Dzieci północyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  KSI­ĘGA PIERW­SZA Dziura w prze­ście­ra­dle Mer­ku­ro­chrom Plu­cie-do-celu Pod dywa­nem Oświad­cze­nie publiczne Wie­lo­głowe potwory Meth­wold Tik-tak

2  KSI­ĘGA DRUGA Wska­zu­jący palec rybaka Węże i dra­biny Incy­dent w skrzyni na bie­li­znę Roz­gło­śnia Wszech­in­dyj­ska Miłość w Bom­baju Moje dzie­siąte uro­dziny W kawiarni Pio­nier Alfa i Omega Skrzat Koly­nos Pałeczka koman­dora Sabar­ma­tiego Obja­wie­nia Ruchy pie­prz­ni­czek Dre­naż i pusty­nia Dża­mila Śpie­waczka Jak Salim osią­gnął czy­stość

3  KSI­ĘGA TRZE­CIA Budda W Sun­dar­ba­nach Sam i Tygrys Cień meczetu Ślub Pół­noc Abra­ka­da­bra

4  Słow­ni­czek

5  Strona redakcyjna

Zafa­rowi Rush­diemu,

który wbrew wszel­kim prze­wi­dy­wa­niom

uro­dził się po połu­dniu

Mamie i pamięci Taty

TŁU­MACZKA

KSI­ĘGA PIERW­SZA

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Dziura w prze­ście­ra­dle

Urodzi­łem się w Bom­baju… dawno, dawno temu. Nie, to nie wystar­czy, przed tą datą nie ma ucieczki: urodzi­łem się 15 sierp­nia 1947 roku w Kli­nice Położ­ni­czej dok­tora Narli­kara. A pora? Pora też jest istotna. Zatem: w nocy. Nie, należy podać z więk­szą… No więc, jeżeli cho­dzi o ści­słość, punkt o pół­nocy. Kiedy przy­sze­dłem na świat, wska­zówki zegara zło­żyły się niczym ręce w tra­dy­cyj­nym geście powi­ta­nia. Och, wyrzuć to, wyrzuć wresz­cie z sie­bie: wysko­czy­łem dokład­nie w chwili uzy­ska­nia przez Indie nie­pod­le­gło­ści. Aż wszyst­kim dech zaparło. A za oknem tłumy i fajer­werki. Kilka sekund póź­niej mój ojciec zła­mał sobie duży palec u nogi, ale jego wypa­dek był zale­d­wie bła­hostką w porów­na­niu z tym, co mnie spo­tkało w owym spo­wi­tym mro­kiem nocy momen­cie, gdyż za sprawą mistycz­nej tyra­nii wita­ją­cych mnie god­nie zega­rów histo­ria w nie­zba­dany spo­sób spę­tała mnie kaj­da­nami, mój los został nie­ro­ze­rwal­nie przy­kuty do losu kraju. Przez kolejne trzy­dzie­ści lat nie było przed nim ucieczki. Moje przy­by­cie zapo­wie­dzieli wróż­bici, uho­no­ro­wały je gazety, poli­tycy zaś usank­cjo­no­wali moją auten­tycz­ność. Ja jeden nie mia­łem tu nic do gada­nia. Ja, Salim Sinai, zwany potem roz­ma­icie – Smar­kiem, Pla­mo­li­cym, Łyso­niem, Kino­lem, Buddą, a nawet Okru­chem Księ­życa – zosta­łem poważ­nie uwi­kłany w prze­zna­cze­nie, co w naj­lep­szym razie wią­zało się z pew­nym nie­bez­pie­czeń­stwem. A prze­cież wów­czas nie umia­łem sobie jesz­cze wytrzeć nosa.

Teraz jed­nak czas (któ­remu prze­sta­łem być potrzebny) ucieka. Wkrótce skoń­czę trzy­dzie­ści jeden lat. Być może. Jeśli pozwoli mi na to moje roz­pa­da­jące się, nad­uży­wane ciało. Nie mam wszakże nadziei na oca­le­nie życia ani też nie liczę na dar w postaci tysiąca i jed­nej nocy. Muszę pra­co­wać szybko, szyb­ciej niż Sze­he­re­zada, jeżeli mój żywot ma mieć sens, wła­śnie, sens. Przy­znaję, iż nade wszystko lękam się bez­sensu.

A prze­cież czeka tyle opo­wie­ści, aż za wiele, wprost roi się od sple­cio­nych ze sobą żywo­tów wyda­rzeń cudów miejsc plo­tek, co za obfity melanż spraw nie­wia­ry­god­nych i przy­ziem­nych! Jestem poły­ka­czem żywo­tów ludz­kich; toteż aby mnie poznać, mnie jed­nego, trzeba rów­nież połknąć te wszyst­kie żywoty. Wchło­nięta ciżba tło­czy się we mnie i kłębi; wie­dziony zatem wspo­mnie­niem pew­nego wiel­kiego bia­łego prze­ście­ra­dła z nie­zbyt równo wyciętą pośrodku okrą­głą dziurą śred­nicy bli­sko dwu­dzie­stu cen­ty­me­trów, ucze­piony wizji tego prze­dziu­ra­wio­nego, uszko­dzo­nego płótna, mojego tali­zmanu, mojego seza­mie-otwórz-się, muszę przy­stą­pić do rekon­struk­cji swo­jego życia od chwili, w któ­rej naprawdę się ono poczęło, ponad trzy­dzie­ści dwa lata przed nastą­pie­niem cze­goś tak oczy­wi­stego, tak teraź­niej­szego, jak moje ujarz­mione zega­rem, spla­mione zbrod­nią naro­dziny.

(Nawia­sem mówiąc, prze­ście­ra­dło rów­nież jest spla­mione trzema kro­plami sta­rej, wypło­wia­łej czer­wieni. Jak powiada Koran: Głoś! w imię twego Pana, który stwo­rzył! Stwo­rzył czło­wieka z grudki krwi zakrze­płej!)

Wcze­sną wio­sną roku 1915, pew­nego kasz­mir­skiego poranka, mój dzia­dek, Aadam Aziz, klęk­nąw­szy do modli­twy, ude­rzył nosem w skutą mro­zem grudę ziemi. Z lewej dziurki od nosa kap­nęły mu trzy kro­ple krwi, stward­niały natych­miast w rześ­kim powie­trzu i spa­dły na dywa­nik modli­tewny, prze­isto­czone na jego oczach w rubiny. Kiedy odchy­lił się i wypro­sto­wał, spo­strzegł, że łzy, które napły­nęły mu do oczu, rów­nież stę­żały; gdy więc strzą­sał pogar­dli­wie dia­menty z rzęs, poprzy­siągł sobie, że już ni­gdy nie poca­łuje ziemi ani dla żad­nego boga, ani dla czło­wieka. Posta­no­wie­nie to jed­nak wydrą­żyło w nim dziurę, pozo­sta­wiło pustkę w życio­daj­nej komo­rze wnę­trza, wyda­jąc go na pastwę kobiet i histo­rii. Z początku tego nie­świa­dom, mimo nie­dawno ode­bra­nego wykształ­ce­nia medycz­nego, wstał, zwi­nął dywa­nik na kształt gru­bego cygara i wsa­dziw­szy go sobie pod prawą pachę, spoj­rzał na dolinę nie­zmą­co­nym dia­men­tami wzro­kiem.

Świat ożył na nowo. Po zimo­wym okre­sie wyklu­wa­nia się pod sko­rupą lodu wil­gotna i żółta dolina wychy­nęła na otwartą prze­strzeń. Młoda trawa docze­kała pod zie­mią sto­sow­nej chwili; góry cofały się, chro­niąc się na okres upa­łów w wysoko poło­żo­nych miej­sco­wo­ściach let­ni­sko­wych. (Zimą, gdy dolina kur­czyła się pod lodową powłoką, góry zaci­skały pier­ścień wokół mia­sta nad jezio­rem, szcze­rząc zło­wiesz­czo kły).

W owych cza­sach, zanim wznie­siono wieżę radiową, świą­ty­nia Śan­ka­ra­ćarji, nie­wielki czarny wyprysk na wzgó­rzu koloru khaki, góro­wała nad uli­cami i nad jezio­rem Śri­na­garu. W owych cza­sach nad brze­giem jeziora nie było obozu woj­sko­wego ani tasiem­co­wych węży zama­sko­wa­nych cię­ża­ró­wek i łazi­ków tara­su­ją­cych wąskie drogi, ani żoł­nie­rzy ukry­wa­ją­cych się za grzbie­tami gór­skimi opo­dal Bara­mulli i Gul­margu. W owych cza­sach nie roz­strze­li­wano podróż­nych pod zarzu­tem szpie­go­stwa, kiedy foto­gra­fo­wali mosty, toteż pomi­nąw­szy domy Angli­ków na jezio­rze, dolina mimo swej nowej wio­sen­nej szaty nie­wiele się zmie­niła od epoki impe­rium Mogo­łów; ale oczy mojego dziadka – które miały, podob­nie jak on sam, dwa­dzie­ścia pięć lat – ujrzały wszystko odmie­nione… i zaczął go swę­dzieć nos.

Wypada zdra­dzić sekret nowego spoj­rze­nia dziadka: spę­dził on pięć lat, pięć wio­sen, z dala od domu. (Owa gruda ziemi, która napa­to­czyła się pod fałdą dywa­nika modli­tew­nego, cho­ciaż ode­grała prze­ło­mową rolę, była w grun­cie rze­czy zale­d­wie kata­li­za­to­rem). Teraz, po powro­cie, dzia­dek patrzył oczyma podróż­nika. Zamiast doce­nić piękno dolinki oto­czo­nej masyw­nymi zębi­skami, doj­rzał jej małość, dostrzegł bli­skość hory­zontu i zasmu­cił się – w rodzin­nych stro­nach poczuł się wprost osa­czony. Doznał też nie­wy­sło­wio­nego uczu­cia, jak gdyby stare kąty miały mu za złe, że wraca wykształ­cony, uzbro­jony w ste­to­skop. Pod zimo­wym lodem wyczu­wał chłód obo­jęt­no­ści, ale teraz zni­kła wszelka wąt­pli­wość: lata spę­dzone w Niem­czech ścią­gnęły nań wro­gość oto­cze­nia. Po wielu latach, kiedy nie­na­wiść wypeł­niła mu dziurę we wnę­trzu i kiedy przy­był, by zło­żyć się w ofie­rze bogu z czar­nego kamie­nia w świą­tyni na wzgó­rzu, usi­ło­wał wró­cić pamię­cią do wio­sen raj­skiego dzie­ciń­stwa, przy­po­mnieć sobie, jak to było, nim podróże, grudy ziemi i czołgi wywró­ciły wszystko na nice.

 

Owego ranka, kiedy dolina, okryta dywa­ni­kiem modli­tew­nym, dała mu prztyczka w nos, sta­rał się, zresztą bez­sen­sow­nie, uda­wać, że nic się nie zmie­niło. Wstał kwa­drans po czwar­tej na prze­ni­kliwy ziąb, obmył się w rytu­alny spo­sób, ubrał, wło­żył na głowę kara­ku­łową czapkę ojca; następ­nie wytasz­czył zwi­nięte cygaro dywa­nika modli­tew­nego do ogródka nad jezio­rem przed ich sta­rym, mrocz­nym domem i roz­wi­nął na ocze­ku­ją­cej już gru­dzie. Zie­mia pod nogami wydała mu się zwod­ni­czo miękka, toteż ogar­nęły go naraz nie­pew­ność i błogi spo­kój. „W imię Boga Miło­sier­nego, Lito­ści­wego!… – słowa inwo­ka­cji, które wypo­wie­dział z rękami zło­żo­nymi przed sobą niczym księga, przy­nio­sły mu czę­ściowo ulgę, ale w więk­szej mie­rze nie­po­kój – …Chwała Bogu, Panu świa­tów… – ale tu Heidel­berg wkradł się w jego myśli; oto Ingrid, prze­lot­nie jego Ingrid, wyśmiewa to kle­pa­nie wer­se­tów w stronę Mekki; a oto ich przy­ja­ciele, Oskar i Ilse Lubin, anar­chi­ści, paro­diują jego modli­twę swymi anty­ide­olo­giami – …Miło­sier­nemu, Lito­ści­wemu, Kró­lowi Dnia Sądu… – Heidel­berg, gdzie obok medy­cyny i poli­tyki nauczył się, że Indie, niczym rad, zostały «odkryte» przez Euro­pej­czy­ków; nawet Oskar żywił podziw dla Vasco da Gamy, co wła­śnie w końcu kazało się Aada­mowi Azi­zowi odsu­nąć od przy­ja­ciół, ta ich wiara, że on jest nie­jako wyna­laz­kiem ich przod­ków – …Oto Cie­bie czcimy i Cie­bie pro­simy o pomoc… – a więc mimo ich obec­no­ści w swo­ich myślach usi­ło­wał dotrzeć ponow­nie do swej daw­nej jaźni, która odrzu­cała ich wpływy, lecz pojęła wszystko, co miała pojąć, na przy­kład pokorę, rozu­miała, co robi teraz, kiedy ręce wie­dzione daw­nym wspo­mnie­niem pode­rwały się w górę, kciuki zatkały uszy, palce się roz­ca­pie­rzyły, a on sam padł na kolana – …Pro­wadź nas drogą pro­stą, drogą tych, któ­rych obda­rzy­łeś dobro­dziej­stwami… – Ale nic z tego, czuł się schwy­tany w pół drogi, w potrza­sku mię­dzy wiarą i nie­wiarą, a prze­cież to tylko sza­rada… – nie zaś tych, na któ­rych jesteś zagnie­wany, i nie tych, któ­rzy błą­dzą”. Dzia­dek pochy­lił czoło ku ziemi. Zgiął się niżej, a zie­mia, osło­nięta dywa­ni­kiem, wybrzu­szyła się ku niemu. I wtedy nade­szła pora grudy. W chwili gdy repry­mendy udzie­lali mu Ilse-Oskar-Ingrid-Heidel­berg oraz dolina-i-Bóg, gruda ziemi rąb­nęła go w sam czu­bek nosa. Spa­dły trzy kro­ple. Rubiny i dia­menty. Wtedy to dzia­dek, pod­no­sząc się z kolan, powziął posta­no­wie­nie. Wstał. Zwi­nął cygaro. Zapa­trzył się w prze­ciw­le­gły brzeg jeziora. I raz na zawsze utknął w pół drogi, nie­zdolny czcić Boga, któ­rego ist­nie­nia nie potra­fił bez reszty odrzu­cić. Na znak trwa­łej prze­miany: owa dziura.

Młody, świeżo upie­czony dok­tor Aadam Aziz stał przo­dem do wio­sen­nego jeziora, wdy­cha­jąc woń zmian, ple­cami zaś (pro­stymi jak struna) był zwró­cony do kolej­nych prze­mian. Pod­czas jego pobytu za gra­nicą ojciec dostał apo­plek­sji, lecz matka trzy­mała to w tajem­nicy. Słowa jego matki, wypo­wie­dziane sto­ic­kim szep­tem: „Synku, prze­cież twoje stu­dia były tak ważne”. Ta sama matka, która spę­dziła całe życie przy­kuta do domu, z dala od męż­czyzn, nagle zna­la­zła w sobie tyle siły, żeby popro­wa­dzić skle­pik z kamie­niami szla­chet­nymi (tur­kusy, rubiny, dia­menty), co wraz z pomocą sty­pen­dium pozwo­liło Aada­mowi ukoń­czyć wydział lekar­ski; toteż po powro­cie zastał pozor­nie nie­wzru­szony porzą­dek rodzinny prze­wró­cony do góry nogami, matka cho­dziła do pracy, tym­cza­sem ojciec tkwił za zasłoną, którą apo­plek­sja okryła mu umysł… sie­dział na drew­nia­nym krze­śle w zaciem­nio­nym pokoju i wyda­wał pta­sie odgłosy. Odwie­dzało go trzy­dzie­ści róż­nych gatun­ków pta­ków, sia­du­jąc na para­pe­cie za zamknię­tymi okien­ni­cami, roz­pra­wia­jąc o tym i o owym. Wię­cej nie było mu potrzeba do szczę­ścia.

(…Już widzę, że zaczy­nają się powtó­rze­nia; bo czyż moja babka rów­nież nie zna­la­zła w sobie tyle… no i ta apo­plek­sja nie była odosob­niona… a Mosiężna Małpka też miała swoje ptaki… już zna­leź­li­śmy się w kręgu klą­twy, a prze­cież jesz­cze nie doszli­śmy do nosów!)

Lód na jezio­rze ustą­pił. Odwilż, jak zawsze, przy­szła znie­nacka; zasko­czyła wiele mniej­szych łodzi, tak zwa­nych śikar, pogrą­żo­nych we śnie, co rów­nież nale­żało do normy. Pod­czas jed­nak gdy te wał­ko­nie spały dalej na suchym lądzie, chra­piąc bez­tro­sko u boku swych wła­ści­cieli, naj­star­sza łódź zerwała się o świ­cie, jak to zwy­kle starcy, i jako pierw­sza prze­pra­wiła się przez odmar­z­nięte jezioro. Śikara Taiego… ale to także nale­żało do zwy­czaju.

Pro­szę się przyj­rzeć, jak Tai, stary prze­woź­nik, żwawo prze­pra­wia się przez zamgloną wodę, sto­jąc pochy­lony z tyłu łodzi! Jak jego wio­sło, drew­niane serce na żół­tym kiju, śmiga przez wodo­ro­sty! W tych stro­nach uwa­żają go za dzi­waka, bo wio­słuje na sto­jąco… i z wielu jesz­cze innych powo­dów. Tai, który macha gwał­tow­nie na dok­tora Aziza, zaraz wprawi histo­rię w ruch… z kolei Aadam, wpa­trzony w wodę, przy­po­mina sobie, czego Tai nauczył go przed wielu laty: – Lód zawsze czeka, Aadam baba, tuż pod naskór­kiem wody. – Aadam ma oczy błę­kitne zdu­mie­wa­ją­cym błę­ki­tem gór­skiego nieba, które zwy­kło ska­py­wać w źre­nice miesz­kań­ców Kasz­miru; nie oduczył się patrzeć. Widzi więc – o, tam! niczym zarys widma, tuż pod powierzch­nią jeziora Dal! – deli­katny ażur, zagma­twaną sieć bez­barw­nych linii, zimne, wycze­ku­jące żyły przy­szło­ści. Lata spę­dzone w Niem­czech, które tak wiele zmą­ciły, nie pozba­wiły go daru patrze­nia. Daru Taiego. Pod­nosi wzrok, widzi spi­cza­sty dziób zbli­ża­ją­cej się łodzi, macha na powi­ta­nie. Tai wyciąga rękę, ale to już roz­kaz: „Cze­kaj!”. Mój dzia­dek czeka; sko­rzy­stam więc z tej luki w cza­sie, kiedy zaznaje ostat­nich chwil spo­koju w życiu, spo­koju męt­nego i zło­wiesz­czego, i spró­buję go wresz­cie opi­sać.

Nie dopusz­cza­jąc do głosu natu­ral­nej zawi­ści brzyd­kich męż­czyzn wobec męż­czyzn impo­nu­jąco przy­stoj­nych, odno­to­wuję, że dok­tor Aziz był wysoki. Usta­wiony przy ścia­nie domu rodzin­nego miał dwa­dzie­ścia pięć cegieł wzro­stu (jedna cegła na każdy rok życia), czyli bli­sko metr dzie­więć­dzie­siąt. Był też krzepki. Miał gęstą rudą brodę, co draż­niło jego matkę, gdyż powia­dała, że tylko hadżio­wie, któ­rzy odbyli piel­grzymkę do Mekki, mają prawo nosić rude brody. Włosy na gło­wie miał jed­nak ciem­niej­sze. Oczy koloru nieba już znasz. Ingrid tak to pod­su­mo­wała: – Ci, któ­rzy dobie­rali kolory two­jej twa­rzy, postra­dali chyba rozum. – Głów­nym jed­nak atry­bu­tem dziadka nie był ani kolor, ani wzrost, ani też krzep­kość ręki czy pro­sta syl­wetka. Oto i on, odbity w wodzie, roz­ko­ły­sany niczym osza­lały banan na samym środku twa­rzy… Aadam Aziz, cze­ka­jąc na Taiego, obser­wuje swój falu­jący nos. Z pew­no­ścią przy­ku­wałby uwagę na mniej szo­ku­ją­cej twa­rzy niż ta, ale nawet u niego naj­bar­dziej się rzu­cał w oczy i naj­dłu­żej pozo­sta­wał w pamięci. – Istny cyra­nos – orze­kła Ilse Lubin, a Oskar dorzu­cił: – Trą­bisz­cze. – Ingrid oświad­czyła: – Po takim nosie można by przejść przez rzekę. (Miał taki sze­roki grzbiet).

Nos mojego dziadka: bufia­ste noz­drza, obfite niczym kształty tan­cerki. Mię­dzy nimi wyra­sta łuk try­um­falny, naj­pierw do góry i przed sie­bie, a dalej w dół i pod spód, się­ga­jąc nie­mal gór­nej wargi swym oka­za­łym, zaczer­wie­nio­nym aku­rat czub­kiem. Takim nosem łatwo wyrżnąć w grudę ziemi. Chciał­bym w tym miej­scu wyra­zić wdzięcz­ność owemu dorod­nemu orga­nowi – gdyby nie on, któż by mnie bowiem uznał za syna mojej matki, wnuka mojego dziadka? – temu gigan­tycz­nemu narzą­dowi, który przy­padł i mnie w udziale z tytułu uro­dze­nia. Nos dok­tora Aziza – porów­ny­walny jedy­nie z trąbą sło­nio­gło­wego boga Ganeśi – zapew­nił mu bez­sporne prawo do zosta­nia patriar­chą rodu. Wła­śnie Tai miał w tym swoją zasługę. Gdy młody Aadam led­wie osią­gnął doj­rza­łość, zmur­szały prze­woź­nik oznaj­mił: – Z takim nosem można zakła­dać nowy ród, moje ty ksią­żątko. Każdy pozna, czyj to miot. Nie­je­den cesarz z linii Mogo­łów oddałby prawą rękę za taki nos. Bo kryją się w nim dyna­stie – i tu Tai popadł w gru­biań­stwo – niczym smarki.

U Aadama Aziza nos przy­brał patriar­chalny wygląd. U mojej matki wyra­żał szla­chet­ność z domieszką świę­tej cier­pli­wo­ści; u mojej ciotki Eme­raldy sno­bizm; u ciotki Aliji inte­lekt; wujowi Hani­fowi nada­wał wygląd zapo­zna­nego geniu­sza; wuj Mustafa uczy­nił zeń organ prze­wą­chi­wa­nia; Mosiężną Małpkę w ogóle omi­nął; u mnie zaś – u mnie był jesz­cze czym innym. Ale nie zdra­dzajmy wszyst­kich sekre­tów naraz.

(Tai jest już coraz bli­żej. On, który odkrył potęgę tego nosa, a który teraz wie­zie mojemu dziad­kowi wia­do­mość mającą wystrze­lić go jak z kata­pulty w przy­szłość, wio­słuje o poranku przez jezioro…)

Nikt nie pamię­tał Taiego za młodu. Od naj­daw­niej­szych cza­sów machał wio­słem na tej samej łodzi, stał w tej samej zgar­bio­nej pozy­cji, prze­pra­wiał się przez jeziora Dal i Nagin. Odkąd kto­kol­wiek się­gał pamię­cią. Miesz­kał gdzieś w cze­lu­ściach nie­hi­gie­nicz­nej, sta­rej dziel­nicy drew­nia­nych domostw, a jego żona hodo­wała korze­nie lotosu i inne dziwne warzywa w jed­nym z wielu „pły­wa­ją­cych ogro­dów” koły­szą­cych się wio­sną i latem na powierzchni wody. Tai sam bez­tro­sko przy­zna­wał, że nie wie, ile może mieć lat. Podob­nie jego żona – mawiała, że już w dniu ślubu był jak stara pode­szwa. Jego twarz wyrzeź­bił wiatr na jezio­rze: sieć zmarsz­czek wygar­bo­wa­nych na skó­rze. Miał dwa złote zęby i żad­nych innych. Miał też w mie­ście nie­wielu przy­ja­ciół. Nie­wielu prze­woź­ni­ków bądź kup­ców zapra­szało go na nargile, kiedy prze­pły­wał obok przy­stani śikar lub jed­nego z licz­nych nad­brzeż­nych, obskur­nych skle­pi­ków czy her­ba­ciarni.

Powszechną opi­nię o Taim wyra­ził przed wielu laty ojciec Aadama Aziza, han­dlarz kamieni szla­chet­nych: – Umysł wypadł mu wraz z zębami. (Ale teraz stary sahib Aziz sie­dział zagu­biony pośród świer­gotu pta­ków, tym­cza­sem Tai wciąż świet­nie sobie radził). Prze­woź­nik wywo­ły­wał takie wra­że­nie swoją gadką, fan­ta­styczną i gór­no­lotną, cią­gnącą się bez końca, jakże czę­sto adre­so­waną do samego sie­bie. Głos nie­sie się po wodzie, toteż ludzie znad jeziora śmiali się w kułak z jego mono­lo­gów, ale nie bez ukry­tej bojaźni czy wręcz stra­chu. Bojaźni – gdyż stary pomy­le­niec znał te jeziora i wzgó­rza lepiej niż któ­ry­kol­wiek z prze­śmiew­ców; stra­chu – gdyż szczy­cił się tak zaawan­so­waną wie­ko­wo­ścią, iż trudno byłoby ją ogar­nąć, którą przy tym nosił tak swo­bod­nie na swej kurzej szyi, że nie prze­szko­dziła mu zdo­być wielce ponęt­nej żony, a z nią spło­dzić czte­rech synów… i jesz­cze kilku, jak utrzy­my­wano, z innymi nabrzeż­nymi żonami. Mło­dzian­ko­wie z przy­stani śikar byli prze­ko­nani, że stary ma gdzieś scho­wany pokaźny mają­tek – na przy­kład zbiór bez­cen­nych zło­tych zębów, grze­cho­czą­cych w worku niczym orze­chy. Po wielu latach, kiedy Wuj Bufo, usi­łu­jąc mi sprze­dać córkę, zapro­po­no­wał, że każe jej wyrwać wszyst­kie zęby i wsta­wić nowe ze złota, przy­po­mniał mi się zapo­mniany skarb Taiego… a Aadam Aziz jako mały chło­piec wprost uwiel­biał sta­rego.

Tai utrzy­my­wał się po pro­stu z łodzi, wbrew wszel­kim pogło­skom o swoim rze­ko­mym bogac­twie, prze­wo­żąc za pie­nią­dze przez jeziora siano, kozy, warzywa, drewno; ludzi zresztą też. Kiedy zamie­niał łódź w tak­sówkę, sta­wiał pośrodku śikary wie­lo­barwny namiot, z zasło­nami we wzo­rzy­ste kwiaty i bal­da­chi­mem oraz dobra­nymi kolo­ry­stycz­nie podusz­kami; odświe­żał ponadto zapach wonią kadzi­dła. Widok pod­pły­wa­ją­cej śikary Taiego, z łopo­czą­cymi zasło­nami, nie­omyl­nie zwia­sto­wał dok­to­rowi Azi­zowi nadej­ście wio­sny. Nie­ba­wem zjadą angiel­scy sahi­bo­wie, a Tai będzie ich prze­wo­ził do Ogro­dów Śali­maru i do Kró­lew­skiego Źró­dła, jak zawsze roz­ga­dany, przy­gar­biony, z dala widoczny. Był cho­dzą­cym zaprze­cze­niem wiary Oskara-Ilse-Ingrid w nie­uchron­ność zmian… ten oso­bliwy, nie­znisz­czalny, swoj­ski duch doliny. Wodny Kali­ban z nad­mier­nym chyba pocią­giem do taniej kasz­mir­skiej brandy.

Wspo­mnie­nie błę­kit­nej ściany mojej sypialni, gdzie tuż obok listu pre­miera przez wiele lat wisiał obra­zek przed­sta­wia­jący Rale­igha za młodu, wpa­trzo­nego z zachwy­tem w sta­rego rybaka prze­pa­sa­nego czymś, co przy­po­mi­nało czer­wone dhoti, sie­dzą­cego na – no na czym? na balach wyrzu­co­nych przez fale? – wska­zu­ją­cego na morze, kiedy tak snuł swoje roz­wod­nione gawędy… tym­cza­sem Aadam za młodu, mój przy­szły dzia­dek, poko­chał prze­woź­nika Taiego wła­śnie za ten nie­koń­czący się sło­wo­tok, z powodu któ­rego inni brali go za wariata. Pły­nęła magiczna opo­wieść, słowa lały się jak pie­nią­dze głupca spo­mię­dzy dwóch zło­tych zębów, zakra­piane czkawką i brandy, wzbi­jały się ku naj­od­le­glej­szym Hima­la­jom prze­szło­ści, po czym dopa­dały cel­nie jakie­goś aktu­al­nego szcze­gółu, na przy­kład nosa Aadama, by doko­nać wiwi­sek­cji jego zna­cze­nia niczym myszy. Przez tę przy­jaźń Aadam bywał dość regu­lar­nie kąpany w gorą­cej wodzie. (Dosłow­nie, i to we wrzątku. A matka przy­ga­dy­wała: – Musimy wybić robac­two tego prze­woź­nika, choćby cię to miało zabić). Ale stary gaduła na­dal mitrę­żył czas w łodzi przy nad­brzeż­nych ogro­dach, Aziz zaś sia­dy­wał u jego stóp, dopóki nie wezwano go do domu, żeby mu pra­wić morały na temat nie­chluj­stwa Taiego i prze­strze­gać przed gra­su­ją­cymi armiami zaraz­ków, które wedle matki ska­kały z owego gościn­nego, wie­ko­wego ciała wprost na wykroch­ma­loną, białą, luźną piżamę jej syna. Jed­nakże Aadam zawsze wra­cał na brzeg, aby wypa­try­wać przez mgłę syl­wetki obszar­pa­nego, zgar­bio­nego potę­pieńca ste­ru­ją­cego magiczną łodzią po zacza­ro­wa­nych wodach poranka.

 

– Taidźi, ile ty masz naprawdę lat? – (Dok­tor Aziz jako doro­sły czło­wiek z rudą brodą, wychy­lony ku przy­szło­ści, wspo­mina dzień, w któ­rym zadał to nie­sto­sowne pyta­nie). Na chwilę zale­gła cisza, gło­śniej­sza od wodo­grz­motu. Prze­rwa w mono­logu. Plusk wio­sła o wodę. Pły­nął śikarą z Taim, sku­lony wśród kóz, na wiązce słomy, w pełni świa­dom kija i balii cze­ka­ją­cych go po powro­cie. Przy­był tu dla opo­wie­ści… i jed­nym pyta­niem zamknął usta baja­rzowi.

– No, Taidźi, powiedz prawdę, ile? – I tu naraz zja­wiła się brandy: butelka taniego trunku spod fałd obszer­nego, cie­płego kaftana ćugha. Dreszcz, bek­nię­cie, wytrzeszcz oczu. Błysk złota. No i – wresz­cie! – padły pierw­sze słowa.

– Ile mam lat? Pytasz mnie, wścib­ski szcza­wiku, ile mam lat… – Tai, zapo­wia­da­jąc nie­jako gest rybaka z mojej ściany, wska­zał na góry. – Tyle, nakku! – Aadam, nakku, wściu­bi­nos, spoj­rzał za wycią­gnię­tym pal­cem. – Widzia­łem, jak powsta­wały te góry; widzia­łem, jak umie­rali cesa­rze. Posłu­chaj. Posłu­chaj, nakku… – i znów flaszka brandy, pod­chmie­lony głos, słowa upa­ja­jące bar­dziej niż alko­hol – …widzia­łem Isę, tego Chry­stusa, kiedy przy­był do Kasz­miru. Uśmie­chaj się, uśmie­chaj, to twoją histo­rię prze­cho­wuję w gło­wie. Daw­niej była spi­sana w sta­rych, zagu­bio­nych księ­gach. Daw­niej wie­dzia­łem, gdzie się znaj­duje grób z prze­szy­tymi włócz­nią sto­pami wyrzeź­bio­nymi na nagrobku, które krwa­wią raz do roku. Teraz nawet pamięć mnie opusz­cza, ale wiem, cho­ciaż nie umiem czy­tać. – Anal­fa­be­tyzm, zbyty mach­nię­ciem ręki; cała lite­ra­tura zmiaż­dżona tym jed­nym gniew­nym gestem. I znów ręka wędruje do kie­szeni kaftana po flaszkę brandy, do ust spę­ka­nych od zimna. Tai zawsze miał kobiece usta. – Słu­chaj, nakku, słu­chaj. Wiele widzia­łem. Jara, trzeba było widzieć tego Isę, kiedy tu przy­był, broda aż do fiuta, a na gło­wie łysy jak jajo. Był stary i ste­rany życiem, ale jakie miał maniery! „Ja po tobie, Taidźi – powia­dał – zechciej sobie spo­cząć”; zawsze odno­sił się z sza­cun­kiem, ni­gdy nie nazy­wał mnie pomy­leń­cem ani nie mówił do mnie per tu. Zawsze ap. Widzisz, jaki uprzejmy? A co za ape­tyt! Taki go tra­wił głód, że aż ze stra­chu chwy­ta­łem się za głowę. Czy to święty, czy dia­beł, przy­się­gam, że zja­dał całe koźlę za jed­nym zasia­dem. No i co z tego? Jedz, mówi­łem mu, napeł­niaj tę dziurę w brzu­chu, do Kasz­miru przy­jeż­dża się po to, żeby się nacie­szyć życiem albo je zakoń­czyć, albo i jedno, i dru­gie. Doko­nał swo­jego dzieła. Przy­je­chał tu, żeby tro­chę pożyć. – Aziz, urze­czony tym zakra­pia­nym brandy por­tre­tem łysego, żar­łocz­nego Chry­stusa, zamie­nił się w słuch, by potem powta­rzać wszystko słowo w słowo ku kon­ster­na­cji rodzi­ców, któ­rzy han­dlo­wali kamie­niami szla­chet­nymi i nie mieli czasu na takie bania­luki.

– Nie wie­rzysz? – Obli­zy­wał spierzch­nięte wargi z uśmie­chem, wie­dząc, że jest wprost prze­ciw­nie. – Błą­dzisz gdzieś myślami? – Choć oczy­wi­ście wie­dział, jak łap­czy­wie Aziz słu­cha jego słów. – Może cię słoma kłuje w tyłek, co? Tak mi przy­kro, baba­dźi, że nie pod­ło­ży­łem ci jedwab­nych podu­szek wyszy­wa­nych zło­tym bro­ka­tem, na jakich sia­dy­wał cesarz Dża­han­gir! Pewno uwa­żasz cesa­rza Dża­han­gira wyłącz­nie za ogrod­nika – przy­ga­dy­wał Tai mojemu dziad­kowi – bo zało­żył Śali­mar. Ty głup­cze! Co ty sobie wyobra­żasz? Jego imię zna­czyło: Dzier­ży­ciel Świata. Czy tak by nazwano ogrod­nika? Bóg raczy wie­dzieć, czego was tam dzi­siaj uczą. Tym­cza­sem ja… – aż się zasa­pał – …ja zna­łem jego dokładną wagę co do toli! Spy­taj mnie, ile manów, ile sirów! Kiedy był szczę­śliwy, przy­bie­rał na wadze, a w Kasz­mi­rze ważył naj­wię­cej. Nosi­łem go w lek­tyce… ale ty mi znów nie wie­rzysz, ten twój ogó­ras na twa­rzy kiwa się jak ten twój ogó­re­czek w spodniach! No to prze­py­taj mnie, pro­szę bar­dzo! Zrób mi egza­min! Spy­taj, ile razy trzeba było obwią­zy­wać skó­rza­nymi rze­mie­niami drążki lek­tyki – odpo­wiedź: trzy­dzie­ści jeden. Spy­taj, jak brzmiało ostat­nie słowo cesa­rza na łożu śmierci – odpo­wiem ci: „Kasz­mir”. Miał przy­kry zapach z ust i gołę­bie serce. Za kogo ty mnie uwa­żasz? Za byle ciem­niaka, załga­nego bez­pań­skiego kun­dla? A teraz wyska­kuj z łodzi, przy tym twoim nosie za ciężko mi wio­sło­wać; zresztą twój ojciec już czeka, żeby wybić ci z głowy moje bania­luki, a matka, żeby ci wypa­rzyć skórę.

W butelce brandy prze­woź­nika Taiego widzę zapo­wiedź opę­ta­nia mojego ojca przez dżinny… trafi się też kolejny łysy przy­bysz… z kolei bania­luki Taiego zwia­stują inne, które osło­dziły sta­rość mojej babce i też ją wiele nauczyły… a bez­pań­skie psy kręcą się opo­dal… Dość tego. Aż mnie oble­ciał strach.

Mimo tego wybi­ja­nia i wypa­rza­nia Aadam Aziz wciąż pły­wał z Taim śikarą, pośród kóz siana kwia­tów mebli korzeni lotosu, cho­ciaż ni­gdy z angiel­skimi sahi­bami, i wciąż wysłu­chi­wał fan­ta­stycz­nych odpo­wie­dzi na to jedno, napa­wa­jące grozą pyta­nie: – Ale, Taidźi, powiedz, ile masz naprawdę lat?

U Taiego Aadam poznał sekrety jeziora – gdzie można pły­wać, żeby nie wcią­gnęły czło­wieka wodo­ro­sty; jak wygląda jede­na­ście odmian węża wod­nego; gdzie żaby skła­dają skrzek; jak goto­wać korze­nie lotosu i gdzie przed kilku laty uto­piły się trzy Angielki.

– Jest takie ple­mię bia­łych kobiet, które przy­jeż­dżają do tych wód, żeby się uto­pić – oświad­czył Tai. – Cza­sem wie­dzą z góry, a cza­sem nie, ale ja to z miej­sca wyniu­cham. Kryją się pod wodą, Bóg wie przed czym albo przed kim, ale przede mną, mój mały, się nie ukryją!

Z piersi Taiego dobył się śmiech, któ­rym miał się zara­zić Aadam – dono­śny łoskot spra­wia­jący maka­bryczne wra­że­nie, kiedy wstrzą­sał sta­rym, przy­wię­dłym cia­łem, brzmiący jed­nak tak natu­ral­nie u mojego rosłego dziadka, iż nikt póź­niej nie poznał, że to nie jego przy­ro­dzony śmiech (odzie­dzi­czył go wuj Hanif, toteż aż do jego śmierci cząstka Taiego żyła jesz­cze w Bom­baju). Rów­nież od Taiego dzia­dek usły­szał po raz pierw­szy o nosach.

Tai pokle­pał się w lewą dziurkę od nosa.

– Wiesz, co to jest, nakku? Tutaj świat zewnętrzny spo­tyka się ze świa­tem two­jego wnę­trza. Jeżeli zapa­nuje mię­dzy nimi nie­zgoda, odczu­jesz to tutaj. Wtedy zaże­no­wany dra­piesz się w nos, żeby swę­dze­nie ode­szło. Taki nos, mój matołku, to wielki dar. Powia­dam ci: ufaj mu. Kiedy cię ostrzega, miej się na bacz­no­ści, bo prze­pad­niesz z kre­te­sem. Słu­chaj wła­snego nosa, a daleko zaj­dziesz. – Odchrząk­nął i wzniósł oczy ku górom prze­szło­ści. Aziz wtu­lił się w słomę. – Zna­łem raz pew­nego ofi­cera z armii Iskan­dara Wiel­kiego. Mniej­sza o nazwi­sko. Mię­dzy oczami też mu dyn­dało takie warzywo jak tobie. Kiedy armia sta­nęła w pobliżu Gan­dhary, zako­chał się w miej­sco­wej lafi­ryn­dzie. Zaraz nos roz­swę­dział się jak sza­lony. Bie­dak go dra­pał, lecz na próżno. Wdy­chał napar z kru­szo­nych liści euka­lip­tusa. Na­dal bez skutku, baba­dźi! Swę­dze­nie dopro­wa­dzało go do szału, ale ten skoń­czony dureń wpadł po uszy, kiedy więc armia wró­ciła do domu, został z tą małą jędzą. I jak na tym wyszedł? – jak idiota, ni to, ni sio, ot taki pół­ka­leka z żoną zrzędą i z tym swę­dze­niem w nosie, a na ostatku dźgnął się mie­czem w brzuch. No i co ty na to?

…Dok­tor Aziz, któ­rego rubiny i dia­menty prze­mie­niły w takie ni to, ni sio, wspo­mina w roku 1915 tę opo­wieść, kiedy Tai pod­pływa na odle­głość głosu. Na­dal swę­dzi go nos. Dra­pie się, otrząsa, szar­pie głową; i wtedy docho­dzi go woła­nie Taiego:

– Ohé! Dok­to­rze sahi­bie! Ghani, córka wła­ści­ciela ziem­skiego, jest chora.

Wia­do­mość, prze­ka­zana zwięźle, wykrzy­czana bez­ce­re­mo­nial­nie przez jezioro, mimo że prze­woź­nik i jego uczeń nie widzieli się pięć lat, wypo­wie­dziana kobie­cymi ustami, które nie skła­dają się w uśmie­chu powi­ta­nia „daw­no­śmy się…”, wsa­dza czas na roz­krę­ca­jącą się, przy­spie­sza­jącą karu­zelę nie­ja­snego pod­nie­ce­nia…

…– Pomyśl tylko, synku – mówi matka Aadama, popi­ja­jąc świeżą limo­nadę, wycią­gnięta na tach­cie w pozie rezy­gna­cji i wyczer­pa­nia – jak to się wszystko w życiu zmie­nia. Przez tyle lat nawet moje łydki ota­czała tajem­nica, a teraz muszę pozwa­lać, żeby gapili się na mnie obcy ludzie, i to w dodatku nie człon­ko­wie rodziny.