QuichotteTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Quichotte
Quichotte
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Quichotte
Quichotte
E-book
39,90  27,93 
Szczegóły
Quichotte
Quichotte
Audiobook
Czyta Andrzej Ferenc
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Elizy

――

Don­ki­szo­tow­ska notka na temat wymowy

Quichotte wyma­wiane po fran­cu­sku „ki-SZOT”, po nie­miecku zaś „ki-SZOT-a” oraz Chi­sciotte wyma­wiane „ki-SZO-te” po wło­sku i Quixote wyma­wiane po por­tu­gal­sku także „ki-SZO-te” to inne spo­soby zapisu/wymowy hisz­pań­skiego Quijote wyma­wia­nego „ki-HO-te”. Sam Cervan­tes w hisz­pańsz­czyź­nie swo­ich cza­sów praw­do­po­dob­nie powie­działby „ki-SZO-te”. W niniej­szej powie­ści pro­po­nuję sto­so­wać ele­gancką fran­cu­ską wymowę „ki-SZOT” z powo­dów, które staną się jasne za sprawą samego tek­stu, ale, sza­nowny czy­tel­niku, rób, jak uwa­żasz. Gdy idzie o wymowę imie­nia uni­wer­sal­nego dona, wyzna­jemy zasadę – co kto lubi.

Część pierw­sza

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

――

Quichotte, człek pode­szły w latach, zako­chuje się, roz­po­czyna swą wyprawę i zostaje ojcem

Żył sobie nie­daw­nymi czasy, pomiesz­ku­jąc pod sze­re­giem roz­sia­nych po całych Sta­nach Zjed­no­czo­nych tym­cza­so­wych adre­sów, nie­młody już podró­żu­jący dżen­tel­men o indyj­skich korze­niach i wątle­ją­cych wła­dzach umy­sło­wych, który przez roz­mi­ło­wa­nie w ogłu­pia­ją­cej tele­wi­zji spę­dzał zbyt dużą część życia w żół­tym świe­tle tan­det­nych pokoi mote­lo­wych, gdzie raczył się nią w nad­mia­rze, skut­kiem czego doznał spe­cy­ficz­nej formy upo­śle­dze­nia mózgu. Pochła­niał pro­gramy poranne, popo­łu­dniowe i wie­czorne, tele­no­wele, kome­die sytu­acyjne, filmy na Life­time Movies, seriale medyczne i poli­cyjne, seriale o wam­pi­rach i zombi, pery­pe­tie gospo­dyń domo­wych z Atlanty, New Jer­sey, Beverly Hills i Nowego Jorku, romanse i kłót­nie dzie­dzi­czek for­tun hote­lo­wych i samo­zwań­czych sza­chów, igraszki osob­ni­ków zawdzię­cza­ją­cych popu­lar­ność ocho­czemu obna­ża­niu ciała, pięt­na­ście minut sławy mło­dych osób, które duże grono fanów w ser­wi­sach spo­łecz­no­ścio­wych zawdzię­czały ope­ra­cyj­nemu uzy­ska­niu trze­ciej piersi lub figury imi­tu­ją­cej po usu­nię­ciu żeber nie­praw­do­po­dobne kształty lalki Bar­bie firmy Mat­tel czy choćby zwy­kłej umie­jęt­no­ści łowie­nia gigan­tycz­nych karpi w malow­ni­czej sce­ne­rii i przy­odziewku skła­da­ją­cym się z nader ską­pego bikini; a także tele­tur­nieje wokalne, kuli­narne, kon­kursy na naj­lep­szy biz­ne­splan, na naj­lep­szego sta­ży­stę, wyścigi zdal­nie ste­ro­wa­nych mon­stru­al­nych pojaz­dów, kon­kursy mody, kon­kursy o względy sin­gli i sin­gie­lek, mecze base­bal­lowe, koszy­kar­skie, pił­kar­skie, walki zapa­śni­ków, kick­bok­se­rów, sporty eks­tre­malne i natu­ral­nie wybory miss. (Nie oglą­dał hokeja. Dla ludzi o jego pocho­dze­niu etnicz­nym i mło­do­ści spę­dzo­nej w tro­pi­kach dys­cy­plinę tę upra­wiało się na tra­wie. Gra w hokeja na lodzie była jego zda­niem absur­dem nie mniej­szym niż jazda po tra­wie na łyż­wach).

Wsku­tek nie­mal cał­ko­wi­tego zaab­sor­bo­wa­nia tre­ściami prze­ka­zy­wa­nymi mu za pośred­nic­twem daw­niej kine­skopu, a w obec­nej epoce pła­skich ekra­nów – wyświe­tla­czy cie­kło­kry­sta­licz­nych, pla­zmo­wych i wyko­na­nych w tech­no­lo­gii OLED – padł ofiarą coraz powszech­niej wystę­pu­ją­cego zabu­rze­nia psy­chicz­nego, w któ­rym gra­nica mię­dzy prawdą a kłam­stwem staje się roz­myta i nie­wy­raźna, toteż nie­kiedy nie potra­fił odróż­nić jed­nego od dru­giego, rze­czy­wi­sto­ści od „rze­czy­wi­sto­ści”, i zaczął postrze­gać sie­bie jako natu­ral­nego oby­wa­tela (i poten­cjal­nego miesz­kańca) owego fik­cyj­nego świata za ekra­nem, do któ­rego tak się przy­wią­zał i który, jak sądził, ofe­ro­wał jemu, a co za tym idzie wszyst­kim, wska­zówki moralne, spo­łeczne i prak­tyczne, jakimi powinni się kie­ro­wać w życiu wszy­scy męż­czyźni i wszyst­kie kobiety. W miarę upływu czasu, gdy zapa­dał się coraz głę­biej w grzą­ski grunt tego, co można nazwać nie­rze­czy­wi­stą rze­czy­wi­sto­ścią, odczu­wał emo­cjo­nalną więź z wie­loma miesz­kańcami tego dru­giego, bar­dziej kolo­ro­wego świata, któ­rego oby­wa­tel­stwo, jak uwa­żał, praw­nie mu się należy, jakby był współ­cze­sną Dorotką roz­wa­ża­jącą prze­no­siny na stałe do kra­iny Oz; i w jakimś momen­cie, nie wia­domo kiedy, zapa­łał nie­zdro­wym, bo cał­ko­wi­cie jed­no­stron­nym uczu­ciem do pew­nej oso­bo­wo­ści tele­wi­zyj­nej, pięk­nej, dow­cip­nej i ubó­stwia­nej panny Salmy R, które to zauro­cze­nie nazy­wał nie­zbyt sto­sow­nie miło­ścią. W imię tej tak zwa­nej miło­ści pod­jął żar­liwe posta­no­wie­nie, że wyru­szy na poszu­ki­wa­nie „uko­cha­nej” za tele­wi­zyjny ekran, wkra­cza­jąc w nie­do­stępną rze­czy­wi­stość HD, jaką ona i jej podobni zamiesz­kują, i że swymi uczyn­kami oraz wdzię­kiem zaskarbi sobie jej przy­chyl­ność.

Mówił powoli i cho­dził też powoli, powłó­cząc lekko prawą nogą – w ten spo­sób po latach dawało o sobie znać dra­ma­tyczne Zda­rze­nie Wewnętrzne, które osła­biło mu rów­nież pamięć, toteż cho­ciaż wspo­mnie­nia z odle­głej prze­szło­ści pozo­sta­wały żywe, te ze środ­ko­wego etapu życia były wysoce nie­pewne: jakby powstałe prze­rwy oraz inne luki zostały wypeł­nione przez pra­cu­ją­cych w pośpie­chu nie­chluj­nych robot­ni­ków fał­szy­wymi wspo­mnie­niami wysnu­tymi z tego, co mógł obej­rzeć w tele­wi­zji. Poza tym robił wra­że­nie cał­kiem spraw­nego jak na swoje lata. Wysoki, można powie­dzieć tycz­ko­waty, przy­po­mi­nał wychu­dłe postaci z obra­zów El Greca lub wąskie rzeźby Alberta Gia­co­met­tiego, i cho­ciaż tacy męż­czyźni (prze­waż­nie) mają uspo­so­bie­nie melan­cho­lijne, cza­ro­wał pogod­nym uśmie­chem i spo­so­bem bycia czło­wieka sta­rej daty, z czego obie te cechy są cen­nymi atu­tami, gdy jest się podró­żu­ją­cym akwi­zy­to­rem, któ­rym był w swo­ich zło­tych latach przez dłuż­szy czas. Ponadto już samo jego nazwi­sko wywo­ły­wało uśmiech. Nazy­wał się Smile. Na wizy­tówce miał napi­sane: Pan Ismail Smile, przed­sta­wi­ciel han­dlowy, Smile Phar­ma­ceu­ti­cals Inc., Atlanta, Geo­r­gia. Jako han­dlo­wiec zawsze szczy­cił się tym, że jego nazwi­sko brzmi tak samo jak nazwa firmy, którą repre­zen­tuje. Nazwi­sko rodowe. Przy­da­wało mu więk­szej wagi, tak przy­naj­mniej sądził. A jed­nak nie to nazwi­sko wybrał na czas swej ostat­niej i naj­bar­dziej zwa­rio­wa­nej przy­gody.

(Nawia­sem mówiąc, owo nie­ty­powe nazwi­sko Smile było zame­ry­ka­ni­zo­waną wer­sją Ismail, tak więc stary komi­wo­ja­żer naprawdę nazy­wał się Ismail Ismail lub alter­na­tyw­nie Smile Smile. Był w Ame­ryce męż­czy­zną o brą­zo­wej kar­na­cji i pra­gnął brą­zo­wej kobiety, acz­kol­wiek swo­jej histo­rii nie postrze­gał w kate­go­riach raso­wych. Można by powie­dzieć, że nie­jako oddzie­lił się od swej skóry. Tę rzecz i wiele innych jego wyprawa miała zakwe­stio­no­wać – i zmie­nić).

Im dłu­żej myślał o kobie­cie, którą, jak utrzy­my­wał, kochał, tym jaśniej­sze sta­wało się dla niego, że tak wspa­niała oso­bo­wość nie zasłab­nie z wra­że­nia, gdy ktoś zupeł­nie obcy po raz pierw­szy wyzna jej swoją amour fou. (Aż tak sza­lony nie był). Musiał zatem naj­pierw udo­wod­nić, że jest jej wart, i od tej pory zale­żało mu tylko i wyłącz­nie na dostar­cze­niu takich dowo­dów. Tak! Zade­mon­struje jej bez­spor­nie swoją war­tość! Gdy już podej­mie wyprawę, będzie musiał koniecz­nie infor­mo­wać wybrankę o swych doko­na­niach, posta­no­wił zatem roz­po­cząć z nią kore­spon­den­cję, serię listów ujaw­nia­ją­cych jego szczere zamiary, głę­bię uczuć oraz to, ile trudu gotów jest sobie zadać, żeby zdo­być jej serce. Wła­śnie na tym eta­pie roz­wa­żań owład­nęła nim pew­nego rodzaju nie­śmia­łość. Jeśli odkryje przed nią, jak skromna jest tak naprawdę jego pozy­cja, moż­liwe, że jego wybranka ze ślicz­nym śmie­chem wyrzuci list do kosza i na zawsze o nim zapo­mni. Jeśli wyjawi jej swój wiek lub poda szcze­góły doty­czące wyglądu, uko­chana może się wzdry­gnąć pod wpły­wem zmie­sza­nego ze zgrozą roz­ba­wie­nia. Jeśli jej poda swoje nazwi­sko, czci­godne co prawda nazwi­sko Smile, nazwi­sko pobrzmie­wa­jące wiel­kimi pie­niędzmi, może w przy­pły­wie złego humoru zawia­do­mić poli­cję i jeśli wytro­pią go jak psa na żąda­nie obiektu jego uczuć, bez wąt­pie­nia umrze ze zła­ma­nym ser­cem. Dla­tego też na razie zamie­rzał zacho­wać swoją praw­dziwą toż­sa­mość w tajem­nicy i ujaw­nić ją dopiero wtedy, gdy jego listy oraz opi­sane w nich uczynki dobrze Salmę do niego uspo­so­bią i spra­wią, że sta­nie się bar­dziej otwarta na jego awanse. Skąd będzie wie­dział, kiedy nadej­dzie ów moment? Na to pyta­nie miał odpo­wie­dzieć póź­niej. Teraz naj­istot­niej­sze było zacząć. I pew­nego dnia wła­ściwe imię, naj­lep­sza z moż­li­wych toż­sa­mo­ści, uka­zało mu się w tej chwili pomię­dzy snem a prze­bu­dze­niem, gdy magia świata wyobra­żo­nego pod powie­kami może się prze­są­czyć do świata, który widzimy po ode­mknię­ciu oczu.

Tam­tego ranka wyda­wało mu się, że widzi roz­mowę dwóch wer­sji sie­bie – tej ze snu i tej na jawie. „Spójrz na sie­bie – na wpół uśpiony on mam­ro­tał do tego na wpół roz­bu­dzo­nego. – Taki wysoki, chudy i stary, a potrafi zapu­ścić tylko taką nędzną brodę, jakby był prysz­cza­tym nasto­lat­kiem. I tak, przy­znaj, pod sufi­tem też chyba nie wszystko po kolei, jeden z tych wiecz­nie z głową w chmu­rach, który bie­rze for­ma­cje typu cumu­lusy, cumu­lo­nim­busy czy nawet cir­ro­stra­tusy za twardą zie­mię. Pomyśl o ulu­bio­nym utwo­rze muzycz­nym z cza­sów, gdy byłeś dziec­kiem! Wiem, ostat­nio się lubu­jesz w tych zawo­dze­niach, któ­rych słu­chasz w Ame­ri­can Idol albo The Voice. Tylko że wów­czas podo­bało ci się to, co się podo­bało twemu arty­stycz­nie wyro­bio­nemu ojcu, prze­ją­łeś po nim gust muzyczny. Pamię­tasz jego ulu­bioną płytę?” I wtedy na wpół uśpiony Smile wydo­był zama­szy­stym gestem winy­lowy album, który na wpół roz­bu­dzony Smile natych­miast roz­po­znał. Nagra­nie opery Jules’a Mas­se­neta Don Quichotte. „Bar­dzo swo­bodna adap­ta­cja wiel­kiego arcy­dzieła Cervan­tesa, prawda – roz­wo­dziła się zjawa. – A jeśli cho­dzi o cie­bie, zdaje się, że sam jesteś dość swo­bodną inter­pre­ta­cją”.

 

Zatem usta­lone. Zerwał się z łóżka w pasia­stej piża­mie – szyb­ciej, niż miał w zwy­czaju – i, ni mniej, ni wię­cej, kla­snął w dło­nie. Tak! Tego pseu­do­nimu będzie uży­wał w swo­ich listach miło­snych. Zosta­nie jej prze­myśl­nym szlach­ci­cem, Quichotte’em. Ona będzie Ginewrą, a on Lan­ce­lo­tem z Jeziora i upro­wa­dzi ją do zamku Joy­ous Gard. Będzie – by zacy­to­wać Opo­wie­ści kan­ter­be­ryj­skie Chau­cera – „iście rycer­skiej grzecz­no­ści […] wzo­rem”1.

Powta­rzał sobie, że oto roz­po­częła się era Wszystko Się Może Zda­rzyć. Sły­szał te słowa z ust wielu osób z tele­wi­zji i nie­kon­wen­cjo­nal­nych fil­mi­ków krą­żą­cych w cyber­prze­strzeni, która roz­sze­rzała jego nałóg o nowy wymiar tech­no­lo­giczny. Nie ist­niały już żadne zasady. A w erze Wszystko Się Może Zda­rzyć, cóż, wszystko się mogło zda­rzyć. Sta­rzy przy­ja­ciele mogli się stać nowymi wro­gami, a odwieczni wro­go­wie naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi, a nawet kochan­kami. Pro­gno­zo­wa­nie pogody prze­stało być moż­liwe, to samo działo się z praw­do­po­do­bień­stwem wojen lub wyniku wybo­rów. Kobieta mogła się zako­chać w pro­się­ciu, męż­czy­zna mógł zamiesz­kać z sową. Pięk­ność zasy­piała, a gdy budził ją poca­łu­nek, mogła mówić w innym języku i w tym nowym języku ujaw­nić cał­ko­wi­cie odmie­niony cha­rak­ter. Powódź mogła zato­pić twoje mia­sto. Tor­nado mogło porwać twój dom do odle­głej kra­iny, który po wylą­do­wa­niu mógł przy­gnieść cza­row­nicę. Prze­stępcy mogli zostać kró­lami, a kró­lo­wie mogli zostać zde­ma­sko­wani jako prze­stępcy. Męż­czy­zna mógł odkryć, że kobieta, z którą żyje, jest dziec­kiem jego ojca z nie­pra­wego łoża. Cały naród mógł rzu­cić się w prze­paść jak stado lemin­gów. Męż­czyźni gra­jący w tele­wi­zji pre­zy­den­tów mogli zostać pre­zy­den­tami. Woda mogła się skoń­czyć. Kobieta mogła uro­dzić dziecko, w któ­rym roz­po­znany zosta­nie powsta­jący z mar­twych bóg. Słowa mogły stra­cić swoje zna­cze­nie i zyskać nowe. Świat mógł się skoń­czyć, co zaczął wie­lo­krot­nie prze­po­wia­dać co naj­mniej jeden czo­łowy nauko­wiec-przed­się­biorca. Nad tym koń­cem miał się uno­sić smród zła. A gwiazda tele­wi­zji mogła cudem odwza­jem­nić miłość sta­rego głupca, umoż­li­wia­jąc mu nie­praw­do­po­dobny roman­tyczny triumf, zadość­uczy­nie­nie za dłu­gie, małe życie opro­mie­nione na sam koniec maje­sta­tycz­nym bla­skiem.

Wielka decy­zja Quichotte’a została pod­jęta w motelu Red Roof w miej­sco­wo­ści Gal­lup w sta­nie Nowy Mek­syk (21 678 mieszk.). Akwi­zy­tor spoj­rzał z pożą­da­niem i zazdro­ścią na histo­ryczny hotel El Ran­cho, który w okre­sie roz­kwitu westernu gościł wiele gwiazd wystę­pu­ją­cych w krę­co­nych w pobliżu fil­mach, od Johna Wayne’a i Hum­ph­reya Bogarta po Katha­rine Hep­burn i Mae West. El Ran­cho wykra­czał jed­nak poza jego moż­li­wo­ści finan­sowe, poje­chał więc dalej do skrom­niej­szego Red Roof, który cał­kiem mu odpo­wia­dał. Nauczył się przyj­mo­wać bez słowa skargi, co nie­sie los. Tego ranka tele­wi­zor był włą­czony, gdy się zbu­dził ze swoją cudowną nową toż­sa­mo­ścią – zapo­mniał go wyłą­czyć przed zaśnię­ciem – i pogo­dy­nek Steve Stuc­ker z KOB-4 był na wizji ze swoją Paradą Pupil­ków, psimi cele­bry­tami Rada­rem, Rezem, Squ­eakym i Tuf­fym. To zna­czyło, że jest pią­tek, i świeżo prze­mia­no­wany pan Quichotte (uwa­żał, że nie zasłu­guje na zaszczytny tytuł dona), pobu­dzony nowym posta­no­wie­niem, otwar­ciem się przed nim ukwie­co­nej ścieżki pro­wa­dzą­cej ku miło­ści, był mocno pod­eks­cy­to­wany, mimo iż dobie­gał końca męczący tydzień wypeł­niony odwie­dzi­nami w oko­licz­nych przy­chod­niach lekar­skich – w Albu­qu­erque i nie tylko. Poprzedni dzień spę­dził w takich ośrod­kach medycz­nych, jak Reho­both McKin­ley Chri­stian Health Care Servi­ces, Western New Mexico Medi­cal Group oraz Gal­lup Indian Medi­cal Cen­ter (który ota­czał opieką sporą grupę auto­chto­nicz­nej lud­no­ści pocho­dzą­cej z ple­mion Hopich, Nawa­hów i Zunich). Wyniki sprze­da­żowe były zado­wa­la­jące, jak sądził, cho­ciaż jego jowialne prze­chwałki, że nie­długo wybiera się na waka­cje w samym Nowym Jorku (8 623 000 mieszk.) z nową dziew­czyną, Bar­dzo Znaną Gwiazdą, kró­lową tele­wi­zji, spo­ty­kały się z wyra­zami kon­ster­na­cji, unie­sieniami brwi i uśmie­chami zaże­no­wa­nia. A jego mały żar­cik w Gal­lup – „Ja jestem z Indii, według Kolumba tu też są Indie, co za róż­nica. Wy nosi­cie pióra, my kropki na czole, a kolor skóry ten sam! Więc cie­szę się, że jestem na zie­miach moich braci” – też nie spo­tkał się z entu­zja­stycz­nym przy­ję­ciem.

Nie miał już sta­łego miej­sca zamiesz­ka­nia. Droga była jego domem, samo­chód salo­nem, bagaż­nik szafą, a łań­cu­szek przy­byt­ków o nazwie Red Roof, Motel 6 i Days Inn itede zapew­niał mu miej­sce do spa­nia i tele­wi­zor. Wolał motele z kil­koma cho­ciaż płat­nymi pro­gra­mami kablo­wymi, jeśli jed­nak nie były dostępne, zado­wa­lał się pod­sta­wową ofertą tele­wi­zyjną. Tego kon­kret­nego ranka nie miał wszakże czasu na miej­sco­wego pre­zen­tera pogody ani jego ura­to­wane ze schro­ni­ska czwo­ro­nogi. Chciał poroz­ma­wiać z przy­ja­ciółmi o miło­ści i o swej miło­snej wypra­wie, którą nie­ba­wem zaczy­nał.

Po praw­dzie nie miał już wła­ści­wie przy­ja­ciół. Był jego zamożny kuzyn, pra­co­dawca i patron, dr R.K. Smile, była dok­to­rowa, Happy Smile, cho­ciaż nie spę­dzał z tym dwoj­giem czasu, byli recep­cjo­ni­ści i recep­cjo­nistki kilku moteli, które regu­lar­nie odwie­dzał. Było kilka osób roz­rzu­co­nych po kraju i glo­bie, które mogły wciąż żywić do niego uczu­cia podobne do przy­jaźni. A przede wszyst­kim była kobieta w Nowym Jorku (nazy­wała sie­bie Żywą Tram­po­liną), która mogła się jesz­cze kie­dyś do niego uśmiech­nąć, jeśli dopi­sze mu szczę­ście i jeśli przyj­mie jego prze­pro­siny. (Wie­dział, a raczej tak mu się wyda­wało, że należą jej się prze­pro­siny, jed­nak tylko czę­ściowo pamię­tał dla­czego, cza­sem zaś sądził, że może szwan­ku­jąca pamięć poprze­krę­cała mu wszystko w gło­wie i to ona powinna prze­pro­sić jego. Nie miał jed­nak paczki, kręgu, żad­nej grupy, do któ­rej by nale­żał, ani praw­dzi­wych kum­pli, dawno już bowiem porzu­cił wir życia towa­rzy­skiego. Na Face­bo­oku utrzy­my­wał kon­takty z nie­wielką i kur­czącą się grupką „zna­jo­mych”, podró­żu­ją­cych akwi­zy­to­rów takich jak on, a także zbie­ra­niną prze­róż­nych samot­ni­ków, bufo­nów, eks­hi­bi­cjo­ni­stów i fry­wol­nych dam zacho­wu­ją­cych się na tyle pro­wo­ku­jąco, na ile pozwa­lał dosyć pury­tań­ski regu­la­min tego ser­wisu. Każdy z tych „zna­jo­mych” zro­zu­miał, czym jest jego plan, gdy rado­śnie go obwie­ścił: idio­tycz­nym pomy­słem gra­ni­czą­cym z obłę­dem, i wszy­scy co do jed­nego pró­bo­wali go odwieść od zamiaru śle­dze­nia i nęka­nia panny Salmy R – dla jego dobra. W odpo­wie­dzi na jego post poja­wiły się smutne buźki i emo­ti­kony gro­żące z dez­apro­batą pal­cem, a także GIF-y z samą Salmą R, która robi zeza, poka­zuje język i puka się w czoło, wyko­nuje zatem powszech­nie znane gesty ozna­cza­jące „ratunku, wariat”. Nic go jed­nak nie mogło powstrzy­mać.

Takie histo­rie, ogól­nie rzecz bio­rąc, nie koń­czą się dobrze.

Za młodu – a więc dosta­tecz­nie dawno, żeby wspo­mnie­nia pozo­sta­wały wyraźne – był podróż­ni­kiem czyst­szego rodzaju niż akwi­zy­tor, któ­rym się póź­niej stał, wypra­wiał się w dal po pro­stu cie­kaw tego wszyst­kiego, co tam może obej­rzeć, od przy­lądka Horn i Ziemi Ogni­stej, krań­ców świata, gdzie wszyst­kie kolory blakną, toteż rze­czy i ludzie ist­nieją tylko w czerni i bieli, aż po wschod­nie pust­ko­wia Iranu, od roją­cego się od kara­lu­chów mia­sta Bam po przy­gra­niczne mia­sto Zahe­dan za prze­mi­nio­nych rzą­dów sza­cha, od Zatoki Rekina w Austra­lii, gdzie pły­wał w idyl­licz­nej sce­ne­rii wśród del­fi­nów, po bez­kre­sną rów­ninę Seren­geti z migru­ją­cymi wiel­kimi sta­dami gnu. Na Mau­ri­tiu­sie świę­to­wał Holi z mówią­cymi języ­kiem bhodź­puri potom­kami indyj­skich robot­ni­ków, a w wio­sce Aru poło­żo­nej wysoko w górach nie­da­leko lodowca Kola­hoi w Kasz­mi­rze świę­to­wał z miej­sco­wymi tka­czami Bakr Id. Jed­nak w pew­nym momen­cie, gdy wkra­czał w wiek średni, Zda­rze­nie Wewnętrzne zmie­niło wszystko. Gdy oprzy­tom­niał po tym zda­rze­niu, utra­cił resztki ambi­cji i cie­kawości, duże mia­sta przy­tła­czały go i pra­gnął tylko ano­ni­mo­wego, samot­nego życia.

Ponadto ode­zwał się w nim silny lęk przed lata­niem. Zapa­mię­tał sen, w któ­rym spada, a potem tonie, i od tam­tej pory żył w prze­ko­na­niu, że podróże powietrzne są naj­bar­dziej absur­dalną fan­ta­zją i kłam­stwem, jakie ziem­scy władcy pró­bują narzu­cić nie­win­nym kobie­tom i męż­czy­znom takim jak on. Jeśli samo­lot unosi się w powie­trzu, a jego pasa­że­ro­wie docie­rają bez­piecz­nie do celu, jest to tylko kwe­stia szczę­ścia. Niczego nie dowo­dzi. Nie chciał umrzeć, spa­da­jąc do wody z nieba (jak we śnie) ani na zie­mię (co byłoby jesz­cze mniej przy­jemne), dla­tego też posta­no­wił, że jeśli bóstwa zdro­wia pozwolą mu sta­nąć na nogi, już ni­gdy wię­cej nie wsią­dzie na pokład żad­nej z tych mon­stru­al­nie cięż­kich puszek, które obie­cują, że uniosą go na wyso­kość ponad dzie­wię­ciu kilo­me­trów. I rze­czy­wi­ście wyzdro­wiał, acz­kol­wiek powłó­czył nogą, i od tam­tej pory podró­żo­wał wyłącz­nie dro­gami. Cza­sem myślał o tym, żeby się wybrać w rejs ame­ry­kań­skim wybrze­żem do Bra­zy­lii lub Argen­tyny albo przez Atlan­tyk do Europy, ni­gdy wszakże nie poczy­nił nie­zbęd­nych przy­go­to­wań, a ostat­nio wątłe zdro­wie i pustawe konto praw­do­po­dob­nie nie znio­słyby tru­dów takiej podróży. Stał się zatem istotą przy­wią­zaną do czte­rech kółek i taką miał już pozo­stać.

W sta­rym ple­caku nosił kolek­cję zgro­ma­dzo­nych w cza­sie podróży przed­mio­tów skrom­nych roz­mia­rów, z któ­rych każdy był sta­ran­nie zawi­nięty w bibułkę i folię bąbel­kową: wypo­le­ro­wany chiń­ski kamień, objet trouvé, o wzo­rze przy­po­mi­na­ją­cym pej­zaż zale­sio­nych wzgórz we mgle, głowę Buddy w stylu Gan­dhary, unie­sioną drew­nianą rękę z Kam­bo­dży z sym­bo­lem pokoju pośrodku dłoni, dwa krysz­tały w kształ­cie gwiazdy, jeden więk­szy, drugi mniej­szy, wik­to­riań­ski meda­lion, w któ­rym umie­ścił foto­gra­fie rodzi­ców, trzy inne zdję­cia uka­zu­jące dzie­ciń­stwo w odle­głym tro­pi­kal­nym mie­ście, mosiężną angiel­ską gilo­tynkę do cygar z epoki edwar­diań­skiej wyko­naną w taki spo­sób, by wyglą­dała jak smok o ostrych zębach, indyj­skie pudełko z zapał­kami Che­eta Brand z wize­run­kiem zakra­da­ją­cego się geparda, minia­tu­ro­wego dudka z mar­muru oraz chiń­ski wachlarz. Tych trzy­na­ście przed­mio­tów było dla niego świę­to­ścią. Gdy zatrzy­my­wał się na noc w dowol­nym pokoju, roz­sta­wiał je jak naj­sta­ran­niej ze dwa­dzie­ścia minut. Musiały zostać roz­miesz­czone ide­al­nie, w odpo­wied­nim sto­sunku jeden do dru­giego, i gdy już dana aran­ża­cja go zado­wa­lała, w pokoju natych­miast zaczy­nał się czuć niczym w domu. Wie­dział, że bez tych uświę­co­nych przed­mio­tów usta­wio­nych w odpo­wied­nich miej­scach jego życie straci rów­no­wagę, a on podda się panice, iner­cji, a wresz­cie śmierci. Te przed­mioty były życiem samym w sobie. Dopóki mu towa­rzy­szyły, nie prze­ra­żała go droga. Było to jego szcze­gólne miej­sce.

Miał szczę­ście, że w następ­stwie Zda­rze­nia Wewnętrz­nego nie zidio­ciał doszczęt­nie jak ten poty­ka­jący się, nie­do­łężny bie­dak, któ­rego kie­dyś widział, zdolny naj­wy­żej do zbie­ra­nia liści w parku, niczego bar­dziej wyma­ga­ją­cego. On od wielu lat pra­co­wał jako podró­żu­jący akwi­zy­tor far­ma­ceu­ty­ków i kon­ty­nu­ował pracę pomimo wieku eme­ry­tal­nego i groź­nie chwiej­nego, nie­prze­wi­dy­wal­nie kapry­śnego, nara­sta­jąco zmien­nego i upar­cie obse­syj­nego uspo­so­bie­nia dzięki dobro­tli­wo­ści wymie­nio­nego już zamoż­nego kuzyna, dok­tora R.K. Smile’a, odno­szą­cego suk­cesy przed­się­biorcy, który po obej­rze­niu tele­wi­zyj­nej adap­ta­cji Śmierci komi­wo­ja­żera Arthura Mil­lera odmó­wił zwol­nie­nia krew­nego w oba­wie, że czy­nem tym przy­spie­szy zgon sta­ruszka2.

 

Far­ma­ceu­tyczna firma dok­tora Smile’a, zawsze dobrze pro­spe­ru­jąca, ostat­nio wynio­sła go do grona miliar­de­rów, dzięki udo­sko­na­le­niu przez jego labo­ra­to­ria w Geo­r­gii pod­ję­zy­ko­wego sprayu środka prze­ciw­bó­lo­wego o nazwie fen­ta­nyl. Zasto­so­wa­nie tego sil­nego opio­idu pod język przy­no­siło szyb­szą ulgę pacjen­tom onko­lo­gicz­nym w sta­nie ter­mi­nal­nym doświad­cza­ją­cym, jak to eufe­mi­stycz­nie okre­śla śro­do­wi­sko medyczne, bólu prze­bi­ja­ją­cego. Ból prze­bi­ja­jący to ból nie do znie­sie­nia. Nowy spray pozwa­lał go znieść, przy­naj­mniej przez godzinę. Bły­ska­wiczny suk­ces tego pro­duktu, opa­ten­to­wa­nego i opa­trzo­nego nazwą InSmile™, pozwo­lił dok­to­rowi R.K. Smile’owi na­dal zatrud­niać nie­mło­dego już bied­nego krew­nego i nie przej­mo­wać się zbyt­nio jego efek­tyw­no­ścią. O dziwo, jak się oka­zało, osu­wa­nie się Quichotte’a ku sza­leń­stwu – któ­rego jedną z defi­ni­cji jest nie­moż­ność odróż­nie­nia tego-co-jest od tego-czego-nie-ma – przez pewien czas zasad­ni­czo nie wpły­wało na jego zdol­ność wywią­zy­wa­nia się z zawo­do­wych powin­no­ści. Co wię­cej, jego stan oka­zał się wręcz dobro­dziej­stwem, poma­gał mu bowiem z abso­lutną szcze­ro­ścią zachwa­lać wąt­pliwą jakość wielu pro­duk­tów firmy, gdyż wie­rzył całym ser­cem w ich rekla­mo­waną sku­tecz­ność i wyż­szość nad kon­ku­ren­cyj­nymi spe­cy­fi­kami, mimo iż kam­pa­nie rekla­mowe były zde­cy­do­wa­nie ten­den­cyjne i w wielu przy­pad­kach pro­dukty dok­tora Smile’a wcale nie prze­wyż­szały jako­ścią wielu innych im podob­nych, a w nie­któ­rych przy­pad­kach były zde­cy­do­wa­nie gor­sze niż ofe­ro­wane na rynku medy­ka­menty innych pro­du­cen­tów. Jego chwiej­ność co do umiej­sco­wie­nia gra­nicy mię­dzy prawdą a kłam­stwem, a także urok oso­bi­sty i przy­jemny spo­sób bycia spra­wiały, że roz­bu­dzał zaufa­nie i spra­wiał wra­że­nie ide­al­nego pro­pa­ga­tora towa­rów ofe­ro­wa­nych przez kuzyna.

Nad­szedł jed­nak nie­uchron­nie dzień, kiedy to dr Smile, uświa­do­miw­szy sobie w pełni sto­pień sza­leń­stwa kuzyna, w końcu posłał go na zie­loną trawkę. Prze­ka­zał Quichotte’owi tę wia­do­mość w jak naj­de­li­kat­niej­szy spo­sób, oso­bi­ście wystar­to­wał z lot­ni­ska Harts­field-Jack­son na pokła­dzie nowego samo­lotu Gul­fstream G650ER, by spo­tkać się z Quichotte’em we Flag­staff w sta­nie Ari­zona (70 320 mieszk.), po tele­fo­nie od zanie­po­ko­jo­nego D.F. Winona, dyrek­tora West Flag­staff Family Medi­cine, dok­tora oste­opa­tii z dyplo­mem MBA i członka Ame­ry­kań­skiego Kole­gium Rodzin­nej Medy­cyny Oste­opa­tycz­nej, któ­remu Quichotte wyznał pod­czas spo­tka­nia, w co aż trudno uwie­rzyć, że myśli o dotrzy­ma­niu towa­rzy­stwa prze­uro­czej pan­nie Sal­mie R na następ­nym osca­ro­wym balu „Vanity Fair”, po któ­rym ich skry­wany romans miał się w końcu dostać do opi­nii publicz­nej. Quichotte i dr Smile spo­tkali się w Relax Inn przy histo­rycz­nej Route 66, zale­d­wie sześć kilo­me­trów od lot­ni­ska Pul­liam. Sta­no­wili prze­dziwną parę, Quichotte wysoki, fleg­ma­tyczny, powłó­czący nogą, dr Smile niski, try­ska­jący ener­gią i nie­po­zo­sta­wia­jący wąt­pli­wo­ści, kto tu jest sze­fem.

– Coś ty sobie wyobra­żał? – zapy­tał dok­tor smutno, lecz z nutą nie­odwo­łal­no­ści w gło­sie (tym razem nie mogę cię ura­to­wać), a Quichotte, skon­fron­to­wany ze swym non­sen­sow­nym wyzna­niem, odpo­wie­dział:

– To prawda, tro­chę się zaga­lo­po­wa­łem i prze­pra­szam, ponio­sło mnie, ale wiesz, jak to jest z zako­cha­nymi, nic na to nie możemy pora­dzić, cią­gle mówimy o miło­ści.

Korzy­sta­jąc z pilota, prze­ska­ki­wał mię­dzy meczem koszy­kówki na ESPN a pro­gra­mem o praw­dzi­wych zbrod­niach na Oxy­gen i wydał się dok­to­rowi Smile’owi miły, lecz roz­ko­ja­rzony.

– Rozu­miesz – powie­dział jak naj­ła­god­niej dr Smile – że będę cię musiał zwol­nić.

– Och, żaden pro­blem – rzekł w odpo­wie­dzi Quichotte. – Bo tak się aku­rat składa, że muszę natych­miast roz­po­cząć swoją wyprawę.

– Ach tak – odparł powoli dr Smile. – Cóż, chciał­bym dodać, że jestem ci gotów zapro­po­no­wać godną odprawę, może nie for­tunę, ale nie­ba­ga­telną sumę, mam zresztą ten czek przy sobie, żeby ci go wrę­czyć. Poza tym prze­ko­nasz się, że świad­cze­nia eme­ry­talne w Smile Phar­ma­ceu­ti­cals nie są wcale naj­gor­sze. Wie­rzę i mam nadzieję, że dasz sobie radę. Poza tym gdy tylko tra­fisz do Buc­khead albo w mie­sią­cach let­nich na Złote Wyspy, drzwi moich domów zawsze będą stały przed tobą otwo­rem. Przy­jedź i zjedz bir­jani ze mną i moją żoną.

Pani Happy Smile była pulchną bru­netką o sta­ran­nie wymo­de­lo­wa­nej fry­zu­rze z wywi­nię­tymi koń­ców­kami. W zgod­nej opi­nii wszyst­kich miała wielki talent kuchar­ski. Pro­po­zy­cja była kusząca.

– Dzię­kuję – rzu­cił Quichotte, wsu­wa­jąc czek do kie­szeni. – Mogę zapy­tać, czy nic się nie sta­nie, jeśli przy­pro­wa­dzę ze sobą moją Salmę? Widzisz, gdy już będziemy razem, sta­niemy się nie­roz­łączni. I jestem pewien, że ona chęt­nie skosz­tuje bir­jani two­jej żony.

– Oczy­wi­ście – odparł dr Smile i pod­niósł się do wyj­ścia. – Przy­pro­wadź ją, jak naj­bar­dziej! Jest jesz­cze coś – dodał. – Teraz, gdy prze­sze­dłeś na eme­ry­turę i nie jesteś moim pra­cow­ni­kiem, może od czasu do czasu oddał­byś mi przy­sługę i wyko­nał dla mnie kilka drob­nych pry­wat­nych zle­ceń? Wiem, że będę mógł na tobie pole­gać, jako że jesteś bli­skim i zaufa­nym człon­kiem rodziny.

– Z przy­jem­no­ścią zro­bię, o cokol­wiek popro­sisz – oświad­czył Quichotte, skła­nia­jąc głowę. – Jesteś naj­lep­szym z kuzy­nów.

– Nic uciąż­li­wego, zapew­niam cię – obie­cał dr Smile. – Tylko dys­kretne dostawy. Otrzy­masz zwrot wszel­kich kosz­tów, rozu­mie się samo przez się. W gotówce.

Przy­sta­nął w progu. Quichotte oglą­dał z zacie­ka­wie­niem mecz koszy­kówki.

– Co będziesz teraz robił? – spy­tał dr Smile.

– O mnie się nie martw – rzekł Quichotte, posy­ła­jąc mu rado­sny uśmiech. – Mam mnó­stwo do zro­bie­nia. Po pro­stu wsiądę do samo­chodu i będę jechał.

W cza­sie swych wie­lo­let­nich wojaży po kraju, gdy jeź­dził che­vro­le­tem cruze szary meta­lik, Quichotte czę­sto żało­wał, że się nie oże­nił i nie został ojcem. Cóż by to było za cudne uczu­cie sie­dzieć obok syna, syna, który mógłby na kilka godzin zastą­pić go za kie­row­nicą, żeby ojciec się prze­spał, syna, z któ­rym mógłby roz­pra­wiać o aktu­al­nie waż­nych spra­wach na świe­cie oraz odwiecz­nych praw­dach, gdy wijąca się przed nimi szosa coraz bar­dziej by ich do sie­bie zbli­żała, podróż bowiem jed­no­czy tak, jak nie jest tego w sta­nie uczy­nić domowe zaci­sze. Głę­boka więź jest darem, który wyłącz­nie droga może ofia­ro­wać tym, co ją trak­tują z odpo­wied­nią czcią i sza­cun­kiem. Ich postoje byłyby przy­stan­kami w podróży dusz ku osta­tecz­nej, mistycz­nej jed­no­ści, po któ­rej nastę­puje wieczna szczę­śli­wość.

Nie miał jed­nak żony. Żadna kobieta nie chciała go na dłu­żej, zatem nie było dzieci. Tak to wyglą­dało w skró­cie. W dłuż­szej wer­sji, zagrze­ba­nej tak głę­boko, że sam nawet miał kło­poty z jej odna­le­zie­niem, znał kobiety, do któ­rych coś czuł, które ubó­stwiał nie­mal tak, jak teraz czcił pannę Salmę R, tylko że tamte kobiety znał oso­bi­ście. Wie­dział, że jest męż­czy­zną mają­cym praw­dziwy uwo­dzi­ciel­ski dar, nato­miast więk­szość zna­nych mu męż­czyzn, nie­do­uczo­nych, pozba­wio­nych manier pro­sta­ków, w tej sfe­rze wyka­zy­wała się skrajną indo­len­cją. Prze­ży­wał więc bar­dzo, że pra­wie wszyst­kie kobiety, o któ­rych względy się sta­rał, dość szybko po roz­po­czę­ciu owych sta­rań robiły, co mogły, żeby przed nim uciec.