Charlie przeobraża się w mamutaTekst

Z serii: Charlie #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Drogi Czytelniku

Rozdział 1

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Od autora

Rozdział 4

Od autora II

Rozdział 4 (znowu)

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Epilog

Drogi Czytelniku

Przypisy

Tytuł oryginału

CHARLIE MORPHS INTO A MAMMOTH

Original English language edition first published by Penguin Books Ltd, London

Text copyright © Sam Copeland, 2020

Artwork © Sarah Horne, 2020

Publishing by arrangement with Random House Children’s Publishers UK, a division of The Random House Group Limited

The moral rights of the author and ilustrator have been asserted

Text design by Janene Spencer

Copyright © for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o., 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-980-8

Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 50 www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Książki

Sama Copelanda

CHARLIE ZMIENIA SIĘ W KURCZAKA

CHARLIE PRZEMIENIA SIĘ W T-REXA


Dla mamy

– dziękuję, że zawsze pilnowałaś,

bym ani na chwilę nie rozstawał się z książką.

NIE DOTYKAĆ!

TA KSIĄŻKA NALEŻY DO ........................................................

MAM ...................... LAT

MIESZKAM W ..............................................................

MOIM ULUBIONYM PISARZEM JEST Sam Copeland

PO WYDŁUBANIU KOZY Z NOSA:

A) ZJADASZ JĄ CZY

B) WYCIERASZ JĄ POD STOŁEM ALBO ZA SOFĄ?

................................................................................................

KTÓRY Z TWOICH RODZICÓW CZĘŚCIEJ PUSZCZA BĄKI?

................................................................................................

W JAKIM WIEKU STAJESZ SIĘ STARYM CZŁOWIEKIEM?

................................................................................................

PO CO ŻYJEMY? ...........................

WOLAŁBYŚ MIEĆ DWA NOSY CZY TRZY PUPY?

................................................................................................

GDYBYŚ BYŁ NA RODZINNEJ WYCIECZCE W PAŁACU BUCKINGHAM I PRYKNĄŁ PRZY KRÓLOWEJ, TO KTÓREGO CZŁONKA RODZINY PRÓBOWAŁBYŚ WSKAZAĆ JAKO WINNEGO?

................................................................................................

GDYBYŚ BYŁ NA RODZINNEJ WYCIECZCE W PAŁACU BUCKINGHAM I KRÓLOWA PRYKNĘŁABY PRZY TOBIE, A POTEM PRÓBOWAŁA WSZYSTKIM WMÓWIĆ, ŻE TO TY, TO CZY PRZYJĄŁBYŚ WINĘ?

................................................................................................

.

KILKA LISTÓW

OD NASZYCH NAJDROŻSZYCH CZYTELNIKÓW

NA TEMAT POPRZEDNIEJ

KSIĄŻKI

Szanowne wydawnictwo Puffin Books,

CO TO MA ZNACZYĆ??? Gdzie obiecane tyranozaury?!

Wydałem ostatnie, ciężko zarobione kieszonkowe na książkę Charlie przemienia się w T-Rexa, a teraz czuję się kompletnie oszukany.

Wszystkiego najgorszego,

Josh (lat 9) z Whitstable

Drogie wydawnictwo Puffin Books,

już po pierwszej książce, w której Charlie nie zmienił się w kurczaka, powinnam wiedzieć, co mnie czeka. Ale znowu dałam się nabrać. Kupiłam drugą książkę Charlie przemienia się w T-Rexa z wiarą i nadzieją, że tym razem zmieni się w groźnego tyranozaura. Kolejny raz pozwoliłam się okłamać. Nigdy więcej nie zaufam Samowi Copelandowi, Puffin Books ani w ogóle nikomu.

Wasza zrozpaczona czytelniczka,

Maja Zmyślona (lat 10)

Banjax-on-Thames

Sz. Wyd. Puffin Books,

zero tyranozaurów?! To najgorsze z najgorszych rozczarowań. Totalne dno.

Ten podstępny Sam Copeland jest kompletnym nieudacznikiem! Sam napisałbym książkę dla dzieci lepiej niż on. Łatwizna!

Ukłony,

D. Trump, 73 i ¾, USA

Puffin Books,

80 Strand

Londyn

Najdroższy Czytelniku,

a zatem znowu się spotykamy.

Po powodzi listów z zażaleniami od dzieci z całego świata rozzłoszczonych brakiem tyranozaurów w książce Charlie przemienia się w T-Rexa wprowadziliśmy specjalne przepisy, których celem jest dopilnowanie, żeby autor DEFINITYWNIE umieścił w tej książce co najmniej jednego mamuta.

Poniżej znajduje się stuprocentowa gwarancja na piśmie, niezłomna przysięga złożona przez autora z ręką na sercu pod groźbą straszliwych konsekwencji.

Z poważaniem,

Wydawca

Drogie wydawnictwo Puffin Books

oraz Rozgniewane Dzieci Całego Świata,

TOTALNIE, na stówę przysięgam, że w tej książce Charlie zmieni się w mamuta.

Oddany Wam bezgranicznie autor,

Sam Copeland



Charlie McGuffin znowu był spóźniony.

Tym razem naprawdę nie wolno mu było się spóźnić, bo gdyby się spóźnił, to już mógł się uważać za martwego faceta.

A na co Charlie McGuffin był spóźniony?

Doskonałe pytanie, drogi czytelniku. Wszyscy wyglądacie mi na bystrych ludzi, zupełnie innych niż tamta okropna gawiedź, która czytała poprzednie dwa tomy. Ci to dopiero napsuli mi krwi. Sądzę, że wy, moi drodzy, macie szansę stać się moimi ulubionymi czytelnikami – czuję to w kościach.

A więc, odpowiadając na zadane pytanie:

Charliemu McGuffinowi nie wolno było się spóźnić na szkolną wycieczkę. W przeciwnym razie mógł się uważać za martwego faceta.

A dokąd jechała jego klasa?

Kolejne błyskotliwe pytanie, bystrzaku! Dobra robota! To była wycieczka do zoo.

Czy on naprawdę umarłby, gdyby się spóźnił?

Nie! Skądże znowu! To z kolei dosyć głupie pytanie. Chodziło mi jedynie o to, że miałby poważny kłopot.

Wiesz co, czytelniku? Początek naszej znajomości był obiecujący, ale zaczynam mieć pewne wątpliwości.

A zatem, żeby rozwiać ewentualne nieporozumienia – Charliemu McGuffinowi nie wolno było się spóźnić na szkolną wycieczkę, w przeciwnym razie mógł się uważać za martwego (ale nie tak naprawdę martwego) faceta.

No nie! Co ci znowu nie pasuje? Jak to: „Czy Charlie jest dorosłym facetem?”. Nie! Wiem, że powiedziałem „martwy facet”, ale to tylko takie powiedzenie. Przecież Charlie naprawdę jest chłopcem. Nawet na okładce widzisz jego portret!

Cofam wszystko, co wcześniej powiedziałem. Jesteście tak samo okropni, jak czytelnicy poprzedniej książki. Może nawet jeszcze gorsi. Do tej pory już powinienem się nauczyć, że po czytelnikach można się spodziewać tylko rozczarowań. Radzę wam, żeby każdy z was czym prędzej poszedł do łazienki, dokładnie przyjrzał się sobie w lustrze (o ile zniesie ten widok), a potem powiedział trzy razy: „Jestem pupogłowym bęcwałem”.

 

No i widzicie, co narobiliście? Teraz muszę zacząć od nowa i tym razem nie życzę sobie ŻADNYCH PYTAŃ.



Charlie McGuffin znowu był spóźniony.

Tym razem naprawdę nie wolno mu było się spóźnić, bo gdyby się spóźnił, to mógł się uważać za martwego[1] faceta[2].

Charlie musiał się uwinąć w osiemnaście minut, jeżeli nie chciał przegapić autobusu, który dokładnie o dziewiątej rano miał zawieźć cały rocznik Charliego do zoo. Poprzedniego dnia na apelu dyrektorka, pani Fyre, ostrzegła uczniów, że kto się spóźni na autobus, cały dzień będzie szorował z woźnym, panem O’Dearem, toalety nauczycieli.

Charlie ekspresowo wciągnął płatki kukurydziane[3], narzucił kurtkę i wskoczył w buty[4], starając się nie zwracać uwagi na głosy rodziców, którzy znowu się o coś kłócili. Wyfrunął z domu jak na skrzydłach[5], wsiadł na swój wierny rower i nacisnął pedały. Nagle doszło do katastrofy.

Z przedniego koła dobiegł dziwny trzask i zaczęło uciekać z niego powietrze. Charlie jęknął. Nie mógł sobie pozwolić na flaka.


A jednak to był flak. Charlie zobaczył zagnieżdżone głęboko w oponie cztery pinezki. Cztery? Jak to się stało? Zerknął na chodnik i zauważył co najmniej dwadzieścia innych pinezek rozsypanych na ziemi.

„Zapewne ktoś przypadkiem upuścił pudełko pinezek i nie pozbierał ich” – pomyślał Charlie, nie widząc w tej sytuacji nic podejrzanego, chociaż naprawdę powinien nabrać podejrzeń, bo to początek książki, a w książkach podejrzane rzeczy dzieją się właśnie na początku.

„Co za straszny pech” – myślał Charlie. „Przecież nikt specjalnie nie podrzuciłby mi pinezek pod domem”.

Tak czy owak nic się nie dało zrobić. Teraz już na pewno się spóźni i przepadnie mu szkolna wycieczka. Chyba że...

Chyba że...

„Chyba że zmienię się w zwierzę” – pomyślał Charlie.

Gdyby się zmienił, miałby akurat tyle czasu, żeby dolecieć albo dobiec superszybkim sprintem do szkoły, niepostrzeżenie zmienić się z powrotem w Charliego i jeszcze złapać autobus.

Charlie już od kilku miesięcy zmieniał się w zwierzęta i nauczył się, jak to robić na zawołanie. Nie opanował jednak sztuki kontrolowania, w jakie zwierzę przyjdzie mu się zmienić... Bez względu na to, jak bardzo się starał, zdawało się, że wybór jest zupełnie przypadkowy.

Mimo to tylko przemiana mogła go uratować. Musiał podjąć ryzyko.

Charlie ukrył rower w krzakach przed domem i rozejrzał się dokoła, aby mieć pewność, że nikt go nie widzi.

Zdawało się, że droga wolna.

Charlie zamknął oczy i zacisnął pięści. Pozwolił, żeby stres wypełnił jego ciało oraz umysł. Pomyślał o odgłosach kłótni rodziców, które ostatnio słyszał niemal bez przerwy. Z powodu podniesionych głosów i trzaskania drzwiami Charlie miał wrażenie, jakby coś ściskało mu płuca, a żołądek oblewała lodowata woda. Przypomniał sobie, jak pewnego dnia pobiegł do swojego pokoju na piętrze i widząc Wielką Gatsby, która pierwszy raz od długiego czasu leżała u niego na łóżku, a nie w kartonie w kuchni, zanurzył twarz w kociej sierści i zapłakał.

Niemal od razu Charlie poczuł w ciele pulsowanie, jakby przepływała przez niego elektryczność.

Zmieniał się – i to szybko.

Charlie próbował wyobrazić sobie najszybsze zwierzę, jakie znał. Przyszedł mu na myśl wielki, szybujący pod niebem ptak – orzeł przedni z szeroko rozpiętymi skrzydłami, które zdawały się jakby zaprojektowane do szybkiego lotu.

Wyobrażał go sobie, a tymczasem ładunek elektryczny rósł coraz bardziej, rozrywał atomy w jego ciele i układał je w nowej konfiguracji. Charlie czuł, że się kurczy i że z pleców wyrastają mu skrzydła. Jednak ku swojemu zgorszeniu nie przestawał maleć. Już na pewno był mniejszy niż orzeł przedni.

O wiele mniejszy.


Charlie jęknął. Może znowu będę gołębiem? Proszę, tylko nie gołębiem. Cokolwiek, tylko nie to!

„Nie” – z uczuciem ulgi zdał sobie sprawę, że to nie to. Już jestem mniejszy od gołębia.

Wróbel?

Nie, mniejszy niż wróbel. Zresztą do tej pory nie wyrosły mu pióra.

Wyrosły mu za to cztery nogi, pojedyncze szczeciniaste włoski i troje nowych oczu na czole, ale pióra – nie. Dwoje oczu, które miał od zawsze, podzieliło się na wiele tysięcy mikroskopijnych oczek, a z głowy wysunęły się czułki. Charlie był pewien, że żaden ptak nie wygląda tak dziwacznie. Potarł dwoma przednimi odnóżami i zatrzepotał delikatnymi, przezroczystymi skrzydłami. Bzyknęło.

Był malutki. Mniej więcej jak...

Charlie był muchą.

„Trudno” – pomyślał chłopiec. Mogło być gorzej. Wciąż był w stanie lecieć superszybko do szkoły, a o ile orzeł nad boiskiem zwróciłby na siebie uwagę wielu osób, o tyle nudnej, pospolitej muchy domowej nikt nie zauważy. Charlie domyślał się, że będzie w miarę bezpieczny.

To znaczy, jeśli potrafi się skoncentrować i nie zapomni, kim naprawdę jest. Bo, jak Charlie już wiedział, po przemianie w zwierzę czasami zapominał, że jest człowiekiem. A to oznaczało kłopoty...

Charlie poruszył czułkami, a przez jego ciało przebiegł nagły, nerwowy dreszcz. Zdawało mu się, że kieruje nim jakiś łaskoczący szósty zmysł nastawiony na wysoką czułość wobec wszelkich zagrożeń.


Ostatni raz potarł odnóżami, a potem bzyknął skrzydłami i błyskawicznie wzbił się w powietrze. Odniósł dziwne wrażenie, że ktoś go obserwuje, ale nikogo nie widział, chociaż miał wiele oczu, więc zepchnął tę myśl w najdalszy zakątek swojego maleńkiego muszego umysłu i skierował się ku szkole.

Charlie beztrosko pędził naprzód, machając skrzydełkami tak szybko, że zdawały się niemal niewidoczne. Nigdy nie nudziło go latanie – czuł się taki nieskrępowany i zwinny! Ponadto jego nowe złożone oczy umożliwiały mu oglądanie świata ze wszystkich stron naraz. Dziwnie było lecieć naprzód, a jednocześnie widzieć, co się dzieje z tyłu. Zdawało się, że ludzie i samochody pod nim poruszają się niesamowicie wolno. W porównaniu z Charliem snuli się jak w zwolnionym tempie. Zobaczył chłopca na rowerze, który wyglądał tak, jakby jechał w głębokiej wodzie.

Nagle czułki Charliego znowu drgnęły.

Poczuł jakiś smakowity zapach.

„Cóż – pomyślał Charlie – nie zjadłem płatków, bo mi się rozsypały. A teraz mam tak dobry czas, że chyba nie zaszkodzi coś przekąsić...”.

Mucha Charlie podążyła za ponętną wonią, której smużki snuły się w powietrzu. Zbliżała się zygzakiem do jej źródła.

W końcu je zobaczył.

Tam, na ziemi.

Apetyczną, przepyszną, smakowitą, brązową kupę.

„Mniam, mniam” – pomyślał.


Charlie pomknął jak strzała w dół i wylądował z mlaśnięciem na stożku odchodów. Upajający zapach sprawiał, że w małym, muszym brzuszku zaburczało z głodu.

Stopy już miał pokryte kupą. Potarł przednie łapki, a potem przyłożył je do trąbki[6].

W głębi duszy Charlie wiedział, że to, co zamierza zrobić, jest nie w porządku.

Wiedział, że to odrażające.

Wiedział, że robi coś obrzydliwego.

Ale nie mógł temu zaradzić.

Bez uprzedzenia zwymiotował na kupę, na której stał. Ślinka ciekła mu po trąbce, kiedy patrzył, jak kałuża wymiocin syczy i bulgocze, zmieniając kupę w parującą breję – coś w rodzaju kupo-wymiocinowego smoothie. Po chwili wsunął trąbkę w tę miksturę i zaczął łapczywie siorbać jak przez słomkę[7].

„Mmmm” – myślał Charlie. „Pychota!”.

Kiedy Charlie rozkoszował się swoim wstrętnym śniadaniem, kątem oka zauważył, że z tyłu coś się do niego zbliża. To coś wyglądało jak człowiek, ale poruszało się tak wolno, że nie przywiązywał do tego szczególnej uwagi. Wiedział, że w każdej chwili może odlecieć.

„Jeszcze tylko jeden łyk tego wybornego smoothie o smaku kupy – myślał – a potem już naprawdę muszę lecieć do szkoły”.

Charlie siorbał dalej, dopóki nie poczuł się syty. Dopiero kiedy ścierał z trąbki resztki kupy, zwrócił uwagę na grożące mu niebezpieczeństwo.

Ogromna, ciemna postać już stała nad nim – potężny gigant o niewyobrażalnym wzroście. Czymś się zamachnął w kierunku Charliego, który próbował unieść się w powietrze, szaleńczo wymachując skrzydełkami.

Jednak zwlekał za długo.

Spadła na niego olbrzymia, czarna skrzynia, która odcięła mu drogę ucieczki.

Charlie siedział w ciemności i rozmyślał o sytuacji, w jakiej się znalazł.

Otaczały go ściany czarnego jak smoła więzienia stojącego na fundamencie z kupy.

O nie...

Jadł kupę!

Odgłosy dobiegające z zewnątrz były przytłumione, ale Charlie słyszał nie dający się z niczym pomylić dźwięk towarzyszący wymiotowaniu. Potem coś się wśliznęło od spodu i Charlie poczuł, że już nie stoi na ciepłych, maziowatych odchodach, lecz na twardej tekturze.

– Ha! – wysapał jakiś głos między kolejnymi atakami nudności. – Mam... bleee, uwalałem sobie ręce... Mam cię wreszcie!

Charlie doznał strasznego uczucia, że skądś zna ten głos.

Panika zagnieździła się w jego sercu. Zaczął się miotać po pudełku, uderzając w ściany. Rozpaczliwie próbował się wydostać.

Wszystko na darmo. Był uwięziony na amen.

Charlie czuł się tak, jakby stał w wielkiej windzie, która nagle ruszyła pod niebo. O ile się nie mylił, był dokądś niesiony.


– No proszę, proszę, Charlesie McGuffin – rozległ się triumfalny głos. – Wygląda na to, że w końcu cię dopadłem.

Charlie znał ten głos. Wszędzie umiałby go rozpoznać.

– Mówiłem ci, że kiedyś cię dorwę. – Głos brzmiał chełpliwie. – A ty wpadłeś prosto w moją pułapkę. Teraz, kiedy z powrotem zmienisz się w człowieka, mam zamiar dopilnować, żeby świat się dowiedział, jaki z ciebie wybryk natury!

Charliemu zrobiło się słabo, bo już był pewny, że wpadł w sidła Dylana Van der Gruyne’a.



Charlie-mucha siedział w kompletnej ciemności, a jego maciupeńkie serce dygotało ze strachu. Próbował się uspokoić i zastanowić, co dalej. Tekturowym więzieniem porządnie trzęsło – sądząc po stałym rytmie, Charlie wydedukował, że znajduje się w kieszeni Dylana, który dokądś idzie.

Charlie zatem utknął na dobre.

Musiał się zmienić z powrotem – i to jak najszybciej.

Ale do zmiany potrzebny był spokój, a wyglądało na to, że nie ucieknie przed wirującymi w głowie myślami.

Czuł się tak, jakby zamknięto go w trumnie i zakopano głęboko pod ziemią.

Zdawało mu się, że już nigdy nie ujrzy światła dziennego.

Ledwo oddychał.

Charlie rzucał się na tekturowe ścianki pudełka, grzmocił w nie i walił, ale bez skutku. W końcu poddał się i żałośnie przywarł do jednej ze ścian. Nawet nie był w stanie określić, gdzie jest góra, a gdzie dół.

Mucha Charlie czuła, że wolno, ale nieubłaganie pęka jej więź z chłopcem Charliem. Krok po kroku opuszczały ją myśli i wspomnienia. Wiedziała, że będą blednąć tak długo, aż zupełnie znikną, a zostanie jedynie owad w pudełku po zapałkach.

 

Charliego ogarnęła panika.

Próbował uspokoić oddech i przypomnieć sobie wszystkich, którzy go kochali – mamę i tatę, brata Piąchę i najlepszych przyjaciół, Mohsena, Wogana oraz oczywiście Florę. Czepiał się serdecznych wspomnień o nich i desperacko bronił przed ugrzęźnięciem w przerażających ruchomych piaskach zapomnienia, które próbowały go wciągnąć.

W końcu przestał zapadać się w nicość i przekonał się, że wciąż pamięta, kim jest. Może i był muchą o trąbce umazanej kupą, ale ta mucha miała na imię Charlie.

Jednak nadal nie wiedział, jak się wydostać. Wspomnienia szczęśliwych chwil wystarczyły, żeby przestał się zatracać, ale wciąż były za słabe, żeby przywrócić mu ludzką postać.

Zza tekturowej ściany dochodziły przytłumione odgłosy świata na zewnątrz.

Zdawało się, że to odgłosy boiska albo placu zabaw. A zatem Dylan dotarł do szkoły, a Charlie był uwięziony w jego kieszeni.

– Chodź, Van der Gruyne! – krzyknął ktoś.

Charlie bez trudu poznał głos pana Winda, opiekuna roku.

– Prawie się spóźniłeś na autobus, chłopcze. Szybko, wsiadaj!

Charliego podrzuciło kilka razy, kiedy Dylan wbiegł po schodkach do autobusu.


– A więc – ciągnął pan Wind – są już wszyscy... oprócz McGuffina. Czy ktoś dzisiaj widział Charlesa McGuffina? Nie? No cóż, ostrzegaliśmy go! Mam nadzieję, że będzie się dobrze bawił, szorując kibelki z panem O’Dearem! Panie kierowco, ruszamy! Kierunek zoo!

Charlie poczuł wszystkimi sześcioma odnóżami wibracje silnika ruszającego autobusu, a potem wstrząs, kiedy Dylan zajął miejsce.

No, teraz to już NAPRAWDĘ utknął. W tej sytuacji na pewno nie mógł się zmienić. Wszyscy by go widzieli.

Im bardziej autobus oddalał się od szkoły, tym głośniejsze i bardziej podekscytowane stawały się głosy dzieci.

Jednak przez gwar wyraźnie przebijały się dwa kłótliwe głosy.

– Umie!

– Nie umie!

– Właśnie że TAK!

– Właśnie że NIE!

Charlie wszędzie by ich poznał. To Mohsen i Wogan.

– Skąd wiesz? Nawet go nie widziałeś!

– No dobrze, Floro, może ty to rozstrzygniesz? – Charlie uśmiechnął się w duchu, wiedząc, że głos należy do Mohsena. – Czy Spider-Man umie wystrzeliwać z pupy pajęczynę?

– Czy Spider-Man umie wystrzeliwać z pupy pajęczynę?! – rozległ się głos Flory, a Charliemu aż serce podskoczyło z radości. Wyobraził sobie jej minę. – Naprawdę pytasz mnie o takie rzeczy?

– No jasne! – krzyknął Wogan. – W pierwszym filmie, tym z morderczymi owcami! Spider-Man wypina się i strzela w nie pajęczyną, jakby puszczał gigantyczne bąki!

Charlie czuł, że śmiech zaczyna w nim pulsować jak refleksy słońca na powierzchni wody.

– Wogan – powiedziała zmęczonym głosem Flora. – Proszę. Czy ty się w ogóle słyszysz? Spider-Man strzelający do morderczych owiec pajęczyną z pupy? Na pewno ci się to nie przyśniło?

– Och – odpowiedział Wogan. – Tak. Teraz, kiedy o tym powiedziałaś, zdaje mi się, że to możliwe. Właściwie, jeśli się dobrze zastanowić, jestem niemal pewien, że to był sen.

Gdyby Charlie nie był muchą, ryczałby ze śmiechu. Ale ponieważ był muchą, to tylko wisiał przyczepiony nogami do sufitu i śmiał się w duchu.

Tyle wystarczyło, żeby zainicjować transformację z powrotem w chłopca: szczęście, śmiech i miłość.

Po raz pierwszy, odkąd sięgał pamięcią, Charlie nie chciał tej zmiany – autobus był pełen uczniów! – ale nie mógł jej zatrzymać. Wciąż widział w wyobraźni Spider-Mana, który wypina się na mordercze owce i strzela do nich z pupy pajęczą siecią – ten widok był na tyle komiczny, że Charlie poczuł, jak zaczyna rosnąć...

Dylan też to poczuł i złapał się za kieszeń, ale już było za późno.

– Nieeee! – krzyknął.

Przy wtórze głośnego trzasku pękającego materiału Charlie przebił pudełko po zapałkach i wyskoczył z kieszeni Dylana. A po chwili zmienił się w normalnej wielkości Charliego, który siedział na kolanach Dylana na tylnym siedzeniu autobusu.

– Charlie! – krzyknął Wogan, kiedy go zauważył. – Jesteś! Co się z tobą działo?

– Myśleliśmy, że się spóźniłeś na autobus – dodał Mohsen. – Ale dlaczego usiadłeś Dylanowi na kolanach? Jest dużo wolnych miejsc.

– Pewno w końcu przestali być śmiertelnymi wrogami – domyślił się Wogan.

– To wspaniale! – Mohsen się rozpromienił. – Teraz wszyscy się ze sobą przyjaźnią i siadają sobie na kolanach.

– Wiedziałam, że w końcu odłożycie na bok stare animozje – dodała Flora. – Jestem z was obu bardzo dumna.


– Tu nie ma nic wspaniałego. Wcale NIE odłożyliśmy na bok starych animozji, nie myśl sobie! – zaprotestował Dylan i strącił z kolan Charliego. – NADAL jesteśmy śmiertelnymi wrogami!

– No cóż – westchnął Wogan. – Mniejsza z tym. I tak wiedziałem, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

– Moja zemsta będzie okrutna, McGuffin – mówił dalej Dylan. – A ponadto jesteś mi winien nową parę spodni.

Dylan ruszył jak burza na przód autobusu, zasłaniając ręką dziurę w spodniach, żeby nie świecić majtkami przed resztą uczniów.

– Ten gość chyba już się nie zmieni... Hej, a co to? – zapytał Wogan, wskazując na Charliego.

– Co? – zaniepokoił się Charlie.

– To! Masz to na całej twarzy – powiedział Wogan, nadal pokazując palcem.

– Fuj – jęknął Mohsen. – Masz coś brązowego wokół ust i nosa.

Charlie dokładnie wiedział, co to było. Kupowe smoothie.

– Mam nadzieję, że to tylko czekolada – dodał Mohsen niepewnym tonem.

– Och, to nic takiego! – powiedział Charlie na tyle beztrosko, na ile potrafił. – Nie ma się czym przejmować! Żyje się dalej.

– To wcale nie takie nic! – Wogan nie odpuszczał. – Wyraźnie widać, że coś tam masz. Coś zaskorupiałego i... Czekaj no... Czy wy też czujecie...

– TO NIC TAKIEGO! – krzyknął Charlie, gromiąc wzrokiem każdego, komu przyszłoby na myśl dodać coś więcej na ten temat. – A teraz, czy ktoś z was ma mokre chusteczki?

***

Pan Wind i pani Fyre (którzy zawsze jeździli na szkolne wycieczki razem, tłumacząc to „synergią i podobnym traktowaniem wartości oraz etyki pracy”) wysiedli z autobusu pierwsi, a za nimi wysypała się cała klasa, wpadając jeden na drugiego. Kiedy Charlie schodził po schodkach, wypatrzyła go pani Fyre.

– Tutaj jesteś, McGuffin! Pan Wind myślał, że się spóźniłeś.

Pan Wind zdawał się zakłopotany.

– No bo... bo nie wsiadł! – I zwrócił się do Charliego: – Skąd się tu wziąłeś? Przecież nie było cię w autobusie.

– Ależ byłem, proszę pana – odparł Charlie. – Dopiero co widział pan, że wysiadłem.

– Nie strugaj wariata przy pani Fyre, chłopcze. Ona nie znosi wariatów, prawda, kocha... to znaczy, pani Fyre?

– Ani trochę, panie Wind!

– Zatem dobrze, że się znalazłeś, McGuffin. Będę cię miał na oku. Proszę wszystkich o uwagę! – krzyknął pan Wind, zwracając się teraz do obecnych pasażerów. – Najpóźniej o trzeciej wszyscy mają wrócić do autobusu, w przeciwnym razie każę pracownikom zoo rzucić spóźnialskich na pożarcie aligatorom!

Za bramą ogrodu zoologicznego dzieci podzieliły się na mniejsze gromadki.

Pani Fyre udało się zszyć spodnie Dylana podręcznym zszywaczem biurowym, ale i tak dało się dostrzec, że Dylan nosi pod nimi majtki z Niesamowitym Hulkiem. Charlie dołączył do Wogana, Flory i Mohsena. Za nimi szły konfidencjonalnie pochylone do siebie Daisy oraz drobna dziewczynka w okularach i z długimi, jasnymi włosami. Nazywała się Lola Coaster. Coś do siebie szeptały i rzucały ukradkowe spojrzenia w kierunku chłopców.

Charlie się domyślił, o czym rozmawiały.

Ostatnio na tapecie był tylko jeden temat, który sprawiał, że dziewczęta konfidencjonalnie pochylały się do siebie, szeptały i rzucały ukradkowe spojrzenia w kierunku przerażonych chłopców.

Szkolna dyskoteka.

Kończyło się półrocze, więc pytanie o to, kto kogo zaprosi, nie schodziło z ust uczniów. Charlie się bał, bo nie umiał tańczyć, a ponadto nie wiedział, z kim mógłby iść na dyskotekę, ale chcąc, nie chcąc, czuł podekscytowanie.

– Pochylają się konfidencjonalnie do siebie, nie? – upewnił się Wogan.

Mohsen potaknął.

– I na domiar złego rzucają ukradkowe spojrzenia!

Wogan zdawał się zmartwiony.

– Widzisz, o czym rozmawiają? O dyskotece?

Flora zrobiła zniecierpliwioną minę.

– Kogo w ogóle obchodzi ta głupia dyskoteka?! Wszyscy wciąż tylko o tym gadają!

– Myślisz, że powinienem zaprosić Daisy? – zapytał Wogan, nie zwracając uwagi na Florę. – Och, to koszmar. Gorszy niż tamta wyprawa łódką, kiedy zrobiło mi się tak niedobrze, że przypadkowo zwymiotowałem na głowę Mohsena.

– Przykro mi, stary, ale nie mogę się z tobą zgodzić – powiedział Mohsen. – Jestem absolutnie pewien, że nie jest gorszy niż tamta sytuacja, kiedy puściłeś pawia na moją głowę.

– Słuchajcie, chłopaki – powiedział Charlie. – Proponuję, żebyśmy dzisiaj nie zajmowali się tańcami, dobra? Cieszmy się wycieczką do zoo. Do których zwierząt pójdziemy najpierw? Do pingwinów?

– Nie! – zaprotestował Wogan. – Nie cierpię pingwinów.

– Co masz do pingwinów? – zdziwił się Charlie.

– Nie ufam im – wyjaśnił Wogan. – Ptaszyska, które mają wiecznie przetłuszczone pióra i zamiast latać, żyją w morzu? Dzięki, ale nie.

– No dobrze – zgodził się Charlie. – A zatem pingwiny odpadają. W takim razie lwy? Tygrysy? Gory...

– Szynszyle – wszedł mu w słowo Wogan.

– Słucham? – spytał Charlie, wybałuszając oczy na Wogana.

– W mini zoo mają szynszyle. Powinniśmy najpierw tam zajrzeć.

– Okeeej... – powiedział Charlie. – Jeśli na nich najbardziej ci zależy...

– Nie jemu, tylko Daisy – wyjaśnił beznamiętnym tonem Mohsen. – Właśnie przechodzi fazę zachwytu nad szynszylami.

– To zwykły zbieg okoliczności! – krzyknął nagle poczerwieniały Wogan. – Po prostu podoba mi się, że są takie... takie... śliskie? I... łuskowate?

Flora popatrzyła znacząco na Wogana.

– Wogan. Czy ty w ogóle wiesz, jak wygląda szynszyla?

– Ojej, idziecie obejrzeć szynszyle?

To był głos Daisy. Dziewczęta niepostrzeżenie zrównały się z chłopcami.

– Tak – odpowiedział Mohsen. – Szynszyle od dawna są ulubionymi zwierzętami Wogana. – Niezbyt subtelnie puścił oko do przyjaciela. – Dlatego teraz idziemy do mini zoo, żeby poprzytulać szynszyle. Małe, futerkowe zwierzątka, Wogan.

– Przecież wiem! – powiedział Wogan z bardzo zawstydzoną miną.

– Och! – westchnęła Daisy. – Kiedyś lubiłam szynszyle. Ale już za nimi nie przepadam. Teraz podobają mi się kameleony. Dlatego idziemy do Pawilonu Gadów. Pa!

Daisy pomachała lekko ręką, a Lola uśmiechnęła się nerwowo – jak się zdawało, do Mohsena. Po chwili dziewczynki wzięły się pod ręce i odeszły w przeciwnym kierunku.

Wogan z wściekłą miną zwrócił się do Mohsena.

– Wielkie DZIĘKI, Mohsen!

– No co?

– Przez ciebie wyszedłem przed Daisy na malinę!

– Słuchaj, Wogan, musisz się zrelaksować – powiedział Mohsen, ojcowskim gestem obejmując go ramieniem. – Zapomnij o Daisy. Oczyść z niej swoje myśli. A przy okazji, czy wam też się zdawało, że Lola się do mnie uśmiechnęła? Moim zdaniem, tak. Co to może oznaczać? Czy sądzicie, że zaprosi mnie na szkolną dyskotekę?


Flora znowu zrobiła zniecierpliwioną minę, a przewracając oczami, zobaczyła, że są już blisko mini zoo.

– Chodźcie – powiedziała. – Popatrzmy, co tam mają.

***

Powlekli się do zagrody, ale nie było w niej ani śladu szynszyli. Zamiast nich zobaczyli pustą klatkę, a obok laminowaną tabliczkę z napisem:


– Jaka szkoda – westchnęła Flora. – Właściwie to miałam ochotę pogłaskać szynszylę.

– Nie szkodzi – powiedział wesoło Wogan. – To może pójdziemy popatrzeć na kameleony?

Cała paczka wzruszyła ramionami i ruszyła

wolnym krokiem w kierunku Pawilonu Gadów.

***

Długo włóczyli się po zoo, patrząc na zwierzęta, poznając zwyczaje różnych dziwnych, nieznanych im gatunków i W OGÓLE nie śledząc Daisy oraz Loli, aż nadszedł czas na zjedzenie przygotowanego przez rodziców prowiantu[8]. Potem znowu snuli się po zoo, patrząc na zwierzęta i obserwując dziwne zwyczaje Daisy oraz Loli.