Ostatnia szansa

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Epilog

Podziękowania


Tytuł oryginału: Fall from India Place

Copyright © 2014 by Samantha Young

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part

in any form.

This edition published by arrangement with NAL Signet, a member of Penguin Group (USA) LLC, a Penguin Random House Company.

Copyright for the Polish Edition © 2015 by Burda Publishing Polska

Sp. z o.o. Spółka Komandytowa

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42

faks 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa:

Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77

Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta: Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Projekt okładki: Panna Cotta

Zdjęcie na okładce: Fotolia/Coka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN: 978-83-7778-863-9

Skład i łamanie: Katka, Warszawa

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Dla Kate i Shanine oraz pana Neila Innesa.

Jesteście najlepszymi nauczycielami, jakich znałam.

Zainspirowaliście mnie. Dzięki Wam powstała Hannah.

Zapamiętajcie ten dzień, bo on jest początkiem wieczności.

Dante Alighieri

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Edynburg

Październik

Wcześniej, zanim dotarłam na miejsce, idąc wybrukowanymi ulicami Edynburga, obiecałam sobie, że jako nauczycielka zrobię wszystko, aby nawiązać dobry kontakt z uczniami. Niezależnie od tego, ile mnie to będzie kosztowało, bo na przykład brak zdolności plastycznych, czego dowodem były moje przerażająco nieudolne rysunki, budził zażenowanie ich i moje.

Teraz wyjęłam z rzutnika nieudane ilustracje i zastąpiłam je dwoma zdaniami wypisanymi na kartce. Przebiegłam wzrokiem twarze sześciu dorosłych uczniów, w wieku od dwudziestu czterech do pięćdziesięciu dwóch lat, i uśmiechnęłam się kwaśno.

– Z żalem pozbawiam was widoku moich artystycznych wytworów, ale lepiej skupmy się na tych zdaniach.

Portia, pięćdziesięciodwulatka o pogodnym usposobieniu, która zawsze potrafiła rozluźnić nerwową atmosferę, jeśli akurat taka zapanowała w klasie, uśmiechnęła się do mnie szeroko, a Duncan, trzydziestotrzyletni mechanik, prychnął. Pozostali siedzieli, wpatrując się we mnie szeroko otwartymi oczami, nie do końca pewni, o co mi chodzi, jakbym bezustannie poddawała ich testom.

– Mam nadzieję, że słowa, które dzisiaj poznaliście, zdołacie powiązać z moimi kiepskimi rysunkami. Chciałabym, żebyście przyswoili je sobie i umieli zastosować w konkretnych zdaniach. Dlatego proszę, przepiszcie je po dziesięć razy do końca lekcji – wyjaśniłam, obserwując Lorraine, zakompleksioną dwudziestoczterolatkę, najbardziej zdenerwowaną z nich wszystkich. Przygryzła dolną wargę, a ja skrzywiłam się wewnętrznie, wyobrażając sobie, co zrobi z tą wargą, gdy usłyszy moje następne polecenie. – Przyniosłam po dwie małe broszurki dla każdego z was. W jednej są ilustracje, w drugiej zdania opisujące te ilustracje. Chciałabym, żebyście na nasze następne spotkanie za tydzień wybrali dziesięć zdań, w których występują te wyrazy, i przepisali je.

Na widok nagle pobladłej twarzy Lorraine poczułam przypływ współczucia. To właśnie dla takich jak ona postanowiłam jako wolontariuszka prowadzić kurs dla niepiśmiennych dorosłych w miejscowym centrum kultury. Niektórzy znajomi, także moja przyjaciółka Suzanne, uważali, że zwariowałam, podejmując się dodatkowej pracy w czasie nauczycielskiego stażu, jaki odbywałam w szkole średniej. Może mieli rację. Mój plan zajęć w dziennej szkole był naprawdę nabity. Ale zajęcia na kursie zajmowały mi tylko jeden wieczór w tygodniu, ponieważ prowadziłam je na zmianę z drugim wolontariuszem, a dawały bezcenne poczucie, że robię coś pożytecznego, co może zmienić życie tych ludzi. W szkole trudno było zauważyć, czy wywieram jakiś wpływ na uczniów, i szczerze się obawiałam, że mam przed sobą wiele dni pracy ze świadomością osiągania niewielkich rezultatów. Co innego tutaj – każda godzina wolontariatu przynosiła niekłamaną satysfakcję. Dorośli, których uczyłam, byli – z wyjątkiem Portii i Duncana – osobami bezrobotnymi. Pracodawca Duncana zażądał od niego, by usprawnił swoje umiejętności czytania i pisania, natomiast Portia sama zdecydowała, że chociaż udaje jej się kroczyć przez życie bez tych umiejętności, chciałaby je posiąść. Dla pozostałych analfabetyzm był barierą uniemożliwiającą podjęcie pracy.

Wiedziałam, że analfabetyzm wciąż istnieje w moim kraju, ale pochodzę z wykształconej rodziny, sama dosłownie pożeram książki, więc dotąd się z nim nie zetknęłam. Aż do zeszłego roku.

Na praktykach studenckich spotkałam człowieka, którego nigdy nie zapomnę. Był ojcem jednej z uczennic i kiedy poprosiłam, by rzucił okiem na pracę córki, wpadł w panikę. Z kroplami potu perlącymi się na czole wydusił z siebie wyznanie, że nie umie czytać. A kiedy poprosiłam, aby podpisał zgodę na udanie się córki z klasą do teatru na Wieczór trzech króli, drżącą ręką nakreślił jakiś zawijas we wskazanym miejscu.

Zdenerwowanie i upokorzenie, z którymi wyraźnie nie mógł dać sobie rady, mocno mnie poruszyły. Aż zapiekło mnie pod powiekami. Dorosły mężczyzna, bezradny i zdruzgotany z powodu znaków na kartce papieru? Jeszcze tego samego wieczoru zaczęłam szukać w internecie kursów dla niepiśmiennych dorosłych. Złożyłam kilka aplikacji i miesiąc później skontaktowano się ze mną ze St. Stephens Centre, skąd właśnie odszedł jeden z wolontariuszy.

Chociaż niewielka grupka moich słuchaczy wyraźnie żywiła wątpliwości, czy młodsza od nich nauczycielka zdoła ich nauczyć czytania i pisania, ja czułam, że zmierzamy we właściwym kierunku.

– Hannah, twoja głowa zasłania słowo pomiędzy „myć” i „zimny” – odezwał się Duncan kąśliwym tonem.

– Chcesz mi grzecznie dać do zrozumienia, że mam wielką głowę – zrewanżowałam się, odsuwając od tablicy.

– Nie. Powiedziałbym, że jest akurat. Całkiem przyjemna głowa.

– O, dziękuję. Sama ją wyhodowałam – oświadczyłam z przesadnym zadowoleniem.

 

W odpowiedzi jęknął, jakby usłyszał głupawy dowcip, ale oczy mu się śmiały, a siedząca za nim Portia zachichotała. Z uśmiechem błądziłam wzrokiem po pochylonych nad notatnikami głowach. Ołówki poruszały się z różną prędkością, od boleśnie powolnego żłobienia drukowanych liter po szybko stawiane znaki, przypominające wyrobione pismo ręczne. Uśmiech znikł, gdy spojrzałam na Lorraine i zobaczyłam, że z paniką w oczach obserwuje, jak inni pracują. Widząc moje spojrzenie, odwzajemniła je gniewnie, po czym wbiła wzrok w notatnik. Poczułam, że zamyka się przede mną.

Podeszłam do niej tuż po zakończeniu lekcji, żeby nie zdążyła mi umknąć.

– Czy możesz chwilę zostać?

Oblizała nerwowo wargi.

– A po co?

– Ponieważ o to proszę?

Nic nie odpowiedziała, ale i nie wyszła.

– Dzięki za dzisiejszą lekcję, Hannah! – wykrzyknęła od drzwi Portia.

Prawdopodobnie było ją słychać aż w recepcji. Zwykła mówić nieco głośniej niż potrzeba, w związku z czym podejrzewałam, że ma problemy ze słuchem, ale nie chce się do tego przyznać. Wyglądała fantastycznie i albo zawdzięczała to dobrym genom, albo dobrym kremom przeciwzmarszczkowym, w każdym razie widać po niej było, że jest z tego dumna. Potrafiła przyznać się do analfabetyzmu, ale już nie do osłabienia słuchu, bo to by zdradzało, że nie jest taka młoda, za jaką chce uchodzić. Z całą pewnością nie życzyła sobie, aby ktokolwiek dał jej więcej lat niż tyle, ile chciała.

– Proszę bardzo – odkrzyknęłam przyjaźnie i pomachałam z uśmiechem jej i pozostałym, po czym skoncentrowałam uwagę na Lorraine, przygotowana na starcie.

Skrzyżowała ramiona na piersiach i warknęła:

– Po cholere każesz mnie tu zostać, jak skończyłam z tym na dzisiej.

– Spodziewałam się, że tak powiesz.

Przewróciła oczami.

– Jasne, żeś się spodziewała. Nieważne – odpowiedziała i skierowała się do drzwi.

– Jeśli zrezygnujesz, znajdziesz się w tym samym punkcie. Bez szans na zatrudnienie.

– Akurat. Zawsze zostaje pieprzone sprzątanie.

– I tego właśnie chcesz?

Okręciła się na pięcie, nie kryjąc złości.

– A co? Dla ciebie to nie dosyć dobre? Za ważna jesteś na takie robote? Popacz na siebie. Co ty do cholery wiesz o harówie i braku piniendzy? Czegoś mnie nauczysz? Nie uważam.

Nie wyprowadziła mnie z równowagi. Miałam przed oczami jej zniszczone czarne włosy zebrane w koński ogon, tani makijaż, tandetne i niezbyt świeże podkoszulek i spodnie, cienką przeciwdeszczową kurtkę, mającą ochraniać przed październikowym chłodem, znoszone buty, pewnie jedyne, jakie miała.

Była tylko dwa lata starsza ode mnie, ale z zaciętą twarzą i twardym spojrzeniem wyglądała na dużo starszą. Nic nie wiedziałam o jej życiu, ale wiedziałam, że napadła na mnie, bo było w niej wiele lęku, a może także z powodu tego, jak wyglądam, jak się ubieram, co mówię i jaki mam sposób bycia. Byłam wykształcona i sprawiałam wrażenie pewnej siebie. Czasem to wystarczy, aby poczuć niechęć. Może nie byłam właściwą osobą, żeby uczyć kogoś takiego jak Lorraine?

Może. Ale nie zamierzałam się łatwo poddać.

– Ciężko pracować można na różne sposoby, Lorraine – powiedziałam cicho, starając się mówić rzeczowo, nie emocjonalnie, aby nie nabrała mylnych podejrzeń, że traktuję ją protekcjonalnie. – Sprzątaczki w liceum, w którym uczę, zaharowują się, żeby doprowadzić budynek do porządku po uczniach. – Skrzywiłam się. – Wolę nie myśleć, co znajdują w toalecie dla chłopców. A ja haruję, przygotowując konspekty lekcji, sprawdzając prace. Zajmuje mi to wieczory i weekendy. Wydaję własne pieniądze na pomoce, bo w szkole z reguły brakuje na nie środków. Poza tym przygotowuję lekcje dla was, za co nie pobieram wynagrodzenia. – Wzięłam głęboki oddech i zrobiłam krok w jej stronę. – Wiem, co to znaczy ciężko pracować. Nie jest to męczące fizycznie tak jak sprzątanie, ale wyczerpujące umysłowo. Jesteś przyzwyczajona do fizycznej harówki i nauka – pokazałam na tablicę – jest dla ciebie czymś nowym, więc nie czujesz się z tym komfortowo. Rozumiem to. Jestem tu, aby nauczyć cię pisać i czytać, żebyś mogła ubiegać się o lepszą pracę. Nie byłoby cię tutaj, gdybyś miała poprzestać na sprzątaniu. Zgaduję, że właśnie po to potrzebna ci umiejętność pisania i czytania. Na przykład do wypełniania jakichś formularzy, sporządzania list klientów… – Zobaczyłam, jak zaciska usta, i przeszłam do sedna: – Nie lubisz mnie. W porządku. Nie ma to dla mnie znaczenia. Chciałabym jednak, aby do ciebie dotarło, że nie jestem tu po to, by cię wprawiać w zażenowanie albo żebyś czuła się gorsza. Jestem tu po to, żeby cię uczyć. I powinnaś na tyle polubić siebie, aby uwierzyć, że zasługujesz na lepsze życie.

Zapadło milczenie. Powoli napięcie zaczęło słabnąć i barki Lorraine rozluźniły się, wracając gdzieś z okolic koniuszków uszu na zwykłe miejsce.

– Dasz radę? – zapytałam.

Przełknęła ślinę i szybko kiwnęła głową.

– Czyli zobaczę cię na następnej lekcji?

– No.

Westchnęłam w duchu z ulgą i poczułam, że mnie też opuszcza napięcie.

– Powiedz mi, jeśli chcesz, abym coś powtórzyła albo przerobiła tylko z tobą. Nie ma w tej klasie nikogo, kto by czyhał na twoją porażkę. Wszyscy jedziecie na tym samym wózku. Oni to rozumieją, nawet jeśli uważasz, że ja nie.

– Jeez, dobra, już dobra. – Przewróciła oczami i rzuciła na odchodnym: – Wyluzuj, daj oddychać.

No proszę. Czasami było tak, jakbym znalazła się wśród dzieciaków z liceum.

Uśmiechnęłam się do siebie, spakowałam rzeczy i podeszłam do drzwi. Gasząc światło, kiwnęłam z zadowoleniem głową. Chciałabym każdego dnia wychodzić z klasy, czując się tak, jakbym coś wygrała, bo ci, których uczę, dzięki mnie też coś wygrali. Niestety, zbyt często jestem wyczerpana i zestresowana.

Jednak dzisiaj wygrałam.

Wprawiło mnie to w doskonały nastrój i postanowiłam zrobić coś tylko dla siebie. Wysłałam SMS-a do moich przyjaciółek z uniwersytetu, Suzanne i Michaeli, i umówiłam się z nimi na jutrzejszy piątkowy wieczór na drinka.

Od pierwszej chwili, gdy się spotkałyśmy, było jasne, że Suzanne jest w nastroju na podryw. Przyglądała się facetom, jakby wybierała najlepszy kawałek mięsa na ladzie. Spojrzała na mnie, gdy zajęłyśmy stolik w barze George IV Bridge, i uśmiechnęła się szeroko, kiedy wybuchnęłam śmiechem. Michaela tylko wzniosła oczy ku niebu i spokojnie popijała drinka.

Poznałam je obie na Uniwersytecie Edynburskim po przeniesieniu się do kampusu Pollock Halls, a na drugim roku wynajęłyśmy wspólnie mieszkanie. Na trzecim roku Michaela wprowadziła się do swojego chłopaka Colina, a ja i Suzanne przeniosłyśmy się do mniejszego lokum. Po dyplomie to się zmieniło. Suzanne pochodziła z Aberdeen, ale dostała pracę w dużej firmie zajmującej się finansami. Miała niezłą pensję i stać ją było na kupienie dwupokojowego mieszkania w Marchmont. Z kolei ja miałam to szczęście, że moja starsza siostra, Ellie, i jej brat przyrodni, Braden, o którym zawsze myślałam jak o własnym starszym bracie, oboje zamożni, kupili mi eleganckie trzypokojowe mieszkanie przy Clarence Street w Stockbridge. Nie uszło mojej uwagi, że znajdowało się w połowie drogi między domem rodziców przy St. Bernard’s Crescent po mojej zachodniej stronie a domami Bradena i jego żony, Joss, przy Dublin Street oraz Ellie i jej męża, Adama, przy Scotland Street, na wschód ode mnie. Bez trudu mogli dotrzeć do mnie na piechotę.

Moja rodzina była nadopiekuńcza. Od zawsze. Co oznaczało, że musiałam czasem bronić swej niezależności przed nimi. Przed przyjęciem tego prezentu nie broniłam się jednak. Najcudowniejszy, najwspanialszy podarunek, jaki człowiek może dostać z okazji ukończenia studiów. Z pensji nauczycielki nie mogłabym sobie na takie mieszkanie pozwolić. Powalili mnie tym prezentem i wciąż jestem im nieskończenie wdzięczna. I tak naprawdę cieszy mnie to, że mieszkam blisko rodziny. Mam sporą i stale powiększającą się gromadkę siostrzenic i bratanków, których kocham tak samo mocno, jak ich rodziców.

– Widzisz kogoś wartego grzechu? – spytałam Suzanne, rozglądając się dyskretnie. Przy barze stało kilku naprawdę dobrze wyglądających mężczyzn.

– Oczywiście, że tak – powiedziała kąśliwie Michaela. – Pewnie nie jednego, lecz z pięciu.

Suzanne naburmuszyła się.

– Nie każda z nas dostała w prezencie od losu miłość swojego życia na osiemnaste urodziny. Większość musi pocałować wiele żab, zanim odnajdzie księcia. I niektórym z nas to się nawet podoba.

Roześmiałyśmy się z Michaelą. Co do niej, dotrzymywała nam towarzystwa podczas wspólnych wypadów tylko dlatego, by nie stracić z nami kontaktu. Na pierwszym roku studiów zakochała się z wzajemnością w Colinie, Szkocie, i po dwóch latach zaręczyli się. W tej sytuacji postanowiła nie wracać do rodzinnego Shropshire i razem ze mną zaczęła uczęszczać na podyplomowe zajęcia do Moray House, ponieważ podobnie jak ja chciała zdobyć dyplom nauczyciela wykwalifikowanego.

Moje przyjaciółki diametralnie się od siebie różniły. Suzanne, ekspansywna i kokieteryjna, lubiła być w centrum uwagi. Michaela, najspokojniejsza z nas, była przemiłą osobą, lojalną i oddaną uczniom. Jeśli miałam ochotę na zabawę i oderwanie się od codzienności, szukałam towarzystwa Suzanne, jeśli chciałam szczerze porozmawiać, telefonowałam do Michaeli.

– Jak się mają dzieciaki? – spytała i wiedziałam, że nie chodzi jej o szkołę.

– Wspaniale.

– I ma ich być więcej – dodała z uśmiechem.

– Brr… – Suzanne wstrząsnęła się. – Nie wiem, jak oni mogą do tego dopuścić. Pomyślałby ktoś, że po pierwszym odrobili lekcje.

– Jeśli chodzi o Jo, to jest pierwsze – zauważyłam, świadoma, że nic nie zmieni opinii Suzanne o dzieciach jako nieznośnych małych potworach, z którymi lepiej nie mieć do czynienia.

Johanna MacCabe. Moja najbliższa przyjaciółka, mimo że starsza ode mnie o siedem lat. Kiedy Braden poznał swoją przyszłą żonę, Joss, wprowadził do naszej rodziny jej przyjaciółkę, Jo Walker. Potem ona poznała miłość swojego życia, Camerona MacCabe’a. Pobrali się dwa lata temu i teraz Jo spodziewała się ich pierwszego dziecka.

Nie tylko ona była w ciąży. Moja siostra Ellie i jej mąż Adam czekali na przyjście na świat drugiego dziecka. Mieli już uroczego dwulatka Williama i tym razem liczyli na córkę.

– Szalona kobieta – skomentowała Suzanne i zrobiła ironiczną minę. – Ale do kogo ja to mówię. Nauczycielki. Kto przy zdrowych zmysłach zdecydowałby się na ten zawód. Och… – Oczy jej się rozszerzyły na widok kogoś znajdującego się za moimi plecami. – Ale ciacho!

Wymieniłyśmy porozumiewawcze spojrzenia z Michaelą i odwróciłam się, żeby w miarę dyskretnie zobaczyć, kto zrobił takie wrażenie na naszej przyjaciółce.

– I już jej nie ma. – Michaela roześmiała się, a ja przeniosłam wzrok z dobrze zbudowanego, umięśnionego mężczyzny, dokładnie w typie Suzanne, na nią samą, kołyszącą szczupłymi biodrami w drodze do baru. – Nie wiem, jak ona to robi. Nowy facet co weekend.

Może nie co weekend, ale gdyby policzyć mężczyzn, z którymi poszła do łóżka, byłaby to dwucyfrowa liczba. Ale nie mnie to osądzać. Była dorosła, mogła robić, co jej się podoba, dopóki było to bezpieczne. Ja natomiast w ogóle nie sypiałam z facetami. Naprawdę nie uprawiałam seksu. Po swoim pierwszym razie czułam się okaleczona fizycznie i psychicznie. Powzięłam szczere postanowienie, że poczekam na mężczyznę, co do którego będę w stu procentach pewna, że obydwoje jesteśmy świadomi swoich uczuć.

W tym momencie swojego życia byłam zadowolona z tego, jak jest. Miałam zbyt wiele zajęć, żeby poświęcać czas na cokolwiek innego niż flirtowanie w barze, i to mi odpowiadało. W końcu nie jestem stara, jeszcze zdążę. Suzanne zachowywała się tak, jakby postawiła sobie za punkt honoru przetestować każdą żabę, która stanie jej na drodze, dopóki nie natknie się wreszcie na mitycznego księcia.

Wróciła do naszego stolika w towarzystwie wypatrzonego faceta i jego dwóch kolegów. Usiedli i przedstawili się. Jak na ironię Seb, który wpadł jej w oko, szybko zwrócił uwagę na mnie. Na szczęście jeden z jego kolegów był wyraźnie zafascynowany Suzanne.

Seb okazał się bardzo miły. Zadawał mi wiele pytań mnie dotyczących, a ja starałam się mu odwzajemnić, wypytując o jego zainteresowania. Śmieliśmy się, gawędziliśmy o wszystkim i o niczym, chłopcy postawili nam kolejne drinki.

Po kilku godzinach nowi znajomi zaczęli napomykać o przeniesieniu się do klubu. Michaela nie była do tego pomysłu przekonana, ja z kolei nie miałam ochoty zostawiać jej samej i w końcu poszłam z Suzanne odświeżyć się do toalety, dając Michaeli czas na zastanowienie.

 

Stałyśmy przed umywalkami, poprawiając szminkę i róż na policzkach, gdy Suzanne nieoczekiwanie oznajmiła:

– Seb jest rewelacyjny. Czy to może oznaczać przełamanie okresu posuchy w twoim życiu, czy jednak do głosu znowu dojdzie Hannah Podpuszczalska?

– Hannah Podpuszczalska? – spytałam dość opryskliwie.

Obdarzyła mnie spojrzeniem z gatunku „niby to nie wiesz, niewiniątko”.

– Tak. Hannah Podpuszczalska. Bo zachwycająca Hannah Nichols zawsze wyrywa największe ciacho, flirtuje z nim do upadłego przez kilka godzin, po czym zostawia go, żeby wrócił do domu z bólem jader i bez numeru telefonu.

– Nikogo nie podpuszczam! – zaprotestowałam. – Jeśli nie jestem zainteresowana, nie stwarzam wrażenia, jakbym była. Rozmawiam, nieszkodliwie żartuję. To wszystko.

Tym razem obdarzyła mnie spojrzeniem, które ostatnio rzucała mi regularnie. Pełnym zniecierpliwienia, mówiącym „kompletnie cię nie rozumiem”.

– Co jest do cholery z tobą nie tak? Kiedy wreszcie zapomnisz o przeszłości i dopuścisz kogoś do siebie?

Potrząsnęłam głową i zrobiłam minę, jakbym nie wiedziała, o co jej chodzi.

– Przyszło ci kiedyś do głowy, że mogę akceptować swoją obecną sytuację? Czy nie o to chodzi? Żeby być zadowolonym i szczęśliwym? Kocham swoją pracę, rodzinę i przyjaciół. Biorę życie takie, jakie jest, Suzanne.

– Jasne. Tylko nie zapomnij sobie tego powtarzać – powiedziała pogardliwie.

Aż mnie zatkało z oburzenia.

– Najwyraźniej masz jakiś problem dzisiejszego wieczoru. Chodzi o Seba? Proszę bardzo, jest twój.

Spojrzała na mnie zmrużonymi oczami.

– Bez obaw, mogę go mieć w każdej chwili, jeśli tak mi się spodoba.

– W takim razie w czym problem?

– Nie mów do mnie jak do tych swoich uczniaków. Wiesz co? Robi się z ciebie nudziara.

Roześmiałam się na myśl o tym, jaki obrót przybrała ta rozmowa. Suzanne nie była zbyt taktowną osobą i często zdarzało się jej rzucać kąśliwe uwagi pod adresem różnych osób, ale dzisiaj po raz pierwszy skierowała agresję przeciwko mnie.

– Mogłabym ci się zrewanżować stwierdzeniem, że zachowujesz się jak dziecko.

– Niech ci będzie. – Rozłożyła ręce teatralnym, patetycznym gestem. – Chodźmy zobaczyć, czy Michaela zdecydowała się na clubbing…

Miała taką minę, jakby chciała jeszcze coś dodać, ale tylko zacisnęła usta i energicznym krokiem wyszła z toalety. Zamierzałam pójść w jej ślady, gdy odebrałam SMS-a od Lucy, znajomej ze studiów podyplomowych, z pytaniem, czy mam ochotę spotkać się na drinka. Napisała, że jest w Royal Mile, czyli tuż za rogiem, z kilkorgiem przyjaciół, a wie, że dzisiejszy wieczór spędzam na mieście. Odpisałam jej i dołączyłam do pozostałych.

– Michaela postanowiła pójść z nami – poinformowała mnie Suzanne przyjaźnie, jakby nie napadła na mnie wrogo przed chwilą w toalecie.

Uścisnęłam ramię Michaeli i uśmiechnęłam się do wszystkich.

– Bawcie się dobrze. Muszę się stawić gdzie indziej.

Zignorowałam prychnięcie Suzanne i pomaszerowałam do wyjścia, jak najdalej od niej i tych przystojnych chłopaków, żeby spędzić wieczór w towarzystwie ludzi, których nie obchodziło, czy byłam samotna czy zamężna, chuda czy gruba, ambitna czy luzacka. Spotkali się, żeby odpocząć po tygodniu pracy, a mnie przyświecał ten sam cel.

Życie było fajne. Nie chciałam, aby ktoś mnie przekonywał, że jest inaczej, bo sam nie był z niego zadowolony.