W poświacie księżyca

Tekst
Z serii: On Dublin Street #6
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Wpatrywałam się z niedowierzaniem w jasnoróżowe stringi tanga suszące się na poręczy schodów przy podeście, który dzieliłam z nowym sąsiadem z naprzeciwka. Jeszcze go nie poznałam, jeśli nie liczyć ubiegłej nocy, gdy wysoki, ekstatyczny pisk wyrwał mnie ze skupienia nad pracą.

Dziewczyna mojego nowego sąsiada wykonywała seksualną wokalizę. Głośno.

Bardzo głośno.

Nic nie mogłam zrobić, tylko czekać sfrustrowana, aż wreszcie skończą. Trwało to długo (muszę przyznać, że wykazali się dużym wigorem) i zrobiło się tak późno, że poszłam spać mimo mizernych postępów w redagowaniu zleconej mi książki.

A teraz z majtek tego wyjca kapało na mój podest.

Zbulwersowana myślą, że lśniąca czystością, zadbana klatka schodowa przed moim mieszkaniem zacznie wyglądać, jakby kręcono na niej Niepokornych, stałam nieruchomo, wpatrując się wybałuszonymi oczami w obsceniczny widok.

Dopiero odgłos otwierania drzwi zmusił mnie do oderwania wzroku.

W drzwiach stał, z telefonem przy uchu, bardzo wysoki mężczyzna. Zarejestrowałam szerokie barki, muskularne ramiona i czarny tatuaż pokrywający sporą część przedramienia. Rysunek, chyba celtycki, przedstawiał coś przypominającego miecz z półokręgiem nad rękojeścią.

– Porozmawiaj z ojcem – powiedział mężczyzna, co skłoniło mnie do przeniesienia wzroku z tatuażu na jego twarz – ale cokolwiek zdecydujesz, jestem do dyspozycji.

Przystrzyżone na jeża ciemne włosy i gęsty jednodniowy zarost uwydatniały i tak wyraziste rysy twarzy. Atletyczna budowa, świeży zarost… nie mój typ. Gustowałam w szczupłych, gładko ogolonych mężczyznach.

Spojrzał na mnie i nieoczekiwanie poczułam się uwięziona przez jego wzrok.

Zesztywniałam, policzki zaczęły mnie piec pod przenikliwym spojrzeniem. Nigdy nie widziałam tak niezwykłych oczu. Jasnych, czystych, niewiarygodnie pięknych fiołkowych, okolonych czarnymi rzęsami. Zmiękczały surowość jego rysów.

Ocknęłam się, gdy przestał patrzeć mi w oczy i przesunął spojrzeniem po moim ciele. Po czym skinął mi krótko głową. Oburzyłam się, bo to było lekceważące. Dodatkowo zirytowana tym, że nie potrafiłam zapanować nad tym uczuciem, przygryzłam dolną wargę i spojrzałam na różowe stringi. Nie życzę sobie niczyjej bielizny na moim podeście. Na coś takiego nie zamierzam pozwolić.

– Przepraszam – powiedziałam cicho, przenosząc wzrok na niego. Rozzłoszczona, chciałam przerwać mu rozmowę, ale dobre wychowanie powstrzymywało mnie przed zbyt obcesową reakcją.

O dziwo, to jedno ciche słowo zwróciło jego uwagę. Nachmurzył się i rzucił do słuchawki:

– Shannon, oddzwonię… Dobrze. Pa, kochanie. – Oderwał telefon od ucha i wsunął do kieszeni. – Czym mogę pani służyć?

– Nazywam się Farquhar. Grace Farquhar. – Wyciągnęłam rękę, nie wiem dlaczego przedstawiając się w taki sposób. – Jestem pana sąsiadką.

Z ustami mocno zaciśniętymi zamknął dużą dłoń na mojej. Natychmiast pożałowałam swojego gestu, czując, jak dreszcz przebiega mi po kręgosłupie.

– Miło mi panią poznać.

– Uhm… – Oswobodziłam dłoń z jego uchwytu, starając się nie pokazać po sobie, jak bardzo jestem wytrącona z równowagi. – A pan jest…?

– Nazywam się Logan James MacLeod.

Żartował ze mnie? Zignorowałam to.

– Panie MacLeod – siliłam się na przyjazny ton, ale kłujące mnie w oczy różowe stringi wiszące na poręczy podestu podsycały moją irytację – byłabym wdzięczna, gdyby pańska dziewczyna powstrzymała się od suszenia bielizny na klatce schodowej. – Pokazałam palcem na stringi, starając się nie okazywać zbytniego niesmaku.

– Cholera… – mruknął pod nosem, spostrzegłszy majtki.

– Logan! – rozległ się donośny kobiecy głos z jego mieszkania. – Może zjemy śniadanie w mieście?

W ślad za głosem pojawiła się i jego właścicielka ubrana w męską koszulę rozpiętą aż po rozcięcie biustonosza, tak by dekolt, zresztą imponujący, był widoczny w całej okazałości. Ponętnie zaokrąglona, kobieca, nogi miała niezbyt długie, ale kształtne, zadbane i opalone, włosy ufarbowane na platynowy blond, oczy podkreślone sztucznymi rzęsami.

Całkowite moje przeciwieństwo. Nic dziwnego, że na mój widok sąsiad ograniczył się do lekceważącego skinienia głową.

– Co się dzieje? – spytała, mrugając jasnoniebieskimi oczami.

– To ty suszysz tutaj stringi? – spytał z westchnieniem, a dziewczyna przytaknęła głową.

– Powietrze tutaj wysuszy je szybciej niż w łazience. Pomyślałam, że tak będzie lepiej.

Obserwowałam ich jak zahipnotyzowana. Mój sąsiad z sekundy na sekundę stawał się coraz bardziej rozzłoszczony, a jego dziewczyna kompletnie tego nie dostrzegała.

– Odbiło ci?

– Nie. – Skrzywiła się. – A tobie?

– Poznaliśmy się wczoraj i już suszysz gacie przed moim mieszkaniem?

– No i co z tego?

Mój sąsiad skierował wzrok na mnie, jakby szukał pomocy. Odwzajemniłam mu się rozbawionym spojrzeniem. Odwrócił się do dziewczyny, która, jak się domyślałam, była jego kolejnym podbojem na jedną noc.

– To, że to niezbyt sympatyczne i zdenerwowało moją sąsiadkę. – Pokazał kciukiem przez ramię na mnie. – Poza tym trochę za wcześnie na robienie sobie tutaj prania. Jak i na wspólne śniadanko. A teraz wybacz, spieszę się do swoich zajęć.

Po tej wyrażonej wprost bezceremonialnej sugestii, że powinna się wynosić, dziewczyna złapała stringi i szybko wróciła do mieszkania, wypowiadając przy tym niecenzuralne słowa. Zanim wyłoniła się znowu, ubrana w obcisłą różową sukienkę, drobiąc na niebotycznych szpilkach, w moim sąsiedzie wyraźnie się zagotowało.

Prawdę mówiąc, wyglądał tak groźnie, że przeszedł mnie dreszcz.

– Pieprz się, sukinsynie! – rzuciła dziewczyna, schodząc po stopniach ze stukotem obcasów. Zatrzymała się na chwilę, żeby posłać mi złe spojrzenie przez ramię. – I ty też, głupia snobko!

Otworzyłam usta ze zdumienia i dopiero gdy dziewczyna znikła nam z oczu, zdołałam powiedzieć:

– Cóż… urocza.

– Raczej zaborcza.

– Być może powinien pan staranniej dobierać partnerki na wieczór – podsunęłam mu uprzejmie.

Nie uznał tego za pomocne. Tym razem gniewne spojrzenie było przeznaczone dla mnie.

– Osądzasz mnie, wytwornisiu?

– Wytwornisiu? – powtórzyłam i poczułam, że zaczynają mnie piec policzki.

– Właśnie. – Obrzucił mnie wzrokiem, zanim dodał: – Słychać, że snobujemy się na wyższe sfery.

– Nie jestem snobką! – zaprotestowałam. Nadepnął mi na odcisk i zatkało mnie z oburzenia. Wychowałam się w zamożnej dzielnicy Londynu, rzeczywiście miałam wymowę charakterystyczną dla angielskich klas wyższych, ale to go nie upoważniało do takiej wrogości.

– W całym swoim życiu nie spotkałem nikogo bardziej się snobującego – oświadczył.

– Nic podobnego.

– Owszem.

– Ma pan jakiś uraz do Anglików, panie MacLeod?

– Nie uprzedzam się do nikogo, bo ja nie osądzam ludzi. – Położył nacisk na słowie „ja”, jakby uważał, że inaczej nie zrozumiem, co insynuuje.

– Ani ja – odpowiedziałam spokojnie, chociaż powinnam zauważyć, że właśnie to zrobił w stosunku do mnie. I to przy pierwszym spotkaniu!

– Tak? Więc nie osądziła mnie pani po tych stringach? Ani po tym, że należały do wyrwanej na jedną noc dziewczyny? Potępia mnie pani za przypadkowy seks czy za dobór partnerek, pani Farquhar? – Obrzucił wymownym spojrzeniem moją bluzkę z kokardą zawiązaną pod szyją i długie luźne spodnie z wysoką talią. – Ta nie miała dość klasy jak na pani gust?

– N…nie rozumiem – powiedziałam zażenowana, bo nie lubię takich konfrontacji.

– W takim razie wyjaśnię. Przyjazna sąsiadka przedstawiłaby się w momencie, gdy się wprowadziłem. Powitałaby życzliwie, zamiast pieklić się o jakieś stringi. Więc o co tak naprawdę chodzi? Nie jest pani nastawiona przyjaźnie czy słyszała coś o mnie i te głupie stringi były tylko pretekstem?

– Nie mam pojęcia, o czym pan mówi. – Pokręciłam głową. – Po prostu nie życzę sobie oglądać majtek wiszących na podeście. – Krew zaczynała we mnie wrzeć, policzki paliły coraz bardziej, nie miałam innego wyjścia, jak odwrócić się i zamknąć za sobą drzwi na klucz, by uniknąć kłótni. Nie rozumiałam przyczyn jego niechęci i dlaczego drażni mnie tak, że nie potrafię sobie z tym poradzić.

– Do widzenia pani, Grace… Grace Farquhar – wypowiedział z naciskiem.

Omal nie trzasnęłam drzwiami. Oparłam się o nie i poczułam, że brakuje mi tchu. Jakbym właśnie wbiegła po schodach. Serce biło mi jak oszalałe.

Moja klatka schodowa przestała być bezpiecznym miejscem.

Byłam wykończona.

Na dodatek tylko szczęśliwy traf sprawił, że gdy uniosłam nogę, aby przestąpić próg swoich drzwi, przytomnie dostrzegłam tuż za nimi plamę wymiocin.

Gwałtownie cofnęłam nogę i skrzywiłam się z obrzydzeniem.

Wbiłam gniewny wzrok w drzwi Logana MacLeoda.

Ty obrzydliwa świnio!

Nie dość, że mnie wykańczał, to teraz jeszcze przez niego byłam zmuszona patrzeć na zanieczyszczoną podłogę podestu.

 

Minionej nocy słyszałam, jak ten obrzydliwy typ próbuje uciszyć głośno rechoczącą partnerkę. W ciągu dwóch tygodni, które upłynęły od naszego pierwszego spotkania, sprowadził trzy różne kobiety. Dziwkarz. Niekwestionowany dziwkarz.

Po tym, jak wczoraj wieczorem uciszał poderwaną na jedną noc dziewczynę, przygotowałam się na nieuniknione odgłosy seksualnej gimnastyki. Ku mojemu zaskoczeniu zapanowała cisza i mogłam spokojnie pracować. Przeredagowałam trzy rozdziały romansu, nad którym ostatnio ślęczałam. O wpół do czwartej położyłam się wreszcie do łóżka, nastawiając budzik na wpół do dwunastej.

O szóstej rano obudziło mnie głośne, wielokrotnie powtarzane „och, Boże!”. Jakby istniała konieczność porównywania akurat tego faceta do Boga. I bez tego jego poczucie własnej wartości było niezmierzone niczym ocean.

Logan MacLeod był wyjątkowo aroganckim typem.

Po kolejnej turze „ochbożów” byłam zupełnie rozbudzona i nie dałam rady zasnąć. W rezultacie wyglądałam jak zombi i omal nie wdepnęłam w ohydny prezent, który on lub jego towarzyszka zostawili przed moimi drzwiami.

Cały ranek prowadziłam w myślach rozmowę z tym dupkiem o tym, że obudził mnie swoimi seksualnymi wyczynami, ale w końcu się uspokoiłam. Nienawidzę kłócić się z ludźmi. Terapeutka, z którą odbywałam sesje, gdy miałam dwadzieścia lat, powiedziała mi, że moja awersja do konfrontacji ma źródło w bezustannej potrzebie akceptacji w oczach innych. Przez lata szukałam jej u rodziców, bez skutku. Zatruło to moje relacje ze wszystkimi, z którymi wchodziłam w bliższe związki. Nie lubiłam być nielubiana, więc starałam się nie sprawiać nikomu przykrości.

Próbowałam to przezwyciężyć w obawie, że może mnie to zniszczyć, i bardzo mi pomogła praca redaktorki. Byłam zobowiązana do szczerości wobec autorów i musiałam wypracować sposoby wyrażania konstruktywnej krytyki. Dyskusje z twórcami uodporniły mnie na cudzą ocenę, niemniej wciąż unikałam denerwowania ludzi, z którymi nie stykałam się na gruncie zawodowym.

A już na pewno nie chciałam wkurzyć mojego sąsiada.

Tyle że w tej chwili to ja byłam rozzłoszczona. Bardzo i na serio.

No bo jak można zwymiotować pod czyimiś drzwiami i nie zadać sobie trudu, żeby posprzątać!

Spojrzałam mściwie na drzwi mieszkania Logana MacLeoda.

Nie chciałam mieć do czynienia z tym człowiekiem. Wyrażenie oburzenia niczego nie mogło zmienić. Nie byliśmy w żadnych relacjach i tak miało zostać. Logan MacLeod ma po sobie posprzątać i guzik mnie obchodzi, czy uzna mnie za najbardziej upierdliwą kobietę na świecie.

Kipiałam złością. Przeskoczyłam ponad plamą wymiocin, zamknęłam drzwi na klucz, pomaszerowałam do jego drzwi i zabębniłam w nie.

Cisza.

Nie czekałam. W obawie, że moja determinacja osłabnie, zabębniłam mocniej i kilka sekund później usłyszałam stłumione przekleństwo i odgłosy kroków. Otworzył drzwi z impetem i stanął w nich w całej okazałości. Zamrugałam oczami, na próżno usiłując zwalczyć uczucie gorąca. Miał na sobie tylko bokserki. Dawno nie widziałam takiego mężczyzny. Ani grama tłuszczu, same mięśnie i skóra.

Mięśniak. Tak by orzekła moja przyjaciółka Chloe.

Przesunął dłonią po ostrzyżonych krótko włosach, co miało ten dobry skutek, że przeniosłam wzrok z kaloryferka na brzuchu na jego zaspaną twarz.

– Jest niedziela rano. – Rzucił mi złe spojrzenie. – Jeśli chce pani coś powiedzieć, to niech pani mówi.

Gorąco, które czułam na policzkach, wzmogło się. Mimo to zdobyłam się na odwagę.

– Doskonale wiem, że jest niedziela rano – zaczęłam cicho, po raz pierwszy w życiu żałując, że nie odziedziczyłam po matce zdolności mówienia autorytatywnym tonem. – Pracowałam do późnych godzin nocnych, a o świcie zostałam bezceremonialnie obudzona przeraźliwie głośnymi breweriami. Po czym omal nie weszłam w kałużę wymiocin, gdy zamierzałam wyjść z mieszkania. Mogę się tylko domyślać, że to pan sam lub pana zaśmiewająca się nieprzytomnie partnerka zostawiliście mi ten prezent. – Trzęsłam się cała i nie wiedziałam, czy z gniewu czy ze złości. Od dawna nikt mnie tak nie zdenerwował.

– Cholera…! – Przeciągnął dłonią po zaspanej twarzy i zerknął przez moje ramię. – To… – skrzywił się – moja znajoma.

Przewróciłam oczami, bo najwyraźniej nie pamiętał imienia poderwanej kobiety.

– Miałem zamiar posprzątać. Przepraszam, zaraz to zrobię.

Trochę ze mnie uszło powietrze. Stałam, gapiąc się na niego w milczeniu. Zamrugał sennie powiekami; wyglądał stanowczo zbyt dobrze jak na kogoś, kto dopiero się obudził.

– Coś jeszcze?

– Nie. Wystarczy, że pan posprząta. – Odwróciłam się i postawiłam nogę na pierwszym stopniu. Ale musiałam się zatrzymać, bo powiedział:

– Nie musi pani być tak wrogo do mnie nastawiona. Mogłaby pani przestać się tak sadzić jak stara kwoka.

Znowu ogarnęła mnie wściekłość. Spojrzałam na niego przez ramię, nie dowierzając, że naprawdę to usłyszałam.

– Słucham?

– Zwraca się pani do mnie protekcjonalnie. I te ściągnięte usteczka zamiast uśmiechu, ilekroć mnie pani mija na schodach.

– Co takiego? – prychnęłam, lekko wzruszając ramionami, po czym odwróciłam głowę i zaczęłam schodzić na dół. Nie zamierzałam zaszczycić go odpowiedzią.

– A już to pełne wyższości prychnięcie było cholernie wkurzające! – zawołał za mną.

Zszokowana, zatrzymałam się w pół kroku. Bo nagle uświadomiłam sobie coś, co było jak na mnie niezwykłe. Zupełnie nie obawiałam się, że akurat ten osobnik uzna mnie za kogoś wyjątkowo nieprzyjemnego. Przeciwnie. Ogarnęło mnie uczucie triumfu, że denerwowałam go tak jak on mnie.

Podniosłam wzrok i zobaczyłam go stojącego na podeście i spoglądającego na mnie ponuro.

Wciąż czując gorąco na policzkach, odrzuciłam włosy do tyłu irytująco wyniosłym ruchem głowy.

– I dobrze – warknęłam.

2

Nie potrafiłam ukryć niesmaku – zresztą nawet nie chciałam – gdy Chloe stwierdziła:

– Sądząc z opisu, jest seksowny.

Mówiła o Loganie MacLeodzie. Przez dziesięć minut uskarżałam się na jego seksualne wybryki i referowałam jej, Aidanowi i jego narzeczonej Juno, co mi powiedział dzisiejszego ranka. Jakim cudem Chloe doszła do tej konkluzji, nie miałam pojęcia.

– Proszę cię! – fuknęła na widok mojej miny. – W głębi duszy też tak uważasz.

– Nie. Uważam, że jest okropny – zaprzeczyłam.

– Jestem z ciebie dumny, że potrafisz mu się postawić – odezwał się Aidan, a siedząca obok na kanapie Juno przytuliła się mocniej do niego.

Poznałam Aidana jedenaście lat temu, gdy zaczęliśmy studia na uniwersytecie w Edynburgu. Nikt lepiej od niego nie wiedział, jak trudno jest mi przeciwstawić się innym i dlaczego. Z Chloe przez pierwszy rok nauki dzieliłam pokój w akademiku. Przez cztery lata bardzo się zaprzyjaźniliśmy we troje. Chloe, może nieco rozgadana, zalotna, tryskająca energią, różniła się ode mnie i Aidana, a jednak rozumieliśmy się świetnie. Gdyby nie ona, Aidan nigdy nie nawiązałby znajomości z Juno.

Juno ukończyła studia w Kanadzie, a w Edynburgu zgłębiała jakąś dziedzinę inżynierii – dla mnie czarna magia. Chloe poznała tę młodzieńczo nieśmiałą i piekielnie inteligentną Kanadyjkę podczas wieczoru, który spędzaliśmy w mieście, i w przypływie niezwykłej przenikliwości natychmiast doszła do wniosku, że jest dziewczyną dla Aidana. Przedstawiła ich sobie i była to miłość od pierwszego wejrzenia. Teraz, po pięciu latach znajomości, planowali ślub, gdy Juno skończy studia podyplomowe. Mieszkali w eleganckim apartamencie w Stockbridge, na który Aidan mógł sobie pozwolić, będąc profesjonalnym zawodnikiem rugby.

Chloe również była zaręczona. Jej narzeczony Ed zajmował się projektami badawczymi mającymi ułatwić oszczędność energii i od pół roku przebywał w Szwecji, gdzie pracował nad jakąś nową technologią zapewniającą redukcję kosztów ogrzewania domów. Czuła się bez niego bardzo samotna, postanowiła więc zostać swatką. Moją swatką. Nie przeszkadzało mi to, w końcu nie miałam nikogo.

Poza tym… to była Chloe. Dla niej, Aidana i Juno zrobiłabym wszystko. Popatrzyłam na moich przyjaciół, gdy tak siedzieliśmy w przyjemnie urządzonym mieszkaniu Aidana, i po raz kolejny pomyślałam: to moja rodzina. Znali mnie lepiej niż moi krewni, z którymi nie kontaktowałam się od siedmiu lat.

– Dzięki – zwróciłam się do Aidana. – Też się cieszę, że mu się postawiłam.

– Jeśli będzie ci sprawiał problemy, zwróć się do Aidana – doradziła mi Juno. – Już on sobie z nim poradzi.

Aidan milczał, bo nie musiał potwierdzać tego, co było oczywiste. Był spokojnym człowiekiem, ale nie pozwoliłby żadnemu mężczyźnie znieważyć siebie ani nas. No i był duży, większy nawet od Logana. Nikt – wyjąwszy prawdziwych idiotów – nie chciałby z nim zadrzeć. Pomijając jedną, mocno zakrapianą alkoholem noc na studiach, traktowałam go jak nadopiekuńczego starszego brata. Mój rodzony, Sebastian, nigdy nie zachowywał się wobec mnie opiekuńczo, wprost przeciwnie. Wyrzuciłam z głowy myśl o Sebastianie i uśmiechnęłam się do swoich przyjaciół.

– Wszystko w porządku. Jestem tylko trochę zmęczona i podminowana. Jutro mam randkę, dobrze byłoby się wyspać, żeby nie przypominać zombi.

– Randkę? – spytał Aidan.

– Poznałam go na jodze.

Chloe parsknęła z dezaprobatą.

– Nie rozumiem, jak mogłaś zdecydować się na randkę z facetem, który przyszedł podglądać kobiety na zajęciach jogi.

– Nie przyszedł podglądać, zastanawiał się, czy się zapisać.

– Jasne – rzucił z uśmiechem Aidan.

– Zawsze wszystkim przypisujecie najgorsze intencje. – Popatrzyłam na nich z oburzeniem.

– A ty jak najlepsze, nawet jeśli trudno się tego doszukać – odcięła się Chloe.

– Nie zawsze – mruknęłam, myśląc o swoim sąsiedzie.

– A dokąd cię zabiera ten zboczeniec z jogi? – spytała Juno.

Postanowiłam zignorować ich zaczepki.

– Ma na imię Bryan, idziemy na kolację.

– Nie wyglądasz na zachwyconą – zauważyła sarkastycznie Chloe.

– Nie mogę się doczekać. Bryan sprawia wrażenie bardzo miłego. – I do tego jest bardzo przystojny, dodałam w myślach.

– Miłego? – Juno uśmiechnęła się do mnie przepraszająco. – Nie, kochanie, to nie to. Powinnaś raczej pomyśleć na jego widok „łał!”. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Aidana, właśnie tak zareagowałam.

– Ja podobnie – odwzajemnił jej się Aidan.

– Dosyć tego. – Chloe zamachała rękami. – Żadnych czułostek i gruchania. Od pięciu tygodni nie uprawiałam seksu, a obecna tu panna Farquhar od trzech miesięcy.

– Miło, że o tym głośno informujesz. – Zaczerwieniłam się.

– To, że akurat z nikim nie sypiasz, nie znaczy, że masz się decydować na tego faceta – orzekła Juno.

– Kto mówi o decydowaniu się? – Popatrzyłam na nich z niedowierzaniem. – Poza tym żadne z was go jeszcze nie widziało.

– Nie ma takiej potrzeby. Tych pięciu facetów, z którymi ostatnio się spotykałaś, było rozczarowująco podobnych do siebie, brakowało im wyrazistej osobowości. Stale mierzysz poniżej swojej wartości. Dlatego nie wiń nas za to, że i tym razem jesteśmy sceptyczni.

– A mówiąc „rozczarowująco podobnych”, Aidan ma na myśli, że oni zdecydowanie mierzą za wysoko, umawiając się z tobą – uściśliła Chloe.

– Wcale nie. Poza tym wygląd to nie wszystko. Zresztą ja też nie przypominam Angeliny Jolie.

Aidan prychnął i sięgnął po kubek, jakby uznał, że łyk kawy powstrzyma go przed powiedzeniem mi czegoś przykrego. Natomiast Chloe przeklęła pod nosem i rzuciła:

– Chętnie zabiłabym twoją cholerną matkę!

– To ustawmy się w kolejce – mruknęłam, popijając kawę. Unikałam jej wzroku. Nie miałam ochoty rozpoczynać rozmowy na ten temat.

– Joe, brat mojej przyjaciółki, zobaczył twoje zdjęcie na moim koncie na Facebooku. Uważa, że jesteś piękna – powiedziała Juno, uśmiechając się do mnie promiennie.

– Niemożliwe. – Zaczerwieniłam się i poprawiłam niespokojnie na fotelu.

– Ależ możliwe. Naprawdę tak powiedział. Poprosiłam Ally, by go wzięła ze sobą następnym razem, gdy przyjedzie do Szkocji, żeby mnie odwiedzić.

– Nie wygłupiaj się! – żachnęłam się na ten pomysł.

– Jest seksowny, ten Joe? – spytała natychmiast Chloe.

– Oj tak…

– Doceniam komplement, ale jeśli pozwolicie, nie zamierzam rezygnować z randki z Bryanem. Mogę iść na kompromis w wielu sprawach, ale nie zgodzę się na chłopaka, z którym dzieli mnie ocean.

 

– A podest na klatce schodowej? – drażniła się ze mną Chloe.

Skrzywiłam się na jej upór.

– Logan MacLeod jest ostatnim mężczyzną na świecie, o którym myślałabym w tych kategoriach!

Uniosła ironicznie brwi, spoglądając na mnie wymownie, a ja znowu się zaczerwieniłam, ponieważ zdałam sobie sprawę z tego, że prawie wykrzyczałam tę kwestię.

– To się nazywa mieć ostatnie słowo.

– Nie chodzi o żadne ostatnie słowo – upierałam się, a krew zaczęła mi szybciej krążyć w żyłach na samą myśl o moim sąsiedzie. – Logan MacLeod jest ordynarnym prostakiem, najprawdopodobniej zarażonym całą masą chorób wenerycznych. Poza tym nie jest w moim typie. Ani ja w jego. Powinniście widzieć te kobiety, które sprowadza. Epatujące seksem opalone blondynki z wielkimi biustami. Uważa mnie za sztywną snobkę, pewnie dlatego, że noszę spódnice zakrywające pośladki i nie rozpinam bluzek do pępka.

Oczy Chloe robiły się coraz większe. Gdy skończyłam mówić, spojrzała na Aidana i Juno z udawanym zdziwieniem.

– Powinnam zobaczyć tego faceta.

– A to dlaczego? – warknęłam.

– Bo musi być w nim coś intrygującego, skoro zdołał wzniecić w tobie takie coś. – Wykonała ostrożny gest ręką w moją stronę.

– To znaczy co?

– To. – Ponowiła gest.

– Czyli co? – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.

– Jeszcze nie wiem. W każdym razie to jest… coś – dokończyła z naciskiem.

Czasami ludzie, którzy nie znali mnie dobrze, sugerowali, że mam nierealistyczne oczekiwania wobec mężczyzn, ponieważ redaguję powieści romantyczne. Ci, którzy mnie znali – naprawdę znali – wiedzieli, że to nieprawda. Owszem, rozglądałam się usilnie za kimś, z kim mogłabym spędzić resztę życia, ale nie czekałam na księcia z bajki. Chciałam tylko, aby był to ktoś wyrozumiały, opiekuńczy, z poczuciem humoru. Niepozbawiony wad, ale miły i dający się lubić.

Bryan nie był ani zabawny, ani miły.

– No więc ta dziwka dostała rybkę, chociaż jej nie kupiła – dokończył, a nozdrza drżały mu z gniewu.

Zamrugałam oczami, zastanawiając się, jakim cudem moja uwaga, że morszczuk, którego jadłam, jest przepyszny, sprowokowała go do mówienia o byłej dziewczynie. Po raz drugi zresztą. Do tej pory nasza konwersacja ograniczała się do jego wynurzeń na temat rozczarowujących randek, które odbył z dwiema dziewczynami.

Miałam przed sobą drażliwego, małostkowego faceta.

Znudzona, dolałam oliwy do ognia:

– Przecież sam powiedziałeś, że wygrałeś ją dla niej w wesołym miasteczku.

– Nie o to chodzi – odpowiedział i nachmurzył się.

– Przecież nie odbiera się prezentów.

– Przedziwny babski punkt widzenia.

Przywołałam gestem dłoni przechodzącego kelnera.

– Poproszę o rachunek.

Zniesmaczona nieudaną randką, chciałam czym prędzej zaszyć się w domu i obejrzeć końcówkę ulubionego konkursu śpiewaczego, który nagrałam w weekend.

Wchodziłam szybko po schodach, gdy, ku mojemu przerażeniu, otworzyły się drzwi mieszkania mojego sąsiada.

Pojawił się w nich i aż mnie zatkało na jego widok. Miał na sobie piękny czarny garnitur i czarną koszulę. Nie nosił krawata i ostatni guzik koszuli zostawił rozpięty, mimo to wyglądał bardzo elegancko. Do tej pory nie zauważyłam, że może wyglądać jak człowiek z klasą. Przyszło mi do głowy, że pracuje nocami, i zastanawiałam się, co robi.

Zatrzymałam się na szczycie schodów, on również znieruchomiał, gdy mnie dostrzegł. Otworzył lekko usta, jakby go zdumiał mój widok. Podobnie jak on byłam ubrana na czarno. W sukienkę od Alexandra McQueena z układaną w fałdy spódnicą sięgającą kolan i głębokim, ale w granicach przyzwoitości, dekoltem w kształcie litery V. Sukienka pochodziła z dawnych czasów i cechowała ją wyrafinowana prostota. Uwielbiałam ją. Nieprzerwanie od jakichś dziesięciu lat. Tym razem moje miodowobrązowe włosy spływały na ramiona, lekki makijaż w przydymionych odcieniach różu ładnie podkreślał moją jasną cerę.

Zaczerwieniłam się, gdy niezwykłe fiołkowe oczy spotkały się z moimi.

– Wraca pani z randki? – spytał, jakby go to dziwiło.

– Uhm – burknęłam niegrzecznie.

– Jak widzę, niezbyt udanej.

– Skąd to przypuszczenie?

– Bo wraca pani do domu sama.

Dziwnie łatwo czerwieniłam się w jego obecności. Wyminęłam go i zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu klucza.

– Pewnie to pana zaszokuje, panie MacLeod, ale nie wszyscy idą do łóżka na pierwszej randce.

– Jakie to smutne…

Odwróciłam się gwałtownie, sprowokowana sarkazmem w jego słowach, i zobaczyłam, że wpatruje się we mnie błyszczącymi oczami.

– To się nazywa okazywanie szacunku kobiecie.

– To się nazywa nie iść na całość. – Postawił nogę na schodach. – Może zrelaksowałaby się pani trochę, gdyby się z kimś przespała.

Parsknęłam pogardliwie, starając się nie dopuścić do siebie myśli, że dopiekł mi tą uwagą.

– Jestem całkowicie zrelaksowana.

– Aha, właśnie takie sprawia pani wrażenie! – powiedział głośno z dołu.

Jego doprowadzający do furii chichot rozbrzmiewał jeszcze, gdy jego głowa znikła mi z pola widzenia. Wepchnęłam klucz do zamka, otworzyłam drzwi i zatrzasnęłam je za sobą. Klucz poszybował przez hol.

– Niech go cholera!

Następnym razem do mnie będzie należało ostatnie słowo.