Wszystko, co w Tobie kocham

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Every Little Thing

Copyright © 2017 by Samantha Young

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with Berkley Books, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

Copyright for the Polish edition © 2017 by Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Ewa Górczyńska

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Malwina Łozińska, Dorota Wojciechowska/Melanż

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Eliza Luty

Zdjęcie na okładce: vectorfusionart/Shutterstock

ISBN: 978-83-8053-223-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Podziękowania

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

Epilog

O autorce

Przypisy

Dla mojego bratanka Masona

Pisałam tę książkę, kiedy się urodziłeś, zatem dedykuję ją Tobie.

Gdy dorośniesz, przeczytaj jednak tylko tę dedykację…

inaczej będę się czuła dziwnie.

Kocham Cię.

Podziękowania

Moja mama przeczytała roboczą wersję pierwszego tomu tej serii, który nosi tytuł To, co najważniejsze, i po lekturze zapytała: „Czy opiszesz historię Bailey i Vaughna? Może już zaczęłaś? Kiedy będę mogła ją przeczytać?”.

Gdy wprowadzałam postacie Bailey i Vaughna na karty tamtej powieści, od razu wiedziałam, że chcę o nich napisać więcej. Dziękuję Ci, mamo, że utwierdziłaś mnie w słuszności mojej decyzji, ale przede wszystkim jestem Ci wdzięczna za szczere opinie i miłość do moich książek, chociaż jesteś zaprzysięgłą fanką Stephena Kinga, a ja przecież kieruję swoje powieści do trochę innej grupy odbiorców… To, że dałaś się wciągnąć w stworzone przeze mnie światy, naprawdę wiele dla mnie znaczy.

Jak każdego pisarza, czasami ogarnia mnie niemoc twórcza, ale zwykle po kilku dniach mija. Kiedy zaczęłam pracować nad Wszystko, co w Tobie kocham, niemoc dopadła mnie tak mocno jak nigdy wcześniej. Ciągnęła się tygodniami. Może stało się tak, ponieważ w tym czasie skończyłam trzydzieści lat? Nie mam pojęcia… Wiem tylko, że w przezwyciężeniu kryzysu pomogli mi przyjaciele, rodzina, moja agentka i dwa bardzo natarczywe głosy: Bailey i Vaughna. Ogromne podziękowania dla wymienionych tu niefikcyjnych postaci za ich niezmienne wsparcie dla rozgorączkowanej, sfrustrowanej autorki.

Chciałabym serdecznie podziękować mojej agentce, Lauren Abramo, która jest dla mnie niewyczerpanym źródłem wsparcia i rad oraz wspaniałą partnerką, kiedy potrzebuję burzy mózgów.

Dziękuję też mojemu cudownemu wydawcy z Berkeley Sensation, Kerry’emu Donovanowi, który wraz ze mną ciężko pracował nad tą książką. Dzięki Twojej intuicji i wnikliwości moja powieść przybrała najlepszą możliwą formę. Sprawiłeś, że uwielbiam współpracę z Wami.

Dziękuję też fantastycznemu zespołowi wydawniczemu z Berkeley, mojej specjalistce od reklamy, Jessice Brock, oraz działowi graficznemu za stworzenie kolejnej wspaniałej okładki.

Podziękowania należą się również pracownikom brytyjskiego wydawnictwa Piatkus i mojej redaktorce, Annie Boatman, za zapał, z jakim wspierali powstawanie tej serii. Jestem Wam bardzo wdzięczna! Dziękuję również działowi graficznemu za opracowanie pięknej okładki brytyjskiego wydania powieści.

Wreszcie najgorętsze ze wszystkich podziękowań:

dla Ciebie, mój Czytelniku.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1


Vaughn

Ranek był pochmurny, fale – bardziej wzburzone i gwałtowniejsze niż zazwyczaj – szybko mknęły do brzegu, a mewy szybowały po niebie, które swoją melancholijną szarością doskonale współgrało z kolorem wody.

Vaughn stał przy wielkim oknie luksusowego penthouse’u w swoim hotelu przy promenadzie, przyglądał się tej scenie i żałował, że nie może jej chłonąć wszystkimi zmysłami. Promenada, plaża i ocean wyglądały jak zaczerpnięte z filmu. Bez krzyku mew, którego nie słyszał przez potrójnie przeszklone okno, obraz wydawał się nierealny. Brakowało też zapachów – słonego powietrza, hot dogów, burgerów i ciepłego, słodkiego aromatu waty cukrowej.

To one sprawiały, że przy promenadzie czuł się jak w domu.

Dom.

Hmm…

Przybył do Hartwell, żeby uciec przed brzydotą Manhattanu. W Hartwell panował spokój. W lecie zjeżdżały się tu tysiące turystów i stale organizowano najróżniejsze festiwale i święta, ale nawet tłumy nie mogły zburzyć tej atmosfery.

Vaughn potrzebował ciszy. Początkowo zamierzał się nią nacieszyć, a potem, kiedy nadejdzie czas, wrócić do Nowego Jorku.

Jednak w którymś momencie Hartwell zmieniło się z tymczasowego schronienia w dom.

„Tam jest dom mój, gdzie jest moje serce”.

Wrócił spojrzeniem na spokojną promenadę i – choć go to zirytowało – poczuł, że serce podskoczyło mu w piersi, kiedy gdzieś w dole dostrzegł błysk kasztanowatych włosów. Pochylił się naprzód, żeby lepiej widzieć.

Oczywiście.

To była ona.

Bailey.

Szła promenadą od strony swojego pensjonatu, Hart’s Inn, a jej długie włosy unosiły się na wietrze. Vaughn przysunął twarz do szyby, by zobaczyć więcej, ale z tej wysokości nie było to możliwe.

Widział tylko, że dziewczyna ma na sobie dżinsy wsunięte w cholewki krótkich brązowych botków i zielony sweter, o wiele za cienki na chłód wczesnego poranka.

Zmarszczył brwi. Powinna sobie kupić jakąś kurtkę!

 

Uśmiechnęła się, najwyraźniej do zbliżającej się ku niej sąsiadki, Iris. Przez chwilę zazdrościł Iris tego uśmiechu. Uśmiechowi Bailey Hartwell trudno się było oprzeć. Robił na ludziach wielkie wrażenie.

Na nim też.

Niestety.

Niestety zwłaszcza dlatego, że nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek skierowała ten uśmiech bezpośrednio do niego.

Bailey i Iris zniknęły z jego pola widzenia.

Chciał podążyć za nimi wzrokiem, ale tylko uderzył głową o szybę.

– Cholera! – Rozmasował dłonią czoło i odwrócił się od okna.

Jego wzrok przyciągnęło wielkie łóżko stojące po drugiej stronie pokoju. Spała na nim szczupła, rudowłosa kobieta, której imienia nie mógł sobie przypomnieć.

Dokuczał mu pewien problem. Wszędzie widział Bailey.

Widział ją nawet w innych kobietach, mimo że zawsze próbował się skupiać na czym innym.

Starając się nie zwracać uwagi na dziwny ucisk w piersi, zaczął się ubierać. Zdjął z wieszaka białą koszulę, starannie wyprasowaną przez obsługę, i szybko włożył na siebie. Potem z kolekcji wybrał niebieski jedwabny krawat. Kamizelka i marynarka dopełniły całości. Gotowy do wyjścia podszedł do łóżka i szturchnięciem obudził rudzielca. Kobieta stęknęła i uniosła powieki. Jednak zamiast przejrzystych zielonych oczu, które sprawiały, że krew wrzała mu w żyłach, zobaczył brązowe.

– Muszę już iść – oznajmił i wyszedł.

Nawet się za siebie nie obejrzał.

2


Bailey

Wyznaczyłam sobie zadanie specjalne.

Postanowiłam zasypać przepaść, która nagle powstała między moim chłopakiem, Tomem, a mną. Spotykaliśmy się od dziesięciu lat, a teraz przechodziliśmy gorszy okres.

Trudno nie przyznać, że w związku jest jakiś problem, kiedy twój facet spycha cię z siebie w łóżku, gdy próbujesz się do niego zbliżyć.

Chciałam znaleźć rozwiązanie.

Najpierw długo na niego wrzeszczałam i wyzywałam od głupich dupków, bo przecież zachował się jak dupek.

Potem się uspokoiłam i zaczęłam myśleć. Planować, jak naprawić naszą sytuację.

Może dzięki seksownej bieliźnie i płaszczowi przeciwdeszczowemu?

Na początek potrzebna mi była nowa bielizna. Miałam w szafie kilka seksownych kompletów, ale Tom już je znał. Chciałam go olśnić czymś, czego jeszcze nie widział.

Mały butik Sherry’s Trousseau w pobliżu Main Street był drogi, ale żaden ze sklepów na głównej ulicy ani w centrum handlowym pod Dover nie oferował takiego wyboru. Problem z kupowaniem bielizny w małym miasteczku polega na tym, że wszyscy w sklepie, włącznie z samą Sherry, łatwo mogli się domyślić, iż zamierzam się z kimś zabawić, i swobodnie o tym rozmawiali, jakby mieli prawo do grzebania w moim życiu intymnym.

– Tom będzie miał niezłą frajdę podczas zdejmowania z ciebie tych fatałaszków – rzuciła Sherry, gdy nabijała na kasę cenę czerwonego satynowego stanika, pasujących majteczek, podwiązek i cieniutkich jedwabnych pończoch.

W szafie miałam czerwone szpilki, które planowałam włożyć do tego zestawu.

– No – przytaknęłam. – Mam nadzieję, że eksploduje z radości jak gejzer.

Wyszłam ze sklepu, chichocząc w duchu na wspomnienie czerwonej z zażenowania twarzy Sherry.

Najwyraźniej nie widziała nic złego w rozmowie o tym, co mój chłopak poczuje, kiedy zobaczy mnie w nowej bieliźnie, ale wzmianka o konsekwencjach jego odczuć wydawała jej się całkiem nie na miejscu. Cóż. Miała czas przywyknąć do moich niestosownych reakcji. To był mój sposób na przetrwanie w małym miasteczku. Mówiłam, co myślę, bez żadnej autocenzury, a miejscowe plotkary pokonywałam ich własną bronią, udzielając im aż nazbyt wielu informacji o sobie.

To była świetna zabawa.

Odwróciłam głowę i zerknęłam na sklep, żeby sprawdzić, czy Sherry już opowiada o moich szokujących słowach Ellen Luther, jedynej poza mną klientce, i…

– Auć! – Poczułam ból w podbródku, kiedy zderzyłam się z czymś twardym tak mocno, że aż straciłam równowagę i gwałtownie się zachwiałam.

Cienka rączka papierowej torby z nowo zakupioną bielizną pękła i zakupy wypadły na chodnik.

Patrzyłam na nie oszołomiona, a w podbródku czułam pulsujący ból. Nagle tuż obok leżącej na ziemi bielizny dostrzegłam parę butów.

Eleganckich i wypolerowanych do połysku.

Z czarnej wysokogatunkowej skóry.

Mogłam się założyć o wszystko, że były od Prady.

Tylko jeden facet w Hartwell potrafił nosić designerskie ubrania, jakby zostały zrobione specjalnie dla niego.

Z rezygnacją podniosłam wzrok.

Jak mogłam się spodziewać, to był Vaughn Tremaine. Patrzył na moją nową bieliznę, jakby to była uliczna latarnia albo coś równie nieciekawego.

Teraz pulsowanie ogarnęło całe moje ciało, nie tylko podbródek, którym uderzyłam o umięśnione ramię Tremaine’a. Jak zwykle miał na sobie trzyczęściowy garnitur, który leżał na nim jak ulał.

Z przerażeniem patrzyłam, jak rozpina guzik marynarki i przykuca, żeby pozbierać bieliznę z chodnika. Gdyby ktokolwiek inny jej dotykał, nic by mnie to nie obeszło. Ale Vaughn Tremaine nie był kimkolwiek.

Trzymając w ręce mój nowy stanik, spojrzał na mnie i pytająco uniósł brew.

Nie pierwszy raz poczułam się nieswojo pod spojrzeniem jego stalowoszarych oczu.

Cisza między nami dłużyła się niemiłosiernie, kiedy tak patrzyliśmy na siebie, a ja musiałam stłumić w sobie chęć porzucenia zakupów i ucieczki w przeciwnym kierunku, byle dalej od niego. Problem polegał na tym – cóż, nawet nie jeden, bo z tym facetem wiązało się wiele problemów – że: a) Vaughn Tremaine był nieziemsko przystojny i b) jak nikt inny umiał pozbawić mnie pewności siebie.

Na przykład teraz, chociaż bardzo się starałam odepchnąć od siebie tę myśl, musiałam zauważyć, z jaką obojętną miną trzyma moją seksowną bieliznę.

Byłam dla niego równie atrakcyjna jak rozgotowany makaron.

Ale przecież nie powinno mnie to obchodzić. Ten facet to palant!

– Wygląda na to, że Toma czeka dziś wieczór pełen atrakcji. – Vaughn podał mi stanik.

Wyrwałam mu go z ręki, czerwona jak burak. Najwyraźniej karma postanowiła się na mnie zemścić za to, co powiedziałam Sherry. Kiedy sięgnął po majtki i podwiązki, nie wytrzymałam.

– Zostaw to – warknęłam.

Wstał i wręczył mi pakunek.

Wściekła i zażenowana, chciałam wyrwać mu torbę z ręki, ale tylko potknęłam się i zachwiałam. Podtrzymał mnie, zaciskając mocno palce na moim ramieniu. Jego dotknięcie wywołało falę paniki, więc wyrwałam się i groźnie zmarszczyłam brwi.

Rok temu chyba tak bym na niego nie patrzyła.

Oczywiście, zrobiłabym nieprzyjazną minę, ale nie aż tak wrogą. Od pierwszego spotkania nasze stosunki były dość nieprzyjazne, ponieważ Vaughn dawał mi odczuć, że przy nim, kosmopolitycznym światowcu, jestem zwykłą niewykształconą prowincjuszką. Kpił ze mnie, kpił z Toma, a to mi się nie podobało. Przecież nie jest lepszy ode mnie.

Trzeba jednak przyznać, że sprzeczając się z nim i odpowiadając docinkami na docinki, czasami nieźle się bawiłam. Tak było do ostatniego lata, kiedy podczas jednej z wielu naszych bitew na złośliwości otwarcie powiedział przy Jess i wszystkich, których opinia się dla mnie liczyła, że mnie nie znosi. Być może zasłużyłam sobie na tak ostrą reakcję, ponieważ tego dnia, po kłótni z Tomem, byłam szczególnie wkurzona, ale… ale… cóż…

Drań uraził moje uczucia, a tego się nie wybacza.

– Wieczny dżentelmen, co? – stwierdziłam ironicznie.

– Wydawało mi się, że pozbieranie upuszczonych zakupów to rzeczywiście czyn godny dżentelmena.

– Nie. Dżentelmen oceniłby tę sytuację i szybko doszedł do wniosku, że dotykanie damskiej bielizny jest niegrzeczne, zignorowałby całe zajście i poszedł w swoją stronę, by dać mi możliwość dyskretnego schowania do torby intymnych części garderoby.

Prawy kącik jego ust uniósł się nieco z rozbawienia.

– Nigdy nie przyszło mi do głowy, że jest pani taka nieśmiała i dyskretna, panno Hartwell. Tak bardzo speszyło panią to, że zobaczyłem pani bieliznę? Nigdy bym się tego nie spodziewał.

– Sprytnie wymyślone. – Zignorowałam to, że nazywał mnie panną Hartwell. A przynajmniej się starałam.

Nie chciałam, żeby się domyślił, jak bardzo drażni mnie, że nigdy nie powiedział do mnie po imieniu. W odwecie nigdy nie mówiłam o nim inaczej niż „Tremaine”.

Jak widać, w swoim towarzystwie zachowywaliśmy się jak w pełni dojrzali, kulturalni ludzie.

Uśmiechnął się szeroko.

– To prawda, przy pani dowcip mi się wyostrza.

– Cóż, to normalne, kiedy ktoś chce się sprzeczać z osobą bardziej błyskotliwą od siebie.

Bywały chwile, jak ta, kiedy wydawało mi się, że w oczach Vaughna dostrzegam cień szacunku. Wiedziałam jednak, że to nie może być prawda. Po prostu widziałam coś, co bardzo chciałam zobaczyć.

– Jesteśmy dzisiaj w zadziornym nastroju.

– Nie mów do mnie na „wy”, Tremaine. Twoja wyniosła poza nie robi na mnie wrażenia. Prawdę mówiąc, wkurza mnie.

Podszedł krok bliżej i musiałam szybko się opanować, żeby się przed nim nie cofnąć. Vaughn Tremaine nie musiał wiedzieć, że jego bliskość zapiera mi dech w piersi. Zatrzymał wzrok na mojej twarzy. Zawsze tak robił, jakby z zachwytem chłonął każdy jej szczegół, ale wiedziałam, że jego jedynym celem jest wprawienie mnie w zakłopotanie.

Niestety, udało mu się.

Kanalia.

– Nie powinna mi pani mówić, co panią wkurza – powiedział. – To mnie tylko zachęca.

Gdyby to był ktokolwiek inny, po takiej ripoście roześmiałabym się z mimowolnym szacunkiem. Ponieważ jednak wypowiedział ją Vaughn, odebrałam to jako osobisty przytyk.

Początki były trochę inne. Vaughn to bystry człowiek. Często te nasze utarczki słowne sprawiały mi swoistą przyjemność. Ale po tym, jak oznajmił, że mnie nie lubi, każde jego słowo skierowane do mnie wydawało mi się obrazą. Co gorsza, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy przyznał się do niechęci wobec mnie, zaczęłam w nim dostrzegać kogoś więcej niż tylko aroganckiego, samolubnego biznesmena, który uważa się za lepszego od innych.

W głębi duszy wiedziałam, że Vaughn nie jest złym człowiekiem. Odkryłam to w zeszłym roku, kiedy pomógł moim przyjaciołom, Jessice i Cooperowi. Gdy Jess doszła do wniosku, że między nią a Cooperem wszystko skończone, Vaughn umożliwił jej pozostanie w miasteczku, żeby Cooper miał czas uratować ich związek.

Prawdą jest też, że odkąd Vaughn zamieszkał w Hartwell, wszyscy czuliśmy się bezpieczniejsi, choć Ian Devlin i jego synowie nadal stanowili zagrożenie.

Devlin był właścicielem wielu nieruchomości w Hartwell, włącznie z Grand Hotelem w centrum i wesołym miasteczkiem przy końcu promenady Hart’s Boardwalk. Nie miał jednak niczego przy północnej części promenady, gdzie wielu mieszkańców prowadziło swoje interesy. I jak uciekał się do niehonorowych i nieuczciwych wybiegów, żeby skupować nieruchomości wokół popularnej wśród turystów Main Street, tak też próbował swoich sztuczek, żeby zyskać jakąś własność przy nadmorskim deptaku, gdzie ziemia i domy były najdroższe. Za wszelką cenę chciał dołączyć do swojej kolekcji którąś nieruchomość przy promenadzie. Podejrzewałam nawet, że marzyło mu się, żeby kiedyś zostać właścicielem wszystkich budynków przy północnej części deptaka. Zamierzał przekształcić tę stronę miasta w luksusowy kurort, co w olbrzymiej części zniszczyłoby wszystko, co czyniło z Hart’s Boardwalk tak wyjątkowe, czarujące miejsce.

Kiedy wystawiono na sprzedaż stary hotel przy promenadzie, my, czyli zżyta ze sobą społeczność Hart’s Boardwalk, uznaliśmy, że wszystko stracone. Wydawało nam się, że Ian Devlin jest jedynym człowiekiem, którego stać na taki zakup.

Ale wtedy zjawił się Vaughn. Nieprzyzwoicie bogaty potentat przemysłu hotelarskiego, pochodzący z lepszej rodziny niż większość mieszkańców Manhattanu. Z bliżej niewyjaśnionych powodów kupił stary hotel przy deptaku, zburzył go i postawił własny.

Pozytywną stroną takiego rozwoju wypadków było to, że chociaż zbudowany przez niego hotel prezentował się nowocześnie, Vaughn lubił Hart’s Boardwalk w jego dotychczasowej postaci i nie starał się go odmienić. Poza tym nawet ja musiałam przyznać, że szczerze lubił i szanował Coopera. Kiedy więc pojawiło się niebezpieczeństwo, że Devlin wykupi położony przy samym deptaku bar Coopa – a to dzięki przekupieniu jakiegoś urzędnika w radzie miasta, żeby nie przedłużał Cooperowi licencji na sprzedaż alkoholu – Vaughn sprawił, że udało się temu zapobiec.

 

I chociaż właśnie wtedy oznajmił, że mnie nie lubi, musiałam w nim dostrzec coś, czego bardzo nie chciałam zobaczyć.

Zapewne Vaughn Tremaine był napuszonym, pewnym siebie, aroganckim bogatym biznesmenem, który uważał się za lepszego ode mnie, ale kiedy tego chciał, potrafił też być dobry i uczciwy.

Co więcej, jego pomoc w naszej walce z Ianem Devlinem zdawała się nie do przecenienia.

Cooper wyjawił, że Vaughn powiedział mu coś, dzięki czemu miał pewność, że Tremaine nigdy nie pozwoli Devlinowi zrujnować tego, co stworzyliśmy przy promenadzie.

A niewątpliwie dzięki pieniądzom i wpływom mógł powstrzymać Devlina.

– O co chodzi? Mam coś na twarzy? – zapytał Vaughn.

Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że od dłuższej chwili patrzę w te jego niesamowite szare oczy. Posiadanie takich oczu powinno być zabronione. Vaughn na pewno wiedział, jak jego spojrzenie działa na kobiety.

Na kobiety. Inne kobiety. Nie na mnie.

– Nie. – Odstąpiłam o krok, chociaż w ten sposób dawałam mu przewagę.

– Co takiego? Żadnej ciętej riposty? Dobrze się pani czuje? – Przechylił głowę i uważnie mi się przyjrzał. Między jego brwiami pojawiła się zmarszczka. – Wygląda pani na zmęczoną.

Prychnęłam i przygładziłam dłonią włosy. Nie znosiłam, kiedy tak wnikliwie mi się przyglądał.

– Co za uroczy komplement, Tremaine. Aż dziw, że nie ciągnie się za tobą sznur wzdychających wielbicielek. A nie, zaraz! To wcale nie jest dziwne.

Patrzył na mnie w milczeniu, co z jakiegoś powodu wprawiło mnie w jeszcze gorszy nastrój, ponieważ miałam wrażenie, że potrafi przejrzeć mnie na wylot i zobaczyć, jaka jestem nieszczęśliwa…

– Nic dziwnego, że jesteś singlem – ciągnęłam, mierząc go wzrokiem, od którego mniej odważnemu facetowi skurczyłyby się jądra. – Jesteś zimny jak głaz. Nie masz nic do zaoferowania kobiecie. Nic oprócz bogactwa. A prędzej czy później każda zda sobie sprawę, że takie puste życie nie jest warte żadnych pieniędzy.

To było brutalne.

Straszne.

I odnosiło się bardziej do mnie niż do niego.

Natychmiast zapragnęłam cofnąć te słowa, ale było już za późno.

Czasami miałam ochotę odgryźć sobie język.

Przed chwilą oskarżyłam go, że jest zimny jak głaz, i rzeczywiście, teraz patrzył na mnie lodowato.

– Jestem singlem z własnego wyboru, panno Hartwell. W przeciwieństwie do pani mam tyle siły, żeby żyć w pojedynkę, zamiast zadowalać się byle czym. Ale w końcu ciągnie swój do swego, czyż nie?

Nawet nie przypuszczał, jak bardzo jego słowa trafiły w mój czuły punkt. Nic więcej nie dodał, tylko odszedł spokojnym krokiem, jakby nie doszło między nami do żadnej przykrej wymiany zdań.

Mnie nigdy nie udało się go poruszyć.

Przenigdy.

Ale jemu zawsze to wychodziło.

I niezmiennie mnie tym ranił.

Drań!

Wkurzona pomaszerowałam w przeciwnym kierunku, z powrotem do mojego hotelu. Starałam się wyrzucić z pamięci słowa Vaughna i otrząsnąć się z podłego nastroju, w jaki mnie wpędziły.

Przecież musiałam być w dobrym humorze, skoro chciałam naprawić swój związek z Tomem, kusząc go tak lubianym przez niego strojem – płaszczem przeciwdeszczowym, pod którym nie kryło się nic oprócz seksownej bielizny.

Vaughn

Nie po raz pierwszy Vaughn stłumił w sobie gwałtowną chęć, żeby odnaleźć tę kobietę, paść przed nią na kolana i błagać o wybaczenie.

Nikt nie działał na niego tak jak Bailey Hartwell. Zdarzało się już, że ludzie mówili mu gorsze rzeczy niż ona, ale zawsze robili to w pozornie uprzejmy, pasywno-agresywny sposób, którego nie znosił.

A jednak to Bailey była jedyną osobą, przy której tracił zimną krew. Zaczynał jej się odgryzać. Wybuchał niczym niedojrzały nastolatek.

I za każdym razem boleśnie ją ranił.

Nie przypominała kobiet, wśród których dorastał. Te od wczesnego wieku uczyły się maskować uczucia.

Bailey nie ukrywała ich, wszystkie jej emocje były widoczne jak na dłoni.

Na przykład… wiedział, że jej się podoba. Wiedział też, że jest za to zła na samą siebie, bo chociaż czuła do niego pociąg, to go nie lubiła. Nie lubiła go od chwili, kiedy spotkali się pierwszy raz, i częściowo dlatego on również zachowywał się wobec niej bardzo zaczepnie.

Czasami jednak, tak jak przed chwilą, posuwał się za daleko.

Skrzywił się na wspomnienie tego, co jej właśnie powiedział. Mimowolna tęsknota, którą czuł, kiedy Bailey była w pobliżu, zmieniła się w pulsujący w piersi nieprzyjemny ból żalu i skruchy. Bailey Hartwell na pewno nie można zarzucić przeciętności.

Prawdę mówiąc, musiał wytężyć całą siłę woli, żeby powstrzymać erekcję na widok bielizny wypadającej z jej torby z zakupami. Wyobraził sobie, jak by w niej wyglądała, i krew natychmiast napłynęła mu do penisa.

Nie chciał się zbłaźnić w miejscu publicznym, dlatego pomyślał o Tomie Suttonie i natychmiast ogarnęły go złość i frustracja. Co za niedorzeczność, że taki idiota jak Sutton będzie miał zaszczyt i przyjemność oglądania Bailey w skąpej bieliźnie. To zbrodnia, że taki ktoś może obejmować ją w nocy, przebywać z nią za dnia i być jedną z osób, które opromienia swoim światłem. Jasnym światłem. Jeszcze nigdy nie spotkał takiej kobiety. Każdą myśl, każde uczucie okazywała otwarcie, śmiało i bez ogródek. Przybyszowi ze świata, w którym kobiety rzadko mówią, co myślą, ponieważ wolą wdawać się w subtelne gierki, miło było znaleźć się w rzeczywistości, w której istniał ktoś taki jak Bailey Hartwell.

Bardzo się o wszystkich troszczyła.

Za bardzo.

Czasami chciał, żeby przestała się tak przejmować, bo bał się, że ktoś ją zbyt mocno zrani.

Słyszał, jak troskliwie zaopiekowała się Dahlią McGuire, kiedy ta sprowadziła się do Hartwell, żeby poprowadzić sklep z pamiątkami, przejęty po ciotecznej babce. Krążyły plotki, że Dahlia urządziła sobie nocną kąpiel w oceanie tuż po przybyciu do miasteczka i omal nie utonęła. Podobno Bailey uratowała jej życie. Zostały bliskimi przyjaciółkami.

Osobiście był świadkiem, jak Bailey otoczyła opieką Jessicę Huntington po jej przyjeździe do Hartwell. Zainteresowała się nią od pierwszego spotkania, jakby wiedziała, że Jessica skrywa jakiś sekret i bardzo potrzebuje przyjaciółki. Bailey zaoferowała jej swoją przyjaźń bez zadawania pytań.

Widział, że Bailey dba o swoje miasto i jego mieszkańców. Zdawał sobie sprawę, że uważała go za zagrożenie i jak tylko mogła, próbowała utrudnić mu życie, dopóki nie zrozumiała, iż on nie zamierza wyrządzić tu żadnego zła.

Gdyby okazało się inaczej, walczyłaby z nim do upadłego. Bailey, właścicielka małego hoteliku, mająca jedynie wsparcie ze strony przyjaciół.

Nie zawahałaby się mu przeciwstawić. Jemu, z całym jego majątkiem i ogromnymi wpływami.

Bez lęku.

Z ogniem.

Cholera, podziwiał ten jej ogień.

A Tom Sutton najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że sypia z tak ognistą dziewczyną. Nie miał pojęcia, jak niezwykłą osobą jest Bailey Hartwell.

Niespotykanie lojalna.

Vaughn ją za to podziwiał. Chciał to wszystko mieć. Chciał jej. Chciał mieć ją w łóżku. Co noc.

Spełnienie tego marzenia uniemożliwiały mu nie tylko niechęć Bailey i jej związek z Tomem. Bał się, że mógłby ją zranić. Tak jak zrobił to zaledwie kilka chwil temu. Głównie jednak powstrzymywała go przed tym własna niechęć do związków. Vaughn poprzysiągł sobie nigdy więcej nie angażować się w żaden bliski związek i nawet Bailey Hartwell nie umiałaby sprawić, żeby zmienił zdanie, jeśli już raz podjął stanowczą decyzję.

Choć to więc dziwne, nienawidził Toma, ponieważ ten, mimo że zupełnie na to nie zasługiwał, miał Bailey, o której Vaughn mógł jedynie marzyć, ale jednocześnie cieszył się, że Tom istnieje.

Vaughn i Bailey. Nigdy nie będą parą.

Ale ta bielizna…

Bailey musiała wkładać seksowne fatałaszki, żeby podniecić Toma?

Cóż. Ta bielizna była śliczna.

A obraz ubranej w nią Bailey – dużo więcej niż śliczny.

Dla niego jednak nie miało to znaczenia. Bielizna skrywałaby to, co chciał zobaczyć najbardziej na świecie.

Bailey Hartwell. Nagą. W swoim łóżku. Z ogniem w oczach, ale uległym ciałem. Cały czas była względem niego tak wroga i w każdej chwili gotowa do utarczki. Nic nie podniecało go bardziej niż myśl, że mógłby kiedyś z nią wygrać, a ona pozwoliłaby mu przywiązać się do łóżka…

– Szlag – wymamrotał, bo poczuł, jak robi mu się gorąco.

Nie chciał się przecież podniecać na ulicy.

Sytuację uratowała komórka, która nagle zawibrowała w kieszeni marynarki, co wyrwało go z zamyślenia. Wyjął ją i na wyświetlaczu zobaczył napis „Tata”.

Wdzięczny za przywołanie do porządku, odebrał połączenie.

– Pewnie widziałeś w gazecie najnowsze wiadomości o Caroline – odezwał się William Tremaine bez żadnego wstępu.

– Widziałem.

– Wszystko w porządku?

Ta rozmowa była jednym z powodów, dla których powinien wracać do Nowego Jorku.

Matka Vaughna zmarła na skutek choroby serca, która nękała ją od dzieciństwa, chociaż nikt nic nie podejrzewał, dopóki nie zaatakowała z całą siłą. Od tego czasu ojciec zawsze był przy nim. Kiedy Vaughn stracił matkę, miał zaledwie pięć lat, a William Tremaine należał już wtedy do potentatów w nowojorskiej branży budowlanej. Miał mnóstwo obowiązków, ale zawsze udawało mu się znaleźć czas dla syna.

Owszem, Vaughnem opiekowały się nianie, ale nigdy nie czuł się niechciany czy niekochany, a kiedy dorósł, zdał sobie sprawę, jaka to rzadkość w ekskluzywnym świecie, w którym się urodził. Nie miał wątpliwości, że jego koledzy również byli kochani, ale tę miłość często miażdżył ciężar oczekiwań, jakie zrzucano na ich barki.

William wychowywał syna na pracowitego, obowiązkowego człowieka, ale nigdy nie próbował narzucić mu własnych ambicji i oczekiwań. W przeciwieństwie do rodziców kolegów. Ojciec był jego najlepszym przyjacielem. Człowiekiem, którego podziwiał i szanował bardziej niż kogokolwiek innego.

I dla niego powinien wrócić do Nowego Jorku.

Nie potrafił jednak zrobić nawet kroku w tym kierunku.

– Wszystko w porządku, tato – zapewnił.

– Nie wątpię w to, po prostu postanowiłem się odezwać. Wiesz… pomyślałem, że mógłbym się jutro zatrzymać w Delaware. Za kilka dni jadę w interesach do Londynu. Przyda mi się krótki odpoczynek.

Vaughn uśmiechnął się szeroko.

– Ale u mnie naprawdę wszystko w porządku.

– Chcę to zobaczyć na własne oczy.

– W takim razie już się cieszę na twój przyjazd.

Kiedy skończył rozmowę, pogrążył się w rozmyślaniach o zbliżającej się wizycie ojca i ostatnim spotkaniu z Bailey Hartwell. Zatrzymał się w pół kroku, gdy zdał sobie sprawę, że minął barek, w którym chciał kupić kanapkę na lunch.

Przypomniał sobie spojrzenie zranionej Bailey.

Szkoda, że nie wysłał po tę cholerną kanapkę kogoś z hotelowego personelu. Ale nie, zachciało mu się spaceru.

Mógłby sobie obiecać, że to ostatni jego spacer na długi czas, ale wiedział, że zwariuje, jeśli stale będzie siedział w hotelu. Jak więzień…