Cofnąć czas

Tekst
Z serii: On Dublin Street #5
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Echoes of Scotland Street

Copyright © 2014 by Samantha Young

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with NAL Signet, a member of Penguin Group (USA) LLC, a Penguin Random House Company.

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2020

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Wydanie trzecie

Redaktor prowadzący wydania trzeciego: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Ewa Ciszkowska

Redakcja: Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta: Maria Talar

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Anita Modry

Zdjęcie na okładce: Happy image/Shutterstock

ISBN: 978-83-8053-719-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl www.burdaksiazki.pl

Wszystkim, którzy zmagają się z życiem

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Ulica w Edynburgu

Szkocja

Zamęczałam babcię muzyką, której słuchałam, i gadaniem w kółko o Ewanie. Powieki same się jej zamykały, ale walczyła dzielnie z sennością, zmuszając się do otwierania oczu, okazywała mi też zainteresowanie, co jakiś czas powtarzając „no coś takiego”. Ponieważ mój chłopak, Ewan, miał lada moment przyjechać po mnie, uznałam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebym wreszcie pozwoliła jej się zdrzemnąć, i poczekała na niego na frontowych schodach przed domem. Pocałowałam ją na pożegnanie w wysuszony policzek, a ona uśmiechnęła się do mnie i powieki jej opadły.

Wyszłam cicho i przystanęłam na chwilę w obszernym hallu. Dom babci nie wydawał się tak ogromny, dopóki żył dziadek. Odszedł trzy lata temu i w jakiś magiczny sposób zaczęło przybywać pustej, zimnej przestrzeni. Kiedy tylko mogłam, przyjeżdżałam, aby spędzić tutaj noc albo weekend. Prawdę mówiąc, czułam się tutaj bardziej w domu niż u rodziców, więc każda okazja była dobra, aby zjawić się u babci.

Tego weekendu nie mogłam spędzić z nią całego, ponieważ zespół, w którym Ewan był basistą, grał dzisiejszego wieczoru i mój chłopak chciał, żebym obejrzała ich występ. Cieszyłam się, że zobaczę go w akcji, mniej radosna była myśl o dziewczynach, które przyjdą za kulisy. Caro, moja przyjaciółka, ostrzegła mnie, że to przeżycie nie musi być dla mnie przyjemne.

Zatrzasnęłam drzwi frontowe i zeszłam na ostatni schodek, tak by Ewan łatwo mnie dostrzegł, jadąc ulicą. Był ode mnie starszy, miał siedemnaście lat i właśnie zrobił prawo jazdy. Korzystał z każdej sposobności, aby siąść za kierownicą starego, zdezelowanego fiata punto, którego sobie kupił, więc nie czułam żadnych wyrzutów sumienia, że będzie się po mnie wlókł aż do Edynburga.

Grzebałam w torbie w poszukiwaniu słuchawek i komórki, żeby czas oczekiwania skrócić sobie muzyką, gdy usłyszałam odgłos kroków i podniosłam głowę zaskoczona.

I wtedy po raz pierwszy go zobaczyłam.

Stał na schodach sąsiedniego domu, trochę wyżej niż ja, i przyglądał mi się z taką miną, jakby doznał szoku. Obrzuciłam go wzrokiem i serce zaczęło mi bić żywiej.

Rudoblond włosy, lekko potargane i odrobinę za długie, pasowały do niego świetnie, bo… Wzięłam głęboki oddech, czując nerwowe łaskotanie w żołądku. Był wspaniały. Do mojej szkoły nie chodzili tacy jak on. Zszedł powoli na dół, mogłam wyraźniej dostrzec zadziwiająco jasny kolor zielonych oczu. Niezwykłych oczu, w których można było utonąć. Ja w każdym radzie mogłabym.

Przestaliśmy wpatrywać się w siebie tylko dlatego, że jego uwagę odwróciły moje włosy. Nieświadomie założyłam kosmyk za uszy, a on śledził wzrokiem ruch moich palców. Przez całe dzieciństwo wyśmiewano moje włosy i dopiero, gdy podrosłam, zaczęto się nimi zachwycać. Z tego powodu nigdy nie wiedziałam, jak ludzie na nie zareagują. Ale nie pragnęłam niczego zmieniać. Odziedziczyłam je po matce, tylko one chyba nas łączyły.

Sięgały mi, falując, do pasa, krótsze kosmyki przy twarzy zwijały się w pierścionki. Nie były rude ani rudoblond, raczej kasztanowe, ale jednak zbyt czerwone, aby uznać je za czysto kasztanowe. Babcia mówiła, że w słońcu i przy sztucznym świetle tworzą ognistą aureolę wokół mojej głowy.

Oderwał od nich wzrok, żeby znowu spojrzeć mi prosto w oczy. Sytuacja powoli stawała się niezręczna, mimo to wciąż staliśmy wpatrzeni w siebie, i zaczynałam czuć się nieswojo, wyczuwając silne napięcie, które się między nami zrodziło.

Aby je osłabić, opuściłam wzrok na jego czarny podkoszulek. Muzyczna koszulka The Airborne Toxic Event, amerykańskiego zespołu, grającego indie rock. Uśmiechnęłam się z zadowoleniem, bo TATE należał do moich ulubionych kapel rockowych.

– Słuchałeś ich na żywo? – spytałam z zazdrością.

Spojrzał na podkoszulek, jakby nie pamiętał, w co się ubrał. Kiedy znowu popatrzył na mnie, kąciki ust uniosły mu się, jakby chciał się uśmiechnąć.

– Nie, ale chciałbym.

Głos też miał ekscytujący, mimowolnie podeszłam do niskiego płotu z kutego żelaza, który oddzielał stopnie schodów obu domów.

– Ja też bym bardzo chciała.

On również podszedł bliżej, musiałam unieść głowę. Był wysoki, ja miałam sto pięćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, on co najmniej trzydzieści centymetrów więcej. Zupełnie się nie kontrolując, jakby nie zależało to od mojej woli, ogarnęłam wzrokiem szerokie bary, muskularne ramiona i zatrzymałam się na dużej dłoni, obejmującej spiczasty ozdobny element, wieńczący płot. Poczułam przypływ gorąca na myśl o dotyku tych rąk – dużych, męskich, szczupłych, o długich palcach. Przypomniałam sobie, do czego doprowadził mnie Ewan swoimi dłońmi w zeszłym tygodniu, i zaczerwieniłam się lekko, bo w wyobraźni ujrzałam nieznajomego zamiast mojego chłopaka. Przygryzłam wargę z poczuciem winy i odwróciłam oczy. On najwyraźniej nie domyślił się, w jakie rejony zabłądził mój umysł.

– Jesteś ich fanką?

Potwierdziłam skinieniem głowy, nagle poczułam się onieśmielona jego obecnością, działającą na mnie tak silnie.

– To mój ulubiony zespół – powiedział z lekkim uśmiechem, a ja natychmiast zapragnęłam zobaczyć, jak wygląda, gdy się szczerze, głośno śmieje.

– Także jeden z moich.

– Tak? – Nachylił się do mnie, wpatrywał się badawczo w moją twarz, jakby odkrył w niej coś interesującego. – Jakie jeszcze rockowe grupy lubisz?

Podekscytowana jego zainteresowaniem, zapomniałam o nieśmiałości i jednym tchem wymieniłam zespoły, których ostatnio słuchałam. Kiedy skończyłam, zostałam nagrodzona uśmiechem, i to takim, że nastrój mi się jeszcze poprawił – uwodzicielskim, a jednocześnie chłopięcym. Czarująco chłopięcym i całkowicie zniewalającym, to był naprawdę niesamowity uśmiech.

Westchnęłam w duchu i oparłam się o płot.

– Jak masz na imię? – spytał cicho, bo staliśmy teraz tak blisko, że na dobrą sprawę mogliśmy zacząć szeptać, a i tak byśmy się usłyszeli.

Ciepło bijące od niego i intymny charakter tej sytuacji sprawiły, że nagle poczułam się w pełni świadoma bliskości naszych ciał. Ucieszyłam się w duchu, że nie jestem typową rudowłosą z cerą skłonną do czerwienienia się.

– Shannon – odparłam równie cicho, jakbym bała się spłoszyć głośniejszym odezwaniem, cokolwiek między nami się działo. – A ty?

– Cole – powiedział. – Cole Walker.

Musiałam się uśmiechnąć. Pasowało to do niego.

– Imię i nazwisko jak dla bohatera.

– Dla bohatera? – spytał ze zdziwionym uśmiechem.

– Tak. Właśnie tak mógłby się nazywać bohater ratujący ludzi w apokaliptycznym świecie zombi.

Zrobiło mi się ciepło na sercu, gdy roześmiał się i oczy pojaśniały mu z rozbawienia.

– W apokaliptycznym świecie zombi?

– To wcale nie takie nieprawdopodobne – upierałam się, bo lubiłam wyobrażać sobie wszelkie ewentualności w życiu.

– Nie wyglądasz na zmartwioną, że mogłoby się coś takiego zdarzyć.

Wzruszyłam ramionami, bo niby dlaczego miałabym być.

– Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie boją się zombi. Poruszają się potwornie wolno i nie mają mózgów.

– Rzeczywiście. Dwa poważne powody – oświadczył, przyjmując konwencję.

– Więc można cię nazwać bohaterem, Cole’u Walkerze?

Podrapał się po policzku i spytał, patrząc przed siebie:

– A kogo właściwie można nazwać bohaterem?

Zaskoczyło mnie to pytanie, bo zabrzmiało całkiem poważnie, wcale nie żartobliwie.

– Myślę, że kogoś, kto ratuje ludzi.

Skupił spojrzenie z powrotem na mnie.

– Tak, to słuszna definicja.

Uśmiechnęłam się do niego kokieteryjnie.

– Czyli ratujesz ludzi?

 

– Mam dopiero piętnaście lat. – Roześmiał się. – Daj mi szansę.

Byliśmy w tym samym wieku. Niespodzianka, bo wyglądał na osiemnastolatka.

– Jesteś bardzo wysoki jak na swój wiek.

Obrzucił mnie wzrokiem i zauważył z lekkim uśmiechem:

– Wielu ludzi chyba wydaje ci się wysokimi.

– Sugerujesz, że jestem niska?

– Chcesz powiedzieć, że nie jesteś?

Skrzywiłam się.

– Nie żyję w świecie iluzji. Nie był to zbyt grzeczny komentarz. Powinieneś się domyślić, że jestem wściekła na cały świat z powodu niskiego wzrostu.

– Może ja jestem wściekły na cały świat z powodu wysokiego wzrostu.

Posłałam mu sceptyczne spojrzenie i wybuchnął śmiechem.

– No dobrze, nie denerwuje mnie mój wzrost, ale ciebie też nie powinien denerwować twój.

– Bo tak nie jest – zapewniłam go pospiesznie. – Powiedziałam tak dla zasady.

– Całkiem bezzasadnie.

– Aha. – Roześmiałam się, bo rozbawiła mnie nasza dziwaczna rozmowa.

Cole spojrzał na mnie w taki sposób, że zrobiło mi się gorąco.

– Poważnie mówiąc, myślę, że nikt nie zwraca uwagi na twój wzrost. Twoje wspaniałe włosy i niezwykłe oczy skutecznie kierują ją na inne tory.

Ledwo to powiedział, zaczerwienił się i przeciągnął dłonią po swoich włosach, jakby wstydził się, że wypowiedział to na głos. Zrobiło mi się przyjemnie.

– Ty też masz niezwykłe oczy.

Po moich słowach z chwilowego przypływu nieśmiałości nie zostało ani śladu. Cole nachylił się nade mną ponad płotem.

– Proszę, powiedz, że mieszkasz tutaj.

Nim zdążyłam odpowiedzieć, w ciszę wdarł się dźwięk klaksonu i zburzył atmosferę intymności między nami. Poderwałam głowę i zobaczyłam zbliżające się stare punto Ewana. Wróciłam do rzeczywistości i z dziwacznym poczuciem straty spojrzałam znowu na Cole’a.

– Mieszkam w Glasgow – powiedziałam z ubolewaniem, a potem pokazałam na samochód. – Mój chłopak po mnie przyjechał.

W oczach Cole’a pojawiło się rozczarowanie.

– Chłopak?

Poparzył na samochód i twarz mu się wydłużyła. Ze mnie wyparował nagle dobry nastrój.

– Przykro mi – wyszeptałam, nie bardzo wiedząc, za co go właściwie przepraszam.

– Mnie też – powiedział cicho.

Ewan zatrąbił ponownie, a ja zeszłam z ostatniego schodka, nie spuszczając wzroku z Cole’a. Wciąż patrzyliśmy sobie w oczy, gdy z ociąganiem wsiadałam do samochodu.

– Hej, skarbie – przywitał mnie mój chłopak, przerywając w końcu mój kontakt wzrokowy z Cole’em.

– Cześć – odwzajemniłam powitanie z bladym uśmiechem.

Ewan nachylił się i pocałował mnie, a potem usadowił się na swoim siedzeniu, gotów do jazdy. Rzuciłam okiem w panice na schody, ale Cole’a już na nich nie było. Zrobiło mi się ciężko na duszy.

– Kto to był? – spytał Ewan

– O kogo pytasz?

– Ten facet na schodach.

– Nie wiem.

Ale mam nadzieję, że się dowiem, pomyślałam, a Ewan zaczął opowiadać o zespole, nie zadając sobie trudu, by zapytać mnie, jak spędziłam ten czas ani jak się miewa babcia, chociaż mówiłam mu, że się o nią martwię.

Wiózł mnie starym, rozklekotanym samochodem przez ulice Edynburga, a ja słuchając nieuważnie jego gadaniny, czułam się tak, jakby los postawił przede mną dwie filiżanki, a ja nierozważnie napiłam się z niewłaściwej.

1

Edynburg

Dziewięć lat później

INKarnate.

Stałam na Leith Walk z zadartą głową i przygryzając zębami wargę, patrzyłam na szyld studia tatuażu. Nie było co się zastanawiać. Musiałam otworzyć te drzwi i wejść.

Zrobiłam powolny głęboki wydech, od którego usta wydęły mi się, jakbym była niezadowolona. INKarnate krzyczało drukowanymi pogrubionymi literami z podłużnego szklanego panelu umieszczonego nad lśniącymi głęboką czernią drzwiami wejściowymi. Po obu ich stronach widniały na podłużnych przeszkleniach rysunki pokrytych artystycznymi tatuażami kończyn, pogrubione czerwono-fioletowe litery przyciągały uwagę przechodniów, głosząc: TATUAŻE, PIERCING, USUWANIE TATUAŻY. Pośrodku dwa duże białe napisy dumnie informowały: NAJLEPSZE SZKOCKIE STUDIO TATUAŻU i WIELOKROTNIE NAGRADZANE.

Fakt. Nawet ja, chociaż nie mogłam pochwalić się tatuażem, słyszałam o INKarnate.

Spotykałam się co prawda z jednym czy dwoma facetami, których ozdabiały tatuaże, ale to nie od nich dowiedziałam się o studiu Stu Motherwella. Reklama nie kłamała, byli dobrzy i było o nich głośno, w ciągu kilku ostatnich lat parokrotnie pokazywano ich w telewizji. Stu prowadził studio od ponad trzydziestu lat, cieszył się sławą niezwykle utalentowanego i ambitnego artysty w swojej dziedzinie i podobno zatrudniał tylko wyjątkowo uzdolnionych projektantów.

Można by pomyśleć, że jestem wniebowzięta, skoro szłam na rozmowę w sprawie pracy w tym studiu jako asystentka i recepcjonistka. Niestety, INKarnate uosabiało wszystko, od czego w tamtym momencie swojego życia chciałam się odciąć. Wszystko, co mnie doprowadziło do zguby.

Ubiegałam się o to zajęcie, ponieważ oferty pracy administracyjnej należały do rzadkości, no i jak na ironię tylko oni odpowiedzieli na moją aplikację. Zresztą jakie miałam wyjście?

Skrzyżowałam ramiona na piersi i zapatrzyłam się na napis TATUAŻE. Musiałam wyjechać z Glasgow, a nie wiedziałam, dokąd się udać. Edynburg był jedynym miejscem, które znałam na tyle, by czuć się tu dobrze, tyle że był drogi jak cholera. Zatrzymałam się w hotelu, który właściwie powinien nazywać się hostelem, a i tak nie stać mnie było na dłuższy w nim pobyt. Zaoszczędzonych pieniędzy starczyłoby mi wprawdzie na wynajęcie jakiegoś nędznego mieszkania, ale wolałam nie ryzykować, dopóki nie znajdę pracy.

Musiałam coś jeść i mieć dach nad głową.

Jak to babcia lubiła powtarzać: na bezrybiu i rak ryba.

Opuściłam ręce, bo postawa obronna nie robi dobrego wrażenia podczas starania się o pracę, poczekałam, aż przejdzie kobieta z wózkiem, zdecydowanym krokiem podeszłam do drzwi i otworzyłam je. Odezwał się wiszący przy nich staroświecki dzwonek, który kłócił się ze stylem wnętrza.

Moje niskie obcasy stukały głośno po podłodze wyłożonej białym gresem, wyglądającym na drogi, poprzetykanym kwadratami srebrzystej mozaiki. Nie spodziewałam się czegoś tak eleganckiego w studiu tatuażu. Przez chwilę rozglądałam się po wnętrzu. Wydawało się typowe, tylko bardziej zadbane. Hall był przestronny, po mojej lewej ręce na niewielkim zaokrąglonym kontuarze z czarnego marmuru zobaczyłam lśniący iMac, wiele bym dała, żeby taki mieć. Za kontuarem stała masywna szafa, otwarte drzwi ujawniały chaotycznie poupychane na półkach teczki na dokumenty. Po przeciwnej stronie ustawiono dużą czarną skórzaną kanapę w kształcie litery L, nieco podniszczoną, ale wyglądającą na wygodną. Obok, na szklanym niskim stoliku leżały rozrzucone czasopisma i stała szklana misa z opakowanymi w lśniący papier cukierkami, chyba toffi. Na wprost ujrzałam minigalerię, bo pomalowane na biało ściany zostały obwieszone projektami artystycznych tatuaży. Natomiast na ściankach działowych wisiały monitory, wyświetlające zdjęcia i filmy, stanowiące zapewne portfolio pracujących tu artystów, jako podkład muzyczny sączyła się cicho muzyka alternatywna.

Całe wnętrze tchnęło sztuką. Tylko gdzie byli artyści?

Rozejrzałam się jeszcze raz i w przeciwległym rogu po mojej lewej ręce zobaczyłam drzwi. Spoza nich dochodziło brzęczenie maszynki do tatuażu. To tam mieściły się pracownie.

Czy powinnam tam wejść?

Nie musiałam się długo zastanawiać, bo zostałam popchnięta drzwiami, które ktoś usiłował otworzyć. Usunęłam się z drogi i posłałam młodemu człowiekowi przepraszający uśmiech.

– W porządku? – spytał, kiwając głową na przywitanie, i nie czekając na odpowiedź, podszedł do kontuaru, gdzie kilkakrotnie nacisnął staroświecki dzwonek.

No tak. Powinnam się zorientować.

Po chwili w drzwiach na tyłach hallu pojawił się wielki, zwalisty mężczyzna. Patrzyłam z rozchylonymi ze zdziwienia ustami, jak się do nas zbliża, i powoli dotarło do mnie, z kim mam do czynienia.

Posiwiała broda, długie przesuszone włosy, jowialny uśmiech i zmarszczki wokół niebieskich oczu. Nie Święty Mikołaj, jakby się mogło wydawać, tylko Stu Motherwell.

Podszedł do kontuaru powolnym, miarowym krokiem, a ja zauważyłam, że czarne buty motocyklowe, które nosił, dawno już miały czas świetności za sobą. Brzęczenie maszynki nie ustało, z czego wywnioskowałam, że oprócz Stu pracował tutaj jeszcze jakiś tatuażysta.

– Witaj, synu – zwrócił się do młodego mężczyzny. – Czym mogę służyć?

– Jestem umówiony na usuniecie tatuażu.

– Jak się pan nazywa?

– Darren Drysdale.

Stu pochylił się nad kontuarem, spojrzał na ekran komputera, kliknął kilka razy myszką i potwierdził:

– Pan Drysdale. Proszę chwilę zaczekać. Rae za chwilę będzie do dyspozycji. Zaproponowałbym kawę, ale nasza była asystentka kupiła to nowomodne ustrojstwo, którego nikt z nas nie umie obsługiwać.

Klient parsknął śmiechem.

– Nic nie szkodzi – powiedział, skinął Stu głową i skierował się do kanapy.

Stu obrzucił mnie spojrzeniem jasnoniebieskich oczu, jakby mnie oceniał, i uśmiechnął się promiennie.

– A co mogę zrobić dla ciebie, Calineczko?

Calineczko? To dopiero coś nowego. Gdybym to nie z nim miała do czynienia, pewnie bym odpowiedziała, żeby uważał, bo mogę podnieść swoją małą, ale całkiem sprawną nóżkę i przywalić mu kopa w tyłek, jeśli jeszcze raz usłyszę to określenie.

Zdecydowanie byłam wściekła na cały świat. Ale też bardzo zdesperowana, więc przedstawiłam się grzecznie:

– Nazywam się Shannon MacLeod. – Wyciągnęłam do niego dłoń. – Aplikowałam na stanowisko administracyjne.

– Cholernie mnie to cieszy – ogłosił Stu jowialnie i ujął wielką ręką moją dłoń. Kiedy nią potrząsnął, bez przesady zatrzęsłam się na całym ciele. – Przynajmniej wyglądasz normalnie. Ostatnia, która się zgłosiła, sprawiała wrażenie, jakby nie widziała ludzkiej istoty od czterdziestu lat.

– Och… – No bo jak można było inaczej to skomentować?

– Naprawdę. Nie wiedziała nawet, co to apadravya ani ampallang.

Skrzywiłam się na samą myśl o tych ozdobach męskiego przyrodzenia. I o tych, nazwijmy to eufemistycznie odważnych facetach, którzy decydują się na jedno albo drugie.

– Wykonujecie je tutaj?

– Simon jest naszym specjalistą od piercingu. Robi wszystko. Sądząc po twojej minie, wiesz, co to jest – dodał z uśmiechem.

Skinęłam tylko głową, bo nie czułam się komfortowo, rozmawiając ze swoim przyszłym szefem o przekłuwaniu intymnych części ciała, chociaż oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że jeśli dostanę tę pracę, będziemy rutynowo wymieniać takie informacje.

– Z pewnością nie macie zbyt wiele takich zamówień? – rzuciłam, żeby coś powiedzieć.

– Jestem pewien, że kobiety na całym świecie wolałyby, abyśmy wykonywali ich więcej. – Roześmiał się z własnego żartu i ruszył w kierunku zaplecza, pokazując gestem, abym poszła za nim. – Zapraszam do mojego biura, pogawędzimy trochę.

Weszliśmy do długiego, wąskiego korytarza, z trzech par drzwi wylewało się światło, brzęczący dźwięk dochodził zza środkowych.

– Trzy gabinety do pracy – powiedział Stu, po czym pokazał na najbliższy. – Ten dzielę z moim menedżerem, to nasz główny tauażysta, bardzo utalentowany. Zwykle to on wykonuje większe projekty, chyba że ja jestem którymś szczególnie zainteresowany. W piątki ma wolne, więc niestety go nie poznasz. Środkowy zajmuje Rae, akurat teraz robi niewielki tatuaż, zajmuje się również ich usuwaniem. W trzecim pracuje Simon, też tatuażysta, to on najczęściej podejmuje się piercingu. A tam – Stu pokazał ruchem głowy na ostatnie drzwi – jest moje biuro.

Kiedy przechodziliśmy, udało mi się zerknąć przez uchylone drzwi do środkowego pokoju. Zwrócona do mnie plecami szczupła kobieta o ufarbowanych na fioletowo włosach, z pewnością Rae, wykonywała rysunek motyla w okolicach krzyża zaokrąglonej dziewczyny, podpierającej się o krzesło.

Zerknęłam też do trzeciego pokoju i napotkałam spojrzenie przystojnego, mocno wytatuowanego łysego mężczyzny. Zajmował się klientem, ale zdołał mi pomachać lekko dłonią, więc odwzajemniłam mu się. Zdążyłam zauważyć, że ma życzliwe, ciepło patrzące oczy.

 

– Zapraszam, Calineczko – powiedział Stu tubalnym głosem, otwierając drzwi i pokazując gestem, abym weszła przed nim. – O co chodzi? – spytał nachmurzony, gdy przeszłam obok niego.

Zdałam sobie sprawę, że musiałam zrobić zirytowaną minę. No dobrze, skoro mnie przyłapał, postawię sprawę uczciwie, zdecydowałam.

– Calineczko? Naprawdę nie wiem, jak mam to potraktować.

– Nie miałem niczego złego na myśli. – Stu wmaszerował do środka i usiadł na dużym skórzanym fotelu biurowym, stojącym za zarzuconym papierami biurkiem, po czym pokazał gestem na krzesło naprzeciwko. – Twoje włosy, oczy no i jednak to, że jesteś taka drobna, nasunęło mi na myśl takie skojarzenie.

Powstrzymałam się od uśmiechu. Ten wielki mężczyzna, sprawiający wrażenie typowego osiłka, martwił się, czy mnie nie uraził.

– No, to tylko dlatego, że trochę denerwuję się tą rozmową.

– Zupełnie bez powodu. – Potrząsnął głową. – Opowiedz mi, jakie masz doświadczenie zawodowe, a potem przedstawię cię Rae i Simonowi. Jeśli dostaniesz tę pracę, będziesz z nimi ściśle współpracować, więc dobrze byłoby, żeby cię zaakceptowali.

Rozmawialiśmy przez kwadrans o tym, gdzie poprzednio pracowałam i na jakich stanowiskach. Stu szczególnie zainteresował, co oczywiste, okres, gdy byłam recepcjonistką w studiu tatuażu w Glasgow. Miałam wtedy dwadzieścia lat i spotykałam się z pewnym motocyklistą o dziesięć lat starszym ode mnie, którego moja rodzina uwielbiała. Jego najbliższy przyjaciel był właścicielem studia, praca trwała dokładnie tyle, ile znajomość, czyli półtora roku. Cudownie było do momentu, gdy odkryłam, że zdradza mnie ze zdzirowatą dziewczyną z gangu motocyklowego. „Downsizing”, jak to określił mój szef, terminem zaczerpniętym ze słownika motocyklistów, zdaje się oznaczającym redukowanie, ekonomię czy coś takiego. Inna rzecz, że sam mnie zredukował, kiedy natknęłam się na jego najbliższego przyjaciela posuwającego klientkę.

Wkrótce potem doszłam do wniosku, że jestem uzależniona od randkowania z niewłaściwymi chłopakami.

– To wszystko brzmi zachęcająco – podsumował Stu z szerokim, ciepłym uśmiechem. – Chodźmy do Rae i Simona.

Mimo zdenerwowania, ja też się uśmiechnęłam. Zresztą w czasie rozmowy ze Stu rozluźniłam się i nawet przemknęło mi przez głowę, że może w INKarnate nie czułabym się tak źle, jak się obawiałam.

Simona nie było w pokoju, stał przy drzwiach gabinetu Rae i przyglądał się, jak pracuje. Rozmawiała z młodym mężczyzną, który przyszedł na pierwszą sesję usuwania tatuażu. Kiedy pojawiliśmy się ze Stu w drzwiach, mężczyzna wyraźnie zdenerwował się na nasz widok. Rae popatrzyła na niego z zastanowieniem, zaskoczona tym, że nagle się usztywnił, ale kiedy poszła wzrokiem za jego spojrzeniem, uspokoiła go:

– Bez obaw, nie przyszli tutaj, żeby się pogapić, prawda, Stu?

Krótko obcięte, wycieniowane mocno czarne włosy z fioletowymi pasmami okalały długą, szczupłą twarz. Prosty, kształtny nos ozdabiał dyskretny, połyskujący kolczyk, lewą stronę dolnej wargi niezbyt wydatnych ust cienkie małe kółko. Duże ciemne oczy i długie, czarne rzęsy, których naprawdę można było jej pozazdrościć, ocieplały twarz. Im dłużej na nią patrzyłam, tym wyraźniej widziałam, że zrobiłaby oszałamiające wrażenie i bez piercingu, fioletowych włosów i czarnej róży wytatuowanej na prawym ramieniu. Dopasowany podkoszulek bez rękawów, markowy Harley Davidson, i czarne dżinsy podkreślały jej figurę i długie nogi.

– Kim jest ta ruda? – spytała, pokazując na mnie podbródkiem.

– To jest Shannon. Shannon, to moi artyści, Rae i Simon – dokonał prezentacji Stu.

Simon uśmiechnął się do mnie, a ja poczułam, że mój wewnętrzny mechanizm ochronny uruchamia się. Czarujące dołeczki, błyszczące orzechowe oczy, ładnie rozwinięta muskulatura piersi pod podkoszulkiem z nadrukiem rockowego zespołu Biffy Clyro. Tatuaże pokrywały każdy centymetr obu ramion. W płatkach uszu miał czarne tunele.

Mogłam mieć z nim problem. Może jednak praca w INKarnate to niewypał.

– Powinieneś ją zatrudnić – oświadczył Simon, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Jest seksowna, zwraca uwagę.

No tak. Zdecydowanie niewypał.

Rae prychnęła, bezbłędnie rozszyfrowała wyraz mojej twarzy.

– Bez obaw, ruda. On preferuje ptaszki. Nie te ćwierkające.

Zamrugałam oczami, zbita z tropu jej zadziwiającą bezpośredniością, i to okazaną przy kliencie, ale jeszcze bardziej informacją. Simon gejem? Nie ukryłam dobrze zdziwienia, bo roześmiał się.

– Tak, jestem gejem – potwierdził.

Nie podobało mi się, że po tym oświadczeniu odczułam ulgę, ale jednocześnie lekkie rozczarowanie.

– Jeśli mi powiesz, że jesteś singlem, nie uwierzę – zwróciłam się do niego z uśmiechem.

Roześmiał się, najwyraźniej zadowolony z mojej uwagi.

– Nie jestem. Mój partner ma na imię Tony. Jest Włochem.

– No nie, tylko nie pozwólcie mu gadać o Tonym – zaprotestowała Rae, przewracając oczami. – Uwielbiam faceta, ale jeśli znowu usłyszę opowieść o jego wprawnych ustach i szczodrym sercu, porzygam się.

Na widok mojej zszokowanej miny Simon poklepał mnie po ramieniu.

– Nie przejmuj się, Rae ma taki sposób bycia. W rzeczywistości uwielbia mnie.

Odchrząknęła przeciągle w odpowiedzi i demonstracyjnie odwróciła się do klienta, który obserwował nas ze znudzeniem.

– Zatrudnij ją, Stu. Wiesz, że mi sprawia przyjemność szokowanie ludzi, a ten rudzielec robi miny gwarantujące mi niezłą zabawę.

– Potraktuję to jak wyzwanie – oświadczyłam, lekko urażona jej sugestią, że uważa mnie za osobę pruderyjną. – Ale uprzedzam, bywało, że słyszałam gorsze rzeczy.

Kąciki ust jej drgnęły, jakbym ją rozbawiła.

– Ja – powiedziała z naciskiem – potraktuję to jako wyzwanie.

– Już to zrobiłaś – zauważył Simon.

– Pracujesz u mnie – ogłosił Stu.

Ogarnęło mnie przemożne uczucie ulgi. Spojrzałam na niego.

– Naprawdę? – upewniłam się.

– Tak. Dasz się lubić.

Nie zabrzmiało to zbyt profesjonalnie.

– Zatrudniasz mnie, bo daję się lubić?

– Ludzie na ogół nie zdają sobie sprawy, jakie to jest ważne, gdy chce się osiągnąć sukces w biznesie. Jeśli wszystko idzie gładko, atmosfera jest dobra, klienci polecają nas innym.

– Jasne jak słońce, to emanująca ze mnie życzliwość, a nie zadziwiająca biegłość w posługiwaniu się maszynką do tatuażu przysparza nam rekomendacji klientów – docięła mu Rae.

– Ani emanująca z ciebie życzliwość, ani twoja biegłość, tylko…

– Cole – wpadła Stu w pół słowa. – Ale ja też nie wypadłam sroce spod ogona – dodała z uśmiechem.

– Nie wypadłaś – odwzajemnił się jej uśmiechem.

– Fakt – potwierdził Simon i przegonił nas gestem ręki. – Dajmy Rae popracować. – Uśmiechnął się do mnie, gdy szliśmy hallem. – Czyli rozpoczynasz u nas pracę?

Rozpoczynam pracę? Zastanawiałam się nad tym, idąc za Stu do recepcji. Przy kontuarze czekał klient i Simon podszedł do niego pospiesznie, a Stu spojrzał na mnie wyczekująco.

Rae była pyskata i podejrzewałam, że najpierw mówi, a potem myśli. Ale mimo uszczypliwości i niewyparzonego języka czuło się, że uwielbia swojego szefa i kolegów. Stu był hałaśliwy i zbyt bezpośredni, ale wyrozumiały, nie zrzędził i nie wprowadzał nerwowej atmosfery. Simon był luzacki i miał przyjemne usposobienie. Więc może nie było to najgorsze miejsce do pracy?

Kogo chcesz oszukać? Mogłoby być obrzydliwie, a i tak musiałabyś przyjąć tę posadę. Wyciągnęłam rękę.

– To będzie dla mnie przyjemność móc pracować tutaj.

Stu rozpromienił się, potrząsnął moją dłonią i mną przy okazji.

– Znakomicie. Możesz zacząć od poniedziałku?

– Oczywiście. – Uśmiechnęłam się radośnie, po raz pierwszy od wielu dni, a może tygodni. Wreszcie coś się zaczęło zmieniać w moim życiu.

– Zgodziła się! – rzucił Stu przez ramię Simonowi.

– Fajnie. Spodoba się Cole’owi.

– Na pewno – potwierdził Stu i zaśmiał w taki sposób, że poczułam się zagrożona. – Ja jestem już prawie na emeryturze, nie przychodzę do studia zbyt często, wszystkim zarządza mój menedżer, Cole. Udzieli ci wszelkich wyjaśnień, jakich będziesz potrzebować.

Uśmiechnęłam się blado i nic nie odpowiedziałam, bo nieoczekiwanie ogarnęło mnie złe przeczucie.

* * *

Pokój był zimny i ciasny, ale przynajmniej miałam gdzie się podziać. Niestety, świadomość tego faktu nie polepszała mi nastroju. Nie mówiąc już o tym, że mierziło mnie korzystanie ze wspólnej łazienki z pięciorgiem innych gości „hotelu”, w którym się zatrzymałam.

Skończyłam wypełniać kwestionariusz personalny, który Stu wręczył mi, zanim wyszłam z INKarnate. Powinnam uważać się za szczęściarę, że tak szybko znalazłam pracę, ale potwornie obawiałam się spotkania z menedżerem. Miałam nadzieję, że okaże się taki jak Stu albo Simon, że nie będzie to kolejny mężczyzna z gatunku toksyczny facet.