Dziewczęta z Castle Deverill

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Barton Deverill

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

CZĘŚĆ DRUGA

Barton Deverill

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

CZĘŚĆ TRZECIA

Barton Deverill

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Barton Deverill

Rozdział 38

Epilog

Podziękowania


Tytuł oryginału

DAUGHTERS OF CASTLE DEVERILL

Wydawca

Grażyna Woźniak

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Redakcja

Joanna Wysłowska

Korekta

Sylwia Ciuła

Copyright © 2016 by Santa Montefiore

Copyright © for the Polish translation by Alina Jakubowska, 2017

Świat Książki

Warszawa 2017

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Joanna Duchnowska

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-720-8

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Sebagowi z wyrazami miłości

i wdzięczności



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Barton Deverill

Ballinakelly, hrabstwo Cork, 1662

Słony wiatr omiatał białe plaże i skaliste urwiska przy Ballinakelly Bay, niosąc rozpaczliwy krzyk mew i łomot fal. Szare chmury wisiały nisko, a delikatna mżawka zasnuwała powietrze mglistym woalem. Patrząc na dywany zielonych pastwisk i żółtego janowca, trudno było uwierzyć w brutalną historię tej ziemi, ponieważ nawet w wyblakłym wczesnowiosennym świetle jej przyroda była nieskażona, wprost niewinnie piękna.

W chwili gdy, zdawało się, nieprzenikniony baldachim chmur nieco się przetarł, przepuszczając promień słońca, Barton Deverill, pierwszy lord Deverill z Ballinakelly, poprzysiągł sobie, że zabliźni rany po okrucieństwach Cromwella i przyniesie pocieszenie oraz pomyślność ludziom, nad którymi teraz panował. Otulony aksamitną peleryną w głębokim odcieniu purpury, w nasadzonym nonszalancko na głowę kapeluszu z szerokim rondem ozdobionym zawadiackim piórem i w wysokich skórzanych butach ze srebrnymi ostrogami oraz mieczem u boku, siedział na koniu, przesuwając wzrokiem po szerokich połaciach ziemi nadanej mu w dowód wdzięczności przez przywróconego na tron króla Karola II. Barton Deverill był jednym z głównych przywódców w walce z wojskami Cromwella dokonującymi podboju Irlandii. Po przegranej bitwie pod Worcester uciekł wraz z królem przez morze i towarzyszył mu podczas długiego wygnania; tytuł i ziemia były satysfakcjonującą rekompensatą za rodzinny majątek skonfiskowany mu przez Cromwella w Anglii oraz za lata poświęcenia dla Korony. Nie był już młodym mężczyzną, żądnym przygód i walki, lecz człowiekiem statecznym, pragnął schować miecz do pochwy i cieszyć się owocami swych dotychczasowych poczynań. Gdzie lepiej zapuścić korzenie niż na tej olśniewająco pięknej ziemi?

Zamek z wolna nabierał kształtu. Zapowiadało się, że będzie wspaniały – położony nad samym morzem, z wieżami i wieżyczkami o ostro zakończonych hełmach i wystarczająco grubymi murami, żeby odeprzeć wroga, chociaż lord Deverill miał nadzieję na położenie kresu przemocy. Co prawda, Barton był protestantem i Anglikiem do szpiku kości, nie widział jednak powodu, by on i irlandzcy katolicy nie mieli się nawzajem szanować i żyć w zgodzie. W końcu przeszłość żyje tylko w pamięci, natomiast przyszłość zależy od bieżącego nastawienia; wzajemne zrozumienie i akceptacja na pewno umożliwią pokój na tej ziemi.

Dał znak towarzyszącej mu pokaźnej świcie i wszyscy z wolna ruszyli ku małej osadzie Ballinakelly. Po nocnej ulewie droga rozmiękła, chlupot kopyt obwieścił więc ich przybycie, wywołując strach w sercach ludzi, którzy byli świadkami zbyt wielkiego rozlewu krwi, by ze spokojem przyjąć pojawienie się konnego zastępu Anglików. Mężczyźni przyglądali mu się ze zrozumiałą rezerwą, dopóki nie rozpoznali swego nowego lorda i władcy. Pobladłe kobiety na wszelki wypadek pospiesznie zabrały dzieci i ukryły się w domach, ryglując za sobą drzwi. Kilku nieustraszonych młodzików stało boso w mżawce jak strachy na wróble, z szeroko otwartymi, wygłodniałymi oczami, gdy angielscy szlachcice w wykwintnych skórzanych butach i kapeluszach z piórami wjeżdżali w sam ich środek.

Lord Deverill zatrzymał wierzchowca i zwrócił się do swego przyjaciela, sir Toby’ego Beckwyth-Stubbsa, krzepkiego mężczyzny z sumiastym kasztanowatym wąsem i długimi kręconymi włosami ułożonymi w misterne pukle.

– Oto serce mojego imperium – rzekł, robiąc zamaszysty gest dłonią w rękawiczce, po czym dodał z sarkazmem: – Doprawdy, widzę, że jestem tu kochany.

– Lata rozlewu krwi nauczyły ich ostrożności, Bartonie – odparł sir Toby. – Ale pewien jestem, że dzięki delikatnej perswazji zdołamy ich przywołać do porządku.

 

– Nie będzie takiej perswazji, o jakiej myślisz, przyjacielu. – Barton podniósł głos. – Będę wielkoduszny, jeśli przysięgną mi posłuszeństwo.

W tym momencie kobieta ubrana w długą czarną pelerynę wyszła na drogę. Wydawało się, że wiatr nagle ustał i wszystko znieruchomiało. Obdarte dzieciaki gdzieś znikły i pozostała tylko ta niewiasta, której suknia ciągnęła się po błocie.

– Któż to? – rzucił ostro lord Deverill.

Zarządca majątku podjechał do swego pana.

– Maggie O’Leary, milordzie – poinformował.

– Kimże jest ta Maggie O’Leary?

– Ziemia, na której pan buduje zamek, milordzie, należała do jej rodziny.

– Aha. – Lord Deverill potarł brodę. – I pewnie chce ją odzyskać?

Żart tak rozbawił jego towarzyszy, że zaśmiali się gromko, odrzucając głowy. Ale młoda kobieta wpatrywała się w nich z taką zuchwałością, że śmiech rychło uwiązł im w gardle, zamieniając się w zduszony chichot. Nikt nie odważył się odwzajemnić jej spojrzenia.

– Chętnie jej coś zapłacę – dodał lord Deverill pojednawczo.

– To wariatka – syknął zniecierpliwiony sir Toby. – Lepiej od razu jej się pozbądźmy.

Ale Barton Deverill uniósł rękę. W odważnej postawie kobiety było coś, co wzbudziło jego ciekawość.

– Posłuchajmy, co ma do powiedzenia.

Maggie O’Leary zatrzepotała białymi palcami, a ruch ten był tak lekki i płynny, że jej dłonie przywodziły na myśl parę śnieżnobiałych ptaków. Gdy zsunęła z głowy kaptur, Barton Deverill wstrzymał oddech. Nigdy nie widział tak urodziwej niewiasty, nawet na francuskim dworze. Włosy miała długie, czarne i lśniące niczym skrzydło kruka, a twarz bladą jak księżycowa poświata. Wydęła usta, pełne i czerwone jak owoce ostrokrzewu. Ale to jej błyszczące jasnozielone oczy sprawiły, że śmiech zamarł lordowskim sługom na ustach i zmusił ich do wykonania znaku krzyża.

– Miej się na baczności, panie – szeptali do niego. – Ani chybi to czarownica!

Maggie O’Leary uniosła głowę i utkwiła wzrok w lordzie Deverillu. Jej głos był niski i melodyjny jak wiatr.

– Is mise Peig Ni Laoghaire. A Tiarna Deverill, dhein tú éagóir orm agus ar mo shliocht trín ár dtalamh a thógáil agus ár spiorad a bhriseadh. Go dtí go gceartaíonn tú na h-éagóracha siúd, cuirim malacht ort féin agus d-oidhrí, I dtreo is go mbí sibh gan suaimhneas síoraí I ndomhan na n-anmharbh.

Lord Deverill zwrócił się do zarządcy.

– Co ona mówi? – Ale stary sługa przełknął ślinę, bojąc się powtórzyć jej słowa. – No, mówże, człowieku – ponaglił. – Czyżbyś stracił język?

– Dobrze, mój panie, ale niech Bóg nas chroni przed tą czarownicą! – Odchrząknął, po czym przetłumaczył niepewnym i drżącym głosem: – „Nazywam się Maggie O’Leary. Lordzie Deverillu, skrzywdziłeś mnie i moich potomków, odbierając nam ziemię i łamiąc nam ducha. Póki nie naprawisz wyrządzonych nam krzywd, przeklinam ciebie i twój ród, przeklinam was na wieczność. Niech wasze dusze nigdy nie zaznają spokoju, błąkając się między światem żywych i umarłych”.

Zza pleców dobiegły ich gwałtowne głębokie oddechy, a sir Toby sięgnął po miecz.

Lord Deverill odwrócił się do swoich ludzi i uśmiechnął się z zażenowaniem.

– Czy mamy się bać pustych słów jakiejś chłopki? – zadrwił.

Gdy znów odwrócił wzrok, Maggie zniknęła.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Ballinakelly, 1925

Kitty Trench pocałowała chłopca w miękki policzek. Gdy dziecko odwzajemniło uśmiech, w jej sercu wezbrała dojmująca czułość.

– Bądź grzeczny dla panny Elsie, Mały Jacku – rzekła łagodnie. Poklepała go po rudych włosach, które miały dokładnie taki sam odcień jak jej własne. – Niedługo wrócę. – Gdy zwracała się do niani, przywołała na twarz wyraz zdecydowania. – Pilnuj go dobrze, Elsie. Nie spuszczaj z oka!

Elsie zmarszczyła brwi, zastanawiając się, czy niepokój pani Trench ma coś wspólnego z dziwną Irlandką, która poprzedniego dnia pojawiła się w ich domu. Stała na trawniku, wpatrując się w dziecko, a wyraz jej twarzy był mieszaniną smutku i tęsknoty, jakby widok małego chłopca sprawiał jej ogromne cierpienie. Elsie podeszła do nieznajomej i spytała, czy może w czymś pomóc, ale kobieta wymamrotała jakieś przeprosiny i uciekła. Było to tak zadziwiające, że Elsie natychmiast opowiedziała o tym pani Trench. Jej gwałtowna reakcja wytrąciła nianię z równowagi. Kitty zbladła, a w jej oczach odmalowało się przerażenie, jakby od dawna bała się przybycia tej kobiety. Załamała ręce, ściągnęła brwi, nie wiedząc, co począć. Wyjrzała przez okno, a potem, jakby pod wpływem nagłego impulsu, wybiegła do ogrodu i zniknęła za bramą. Elsie nie wiedziała, co zaszło między tymi dwiema kobietami, ale gdy pół godziny później Kitty wróciła, oczy miała czerwone od płaczu i cała się trzęsła. Objęła chłopca i tak mocno go ściskała, że niania zaczęła się obawiać, czy go nie udusi. A potem zabrała go na górę do sypialni i zamknęła za sobą drzwi, pozostawiając Elsie w stanie najwyższego zdumienia.

Niania uśmiechnęła się teraz przekonująco do swojej pani.

– Nie spuszczę go z oka, obiecuję – powiedziała, biorąc dziecko za rękę. – Chodź, paniczu Jacku, pójdziemy pobawić się pociągiem.

Kitty poszła do stajni i osiodłała swoją klacz. Gdy mocno podciągała popręg, zaciskała szczękę, przypominając sobie wczorajsze bulwersujące wydarzenie, z powodu którego przez pół nocy biła się z myślami, a przez drugie pół dręczyły ją koszmary.

Wczoraj niespodziewanie odwiedziła ją Bridie Doyle, niegdyś jej pokojówka i przyjaciółka, a zarazem biologiczna matka Małego Jacka. Dziecko było owocem jej przelotnego i skandalizującego romansu z ojcem Kitty, Bertiem Deverillem. Bridie musiała zostawić noworodka w klasztorze i uciec do Ameryki. Potem ktoś zabrał niemowlę z klasztoru i podrzucił na progu Kitty, dołączając list z prośbą, by się nim zaopiekowała. Cóż innego mogła zrobić? – rozmyślała, wsiadając na konia. Przecież oddała Bridie wielką przysługę, za którą ta powinna być jej dozgonnie wdzięczna. Ojciec Kitty w końcu uznał syna, a Kitty wraz ze swym mężem, Robertem, wychowywała przyrodniego brata jak własne dziecko – i równie mocno go kochała. Nic na świecie nie mogło jej z nim rozłączyć. Nic. A teraz Bridie wróciła i chciała swego syna z powrotem. „Raz musiałam go zostawić, drugi raz tego nie zrobię” – powiedziała, a wtedy lodowata ręka strachu ścisnęła serce Kitty.

Kitty wyruszyła, tłumiąc łkanie. Nie tak dawno były sobie z Bridie bliskie jak siostry. Ta przyjaźń została jednym z jej najcenniejszych doświadczeń. Ale Kitty wiedziała, że z powodu Małego Jacka pojednanie między nimi będzie niemożliwe. Musiała zaakceptować, że Bridie, którą kiedyś kochała, już nie istnieje.

Kitty galopowała przez pola w kierunku zamku, który kiedyś był jej wspaniałym rodzinnym domem, a teraz leżał w ruinie, odwiedzany jedynie przez gawrony i duchy umarłych. Zanim przed czterema laty strawił go pożar, Castle Deverill trwał dumnie na swoim miejscu, zdawało się na wieczność, a chmury napływające znad morza odbijały się w jego wysokich oknach jak w jasnych rozmarzonych oczach. Przypomniała sobie mały salonik babci Adeline, pachnący torfem i bzem, oraz swego dziadka Huberta, który lubił strzelać do katolików z okien garderoby. Przypomniała sobie zapach stęchlizny w bibliotece, gdzie jadali ciasto porterowe i grywali w brydża, oraz skrytkę pod schodami dla służby, gdzie spotykała się w tajemnicy z Bridie, gdy była małą dziewczynką. Uśmiechnęła się na wspomnienie, jak wymykała się z Hunting Lodge, by poszukać rozrywki w towarzystwie swoich kochanych dziadków. W tamtych czasach zamek był dla niej ucieczką od nieczułej matki i dokuczliwej guwernantki, ale dziś symbolizował jedynie stratę – odejście w przeszłość epoki, która wydawała się o wiele bardziej czarująca niż teraźniejszość.

Kiedy galopowała przez pola, wspomnienia Castle Deverill z okresu jego świetności wypełniły jej serce intensywną tęsknotą. Ale ojciec postanowił sprzedać zamek i wkrótce przejdzie on w obce ręce. Myślała o Bartonie, pierwszym lordzie Deverillu z Ballinakelly, który zbudował zamek, i w sercu ścisnęło ją z emocji – prawie trzysta lat rodzinnej historii obróciło się w popiół, a wszyscy męscy potomkowie uwięzieni w zamkowych murach na wieczność jako przeklęte duchy, nigdy nie zaznają spokoju. Co się z nimi stanie? Ojciec postąpiłby szlachetnie, oddając ruiny O’Learym; w ten sposób uwolniłby swoich przodków i ocalił własną duszę. Ale Bertie Deverill nie wierzył w klątwy. Tylko Kitty i Adeline posiadały dar widzenia duchów i doskonale wiedziały, jaki los czeka Bertiego i jego potomków. W dzieciństwie Kitty uważała duchy za zabawne, ale dziś napawały ją smutkiem.

W końcu jej oczom ukazał się zamek. Zachodnia wieża, w której aż do śmierci rezydowała Adeline, stała nadal nietknięta, ale reszta przypominała szkielet gigantycznego zwierzęcia, stopniowo rozkładającego się w lesie. Bluszcze i powoje pięły się po resztkach murów, wkradając się przez puste oczodoły okien, dążąc do zawładnięcia każdym kamieniem. Ale dla Kitty zamek nadal miał magnetyczny urok.

Przejechała kłusem przez teren porośnięty wysokimi chwastami, gdzie kiedyś znajdował się trawnik do gry w krokieta. Zeskoczyła z konia i poprowadziła go naokoło murów do głównego wejścia. Tam, przy czarnym lśniącym samochodzie, czekała na nią kuzynka. Celia Mayberry stała sama, ubrana w długi czarny płaszcz, sięgający niemal do ziemi, blond włosy miała upięte w staranny koczek, a na głowie elegancki mały kapelusik. Na widok Kitty się rozpromieniła.

– Och, kochana Kitty! – wykrzyknęła z entuzjazmem, oplatając przyjaciółkę ramionami. Pachniała tuberozą oraz pieniędzmi.

Kitty z równą mocą odwzajemniła uścisk.

– Jakże się cieszę! – odpowiedziała szczerze. Kuzynka Celia, która w dzieciństwie spędzała tu każde lato wraz z resztą „londyńskich Deverillów”, jak nazywano angielskich kuzynów, kochała Castle Deverill prawie tak silnie jak ona. Kitty czuła potrzebę bliskiego z nią kontaktu, równie nieodpartą jak chęć powracania do wspomnień, ponieważ Celia była jedną z niewielu osób w jej życiu, które się nie zmieniły. Im Kitty robiła się starsza i przeszłość stawała się bardziej odległa, była za tę stałość Celii coraz bardziej wdzięczna. – Dlaczego nie zawiadomiłaś mnie, że przyjeżdżasz? Mogłaś zatrzymać się u nas.

– Chciałam ci zrobić niespodziankę – odparła Celia; wyglądała jak dziecko, które pragnie zdradzić jakiś sekret.

– No i zrobiłaś! – Kitty podniosła wzrok na spalone mury. – Wygląda jak duch, czyż nie? Duch naszego dzieciństwa.

– Zostanie odbudowany – rzekła Celia stanowczo.

Kitty spojrzała na nią z troską.

– Wiesz, kto go kupił? Nie wiem, czy przeżyję tę wiadomość.

Celia się roześmiała.

– Ja! – wykrzyknęła. – To ja go kupiłam! Czyż to nie cudowne? Zamierzam przywrócić ducha naszego dzieciństwa. Ty, ja i nasze dzieci będziemy mogły znów przeżywać wspaniałe chwile. Będzie jak dawniej!

– Ty, Celio? – Kitty z zaskoczenia na moment straciła dech. – Ty kupiłaś Castle Deverill?

– Formalnie Archie go kupił. Cóż z niego za szczodry mąż! – Rozpromieniła się ze szczęścia. – Czy to nie najlepszy sposób rozwiązania problemu, Kitty? Ja też należę do Deverillów! Mam takie samo prawo jak reszta rodziny. Powiedz, że jesteś szczęśliwa, no, powiedz wreszcie!

– Ma się rozumieć, że jestem szczęśliwa. Czuję ulgę, że nie kupił go ktoś obcy, ale muszę przyznać, że jestem trochę zazdrosna – odparła nieco zakłopotana Kitty.

Celia znów objęła ją ramionami.

– Proszę, nie miej do mnie urazy. Zrobiłam to dla nas. Dla rodziny. Nie chciałam, żeby zamek poszedł w obce ręce. To byłoby jak oddanie własnego dziecka. Nie zniosłabym myśli, że ktoś inny buduje swoje życie na naszych wspomnieniach. A tak wszyscy będziemy mogli się nim cieszyć. Ty możesz nadal mieszkać w White House, wuj Bertie, jeśli oczywiście zechce, w Hunting Lodge, i możemy znów być szczęśliwi. Po tych wszystkich cierpieniach, które przeżyliśmy, zasługujemy na szczęście, nie sądzisz?

Kitty uśmiechnęła się z czułością. Celia była prawdziwą królową sceny.

– Masz rację, Celio. Cudownie będzie obserwować, jak zamek wraca do życia. I to dzięki Deverillom. Tak być powinno. Żałuję tylko, że to nie ja tego dokonam.

Celia przyłożyła rękę w rękawiczce do brzucha.

– Będę miała dziecko, Kitty – oznajmiła z uśmiechem.

 

– Wielkie nieba, Celio, ile jeszcze niespodzianek masz dla mnie w zanadrzu?

– Tylko te dwie. A co z tobą? Pospiesz się. Modlę się, żebyśmy obydwie miały córki, które będą dorastać w Castle Deverill, tak jak kiedyś my.

Nagle Kitty zdała sobie sprawę, że Celia napisała na nowo swoją przeszłość, wierząc, że przebywała w zamkowych murach dłużej niż tylko podczas sierpniowych wakacji. Należała do tych powierzchownych ludzi, którzy ot tak, zależnie od okoliczności, potrafią zmienić swój życiorys i wierzą w absolutną prawdziwość swojej wersji.

– Chodź! – Celia chwyciła Kitty za rękę i pociągnęła za sobą przez framugę drzwi, za którymi kiedyś znajdował się paradny hol. – Wejdźmy do środka! Mam wielkie plany. Chcę, żeby ten zamek był dokładnie taki sam jak wtedy, gdy byłyśmy dziewczynkami, a może nawet jeszcze piękniejszy. Pamiętasz ostatni Letni Bal? Czyż nie był cudowny?

Kitty i Celia brnęły wśród sięgających do kolan chwastów, zdumione widokiem młodych drzewek, które wysiały się wśród ostów i ciernistych krzewów i wyciągały wiotkie gałązki ku światłu. Przechodziły po miękkiej ziemi z pokoju do pokoju, płosząc gawrony i sroki, które z oburzeniem wzbijały się w powietrze. Celia paplała, przywołując przeszłość w barwnych anegdotach i czułych reminiscencjach, ale Kitty nie mogła pozbyć się uczucia smutku, który owijał ją jak ciężki czarny welon. Z bólem serca wspominała dziadka Huberta, który zginął podczas pożaru, i babcię Adeline, zmarłą zaledwie przed miesiącem w zachodniej wieży. Pomyślała o bracie Bridie, Michaelu Doyle’u, który podpalił zamek, i swej głupocie, która zawiodła ją na farmę, gdzie nikt nie usłyszał jej krzyków, gdy była gwałcona. Myślami poszybowała do swego kochanka, Jacka O’Leary’ego, i spotkania z nim przy zamkowym murze, gdy mocno ją przytulając, błagał, żeby z nim uciekła do Ameryki. Wreszcie oczyma duszy ujrzała peron na stacji, gdzie Jack został aresztowany. Zaczęło jej się kręcić w głowie, serce ścisnęło się ze strachu, gdy upiory przeszłości wybudziły się ze snu. Zostawiła Celię w ruinach jadalni i pobiegła do biblioteki, szukając schronienia wśród przyjemniejszych wspomnień – brydża, wista i ciasta porterowego.

Kitty oparła się o ścianę. Z westchnieniem przymknęła oczy. Zdała sobie sprawę, że żywi ambiwalentne uczucia do tego kanarka ćwierkającego o domu, o którego przeszłości nie ma wielkiego pojęcia. Paplanina Celii cichła w oddali, tłumiona jękiem jesiennego wiatru, hulającego wśród zamkowych murów. A ledwie Kitty przymknęła powieki, szóstym zmysłem wyczuła gromadzące się wokół niej duchy. Chłodne powietrze stało się jeszcze zimniejsze. Nic nie mogło szybciej i pewniej sprowadzić ją znów do dzieciństwa. Ostrożnie otworzyła oczy. Stała przed nią babcia jak żywa, tylko młodsza niż w chwili śmierci; biła od niej oślepiająca jasność, jakby oświetlał ją reflektor. Za nią stał dziadek Hubert oraz Barton Deverill, pierwszy lord Ballinakelly, a dalej inni nieszczęśni potomkowie Deverillów, których klątwa Maggie O’Leary skazała na wieczną tułaczkę po krawędzi zaświatów; ich twarze przesuwały się przed jej oczami jak w kryształowym kalejdoskopie.

Kitty zamrugała, gdy Adeline łagodnie się do niej uśmiechnęła.

– Widzisz, kochanie, nie jestem daleko – odezwała się, a Kitty była tak poruszona jej obecnością, że ledwie czuła gorące łzy spływające jej po policzkach.

– Tęsknię za tobą, babciu – wyszeptała.

– Daj spokój, Kitty. Wiesz lepiej niż ktokolwiek, że istnieję, tylko w innej strefie. Miłość łączy nas na wieczność. Zrozumiesz, co to wieczność, gdy przyjdzie na ciebie kolej. Ale akurat teraz mamy bardziej przyziemne sprawy do omówienia.

Kitty skórzaną rękawiczką wytarła łzy z policzków.

– Jakie sprawy?

– Przeszłość – powiedziała Adeline, a Kitty wiedziała, że ma na myśli uwięzione tu od dawien dawna duchy. – Klątwa musi zostać zdjęta. Być może ty masz szansę, żeby to zrobić. Być może tylko ty.

– Ale to Celia kupiła zamek, babciu.

– Jack O’Leary jest kluczem, który otworzy bramy i pozwoli duchom odlecieć.

– Ale ja nie mogę mieć Jacka i nie posiadam zamku. – Słowa zazgrzytały jej w ustach jak drut kolczasty. – Nie mam takiej mocy...

– Z kim tu rozmawiasz? – To była Celia. Podejrzliwym wzrokiem omiotła pusty pokój i zmarszczyła brwi. – Chyba nie gadasz z tymi swoimi duchami, prawda? Mam nadzieję, że stąd znikną, zanim wprowadzimy się z Archiem. – Zaśmiała się nerwowo. – Właśnie sobie pomyślałam, że mogę tu stworzyć salon literacki. Literaci są bardzo atrakcyjni, nie uważasz? A może wynajmę modnych spirytystów z Londynu i zorganizuję seanse? O rany, to byłoby zabawne! Mógłby się nam objawić Oliver Cromwell i przestraszyć nas na śmierć! Och, mam tyle wspaniałych pomysłów. Co powiesz na przywrócenie tradycji Letniego Balu? Czyż nie będzie cudownie? – Wzięła Kitty pod rękę. – Chodź, zostawimy tu samochód, weźmiemy konia za uzdę i przejdziemy się do Hunting Lodge. Archie ma poinformować Bertiego, że kupiliśmy zamek. Zostawiłam to jemu. Jak myślisz, jak twój ojciec na to zareaguje?

Kitty głęboko zaczerpnęła powietrza, żeby odzyskać równowagę. Ludzie cierpiący rozwijają w sobie cierpliwość. Zawsze potrafiła dobrze maskować ból.

– Myślę, że będzie zachwycony tak samo jak ja – powiedziała, idąc przez zrujnowany hol u boku kuzynki. – Więzy rodzinne są najważniejsze. Co do tego wszyscy Deverillowie są zgodni.

*

Bridget Lockwood siedziała przy drewnianym stole na farmie, gdzie dorastała jako Bridie Doyle, teraz czując się tu zupełnie nie na miejscu. Miała wrażenie, że jest zbyt duża na tę izbę, jakby wyrosła z mebli, niskich sufitów i małych okien, z których kiedyś spoglądała w gwiazdy, marząc o lepszym życiu. Jej eleganckie ubranie, rękawiczki z koźlej skóry i wspaniały kapelusz pasowały do tego domu jak wół do karety. Pani Lockwood była zbyt wytworną damą, żeby czerpać przyjemność z dawnego sposobu życia. Jednak jakaś cząstka niej, która w Ameryce cierpiała z tęsknoty za domem, pragnęła napawać się ciepłem rodzinnego ogniska. Jakże często marzyła, że siedzi na tym krześle, pije maślankę, czuje woń torfowego dymu z paleniska oraz słodkawy zapach krów z sąsiadującej z domem obory. Ileż to razy myślała z utęsknieniem o swoim łóżku z pierzyną, o odgłosie kroków ojca na schodach, pocałunku matki na dobranoc i cichego mamrotania babci odmawiającej różaniec? Długo by wyliczać! A teraz znajdowała się w środku tego wszystkiego, za czym tak bardzo tęskniła. Dlaczego więc odczuwa smutek? Cóż, nie jest już tamtą dziewczyną. Nie pozostał po niej żaden ślad, oprócz Małego Jacka...

Wielu sąsiadów przyszło powitać Bridie po powrocie z Ameryki; wszyscy komplementowali jej niebieską popołudniową suknię zdobioną koralikami i frędzlami oraz dopasowane kolorystycznie pantofle, a kobiety dotykały twardymi, spracowanymi palcami materiału, ponieważ mogły tylko pomarzyć o czymś tak luksusowym. Były tańce, śmiechy i bimber pędzony przez ich sąsiada Badgera Hanratty’ego, ale Bridie miała wrażenie, że obserwuje wszystko jak przez mgłę, i nie mogła się odnaleźć wśród ludzi, których kiedyś tak dobrze znała i kochała. Wyrosła z tego świata. Z zazdrością obserwowała Rosettę, swą włoską pokojówkę i towarzyszkę, którą przywiozła z Ameryki. Dziewczynę poprosił do tańca brat Bridie, Sean; wyraźnie stracił dla niej głowę. Widać było, że Rosetta czuje się tu bardziej swojsko niż Bridie. Ta zaś pragnęła zdjąć buty i tańczyć tak jak oni, a jednak nie mogła. Ciążyła jej w sercu tęsknota za synem... i nienawiść do Kitty Deverill.

Pragnęła wślizgnąć się znów w skórę, którą zrzuciła z siebie jako dwudziestojednolatka, gdy w ciąży uciekła do Dublina, żeby ukryć swój sekret, ale trauma po porodzie, a potem ból z powodu porzucenia dziecka i Irlandii odmieniły ją na zawsze. Spodziewała się jednego dziecka, była więc zaskoczona, gdy urodziła dwójkę – chłopca i maleńką, ledwie żywą dziewczynkę, jak później powiedziały jej zakonnice. Zakonnice zabrały dziewczynkę, żeby ją ratować, ale wkrótce wróciły z wiadomością, że dziecko nie przeżyło. Bóg je zabrał. Powiedziały, żeby się zajęła żyjącym bliźniakiem. Nie pozwoliły Bridie nawet pocałować córeczki na pożegnanie. Dziecko zniknęło, jakby nigdy nie istniało. Potem lady Rowan-Hampton namówiła Bridie, żeby zostawiła chłopca pod opieką zakonnic, a sama wyruszyła do Ameryki, gdzie miała zacząć nowe życie.

Tylko ktoś, kto oddał dziecko, zna to uczucie pustki, goryczy i palącego poczucia winy. Przeżyła już więcej niż większość ludzi w trakcie całego życia, a jednak dla Seana, matki i babci pozostała nadal ich małą Bridie. Nie wiedzieli nic o jej nieszczęsnej przeszłości ani o udręce teraźniejszości – gdy zdała sobie sprawę, że jej syn nigdy nie pozna swej matki – ani o bogactwie, które posiadła zarówno dzięki przypadkowi, jak i własnej przebiegłości. Wierzyli, że nadal jest tą samą Bridie. Nie miała serca wyprowadzać ich z błędu.

Kiedy rozważała kupno Castle Deverill, zastanawiała się, czyby tam zamieszkała, gdyby jej plan się powiódł. A może chciała kupić zamek w akcie zemsty za krzywdy wyrządzone jej przez Bertiego i Kitty Deverillów? Albo ze szczerego uczucia nostalgii? Przecież jej matka była tam kucharką, a ona w dzieciństwie biegała w tę i z powrotem po zamkowych korytarzach z Kitty. Jak zareagowaliby Deverillowie, gdyby odkryli, że to biedna, bosonoga Bridie Doyle została panią na zamku? Uśmiech, który zakwitł na jej wargach, świadczył dobitnie, że jej zamiar wynikał z głębokiej urazy i chęci zemsty. Jeśli jeszcze raz nadarzy się okazja kupna, spróbuje znów.

Gdy Sean, Rosetta, pani Doyle i jej babcia, stara pani Nagle, szykowali się do wyjścia na mszę, Bridie poprosiła ich, żeby na chwilę usiedli. Wzięła głęboki oddech i splotła palce. Na ich twarzach odmalował się niepokój. Bridie przenosiła spojrzenie z matki na babcię, a potem na Rosettę, która siedziała obok Seana z twarzą zarumienioną z miłości.

– W Ameryce wyszłam za mąż – oświadczyła.

Matka i babka popatrzyły na nią zaskoczone.

– Jesteś mężatką, Bridie? – spytała cicho pani Doyle.

– Jestem wdową, mamo – poprawiła ją Bridie.

Jej babcia się przeżegnała.

– Mężatka i wdowa w wieku dwudziestu pięciu lat! Boże, zmiłuj się nad nami! I żadnych dzieci na pocieszenie!

Bridie skrzywiła się cierpko; babcia nie wiedziała, jaki ból wywołały te słowa.

Pani Doyle powiodła wzrokiem po niebieskiej sukni córki i też się przeżegnała.

– Dlaczego nie jesteś w żałobie, Bridie? Przyzwoita wdowa nosi żałobę po zmarłym mężu.

– Skończyłam z czernią – odparowała Bridie. – Uwierz mi, dość już łez wypłakałam.

– Ciesz się, że nie ma tu twego brata Michaela i nie jest świadkiem twojej hańby. – Pani Doyle przycisnęła chusteczkę do ust, aby stłumić łkanie. – Ja noszę żałobę od dnia, gdy Bóg zabrał twojego ojca, niech spoczywa w pokoju, i będę ją nosić, aż się z nim połączę. Tak mi dopomóż Bóg.

– Bridie jest za młoda, żeby zrezygnować z życia, mamo – powiedział delikatnie Sean. – A Michael nie ma prawa kogokolwiek osądzać. Przykro mi, Bridie – zwrócił się do siostry głosem pełnym współczucia. – Na co on umarł?

– Na atak serca – odpowiedziała Bridie.

– Chyba był za młody na atak serca? – zdziwiła się pani Doyle.

Bridie zerknęła na Rosettę. Nie chciała ujawniać, że pan Lockwood był w takim wieku, że mógłby być jej ojcem.

– Rzeczywiście, straszne nieszczęście, że zmarł w kwiecie wieku. Zamierzałam tu z nim przyjechać, żeby ojciec Quinn nas pobłogosławił i żebyście mogli go poznać...

– Wola boska – rzekła pani Doyle urażona, że Bridie nie raczyła poinformować ich o swoim małżeństwie. – Jak się nazywał?