razie fak­tycz­nie musi mieć ich cał­kiem sporo.

– Całe tony, skar­bie, całe tony! Zaj­rzyj do mnie o pią­tej, co ty na to? Ułożę ci włosy! Nic tak nie popra­wia humoru jak świeża fry­zura!

– Ale ja nawet nie mam dokąd się wybrać.

– Ow­szem, masz! Zjesz dziś ze mną kola­cję!

– Dzię­kuję, Troy. – Hen­rietta poca­ło­wała go w poli­czek. – Dobry z cie­bie przy­ja­ciel, naprawdę.

– Przy­ja­ciele są po to, żeby sobie poma­gać. Pamię­taj, nie tylko ty szu­kasz faceta! Jeste­śmy w tym razem i na szczę­ście nie rywa­li­zu­jemy ze sobą, bo na pewno prze­grał­bym z taką ślicz­notką jak ty!

Miranda szła ścieżką w stronę rzeki. Słońce lśniło na źdźbłach trawy i chwa­stach, budząc bły­ski w kro­plach desz­czu, który spadł w nocy i prze­ista­cza­jąc je w po mistrzow­sku oszli­fo­wane bry­lanty. Wcze­snym ran­kiem zerwał się ostry, pory­wi­sty wiatr, lecz poma­rań­czowe i bru­natne liście na­dal trzy­mały się gałęzi, jesz­cze nie­go­towe roz­stać się z ilu­zją lata. Dwie wie­wiórki bawiły się na góru­ją­cym od tej strony nad domem dębie o potęż­nym pniu. Ścieżka była wydep­tana przez sarny i jele­nie oraz cie­kaw­skie dzieci Mirandy, bie­gła więc głę­boko samym środ­kiem łąki. Miranda była tu już wcze­śniej, lecz ni­gdy dotąd to miej­sce nie wydało jej się tak pełne uroku jak tego dnia. Może stało się tak za sprawą słońca, może błę­kit­nego nieba, a może poczu­cia przy­na­leż­no­ści do Har­ting­ton, które dopiero teraz wydało jej się czymś rze­czy­wi­stym.

Stała chwilę na kamien­nym mostku, wpa­tru­jąc się w przej­rzy­stą wodę. Widziała wodo­ro­sty, kamie­nie i ryby, które tu i ówdzie prze­my­kały mię­dzy pasmami sło­necz­nego bla­sku. Wyobra­ziła sobie, jak jej dzieci bawią się tu, wrzu­ca­jąc patyki do wody, a potem prze­nio­sła wzrok na tajem­ni­czy domek Gusa. Wcze­śniej jakoś nie miała oka­zji dokład­nie go obej­rzeć. Agent, który sprze­dał im posia­dłość, wspo­mniał tylko prze­lot­nie o wyma­ga­ją­cym remontu domku i Miranda natych­miast o nim zapo­mniała.

Domek stał wśród nie­wiel­kiej kępy kasz­ta­nów, wyraź­nie zanie­dbany. Nie było tu żad­nego pod­jazdu, tylko dróżka, która kie­dyś pro­wa­dziła pro­sto z dużego domu, a teraz nie­mal zaro­sła trawą. Odosob­nione miej­sce ota­czała roman­tyczna aura, było tajem­ni­czą kry­jówką, zakąt­kiem, który czas pozo­sta­wił na łasce losu.

Miranda prze­krę­ciła klucz w zardze­wia­łym zamku, który otwo­rzył się ze skrzy­pli­wym jękiem, podob­nym do ziew­nię­cia nagle wyrwa­nego ze snu starca. Hol wyło­żono pły­tami z ciem­nego kamie­nia, schody były wąskie, z małą plat­formą na pół­pię­trze. Miranda weszła do salonu. Pokój był cał­ko­wi­cie ume­blo­wany, ale powie­trze pach­niało wil­go­cią. Już dawno nikt nie palił tu w kominku. Zasła­nia­jące ściany półki pełne były sto­ją­cych w rów­nych rzę­dach ksią­żek. Miranda prze­su­nęła dło­nią po papie­ro­wych grzbie­tach. Domek nie był chyba aż tak zanie­dbany jak przy­pusz­czała, bo na książ­kach nie było gru­bej war­stwy kurzu. Zgro­ma­dzony przez kogoś księ­go­zbiór skła­dał się z dzieł kla­sycz­nych i naj­zu­peł­niej współ­cze­snych, od Dic­kensa po Seba­stiana Faulksa. Ku swemu zdzi­wie­niu Miranda zna­la­zła tu nawet całą półkę fran­cu­skich powie­ści.

Ogar­nęła pokój wzro­kiem. Pusty kamienny komi­nek obra­mo­wany był drew­nianą listwą z para­pe­tem, starą i pięk­nie rzeź­bioną, jasno­żółtą tapetę w pasy przy­ciem­nił dym. Zauwa­żyła ciemną plamę wil­goci w jed­nym rogu. Dywan był poprze­cie­rany i popla­miony – trzeba by go wymie­nić, podob­nie jak pogry­ziony przez mole chod­nik.

Wnę­trze domku nie wyma­gało jed­nak wiel­kich zabie­gów. Sofa była cała, w zupeł­nie przy­zwo­itym sta­nie, fotele także. Pode­szła do pięk­nej sta­rej komody z orze­cho­wego drewna i wysu­nęła szu­flady. Pomy­ślała, że dom wcale nie spra­wia wra­że­nia cał­ko­wi­cie opusz­czo­nego i nie­za­miesz­ka­łego. Gdyby nie było tu tyle kurzu, z przy­jem­no­ścią zwi­nę­łaby się w kłę­bek na sofie i pogrą­żyła w lek­tu­rze. Z wesoło trza­ska­ją­cym ogniem i kie­lisz­kiem wina byłoby tu zapewne dużo przy­tul­niej niż w jej, dużo bar­dziej ofi­cjal­nym salo­nie…

Zaj­rzała do kuchni. Naczyń było pod dostat­kiem, przy­dałby się tylko nowy kran i być może zlew. Od razu zwró­ciła uwagę na nakryty dla dwóch osób stół. Dziwne, że fili­żanki i tale­rze na­dal tu stały, zupeł­nie jakby miesz­kańcy domku zostali upro­wa­dzeni w cza­sie pod­wie­czorku… Nie sprząt­nęła ze stołu, powstrzy­mała się w ostat­niej chwili. Posta­no­wiła, że wróci tu uzbro­jona w gumowe ręka­wiczki i sama się wszyst­kim zaj­mie. Dzieci mogłyby jej pomóc, potrak­to­wa­łyby to jako roz­rywkę…

Kiedy wcho­dziła na górę, deski skrzy­piały pod jej sto­pami. Na pię­terku znaj­do­wały się dwie sypial­nie i łazienka, bar­dzo sta­ro­świecka i do kom­plet­nego remontu. Ema­lia odpa­dała pła­tami z meta­lo­wej wanny, kurki były popla­mione rdzą. Jeden pokój był zupeł­nie pusty, na środku stało tylko tek­tu­rowe pudełko, może zapo­mniane przez wypro­wa­dza­ją­cych się miesz­kań­ców. Zanim zdą­żyła zaj­rzeć do środka, prze­stra­szył ją gło­śny trzask z sąsied­niej sypialni. Serce pod­sko­czyło jej aż do gar­dła, uspo­ko­iła się jed­nak szybko, pewna, że poza nią w domku nikogo nie ma.

Przez głowę prze­mknęła jej jed­nak myśl, że może znowu zakradł się tu Gus. Zde­ner­wo­wana otwo­rzyła drzwi do dru­giego pokoju i wtedy psotna wie­wiórka wysko­czyła przez okno, nie­za­mknięte przez kogoś wyjąt­kowo bez­tro­skiego, naj­pew­niej Gusa. Miranda poło­żyła dłoń na mocno biją­cym sercu i wzięła głę­boki oddech, czu­jąc ulgę, że nie zastała w środku jakie­goś intruza albo, co gor­sza, ducha. Rozej­rzała się. W pokoju było duże meta­lowe łóżko, poście­lone, przy­kryte piko­waną narzutą z jasno­zie­lo­nego kwie­ci­stego mate­riału, dwa nocne sto­liki z wyso­kimi lamp­kami o aba­żu­rach z żół­ta­wymi zacie­kami, obity wypło­wiałą tka­niną kufer w nogach łóżka, komoda z wiśnio­wego drewna z lustrem w ramie z epoki kró­lo­wej Anny oraz ład­nie poma­lo­wana sosnowa szafa na ubra­nia pod ścianą. Po obu stro­nach okna wisiały zasłony z jasnego lnu, z podar­tymi, spło­wia­łymi pod­szew­kami. Dywan był brudny, lecz cały. Miranda zasta­na­wiała się, dla­czego pań­stwo Ligh­tly nie zabrali mebli ze sobą, zaraz jed­nak pomy­ślała, że pew­nie prze­pro­wa­dzili się do miesz­ka­nia lub znacz­nie mniej­szego domu i naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie mieli dość miej­sca. Otwo­rzyła okno na całą sze­ro­kość i wyj­rzała na zewnątrz. Widziała stąd rzekę i łąkę, na któ­rej pasły się krowy – krowy, które znały Storm. Uśmiech­nęła się, poru­szona i pogod­nie nastro­jona dziwną, magiczną aurą tego pokoju oraz pięk­nem kra­jo­brazu.

 

Przy­po­mniała sobie o sto­ją­cym w sąsied­nim pokoju pudle, zamknęła okno, aby unie­moż­li­wić powrót roz­do­ka­zy­wa­nej wie­wiórce i prze­szła na drugą stronę kory­ta­rzyka. W pudełku była tylko jedna rzecz – notat­nik w jasno­zie­lo­nej opra­wie, gruby od zasu­szo­nych mię­dzy kart­kami kwia­tów i liści. Na tytu­ło­wej stro­nie dużymi, zdob­nymi w zawi­jasy lite­rami ktoś sta­ran­nie wypi­sał słowa: „Tęcze i Róże”. Miranda uklę­kła na pod­ło­dze i zaczęła prze­glą­dać zeszyt. Powkle­jano w nim wycięte z gazet i cza­so­pism wier­sze, wspo­mnie­nia, frazy i eseje. Naj­wy­raź­niej wła­ści­ciel notat­nika zosta­wił go tu przez przy­pa­dek, pew­nie o nim zapo­mniał… Miranda nie miała jed­nak żad­nych wąt­pli­wo­ści, że zebrane wycinki nie były prze­zna­czone dla obcych oczu. Cha­rak­ter pisma był zde­cy­do­wa­nie kobiecy, papier pach­niał przy­jem­nie, jak świeżo sko­szona trawa.

Usa­do­wiła się pod ścianą i spoj­rzała na pierw­szą stronę. Wid­niały na niej tylko cztery zda­nia, ocię­żałe od smutku:

Minęły dwa­dzie­ścia cztery lata. Sta­rzeję się, kocha­jąc Cię i pew­nego dnia umrę, prze­peł­niona miło­ścią do Cie­bie. Na razie żyję wspo­mnie­niami o Tobie i naszym domku. Tylko to mi pozo­stało…