Ostatnie westchnienie MauraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


dla

E.J.W.

Drzewo genealogiczne rodziny da Gama–Zogoiby


I

1

Straciłem już rachubę, nie wiem, ile dni minęło, odkąd uciekłem od okropności tej szalonej fortecy Vasco Mirandy w wiosce Benengeli w górach andaluzyjskich; pod osłoną mroku uszedłem śmierci, zostawiwszy kartkę przybitą do drzwi. Potem, na drodze, którą przemierzałem w mglistej spiekocie, o głodzie, nie brakowało kolejnych zabazgranych kartek, całych ich stert, zamachnięć młotkiem ani łoskotu dwucalowych gwoździ. Dawno temu, kiedy byłem jeszcze rześki i młody, ukochana powiedziała mi w przypływie szczerości:

– Dziwadło z ciebie, mój czarny Maurze; masz w głowie pełno tez, a brak ci kościoła, na którego drzwiach mógłbyś je przybić.

(Owa Induska, uważająca się za bogobojną niechrześcijankę, a żartująca z Lutra protestującego w Wittenberdze, dokuczała w ten sposób kochankowi, indyjskiemu bezbożnemu chrześcijaninowi; oto jak wędrują opowieści i w jakich na koniec lądują ustach!)

Niestety, moja matka podsłuchiwała i bez namysłu ukąsiła jak wąż.

– Chcesz powiedzieć: pełno ekskrementów.

Tak, mamo, zawsze miałaś ostatnie słowo; również w tej sprawie.

Moją matkę Aurorę i ukochaną Umę ktoś kiedyś obdarzył nazwami supermocarstw: „Amrika” i „Maskwá”. Ludzie dopatrywali się podobieństw, ja wcale. Obie nie żyją, z przyczyn mało naturalnych, a ja, w dalekim kraju, gdzie śmierć depcze mi po piętach, mam w ręku tę ich historię, którą chcę ukrzyżować na jakichś wrotach, parkanie, drzewie oliwnym, rozciągnąć wzdłuż i w poprzek krajobrazu mojej ostatniej podróży – historię, która zresztą najwięcej mówi o mnie. Uciekając, zmieniłem cały świat w piracką mapę pełną sekretnych wskazówek, gęsto pokrytą krzyżykami naprowadzającymi na skarb – na mnie samego. Kiedy prześladowcy podejmą trop, to trafią; będę czekał bez żalu i tchu, gotowy. Oto jestem. Nie dało się tego załatwić inaczej.

(Możliwe, że będzie to tutaj, gdzie siedzę. Odpowiednie miejsce. Na górze oliwnej w cienistym gaju, w kępie drzew na zapuszczonym cmentarzyku, pod wejrzeniem kamiennych, dziwacznie poprzekrzywianych krzyży, przy ścieżce ze stacji benzynowej Ultimo Suspiro – ani korzystając podczas wędrówki z usług Wergiliuszy, ani ich potrzebując, w połowie życia z różnych powodów przeistoczonej w kres, u którego cholernie malowniczo padam z wyczerpania…)

Tak, moje panie, przybija się mnóstwo rzeczy. Na przykład barwne flagi do drzewc. Lecz w krótkim, za to jaskrawo barwnym życiu, wyzbyłem się tez. Starczy. Samo życie jest już ukrzyżowaniem.


Kiedy ucieka się resztką sił, a samoponaglenia słabną, nadchodzi pora wyznań. Można je nazwać testamentem albo ostatnią wolą (co za różnica). Życie to Lokal pod Ostatnim Tchnieniem. I stąd to oświadczenie pełne życiowych mądrości, przygwożdżone do krajobrazu, składane tu świadomie, z kluczami do czerwonego fortu w kieszeni, w chwili oczekiwania na ostateczną kapitulację.

Trzeba się więc przymierzyć do łabędziej pieśni – o dobru i złu tego, co było, ale się zbyło. Do pożegnalnego westchnienia dedykowanego ginącemu światu; do łzy uronionej nad przemijaniem; a także do ostatniego „hurra”. Inaczej mówiąc: oto gorszący i ostatni motek zgrzebnej włóczki (muszą wystarczyć słowa, tutaj nie ma wideo), czyli poranna wiązanka wrzaskliwych melodyjek na przetarcie oczu. A mówiąc jeszcze inaczej: historia Maura pełna wściekłości i wrzawy. Chcecie? Zresztą wszystko jedno. Na początek poproszę o pieprz.

Co takiego?

Tekst najwyraźniej zadziwił drzewa. (A co, czy nie zdarzyło się wam, w osamotnieniu i rozpaczy, mówić do ściany, tępego kundla, po prostu w powietrze?)

Powtarzam: poproszę o pieprz. Gdyby nie ziarna pieprzu, może to, co dobiega teraz kresu na Wschodzie i Zachodzie, w ogóle by się nie zaczęło. Smukłe żaglowce Vasco da Gamy ruszyły na poszukiwanie pieprzu; przemierzyły ocean od lizbońskiej warowni w Belém do brzegów Malabaru, wpierw do Kalikatu, później do chronionego laguną Koczinu. W ślad za pionierem Portugalczykiem pożeglowali Anglicy i Francuzi, więc w czasie zwanym Odkryciem Indii (swoją drogą: jak nas można było odkryć, wcześniej nie przykrywając?) „nie byliśmy subkontynentem, lecz zup komponentem”, jak to ujęła moja znakomita matka.

– Było jasne jak słońce, od samego początku, czego świat chce od Indii – zapewniała. – Mieli ochotę na coś ostrego, więc wpadli tu jak na kurwy.


To moja i tylko moja opowieść – o niełasce, w którą popadł szlachetnie urodzony mieszaniec Moraes Zogoiby zwany Maurem, słowem ja, przez większość dni jedyny męski dziedzic miliardów dynastii da Gama–Zogoiby, wielkich kupców korzennych z Koczinu, oraz o odtrąceniu od czegoś, co słusznie mogłem uważać za przyrodzony sposób życia, na które skazała mnie własna matka Aurora, z domu da Gama, nasza najświetniejsza współczesna artystka, piękność o najbardziej niewyparzonym języku wśród kobiet swego pokolenia, najchętniej zionąca ogniem, kiedy w zasięgu jej rażenia nikt nie miał ochoty na nic ostrego. Litości nie zaznały też jej dzieci.

– W naszych żyłach, bitniko-różokrzyżowczyń, płynie czerwony sos chili – mawiała. – Nie ma mowy o przywilejach z racji związku ciała i krwi! Ciałem się zażeramy, kochani, a krew to nasz ulubiony trunek.

Gdy byłem jeszcze młody, malarz V. (jak Vasco) Miranda z Goa powiedział mi:

– Być latoroślą naszej demonicznej Aurory to prawie być współczesnym Lucyferem, słowo daję. Synem świetlistej jutrzenki.

Nasza rodzina przeniosła się wówczas do Bombaju i w legendarnym rajskim salonie Aurory Zogoiby takie teksty uchodziły za komplement; ten wspominam jednak jak proroctwo, bo nadszedł dzień, w którym rzeczywiście przepędzono mnie z bajecznego ogrodu i wtrącono do Królestwa Piekieł. (Nie miałem wyboru: skoro mnie przepędzono z tego, co było dla mnie naturalne, pozostało mi tylko przeciwieństwo, prawda? Czyli anaturalność, tak to nazwijmy – jedyna prawdziwa rzeczywistość w czasie spotworniałym i obróconym na lewą stronę. Jeśli nas zepchną poza krawędź Blasku, to próbujemy krzesać światło z Mroku, prawda? Otóż to. Moraes Zogoiby, wyzuty ze swej historii, stoczył się w swą opowieść. A może na odwrót).

Wszystkiemu winien pieprzny gulasz!

Prócz pieprzu wymienię jeszcze imbir, kardamon, cynamon, pistację, goździki, orzechy nerkowca; a oprócz przypraw i orzeszków są jeszcze ziarna kawy i wszechpotężne liście herbaciane. Ale fakt faktem, że – jak to ujęła Aurora – „na porządku był pieprz, a pieprz był porządkiem, tak jest, wiem, nie uczcie mnie, bo być na początku to właśnie jest porządek, prawda?”. Tak czy owak ogólne prawdy historyczne w szczególności odnoszą się do losów naszej rodziny. Pieprz – pożądliwie wypatrywane czarne złoto Malabaru – był pierwszym towarem, którym obracali moi nieprzyzwoicie bogaci przodkowie z Koczinu, najzamożniejsi kupcy handlujący korzeniami, orzechami, ziarnem i liśćmi i przez całe stulecia podtrzymujący przekonanie – bez oglądania się na brak dowodów – że są nieślubnymi potomkami samego Vasco da Gamy…

Dość tych tajemnic. Wywieszono. Przygwożdżono. Ja to zrobiłem.

2

Moja matka, Aurora da Gama, jako trzynastoletnia dziewczynka cierpiała przez pewien czas na bezsenność, a nękające ją napady sprawiały, że nocą wałęsała się boso po wielkim domu dziadków na wyspie Cabral. Nocne odyseje nieodmiennie wiązały się z otwieraniem na oścież wszystkich okien – najpierw wewnętrznych, których gęste siatki miały chronić dom przed maleńkimi komarami, potem okien o szybach oprawnych w ołów i wreszcie zewnętrznych drewnianych listewkowych okiennic. Na skutek tego sześćdziesięcioletnią matronę i monarchinię Epifanię – tak krótkowzroczną lub skąpą, że nie widziała dziur (drobnych, ale dziura jest dziurą), których z biegiem lat namnożyło się w sypialnianej moskitierze – budziło co rano swędzenie sinych i kościstych, pokąsanych ramion; zaraz potem rozlegał się jej przeraźliwy pisk na widok roju owadów nad tacą z herbatą i biszkoptami, którą stawiała pokojówka Tereza (ta, co tak szybko uciekła). Epifania wpadała w szał, drapała się, rzucała na wielkim jak kuter tekowym łożu o krągłych kształtach, rozlewając przy okazji herbatę na zdobioną koronkami bawełnianą pościel lub na białą muślinową koszulę nocną z wysoką kryzą, w której kryła się pomarszczona (niegdyś łabędzia) szyja. Zapalczywie grzmociła trzymaną w prawej ręce packą, a długie paznokcie lewej błądziły po plecach w poszukiwaniu kolejnych trudno dostępnych ukąszeń; zazwyczaj w tym momencie z głowy Epifanii da Gamy zsuwał się nocny czepek i odsłaniał poskręcane, zmierzwione siwe włosy, które (niestety!) już nie przesłaniały lśniącej, upstrzonej znamionami skóry. A kiedy podsłuchująca pod drzwiami mała Aurora nabierała przekonania, że odgłosy świadczące o furii znienawidzonej babki (przekleństwa, tłuczenie porcelany, chybione grzmotnięcia packą, wzgardliwe buczenie insektów) zmierzają do kulminacji, przywoływała na twarz najsłodszy z uśmiechów i z radosnym porannym pozdrowieniem na ustach stawała przed obliczem matrony, dobrze wiedząc, że obecność młodziutkiego świadka starczej bezradności doprowadzi matkę wszystkich da Gamów z Koczinu do szału. Epifania – klęcząc na zaplamionym prześcieradle, z rozwianym włosem, z uniesioną packą podobną do złamanej batuty i szukając ujścia dla furii – witała intruza demonicznym wyciem, godnym rakszasy lub celtyckich zjaw, przyprawiając w ten sposób młodziutką Aurorę o sekretną rozkosz.

 

– Och, dziecko, ależ mnie przeraziłaś, kiedyś mnie zabijesz, pewnego dnia przez ciebie pęknie mi serce.

Tak więc pomysł zamordowania babki podszepnęły Aurorze da Gamie usta ofiary. Same. Aurora zaczęła potem snuć plany; jednak na coraz bardziej makabrycznych rojeniach – w których nie brakowało jadu ani klifów nadmorskich – wciąż kładł się cień, a rzucały go zagadnienia praktyczne, mianowicie jak przechować kobrę, zanim się ją ulokuje w pościeli Epifanii, lub co począć, kiedy stara wiedźma stanowczo się sprzeciwi propozycji spaceru po jakimś, jak mawiała, „powyginanym” terenie. Aurora umiała wprawdzie zacisnąć dłoń na rękojeści solidnego, ostrego kuchennego noża, była też pewna, że starczy jej siły, żeby na przykład Epifanię udusić, ale akurat tych atrakcyjnych możliwości nie brała pod uwagę – ani myślała dać się złapać. Jawna napaść mogła się skończyć postawieniem nieprzyjemnych pytań. Skoro zatem nie udało się rozgryźć problemu zbrodni doskonałej, Aurora wciąż grała rolę doskonałej wnuczki, skrycie zaś snuła marzenia, jakoś nie dostrzegając w nich szczodrej miarki tego samego okrucieństwa, które cechowało Epifanię.

– Cierpliwość jest cnotą – przekonywała samą siebie. – Jeszcze się doczekam.

Na razie otwierała okna w wilgotne noce, a czasem wyrzucała niewielkie cenne ozdoby. Na falach przypływu, chlupotliwie omywających ściany domu na wyspie, kołysały się drewniane trąbonose posążki; natomiast kunsztownie rzeźbione kły słoniowe szły na dno laguny jak kamienie. W rodzinie przez kilka dni łamano sobie głowy nad biegiem wypadków. Synowie Epifanii da Gamy – stryj Aurory, Aires zwany Irish, oraz jej ojciec Camoens, zwany Przez-Nos-Camonsh – przekonywali się po przebudzeniu, że złośliwe nocne podmuchy skotłowały im w szafach bawełniane koszule, a z tacek przeznaczonych na sprawy do załatwienia postrącały firmowe papiery. Przeciągi miały aż tak zwinne palce, że porozwiązywały jutowe worki z próbkami – pełne dużych i małych nasion kardamonowych, curry czy orzechów nerkowca – stojące wzdłuż mrocznych korytarzy firmowego skrzydła jak na posterunku, na skutek czego po starej, zniszczonej podłodze z mieszanki wapna, węgla drzewnego, białek i innych zapomnianych składników walały się orzeszki pistacjowe i nasiona kozieradki, a zapach przypraw dobijał starą damę, którą z biegiem lat coraz dotkliwiej dręczyło uczulenie na owe podwaliny rodzinnych bogactw.

Przez okna uwolnione z siatek wpadały do środka brzęczące owady, uchylenie szyb oprawnych w ołów pozwalało hulać dokuczliwym przeciągom, a dzięki otwartym okiennicom trafiała do domu cała reszta: brud koczińskiego portu i wrzawa na kutrach, ryk syren frachtowców, posapywanie holowników, sprośne kawały rybaków; dygotanie żądeł parzących meduz wyciągniętych z wody, blask słońca jak cięcie ostrego noża, skwar, który dławi jak mokra szmata omotana wokół głowy, nawoływania handlarzy na łodziach, snujący się nad wodami Mattanćerri smutek bezżennych Żydów, lęk, który budzą szmuglerzy szmaragdów, machinacje współzawodniczących kupców, narastająca nerwowość Brytyjczyków z fortu Koczin, służba żądająca gotówki, personel i robotnicy rolni z Gór Korzennych, baśnie o wichrzycielskim komunizmie i partyjnych ważniakach z Indyjskiego Kongresu Narodowego, nazwiska Gandhi i Nehru, pogłoski o klęsce głodu na Wschodzie i głodowych strajkach na Północy, łoskot bębnów i śpiewy bajarzy, wreszcie ów ciężki odgłos wzbierających jak przypływ (a łamiących się na cherlawych falochronach wyspy Cabral) fal historii. Przy śniadaniu wuj Aires klął z godnością człowieka nawykłego do noszenia getrów i kapeluszy.

– Ach, ten kraj nizin społecznych, Chryste! Mało wam plugastw świata? Więc co za diabelski bąk, co za paskuda znów je tu wpuszcza? Czy to, na Jowisza, przyzwoita rezydencja, czy – wybaczcie francuszczyznę – sracz na bazarze?

Tego ranka Aurora zrozumiała, że posunęła się za daleko, bo Camoens, ukochany tato – maleńki człowieczek z kozią bródką, w wypuszczonej bawełnianej koszuli z kieszonkami, już wówczas niższy o głowę od córki, która wyrosła jak tyczka – zabrał ją na dół na maleńkie molo, gdzie w najwyższym podnieceniu, konspiracyjnie sycząc, a w gestykulacji bez mała posuwając się do fikania kozłów (jego sylwetka na tle nieopisanie pięknej laguny i widocznej na niej kupieckiej krzątaniny wydawała się zjawiskiem baśniowym; przypominał kobolda tańczącego na leśnej polanie czy może dobrotliwego dżinna, który umknął z lampy), podzielił się wielką i rozdzierającą serce nowiną. Camoens – obdarzony marzycielską naturą, imieniem nadanym na cześć poety, lecz nieobdarzony talentem – nieśmiało zasugerował możliwość nawiedzenia domu przez ducha.

– Nie wykluczam – wyjawił osłupiałej córce – że powróciła do nas twoja kochana mama. Wiesz, jak lubiła świeży wietrzyk, jak wojowała z babcią o odrobinę powietrza, a teraz jakimś cudem otwierają się okna. Poza tym, córeczko, zastanów się, co przepada! Zauważyłaś? Tylko te rzeczy, których nie cierpiała! Słoniobogi Airesa, tak na nie mówiła. A właśnie przepadł stryjowski zbiorek Ganeśów. I rzeźby z kości słoniowej.

Epifania ma słoniowe uzębienie. Za wiele słoni obsiadło ten dom. Zmarła Belle da Gama niczego nie owijała w bawełnę.

– Jeżeli tej nocy będę czuwał, to może znów zobaczę kochaną twarz – tęsknie wyznał Camoens. – Co powiesz? Znak jasny jak słońce. Może poczekasz ze mną? Brak nam tej damy, twej mamy. Pyta tato: co ty na to?

– A ja nie wierzę w duchy! – krzyknęła zbita z tropu Aurora; zapłonęły jej policzki i pobiegła do domu, nie wyznawszy prawdy, że sama bywa duchem własnej matki, robi to co ona, mówi głosem zmarłej; bo nocne wędrówki dziecka były próbą zachowywania matki przy życiu, zgodą, by teraz matka zamieszkała ciało córki, były lgnięciem do śmierci i odrzuceniem jej, stanowczym opowiedzeniem się za miłością niewzruszoną, miłością aż za grób; w ten sposób Aurora została jutrzenką Belle, ciałem ducha; i dwie piękności stały się jednym.

(Wiele lat później Aurora własny dom nazwie „Elefanta”; co oznacza, że wątki słoni ani duchów nie znikną z naszej sagi, co to, to nie).


Belle nie żyła już od dwóch miesięcy. Aires nazwał ją Bella-Diabella (zawsze nadawał ludziom przezwiska, ujmując świat w prywatnie-uniwersalne a grubo ciosane ramy); chodziło o moją babkę, Isabellę Ximenę da Gamę, której nigdy nie poznałem. Wojnę z Epifanią toczyła od początku. Epifania w wieku czterdziestu pięciu lat owdowiała i natychmiast zaczęła grać rolę rodzinnej monarchini; od rana siadała w ulubionym zakątku podwórza, w cieniu, z podołkiem pełnym orzeszków pistacjowych, wachlowała się, rozgryzała z trzaskiem skorupy (ta demonstracja siły budziła respekt) i podśpiewywała świdrującym, wysokim głosem:

Frajer Shafto pożeglo-ował

Srebrną butlę odkorko-ował

Krak! Krak! – dopowiadały rozgryzane skorupy.

Wróci, żeby mnie pocho-ować

Mamincycek Shafto.

Wszyscy zawsze bali się Epifanii. Z wyjątkiem Belle. Ledwie tolerowana dziewiętnastoletnia panna młoda nazajutrz po wprowadzeniu się do domu palnęła:

– Cztery błędy w jednym wypracowaniu. Ani frajer, ani cycek, ani mamin, ani pochować. Jak na swój wiek pięknie śpiewasz miłosną piosenkę, ale słowa się nie zgadzają i wychodzi nonsens, prawda?

Epifania ani drgnęła.

– Camoens – powiedziała – zechciej przekazać żoneczce, niech stuli dziób. Bo się dziobowi przytrafi coś złego.

W następnych dniach wylał się z Epifanii niepohamowany potok szant, poprzekręcanych bez ładu i składu. Słowa „piętnastu chłopa dało się przyskrzynić” przyprawiły świeżo upieczoną synową o źle ukrywaną wesołość, a wtedy Epifania zmarszczyła brwi i zmieniła nutę: „hej raz, moja śliczna, posuwaj śmiało”, może doradzając w ten sposób Belle, by skupiła się na obowiązkach małżonki; potem dodała mocno metafizyczną połajankę: „mor-ralnie, mor-ralnie, mor-ralnie…” Krak! Krak! „…męża połowa to nie królowa”.

Ach, ci wojujący da Gamowie z Koczinu! Opowiadam legendy, jakie do mnie przywędrowały, wygładzone i ozdobione podczas licznych powtórzeń. Pełno tam starych duchów, zaprzeszłych widm, a ja snuję ich opowieści, w których ich samych nie może braknąć; są wszystkim, co zostawiam – i uwalniam. Oto historia naszych pojednań i rozdzierających serce rozstań, naszych wzlotów i upadków, naszych peregrynacji od portu w Koczinie po port w Bombaju, od Wybrzeża Malabarskiego po bombajskie Wzgórze Malabarskie. A ponieważ jest to pożegnanie, więc trzymajcie się, Mattanćerri, wszystkiego najlepszego, Marine Drive…

W każdym razie kiedy moja matka, Aurora da Gama, zjawiła się w tym spragnionym dziecka domostwie i wyrosła na wysoką, krnąbrną trzynastolatkę, linie już nakreślono.

Kiedy wnuczka skończyła dziesięć lat, Epifania nieżyczliwie orzekła:

– Jak na dziewczynę za wielka tyka. Niepokój w oku, bo diabeł w sercu. A tego, co ma z przodu, powinna się wstydzić. Za bardzo wystaje.

Belle gniewnie odpowiedziała:

– A o jakie to przykładne dziecko wystarał się twój kochany Aires? Wreszcie pojawia się tu coś młodego, co nosi nazwisko da Gama, żyje i bryka, więc ja bym się tak nie przejmowała, że z przodu jej sterczy. Jakoś nie widać, żeby szwagier Aires i szwagierka Sahara się popisali. Ani dziećmi, ani cyckami.

Żona Airesa miała na imię Carmen, lecz Belle, naśladując słabość swego szwagra do przezwisk, nadała jej imię pustyni, „bo jałowa jak piach, płaska i trudno wypatrzyć w niej miejsce, którym by się człowiek nasycił”.

Aires da Gama, mój wujeczny dziadek, usiłujący prostować brylantyną białe, grube i kędzierzawe włosy (od niepamiętnych czasów do właściwości rodzinnych należała przedwczesna siwizna; moja matka Aurora w wieku dwudziestu lat miała włosy wręcz śnieżne, wyobraźcie sobie tę mroźną gravitas, ów baśniowy czar, którego użyczały jej piękności miękkie lodowce spływające z głowy na ramiona!) – cóż to był za pozer! Pamiętam te małe, czarno-białe zdjęcia, dwa na dwa cale – puszyła się na nich pocieszna figura z monoklem, w sztywnym kołnierzyku i gabardynowym (pierwszorzędny materiał, fakt) garniturze z kamizelką. W ręce laseczka z główką z kości słoniowej (z ukrytym ostrzem, szepcze mi w ucho duch rodzinnych historii), w drugiej długa cygarniczka; nadmieniam z żalem, że nosił też kamasze. Gdyby dodać do tego jakiś wzrost i zakręcane wąsy, zobaczylibyśmy wypisz-wymaluj operetkowy szwarccharakter, lecz Aires – podobnie jak brat – był mężczyzną o skali kieszonkowej, a lekko lśniącą twarz golił, więc pozowanie na arcytrutnia raczej mogło budzić politowanie niż gniewne syki.

Z innej stronicy albumu wspomnień zezuje moja stryjeczna babka Sahara, owa zgięta w pałąk „kobieta bez oaz”: wielbłądzimi szczękami żuje betel i wydaje się garbata. Carmen da Gama była kuzynką Airesa – osieroconym dzieckiem siostry Epifanii, Blimundy, i drukarczyka nazwiskiem Lobo. Z rodzicami rozprawiła się epidemia malarii, skutkiem czego szanse Carmen na zamążpójście plasowały się znacznie poniżej zera i trwały w takim stanie, tęgo zamrożone, aż Aires zadziwił matkę, planując ślub. Przez cały tydzień Epifania nie mogła zasnąć, wydana na męki wahań, zmuszona wybierać między wymarzonym złowieniem grubej ryby dla Airesa a coraz bardziej palącą koniecznością wciśnięcia komuś Carmen, zanim będzie za późno. W końcu wiązane z synem nadzieje ustąpiły przed poczuciem obowiązku wobec zmarłej siostry.

Carmen nigdy nie wyglądała młodo, nie miała dzieci i śniła o wyzuciu ze spadku Camoensowej gałęzi rodziny, wszystko jedno prawem czy lewem; natomiast nigdy nikomu nie wspominała, że w noc poślubną mąż spóźnił się do sypialni, a tam nawet nie rzucił okiem na spłoszoną i chuderlawą oblubienicę, leżącą i dziewiczo rozdygotaną; rozebrał się powoli i metodycznie, a potem z tą samą pedanterią wsunął na nagie ciało (jakże w rozmiarze podobne do jej ciała) tę ślubną suknię, którą pokojówka zostawiła na manekinie jako symbol zespolenia małżeńskiego. A potem czmychnął przez drzwi prowadzące na dwór do latryny. Carmen, usłyszawszy gwizd niosący się po wodzie, odgarnęła zasłonę, a wówczas spadł na nią ciężar przyszłości, pod którym ugięły jej się barki, tworząc ów garb – w świetle księżyca zobaczyła łódź, a na niej biel własnej ślubnej sukni, uprowadzanej wraz z zawłaszczycielem przez młodego wioślarza; obaj odpływali na poszukiwanie tego, co właśnie przed nią pierzchło (i pomknęło ku tym nieodgadnionym istotom) – niebiańskiej błogości.

 

Tę historię sukniowej przygody Airesa, który porzucił mą cioteczną babkę Saharę na zimnych wydmach niezakrwawionej pościeli, poznałem mimo grobowego milczenia Carmen. W rodzinach pospolitych nie umie się na ogół zachować tajemnic. Natomiast w naszym klanie, dalekim od pospolitości, najgłębsze sekrety zawsze w końcu trafiały na ściany galerii, na malowidła… Wypada jednak zauważyć, że ów epizod mógł zostać zmyślony, mógł być łagodzącą wstrząsy bajeczką, którą rodzina puściła w obieg, żeby homoseksualizm Airesa wyglądał strawniej – bardziej romantycznie, po prostu piękniej? To prawda, że Aurorę było stać na namalowanie tej sceny – spocony, nagi tors wioślarza, a naprzeciw skromnie siedzący mężczyzna w sukni rozjaśnionej księżycową poświatą – lecz można się też sprzeczać i twierdzić, że na owym podwójnym portrecie fantazję okiełznano, mimo znanej ekstrawagancyjności malarki, że bezwstyd jest tu konwencjonalny; że owa historia, jak ją opowiedziano – i namalowano – skrywa pod ładną sukienką tajemne szaleństwo, retuszuje kutasa i dupę, krew i nasienie; skrywa ów pełen męstwa i determinacji lęk karzełkowatego dandysa zabiegającego o względy krzepkich koleżków, portowych szczurów, owo wzniosłe przerażenie doznawane w płatnych objęciach za węgłem, słodycz pieszczot sztauerów tchnących arakiem, o grubych łapskach, ową miłość wspaniale umięśnionych pośladków młodziutkich rikszarzy, ów smak niedożywionych ust łobuziaków z bazaru; można zarzucać, że obraz pomija drażniące i sporne okoliczności tej długiej, lecz żadną miarą wiernej amour fou, owego związku z facetem z łodzi poślubnej, którego Aires nazwał „książę Henryk Żeglarz”… że malowidło spycha za kulisy prawdę, wpierw wdzięcznie ją strojąc, a potem każąc jej spuścić wzrok.

Nie, drodzy państwo. Znaczenia tego obrazu podważyć się nie da. Cokolwiek mogłoby się jeszcze przytrafić temu trójkątowi – a trzeba tu wspomnieć o poźniejszej niezwykłej zażyłości między postarzałymi księciem Henrykiem i Carmen da Gamą – historia współużycia ślubnej sukni stanowi początek wszystkiego.

Nagość pod pożyczonym strojem ślubnym, twarz pana młodego pod panieńskim welonem – oto, co łączy me serce ze wspomnieniem tego dziwnego człowieka. Większość spraw z nim związanych mało mnie obchodzi; lecz w tym wizerunku pedalstwa, które w naszych stronach (i gdzie indziej) uchodzi za upadek, widzę odwagę Airesa, widzę – tak jest – władzę dostępowania chwały.

Moja matka, spadkobierczyni nieposkromionego języka swojej matki, rozmawiała kiedyś o życiu z niekochanym stryjem Airesem:

– Jeśli nie kutas wytycza kurs, mój drogi, to może wytycza go cierń w sercu.


Skoro już zstępujemy do korzeni, pochylamy się nad wątkiem tych wszystkich rodzinnych ułomności, przedwczesnych zgonów, spaczonych miłości, szaleńczych pasji, miękkich kręgosłupów, władzy, pieniędzy i jeszcze bardziej wątpliwych moralnie uwiedzeń przez tajemnice sztuki, to nie zapominajmy o tym, który wszystko zapoczątkował, pierwszy zdradził przyrodzony żywioł i przepadł w toni; nie zapominajmy o tym, którego topielcza śmierć okazała się wyciągnięciem bolca z osi lub usunięciem kamienia węgielnego i zainicjowała długi upadek rodziny zakończony moim; nie zapominajmy więc o zmarłym małżonku Epifanii, Franciscu da Gamie.

No właśnie, bo Epifania też kiedyś była panną młodą. Wywodziła się ze starego, lecz teraz znacznie przerzedzonego kupieckiego klanu Menezesów z Mangaloru. Kiedy podczas przypadkowego spotkania na kalikackim weselu udało jej się – wbrew wszelkim przesłankom – wyciągnąć na brzeg najgrubszą rybę, wzbudziło to ogromną zazdrość i zgorszyło liczne matki, rozczarowane, bo tak bogaty mężczyzna winien odwrócić się od pustych kont, tandetnej biżuterii i tanio szytej garderoby owego klanu drobnych, a teraz bankrutujących łowców złota. U progu stulecia Epifania przeniosła się na należącą do pradziadka Francisca odnogę wyspy Cabral, która była pierwszym z moich czterech utraconych, rajsko-infernalnych, powikłanych jak węże prywatnych kosmosów. (Drugim był salon mej matki na Wzgórzu Malabarskim w Bombaju, trzecim podniebny ogród ojca, a ostatnim – i w tej opowieści takim zostanie – dziwaczny fort Vasco Mirandy, jego „Mała Alhambra” w Benengeli w Hiszpanii). Na wyspie Epifania zastała wielką, starą rezydencję w tradycyjnym stylu, o stromych dachach krytych dachówką i urozmaiconych attykami, pełną dziedzińców z zielonymi sadzawkami i omszałymi fontannami, zachwycająco połączonych i udekorowanych bogato rzeźbionymi drewnianymi gankami, za którymi rozciągał się labirynt wysokich pokoi. Domostwo rozsiadło się w tropikalnej zieleni, istnym raju bogaczy, a Epifania uznała, że o to jej właśnie chodzi i zawsze chodziło, spędziwszy bowiem młodość względnie skromnie, zawsze wierzyła w swe uzdolnienia do życia wśród wspaniałości.

Tymczasem Francisco da Gama – w kilka lat później i po urodzeniu się dwóch synów – sprowadził kiedyś do domu pewnego niedorzecznie młodego i podejrzanie ujmującego Francuza, monsieur Charles’a Jeannereta, który to osobnik w dwudziestej wiośnie życia z upodobaniem udawał genialnego architekta. Epifania nawet nie zdążyła mrugnąć, a jej łatwowierny mąż już dał się omotać fanfaronowi i zlecił wzniesienie w jej cennych ogrodach nie jednego, lecz dwóch nowych budynków. Powstały dziwolągi, ale jakie! Pierwsze cudactwo było kanciaste, do tego stopnia spenetrowane przez ogród, że człowiek często nie wiedział, czy jeszcze znajduje się wewnątrz, czy już na zewnątrz, meble zaś nadawały się do szpitala lub na lekcję geometrii, bo kiedy człowiek na tym siadał, musiał się zawsze wyrżnąć o jakiś kant. Drugie kuriozum, kruchutki drewniano-papierowy domek z kart „w stylu japońskim” (jak zapewnił architekt przerażoną Epifanię), było pułapką obiecującą spalenie się żywcem; pokoje – w których należało nie siedzieć, lecz klęczeć, nocą zaś sypiać jak służba: na matach z kawałkiem drewna pod głową – pooddzielane były ruchomymi pergaminowymi zastawkami. Całkowity brak prywatności zachęcił Epifanię do następującej uwagi:

– W domu, w którym w łazience zamiast ścian jest papier toaletowy, przynajmniej jedno wiadomo: co tam komu w brzuchu gra.

Gorzej, bo kiedy już pokończono te domy wariatów, Epifania przekonała się wkrótce, że piękna rezydencja ustawicznie nuży jej męża; ni stąd, ni zowąd potrafił plasnąć dłonią o stolik i oznajmić podczas śniadania, że „przenoszą się na Wschód” lub „na Zachód”, a domownikom nie pozostawało nic poza posłusznym pakowaniem manatek i przeprowadzką do którejś z tych niedorzeczności zrodzonych we francuskiej mózgownicy. Natężenie protestów niczego nie zmieniało ani na jotę. A po paru tygodniach znów się przeprowadzali.

Zrozpaczona Epifania zorientowała się niebawem, że Francisco da Gama nie tylko nie umie usiedzieć na miejscu jak człowiek, lecz że jest także protektorem sztuki. Do Francuzikowych budowli ściągały indywidua z bardzo niskich sfer, żłopiące rum i whisky, żujące konopie indyjskie, szokująco poubierane i okupujące pawilony, skąd dobiegała jazgotliwa muzyka i odgłosy poetyckich maratonów, gdzie na każdym kroku można się było natknąć na nagie modelki, niedopałki marihuany, gromadki przesiadujących do rana karciarzy i na inne ślady całkowicie niestosownych zachowań. Zjawiali się artyści zagraniczni i zostawiali po sobie dziwaczne mobile wirujące w podmuchach bryzy, podobne do olbrzymich metalowych wieszaków; zostawiali podobizny diablic z parą oczu po jednej stronie twarzy albo gigantyczne płótna, które najwyraźniej były wynikiem jakiegoś tragicznego wypadku z udziałem farby – i te oto wszystkie szkaradzieństwa Epifania musiała rozwieszać na ścianach pokoi i dziedzińców ukochanego domostwa, patrzeć na nie dzień w dzień jak na coś przyzwoitego.

– Stracę wzrok przez te sztuki-oszuki – jadowicie poskarżyła się mężowi – przez tę szpetotę.

Franciscowi nie przeszkadzały jej jady.

– Dziś nie wystarcza stara sztuka – zapewnił żonę. – Stare pałace, zwyczaje ani bogowie. W naszych czasach, pełnych pytań, biegną przez świat ku pięknu nowe drogi.

Francisco od urodzenia stanowił materiał na bohatera, a dar stawiania pytań i snucia poszukiwań sprawiał, że domowe zacisze uwierało go jak Don Kichota. Przystojny jak diabli, a jeszcze bardziej cnotliwy, za młodu był eleganckim czwartym wybijającym drużyny krykietowej; leworęczny, składał się do wybić cholernie wolno. W college’u był na roku jednym z najbardziej błyskotliwych studentów fizyki, lecz po gruntownym namyśle, wcześnie osierocony, postanowił porzucić życie akademickie i zgodnie z nakazem obowiązku zająć się rodzinnymi interesami. Dorastał, chłonąc prastarą sztukę da Gamów: obracania przypraw i orzechów w złoto. Zapach pieniędzy wyczuwał w tchnieniu wiatru, pociągnąwszy nosem, mógł orzec, czy dany podmuch niesie zysk czy straty; lecz był też filantropem, fundował sierocińce, otwierał darmowe szpitale, budował szkoły w dziurach zabitych deskami, zakładał instytuty zwalczania chorób palm kokosowych, inicjował programy ochrony słoni w górach za rodzinnymi plantacjami i finansował konkurs, część dorocznego festiwalu kwiatów w święto Onam, polegający na wyszukaniu i uwieńczeniu najlepszych ludowych bajarzy regionu. Filantropijna beztroska doprowadzała Epifanię do łez.