Francuski ogrodnik

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Podzię­ko­wa­nia

2  Pro­log

3  Jesień I II III IV V VI VII VIII IX X XI XII XIII

4  Zima XIV XV XVI XVII XVIII XIX XX

5  Wio­sna XXI XXII XXIII XXIV XXV XXVI XXVII XXVIII XXIX XXX XXI

6  Lato XXXII XXXIII XXXIV XXXV XXXVI XXXVII XXXVIII

7  Epi­log

Tytuł ory­gi­nału: THE FRENCH GAR­DE­NER

Wydawca: Urszula Ruzik-Kuliń­ska Redak­tor pro­wa­dzący: Beata Koło­dziej­ska Redak­cja: Hanna Smo­liń­ska Korekta: Elż­bieta Jaro­szuk, Olim­pia Sie­radzka, Marzenna Kłos

Copy­ri­ght © Santa Mon­te­fiore, 2008

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Anna Dobrzań­ska-Gadow­ska, 2009

ISBN 978-83-659-2803-0

War­szawa 2021

Wydaw­nic­two Świat Książki

02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2

Księ­gar­nia inter­ne­towa: swiatk­siazki.pl

Dys­try­bu­cja:

Dres­sler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91

e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl

tel. +48 22 733 50 31/32

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Sarah, mojej bra­to­wej, z wyra­zami miło­ści

Podzię­ko­wa­nia

Pomysł cza­ro­dziej­skiego ogrodu ożył w mojej wyobraźni dopiero gdy poje­cha­łam odwie­dzić Geo­r­gię Lang­ton w Dor­set. Geo­r­gia jest nie tylko uta­len­to­waną ogrod­niczką, lecz także jedną z naj­bar­dziej cza­ru­ją­cych eks­cen­try­czek w Anglii. Zain­spi­ro­wała mnie do dzia­ła­nia tyloma fascy­nu­ją­cymi ide­ami, że napi­sa­nie tej książki było czy­stą przy­jem­no­ścią, od początku do końca. Jestem Geo­r­gii za to ogrom­nie wdzięczna i zapew­niam czy­tel­ni­ków, że wszel­kie tech­niczne błędy w tek­ście są wyłącz­nie moim dzie­łem.

Sue John­son-Hill i tym razem cze­kała w Bor­de­aux, żeby z entu­zja­zmem i cier­pli­wo­ścią odpo­wie­dzieć na moje pyta­nia. Już drugi raz pospie­szyła mi z pomocą, za co ser­decz­nie jej dzię­kuję!

Bar­dzo dzię­kuję rów­nież mojemu ojcu, który nauczył mnie głę­biej poj­mo­wać życie i cenić przy­rodę. Jego mądry przy­kład spra­wił, że stwo­rzy­łam wła­śnie takiego boha­tera.

Moja matka jest praw­dzi­wym źró­dłem wie­dzy, wraż­liwą redak­torką tek­stu i zna­ko­mitą słu­chaczką, która traf­nie i mądrze oce­niała moje pomy­sły. Poświę­ciła mi mnó­stwo czasu, ener­gii i entu­zja­zmu, i naprawdę trudno mi wyra­zić wdzięcz­ność, jaką do niej czuję.

Książka nie nada­wa­łaby się do wyda­nia bez dokład­nego ple­wie­nia, któ­rym zajęła się reda­gu­jąca moje tek­sty Susan Flet­cher. Susan jest zna­ko­mitą, wyjąt­kową redak­torką i kone­serką dobrych lek­tur. Ma wielką cier­pli­wość i oko do szcze­gó­łów, któ­rego mnie raczej brak. Zawsze cenię jej rady i szcze­rze dzię­kuję za trud wło­żony w to, aby książka była jak naj­lep­sza.

Moja agentka, She­ila Crow­ley, posiada nie­zwy­kłą cechę – zawsze czuję się przy niej tak, jak­bym była jej jedyną autorką. Jest wytrwała, pogodna, lecz także twarda i zde­cy­do­wana, kiedy wyma­gają tego oko­licz­no­ści. Dzię­kuję, że czu­wała w moim naroż­niku i doda­wała mi odwagi, gdy wyry­wa­łam sobie włosy z głowy z roz­pa­czy i nie mogłam napi­sać ani jed­nego zda­nia!

Jesz­cze raz i jesz­cze raz dzię­kuję Kate Rock, bez któ­rej pomocy na pewno nie wyda­ła­bym mojej pierw­szej powie­ści; Eleni Fosti­ro­po­ulos i mojej fan­ta­stycz­nej dru­ży­nie z wydaw­nic­twa Hod­der; mojej kole­żance po pió­rze, Eli­za­beth Buchan, która hoj­nie podzie­liła się ze mną pomy­słami, a także mojej szkol­nej przy­ja­ciółce, Cosi­mie Town­ley, która przed­sta­wiła mnie Miss Fitz, przy oka­zji pod­rzu­ca­jąc mi pomysł z tchó­rzo­fretką.

Dzię­kuję moim naj­uko­chań­szym dzie­ciom, Lily i Sashy, za natchnie­nie i miłość.

I wresz­cie naj­moc­niej i naj­ser­decz­niej dzię­kuję mojemu mężowi Seba­gowi, jak zwy­kle. Nie­stru­dze­nie dostar­cza mi pomy­słów, stale mnie wspiera i mądrze dora­dza. Na wszyst­kich kart­kach tej powie­ści można zna­leźć odci­ski jego pal­ców…

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Pro­log

Har­ting­ton House,

lato 2004

Zmierzch już się czaił, kiedy dotarła do domku, mocno przy­ci­ska­jąc do piersi tek­tu­rowe pudełko. Słońce wisiało nisko na nie­bie, malu­jąc obłoki różową farbą i upodob­nia­jąc je do kłęb­ków cukro­wej waty, dłu­gie cie­nie kła­dły się na wil­got­nej od rosy tra­wie. Powie­trze słodko pach­niało żyzną zie­mią i roz­wi­ja­ją­cymi się kwia­tami. Malut­kie ważki koły­sały się wśród traw, ich skrzy­dełka mie­niły się w świe­tle. Dom był dziwny, syme­tryczny, z wyso­kim dachem, który jakby przy­gnia­tał znaj­du­jące się pod nim ściany. Cał­kiem moż­liwe, że kie­dyś peł­nił rolę sto­doły albo spi­chle­rza, ponie­waż stał na środku pola. Dachówki były brą­zowe i poro­śnięte mchem, komin lekko prze­chy­lony w lewo. Szczyt dachu tro­chę się zapadł, jakby zmę­czył się wła­snym trwa­niem. Pnące róże pie­niły się nad drzwiami, z któ­rych zaczęła już odpa­dać farba. Dom spra­wiał wra­że­nie w przy­kry spo­sób zapo­mnia­nego i opusz­czo­nego, ukryty w nie­wiel­kim zagaj­niku u stóp ogrodu, tuż nad rzeką. Tłu­sty gołąb przy­go­to­wy­wał się do snu, gru­cha­jąc leni­wie przy kałuży, a dwie wie­wiórki pomknęły w górę po pniu potęż­nego kasz­tana i przy­cup­nęły w zagię­ciu gałęzi, obser­wu­jąc ją podejrz­li­wymi czar­nymi ślep­kami.

Chwilę stała nie­ru­chomo, przy­glą­da­jąc się spo­koj­nym wodom rzeki Hart, powoli podą­ża­ją­cym doliną w stronę morza. Pamię­tała, jak łowiła ryby siat­kami i rzu­cała patyki z małego kamien­nego mostku. Nic się tu nie zmie­niło. Krowy na­dal muczały na łące nad rzeką, a dale­kie ter­ko­ta­nie trak­tora dobie­gało od drogi za żywo­pło­tem. Zamru­gała, otrzą­snęła się ze wspo­mnień i wsu­nęła klucz do zamka.

Drzwi otwo­rzyły się z bole­snym skrzyp­nię­ciem. Weszła do holu i od razu poczuła leciutki lecz trwały zapach kwia­tów poma­rań­czy. Kiedy zaj­rzała do salonu, zagra­co­nego nie­zli­czo­nymi foto­gra­fiami, bibe­lo­tami i książ­kami, pomy­ślała sobie, że ktoś tu mieszka. Jeśli dobrze wie­działa, agen­cja nie sprze­dała jesz­cze posia­dło­ści, do któ­rej nale­żał domek i która była na rynku już od ponad dzie­się­ciu mie­sięcy.

– Halo! – zawo­łała. – Jest tu ktoś?

 

Cisza. Ner­wowo ścią­gnęła brwi i zamknęła za sobą drzwi wej­ściowe. Pudełko posta­wiła na pod­ło­dze w holu. Powie­trze w domu było cie­płe i tro­chę cięż­kie, pach­nące kurzem, daw­nymi wspo­mnie­niami i łzami. Ją także oczy pie­kły od łez.

Weszła do kuchni, gdzie na stole stały por­ce­la­nowe fili­żanki i imbry­czek, a krze­sła były odsu­nięte. Pozo­sta­ło­ści po pod­wie­czorku dla dwojga… Poło­żyła rękę na opar­ciu jed­nego z krze­seł, bo nagle zakrę­ciło jej się w gło­wie. Przez wszyst­kie lata, kiedy miesz­kała w wiel­kim domu, ani razu nie zaj­rzała do tego domku. Drzwi zawsze były tu zamknięte, a ona ni­gdy nie czuła cie­ka­wo­ści. Sądząc po gru­bo­ści war­stwy kurzu, pokry­wa­ją­cej kuchenny stół, nikt inny także tu nie zaglą­dał.

Z góry dobiegł jakiś dźwięk, chyba ciche kroki.

– Halo! – zawo­łała znowu, nagle prze­stra­szona. – Czy ktoś tu jest?

Cisza. Wró­ciła do holu i pod­nio­sła pudełko. Gdy się wypro­sto­wała, odkryła, że nie może ode­rwać oczu od pode­stu scho­dów, roz­ja­śnio­nego nie­ziem­skim bla­skiem. Jej lęk roz­wiał się w jed­nej chwili, a w głębi serca roz­le­gło się bez­gło­śne woła­nie.

Zaczęła powoli wspi­nać się po scho­dach na pię­terko. Na górze, po lewej stro­nie, znaj­do­wał się pusty pokój. Posta­wiła tam pudełko i przy­sta­nęła w progu. Nie miała ochoty go zosta­wiać, ponie­waż w środku było coś nie­zwy­kle cen­nego. Z nie­zmier­nym tru­dem roz­sta­wała się z tą rze­czą, wie­działa jed­nak, że wła­śnie tak powinna postą­pić. Nawet jeżeli nikt go tu ni­gdy nie znaj­dzie, ona będzie miała pew­ność, że zro­biła wszytko, co było w jej mocy. Nie podo­bało jej się, że ukrywa coś przed wła­sną rodziną, ale tę tajem­nicę musiała zabrać ze sobą do grobu; nawet jeśli jej sekret nikogo nie mógł już zra­nić, na­dal był jak popiół z ogni­ska, które kie­dyś pło­nęło z ogromną siłą.

Sypial­nia po dru­giej stro­nie pode­stu odwró­ciła jej uwagę od pudełka. Ten pokój miał zna­jomy zapach świeżo ścię­tej trawy i słodki aro­mat kwiatu poma­rań­czy, który poczuła już na dole. Usia­dła na łóżku, w smu­dze sło­necz­nego świa­tła, prze­do­sta­ją­cej się do środka przez gruby kożuch ple­śni, pokry­wa­jący pla­mami szyby w oknie. Cie­płe pro­mie­nie padały na jej twarz, były bursz­ty­nowe, w kolo­rze żalu. Przy­mknęła powieki, wyczu­wa­jąc czy­jąś bli­ską obec­ność i wsłu­chała się w ciszę. Oczy znowu paliły ją od łez, wie­działa jed­nak, że jeśli je otwo­rzy, zmar­nuje tę szcze­gólną chwilę.

Nie odchodź, powie­działa bez słów. Nie zosta­wiaj mnie, pro­szę… Póź­niej wypro­sto­wała się, cze­ka­jąc na odpo­wiedź.

Jesień

I

Żółte listki pła­czą­cej wierzby jesie­nią

Har­ting­ton House,

Dor­set paź­dzier­nik 2005

Gus pod­kradł się do drzwi gabi­netu matki i przy­ło­żył ucho do szpary. Wcią­gnął do nosa zna­jomy zapach papie­ro­sów Marl­boro Lites i poczuł, jak jego fru­stra­cja nara­sta. Słu­chał jej niskiego, zachryp­nię­tego głosu i wie­dział, że roz­ma­wia z jego nauczy­cie­lem, panem Mar­lo­wem. Z góry zało­żył, i słusz­nie, że matka nie stoi po jego stro­nie. Gus sta­no­wił pro­blem, któ­rego roz­wi­kła­niem nikt nie miał ochoty się faty­go­wać.

– Nie do wiary! – wykrzyk­nęła matka. – Strasz­nie mi przy­kro, panie Mar­low! Coś takiego! Ni­gdy wię­cej się to nie zda­rzy, obie­cuję! Ojciec Gusa przy­jeż­dża jutro wie­czo­rem z Lon­dynu, więc dopil­nuję, żeby z nim poroz­ma­wiał… Ma pan słusz­ność, nic nie uspra­wie­dli­wia gry­zie­nia innych dzieci… Zaraz go poszu­kam i ode­ślę z powro­tem do szkoły! – Jej głos zła­god­niał, potem Gus usły­szał, jak odsu­nęła krze­sło i wstała. – Wiem, że cza­sami może być nieco agre­sywny, ale dopiero parę mie­sięcy temu prze­pro­wa­dzi­li­śmy się tu z Lon­dynu… To trudna sytu­acja, Gus zosta­wił w mie­ście wszyst­kich swo­ich przy­ja­ciół i kole­gów, on ma sie­dem lat, na pewno pan rozu­mie… Uspo­koi się i pogo­dzi z nowymi warun­kami, pro­szę dać mu tylko tro­chę czasu, dobrze? Bar­dzo pro­szę… To w grun­cie rze­czy cał­kiem dobry chło­pak…

Gus nie cze­kał dłu­żej. Na pal­cach prze­biegł przez kory­tarz i przez ogro­dowe drzwi wydo­stał się na taras. Traw­nik przy­po­mi­nał ciem­no­zie­lony, mokry dywan, lśniący w bla­dym świe­tle poranka. Wziął głę­boki oddech, zadrżał i wsu­nął ręce do kie­szeni spodni, przy­glą­da­jąc się, jak mgła unosi się do góry. Kurtkę zosta­wił w szkole. Prze­łknął żal i ruszył w stronę tymian­ko­wej alejki, po jej obu stro­nach koły­sały się kudłate kulki. Szedł przed sie­bie, przy­gar­biony, z roz­ma­chem kopiąc kamyki i szu­ka­jąc wzro­kiem jakie­goś małego stwo­rze­nia, na któ­rym mógłby wyła­do­wać swój gniew.

Na końcu tymian­ko­wej alejki roz­cią­gała się łąka, pełna owiec nale­żą­cych do sąsiada Jeremy’ego Fit­zher­berta. Wśród owiec pasł się osioł o wiecz­nie zme­cha­co­nej sier­ści i imie­niu Char­lie. Gus uwiel­biał stra­szyć biedne zwie­rzę i czę­sto gonił go z kijem dookoła pastwi­ska tak długo, aż osioł zaczy­nał ochry­ple pory­ki­wać. Teraz, gdy Gus wspiął się na płot, Char­lie natych­miast wyczuł nie­bez­pie­czeń­stwo i zastrzygł uszami. Zaraz potem zauwa­żył małego chłopca, który zesko­czył wła­śnie z ogro­dze­nia na trawę. Oczy Char­liego roz­sze­rzyły się ze stra­chu. Zamarł bez ruchu, jego noz­drza roz­dęły się sze­roko, a serce przy­spie­szyło gwał­tow­nie i nie­równo, zupeł­nie jak zardze­wiały sil­nik.

Gusa ogar­nęło miłe pod­nie­ce­nie. Zapo­mniał o tym, że ugryzł Adama Hud­sona na boisku, że uciekł ze szkoły, zapo­mniał o gnie­wie w gło­sie matki i swoim obez­wład­nia­ją­cym poczu­ciu osa­mot­nie­nia. W tej chwili nie myślał o niczym poza nie­szczę­snym osłem, na któ­rego miał ochotę zapo­lo­wać.

– Boisz się, co? – syk­nął, zbli­ża­jąc się do prze­ra­żo­nego zwie­rzaka. – Ty tchó­rzu!

Sko­czył naprzód, z przy­jem­no­ścią patrząc, jak Char­lie cofa się nie­zgrab­nie i truchta w kie­runku lasu na skraju łąki, żało­śnie rżąc ze stra­chu. Szkoda, że nie przy­nio­słem kija, pomy­ślał Gus. Zabawa jest jesz­cze lep­sza, kiedy uda się go ude­rzyć.

Kiedy wresz­cie się znu­dził, zagłę­bił się mię­dzy drzewa, zosta­wia­jąc drżą­cego Char­liego w kącie łąki, oto­czo­nego owcami. Zie­mia w lesie była gąb­cza­sta, zasy­pana gałąz­kami i bru­nat­nymi liśćmi, wśród któ­rych szu­kał poży­wie­nia piękny bażant o lśnią­cych pió­rach. Słońce słabo prze­świe­cało przez listo­wie, wydo­by­wa­jąc z mroku paję­cze sieci, roz­pięte mię­dzy gałę­ziami krze­wów niczym strzępy koronki. Gus pod­niósł z ziemi patyk i zaczął zmia­tać nim paję­czyny na zie­mię, roz­gnia­ta­jąc butami ucie­ka­jące pająki. Krótka chwila przy­jem­no­ści szybko ule­ciała i Gus został sam na sam z pod­świa­do­mym prze­ko­na­niem, że nikomu nie jest potrzebny.

Miranda Clay­bo­urne odło­żyła słu­chawkę i utkwiła wzrok w roz­po­ście­ra­ją­cym się za oknem sadzie. Zie­mia usiana była jabł­kami i ostat­nimi w tym roku śliw­kami. Wyczuła obec­ność syna za drzwiami, lecz teraz Gusa już nie było. Musiał wybrać sobie na wagary aku­rat Dzień Nie­prze­kra­czal­nego Ter­minu, pomy­ślała ze zło­ścią. Zdu­siła papie­rosa w popiel­niczce, wma­wia­jąc sobie, że drobne potknię­cie w walce z pale­niem jest abso­lut­nie natu­ralne i zro­zu­miałe; zacią­gnęła się zresztą tylko trzy razy, co w zasa­dzie się nie liczyło. Nie miała czasu na szu­ka­nie Gusa, nie wie­działa nawet, gdzie zacząć, ponie­waż posia­dłość była duża i, co zauwa­żyła z uczu­ciem przy­gnę­bie­nia, potwor­nie zaro­śnięta i wil­gotna. Sama myśl o dłu­giej wędrówce w kalo­szach była po pro­stu nie do znie­sie­nia dla ele­ganc­kiej dziew­czyny z mia­sta, przy­zwy­cza­jo­nej do pan­to­fel­ków na wyso­kim obca­sie firmy Jimmy Choo oraz gład­kich, beto­no­wych chod­ni­ków. Na domiar złego wła­śnie dziś musiała dokoń­czyć swoją comie­sięczną kolumnę dla maga­zynu „Red”. Jak na razie, jedy­nym plu­sem życia na wsi oka­zało się to, że nie musiała się sta­ran­nie cze­sać i malo­wać przed ode­bra­niem dzieci ze szkoły. Gus i jego pię­cio­let­nia sio­stra Storm codzien­nie rano poko­ny­wali na rowe­rach trasę od domu do bramy, gdzie zosta­wiali swoje pojazdy i wsia­dali do szkol­nego auto­busu, który zatrzy­my­wał się tam punk­tu­al­nie o ósmej, żeby ich zabrać. W Lon­dy­nie Miranda musiała wcze­śnie wsta­wać, żeby zadbać o swój wygląd przed spo­tka­niem z innymi mamu­siami na wyso­kich obca­sach i w ogrom­nych oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych od Guc­ciego, o zadba­nych wło­sach, ufar­bo­wa­nych i dosko­nale obcię­tych w słyn­nym salo­nie fry­zjer­skim Richarda Warda. W Har­ting­ton pra­wie nikt nie sły­szał o Guc­cim czy Richar­dzie War­dzie, a w każ­dym razie tak uwa­żała Miranda. Z początku wyda­wało się jej to tro­chę dziwne, lecz uro­cze, nato­miast teraz już tylko dziwne, i to wcale nie tro­chę. Dow­cip­nie narze­kała na te pro­win­cjo­nalne dzi­wac­twa w swo­jej kolum­nie, która sta­no­wiła kro­nikę jej sta­rań o przy­zwy­cza­je­nie się do życia na wsi, i zgrab­nie obra­cała znie­chę­ce­nie w żart. Desz­czowa, przy­gnę­bia­jąca pogoda, w nie­moż­liwy do wyja­śnie­nia spo­sób bar­dziej desz­czowa i bar­dziej przy­gnę­bia­jąca niż w Lon­dy­nie oraz dziwne aspekty życia w Har­ting­ton two­rzyły trudną do znie­sie­nia całość. Miranda mogła już tylko śmiać się ze wszyst­kiego, co ją spo­ty­kało.

W prze­ci­wień­stwie do męża, wcale nie miała ochoty wypro­wa­dzać się z Lon­dynu. Na samą myśl o odda­le­niu się od skle­pów fir­mo­wych Harveya Nicholsa na odle­głość więk­szą niż parę metrów, prze­sy­co­nych zapa­chem cudow­nych per­fum tegoż pro­jek­tanta mody, zimny pot spły­wał jej po ple­cach. Smętna koniecz­ność jedze­nia w lokal­nym pubie, a nie w takich restau­ra­cjach jak Ivy czy Le Caprice, zupeł­nie wystar­czyła, by Miranda do pew­nego stop­nia doce­niła uroki wła­snej kuchni. Bar­dzo bra­ko­wało jej zajęć pila­tes w Not­ting Hill, lun­chów w Wol­se­ley, na które uma­wiała się z kole­żan­kami i jakże przy­jem­nych zaku­pów w skle­pie Ral­pha Lau­rena. Nie mieli jed­nak wyboru. Gus został wyrzu­cony ze szkoły za agre­sywne zacho­wa­nie i prze­nie­sie­nie go do spo­koj­nej i cichej wiej­skiej szkoły wyda­wało się roz­sąd­nym roz­wią­za­niem. Musiał upły­nąć jesz­cze cały rok, zanim Gusa będzie można wysłać do szkoły z inter­na­tem, powie­rza­jąc trudne dziecko kom­pe­tent­nym opie­ku­nom i wresz­cie pozby­wa­jąc się kło­po­tów. Miran­dzie i Davi­dowi Clay­bo­urne jeden rok złego zacho­wa­nia Gusa wyda­wał się co naj­mniej stu­le­ciem.

Miranda nie miała poję­cia, co powinna teraz zro­bić. Naprawdę nie miała czasu na zaj­mo­wa­nie się Gusem… Wyrzu­ciła papie­rosa z popiel­niczki do kosza na śmieci i przy­kryła go kil­koma zgnie­cio­nymi kart­kami papieru, żeby jego widok nie przy­po­mi­nał jej o braku sil­nej woli. Szcze­rze żało­wała, że nie zatrud­niła opie­kunki do dzieci, tylko uparła się, że sama da sobie ze wszyst­kim radę. Głów­nym pro­ble­mem matki pra­cu­ją­cej było poczu­cie winy, rzecz jasna. Wyrzuty sumie­nia szły ręka w rękę z uczu­ciem potwor­nego zmę­cze­nia, ponie­waż matka pra­cu­jąca stara się zro­bić wszystko sama i jesz­cze wygo­spo­da­ro­wać tro­chę czasu dla sie­bie. David pro­po­no­wał, aby poszu­kała kucharki i ogrod­nika, bo wtedy mia­łaby wię­cej czasu na pisa­nie. Życie na wsi nie przy­po­mi­nało życia w Lon­dy­nie, gdzie można zamó­wić do domu sushi albo chińsz­czy­znę od pana Winga; w Har­ting­ton Miranda musiała jechać samo­cho­dem do mia­sta, co wyma­gało wcze­śniej­szego zapla­no­wa­nia. Nie miała czasu, by się zasta­na­wiać, co przy­go­to­wać na śnia­da­nie, obiad i kola­cję. Dobrze cho­ciaż, że pan Tit, mle­czarz, codzien­nie rano przy­wo­ził gazety i mleko białą cię­ża­rówką z tablicą reje­stra­cyjną, na któ­rej wid­niał napis COW 1. Roz­śmie­szało to Mirandę nawet w cza­sie tej naj­bar­dziej ponu­rej godziny całego dnia, kiedy na dwo­rze było ciemno i mokro, a ona ner­wowo sta­rała się przy­go­to­wać dzieci do wyj­ścia do szkoły. Jeśli cho­dzi o ogród, to mieli tu praw­dziwy ogród, nie patio z kil­koma rośli­nami w donicz­kach, ale całą ogromną działkę. Nie­stety, na wsi nie­ła­two było zna­leźć pomoc domową. Lon­dyn pełen był cudzo­ziem­ców, któ­rzy bła­gali o pracę, ale do Dor­set nie dotarł chyba ani jeden obco­kra­jo­wiec. Wszystko to razem było naprawdę dziwne i dener­wu­jące… Miranda nie czuła się tu jak u sie­bie. David zako­chał się w domu od pierw­szego wej­rze­nia, ponie­waż cier­piał na pewien prze­rost ambi­cji i wizja wiej­skiej rezy­den­cji prze­ma­wiała do niego, nato­miast Miranda zaak­cep­to­wała Har­ting­ton bez wiel­kiego prze­ko­na­nia i wciąż tęsk­niła za Not­ting Hill i miej­skim asfal­tem, nękana lek­kimi wyrzu­tami sumie­nia, że nie doce­nia faktu posia­da­nia dużego domu w iście sie­lan­ko­wym oto­cze­niu. Tylko że… Co wła­ści­wie można było robić na wsi, na miłość boską?

 

Jako nie­za­leżna dzien­ni­karka, zawsze pra­co­wała w napię­ciu i na ostat­nią chwilę. Pie­nią­dze, które zara­biała, nie były im potrzebne – David pra­co­wał w City i zara­biał wię­cej niż więk­szość ludzi jest w sta­nie wydać przez całe życie, ale pisa­nie miała we krwi i nie mogłaby prze­stać pisać nawet gdyby chciała. Marzyła, że kie­dyś napi­sze powieść, wspa­niałą histo­rię miło­sną, coś w rodzaju Anny Kare­niny albo Prze­mi­nęło z wia­trem, nie miała jed­nak jesz­cze dobrego pomy­słu. Na razie pisy­wała więc arty­kuły do cza­so­pism i gazet, co zaspo­ka­jało jej potrzebę wyra­że­nia samej sie­bie i dawało istotny punkt zacze­pie­nia w Lon­dy­nie. Teraz zagłu­szała pracą cichy głos roz­pa­czy, który z upo­rem szep­tał jej przy­kre słowa. Odkła­dała roz­ma­ite sprawy z nadzieją, że same jakoś się zała­twią albo znikną, że David przy­zna, iż prze­pro­wadzka była fatal­nym błę­dem i zabie­rze ich z powro­tem tam, gdzie było ich miej­sce. Życie na wsi nie odmie­niło prze­cież Gusa. Jed­nak radość, jaką David czer­pał z prze­by­wa­nia w Har­ting­ton, brała się głów­nie z tego, że w nie­dzielę wra­cał do Lon­dynu i mógł do woli prze­chwa­lać się week­en­dem spę­dzo­nym w swo­jej wiej­skiej posia­dło­ści. Tym­cza­sem Miranda ska­zana była na Har­ting­ton w świą­tek, pią­tek i sobotę…

Pomy­ślała o mężu, przy­stoj­nym i fascy­nu­ją­cym Davi­dzie Clay­bo­urne. Zawsze opa­no­wany, zawsze silny i sprawny, pły­nął przez życie bez naj­mniej­szego wysiłku, zupeł­nie jakby każdą czyn­ność i sytu­ację zdą­żył już prze­ćwi­czyć, i to nie­raz, w jakimś poprzed­nim wcie­le­niu. Odkąd prze­pro­wa­dziła się z dziećmi do Har­ting­ton, rzadko go widy­wała. Z początku przy­jeż­dżał do domu w czwartki i zosta­wał do nie­dziel­nego wie­czoru, ale teraz zja­wiał się póź­nym wie­czo­rem w pią­tek i wyjeż­dżał w nie­dzielę zaraz po lun­chu. Naj­czę­ściej był zmę­czony i miał ochotę na week­end przed tele­wi­zo­rem, w któ­rym leciały roz­grywki golfa. Gdyby nie znała go tak dobrze, już dawno zaczę­łaby podej­rze­wać go o romans, ale David zanadto przej­mo­wał się opi­nią innych, żeby pozwo­lić sobie na skok w bok.

Wró­ciła do biurka i wybrała numer męża w fir­mie Gold­man Sachs. Chciała podzie­lić się z nim tro­ską o Gusa, to jasne, lecz pra­gnęła także po pro­stu usły­szeć jego głos.

– To ja, kocha­nie! – ode­zwała się, kiedy pod­niósł słu­chawkę.

– Co u was, skar­bie? Wszystko w porządku?

Głos Davida wibro­wał ener­gią i Miranda od razu poczuła się lepiej.

– Cho­dzi o Gusa – powie­działa. – Uciekł.

Z piersi Davida wyrwało się pełne znie­cier­pli­wie­nia wes­tchnie­nie.

– Znowu?!

Miran­dzie zro­biło się przy­kro, że naj­wy­raź­niej zepsuła mu dzień.

– Musisz z nim wie­czo­rem sta­now­czo poroz­ma­wiać – rze­kła. – Cie­bie powi­nien posłu­chać.

– Przy­da­łoby mu się porządne lanie!

– Wymie­rza­nie kar cie­le­snych to prze­stęp­stwo. Nie­trudno się domy­ślić, że tego rodzaju zasady prawne wymy­ślili ludzie, któ­rzy nie mają dzieci.

– Roz­ma­wia­łaś z panem Mar­lo­wem?

– Tak. Nie jest szcze­gól­nie zado­wo­lony. Boże, żeby tylko Gusa nie wyrzu­cili i z tej szkoły! – Miranda zaczęła ner­wowo bawić się ołów­kiem.

– Nie wyrzucą go, na wsi ludzie są bar­dziej tole­ran­cyjni. Poza tym Gus szybko wyro­śnie z takich zacho­wań, zoba­czysz! Na razie dopiero przy­zwy­czaja się do nowego oto­cze­nia.

– Obyś miał rację…

– Jesteś przy­gnę­biona, kocha­nie?

– Nie wiem, w co mam wsa­dzić ręce, i tyle! Muszę dziś skoń­czyć kolumnę, a nie mogę spo­koj­nie usiąść przy biurku, bo mam mnó­stwo domo­wych zajęć. Teraz jesz­cze Gus uciekł ze szkoły… Naprawdę nie mam czasu! Zaraz zacznę wyry­wać sobie włosy z głowy.

– Szkoda takich pięk­nych wło­sów! – zaśmiał się David. – Słu­chaj, gdy­byś zadała sobie tro­chę trudu i przy­jęła kogoś do pomocy w domu, mia­ła­byś wię­cej czasu na ważne rze­czy!

Nie potra­fił zro­zu­mieć zagu­bie­nia i dziw­nej nie­pew­no­ści żony. Ostat­nio jej zacho­wa­nie wyda­wało mu się kom­plet­nie nie­zgodne z jej cha­rak­te­rem. Przez osiem mie­sięcy dowo­dziła ekipą budow­laną jak zapra­wiony w walce ofi­cer, ale teraz zupeł­nie stra­ciła ener­gię.

– Powin­naś była posłu­chać mnie i poszu­kać opie­kunki do dzieci – cią­gnął. – Cał­kiem moż­liwe zresztą, że Jayne zgo­dzi­łaby się prze­nieść z nami do Dor­set, gdy­by­śmy przed­sta­wili jej pro­po­zy­cję nie do odrzu­ce­nia… Marzy­łaś, żeby zostać bogi­nią domo­wego ogni­ska, ale to raczej trudne do zre­ali­zo­wa­nia, prawda? Głu­pio zro­bi­li­śmy, pozwa­la­jąc Jayne poże­gnać się z nami. Ona jedna umiała okieł­znać Gusa! Cóż, jesteś teraz panią na wło­ściach, skar­bie, więc posta­raj się jakoś zor­ga­ni­zo­wać, na miłość boską, bo ina­czej oboje zwa­riu­jemy!

David naj­wi­docz­niej uwa­żał, że pro­blemy ich syna to sprawa żony.

– Wróci, kiedy zgłod­nieje – odparła Miranda, ura­żona, że David znowu obar­cza ją winą za domowe kło­poty. – I wtedy ode­ślę go do szkoły!

Odło­żyła słu­chawkę i wró­ciła za biurko. Ponuro popa­trzyła na iro­niczny tytuł swo­jej kolumny: „Mój sen o życiu na wsi”.

Gus sie­dział pod drze­wem. Bur­czało mu w brzu­chu, chciał iść do domu, posie­dzieć przy kominku w dużym pokoju i pooglą­dać Władcę Pier­ścieni na DVD. Miał też ogromną ochotę na wiej­ską zapie­kankę Jayne i jabłka z płat­kami owsia­nymi oraz sosem kar­me­lo­wym. Szar­piący nim gniew powoli odpły­nął, prze­gnany wil­got­nym wia­trem, który prze­ni­kał go aż do kości. Gus ener­gicz­nie zacie­rał dło­nie i ogrze­wał je odde­chem. Nawet gdyby dys­po­no­wał odpo­wied­nim słow­nic­twem, co oczy­wi­ście nie miało miej­sca, nie potra­fiłby wyja­śnić swo­jego postę­po­wa­nia. Nie wie­dział, dla­czego zatruty jest znie­chę­ce­niem i zło­ścią. Czuł się odrzu­cony, a kiedy ata­ko­wał innych, było mu tro­chę lżej. Nagle wielka bańka uro­sła w jego żołądku, powę­dro­wała w górę tcha­wicą i eks­plo­do­wała w gar­dle, przy­bie­ra­jąc postać gło­śnego, żało­snego, nie­kon­tro­lo­wa­nego szlo­chu. Wła­sne łzy zasko­czyły go i prze­ra­ziły, nie był jed­nak w sta­nie nad nimi zapa­no­wać.

– Wszystko w porządku, chłop­cze?

Gus odwró­cił się, pospiesz­nie tłu­miąc płacz. Męż­czy­zna pod­szedł do niego tak cicho, że w ogóle nic nie sły­szał. Za ple­cami przy­by­sza dyszały dwa czarne owczarki.

– Jesteś synem Davida Clay­bo­urne’a, prawda? – zapy­tał Jeremy Fit­zher­bert.

Gus kiw­nął głową. Jeremy przed­sta­wił mu się i jego szczu­płą, ogo­rzałą twarz roz­ja­śnił uśmiech. Jeden z psów oparł się o nogawkę brą­zo­wych sztruk­so­wych spodni Jeremy’ego, wetknię­tych w zie­lone kalo­sze. Twe­edowa czapka przy­kry­wała rzed­nące kasz­ta­nowe włosy męż­czy­zny, oczy miał małe, błysz­czące i inten­syw­nie nie­bie­skie. Dło­nią w ręka­wiczce pokle­pał psa po gło­wie; w dru­giej trzy­mał długi kij, ten sam, któ­rym Gus tak czę­sto drę­czył osła.

– Nie powi­nie­neś być teraz w szkole? No, chodź, odpro­wa­dzę cię do domu!

Chło­piec nie­chęt­nie pod­niósł się z trawy. Jeden z psów sko­czył ku niemu i Gus cof­nął się ner­wowo.

– Och, on tylko chce sobie poska­kać! – zaśmiał się Jeremy. – Nie bój się, nie gry­zie! Ten chudy nazywa się Pan Ben, a gruby to Wol­fgang… – Ser­decz­nie pokle­pał Pana Bena.

Gus otarł twarz ręka­wem i ruszył za Jere­mym ścieżką. Owce sku­piły się w cia­sną grupkę, gotowe zmie­nić miej­sce na pastwi­sku. Osioł Char­lie na­dal tkwił w odle­głym rogu i czuj­nie obser­wo­wał nad­cho­dzą­cych.

– Char­lie! – Jeremy wyjął z kie­szeni mar­chewkę. – Chodź tutaj, sta­ruszku!

Char­lie ani drgnął.

– Co z nim? – wymam­ro­tał Jeremy do sie­bie.

Gus spu­ścił wzrok i wepchnął ręce do kie­szeni.

– Ach, te osły – wes­tchnął Jeremy, potrzą­sa­jąc głową. – Póź­niej wrócę i spraw­dzę, czy wszystko z nim w porządku. To stare zwie­rzę, ma ponad dzie­więć­dzie­siąt lat, wiesz?

– Naprawdę? – Gus ostroż­nie zer­k­nął spod ciem­nej grzywki.

Jeremy zauwa­żył w jego oczach jakiś twardy błysk i zmarsz­czył brwi. Nie wie­dział, jak należy roz­ma­wiać z osobą w wieku Gusa, więc bez słowa ruszył w górę tymian­ko­wej alejki. Gus w mil­cze­niu szedł za nim, zasta­na­wia­jąc się, jak by tu odzy­skać kij, który trzy­mał w ręku męż­czy­zna.

Kiedy dotarli do końca alejki, Gus szybko prze­szedł przez pro­wa­dzącą do ogrodu bramę i rzu­cił Jeremy’emu szyb­kie spoj­rze­nie, bar­dziej zby­wa­jące niż pełne wdzięcz­no­ści.

– Czy twoja mama jest w domu? – spy­tał Jeremy. – Chciał­bym się z nią zoba­czyć.

Gus zawa­hał się i przy­gryzł dolną wargę. Jeremy odniósł dziwne wra­że­nie, że chło­piec zbiera siły przed spo­tka­niem z matką.

– Maaaamooo! – zawo­łał w końcu.

Dło­nie Mirandy zawi­sły nad kla­wia­turą lap­topa. Zalała ją fala ulgi. Pospiesz­nie zbie­gła do holu, gdzie Gus nie­pew­nie prze­stę­po­wał z nogi na nogę, z rękami w kie­sze­niach i buzią wysma­ro­waną bło­tem i łzami. Serce Mirandy ści­snęło się bole­śnie.

– Kocha­nie, tak się mar­twi­łam! Gdzie byłeś? – Uklę­kła i pró­bo­wała zagar­nąć syna w ramiona, lecz on nagle zesztyw­niał, jakby jej dotyk spra­wiał mu przy­krość. – Nie możesz tak po pro­stu zni­kać, to nie­bez­pieczne.

Miranda dopiero teraz zauwa­żyła sto­ją­cego w drzwiach Jeremy’ego.

– Och, prze­pra­szam, nie widzia­łam pana… – Pod­nio­sła się z kolan.

– Nazy­wam się Jeremy Fit­zher­bert, jestem waszym sąsia­dem. – Męż­czy­zna zdjął ręka­wiczkę i uści­snął dłoń Mirandy. – Macha­li­śmy już do sie­bie z oddali, ale nie zosta­li­śmy sobie przed­sta­wieni.

– Ach, tak, poznał pan tylko mojego męża, Davida.

Ręka Jeremy’ego była szorstka i cie­pła. Zwró­cił uwagę na zadbane paznok­cie Mirandy i pier­ścio­nek z dużym sza­fi­rem i bry­lan­tem na trze­cim palcu lewej dłoni. Pach­niała limetką.

– Mam na imię Miranda. – Uśmiech­nęła się. – Dzię­kuję, że przy­pro­wa­dził go pan do domu! Nie­po­ko­iłam się, co się z nim dzieje.

– Był w lesie – rzekł Jeremy. – Nie grozi mu tam żadne nie­bez­pie­czeń­stwo, no, chyba żeby zła­pał się we wnyki na lisy.

– Wnyki na lisy? – Oczy Mirandy roz­sze­rzył lęk.

Jeremy wzru­szył ramio­nami.

– Pory­wają mi kur­częta, a te naj­bar­dziej odważne cza­sami ata­kują nawet zabłą­kane owce. Wydaje mi się jed­nak, że Gus jest za sprytny, aby wpaść w taką pułapkę.

Miranda odwró­ciła się, ale Gus zdą­żył już znik­nąć.

– Jestem przy­zwy­cza­jona do miej­skich par­ków i nie­wiele wiem o życiu na wsi – w jej gło­sie zabrzmiała nuta zde­ner­wo­wa­nia. – Wszystko to jest dla mnie kom­plet­nie nowe.