Joseph Anton. AutobiografiaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Motto

Prolog. Pierwszy kruk

I. Faustowski pakt à rebours

II. „Rękopisy nie płoną”

III. Rok zerowy

IV. Pułapka tęsknoty za miłością

V. „Tak długo jestem w dołku, że już tego nie zauważam”.

VI. Dlaczego nie można sfotografować pampy

VII. Ciężarówka pełna gnoju

VIII. Panowie Rano i Popołudnie

IX. Jego millenarystyczne złudzenie

X. W hotelu Halcyon

Podziękowania

Salman Rushdie w Rebisie

Dla moich dzieci

Zafara i Milana

oraz dla ich matek

Clarissy i Elizabeth

i dla każdego,

kto pomógł

Gdyż chce Opatrzność, aby się dokonał

Czyn, dla którego przeszłość jest prologiem;

A to, co nadejść ma, spoczywa w twoim

I moim ręku.

William Shakespeare, Burza

(przekład Macieja Słomczyńskiego)

Prolog. Pierwszy kruk

Później, kiedy świat wokół niego eksplodował i na drabince przed szkołą zaczęły się gromadzić mordercze ptaszyska, złościł się na siebie, że zapomniał nazwiska reporterki BBC, która mu przekazała, że to koniec jego dotychczasowego życia i początek nowej, mroczniejszej egzystencji. Zadzwoniła na prywatny numer domowy, nie wyjaśniając, skąd go wzięła. „Co to za uczucie – spytała – dowiedzieć się, że został pan właśnie skazany na śmierć przez ajatollaha Chomejniego?” Był wtorek, słoneczny dzień w Londynie, lecz jej pytanie przysłoniło światło. „Nie jest przyjemne”, odpowiedział, nie wiedząc tak naprawdę, co mówi. A pomyślał sobie: Już nie żyję. Zastanawiał się, ile zostało mu dni, i doszedł do wniosku, że odpowiedzią jest prawdopodobnie liczba jednocyfrowa. Odłożył słuchawkę i zbiegł po schodach z pracowni na piętrze wąskiego szeregowca w Islington, gdzie mieszkał. Okna w salonie miały drewniane okiennice i w niedorzecznym odruchu pozamykał je i zaryglował. Potem zamknął na klucz drzwi wejściowe.

Był dzień świętego Walentego, ale ostatnio nie układało mu się z żoną, amerykańską pisarką Marianne Wiggins. Sześć dni wcześniej poinformowała go, że nie jest szczęśliwa w małżeństwie, że „nie czuje się dobrze w jego obecności”, chociaż pobrali się nieco ponad rok temu, zresztą on też już wiedział, że to był błąd. Teraz wpatrywała się w niego, gdy krążył niespokojnie po domu, zasuwając zasłony, sprawdzając zamki w oknach, z ciałem zelektryzowanym otrzymaną wiadomością, jak gdyby przepuszczono przezeń prąd, musiał więc jej wyjaśnić, co się stało. Zareagowała dobrze i zaczęli omawiać, co powinni teraz zrobić. Używała pierwszej osoby liczby mnogiej – my. Odważnie z jej strony.

Pod dom podjechał samochód przysłany przez CBS. Był umówiony, że przyjedzie do ich studia w Bowater House w Knightsbridge i wystąpi na żywo – poprzez łącze satelitarne – w porannym programie. „Muszę jechać – powiedział. – To program na żywo. Nie mogę tak po prostu się nie zjawić”. Tego samego przedpołudnia w cerkwi prawosławnej na Moscow Road w Bayswater odbywała się ceremonia żałobna poświęcona jego przyjacielowi, Bruce’owi Chatwinowi. Niecałe dwa lata wcześniej obchodził czterdzieste urodziny w Homer End, domu Bruce’a w Oxfordshire. Teraz Bruce już nie żył, zmarł na AIDS, a śmierć zapukała też do jego drzwi. „Co z ceremonią?” – spytała żona. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Otworzył frontowe drzwi, wyszedł na ulicę, wsiadł do samochodu i odjechał. Chociaż wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy, a więc nie czuł, że ta chwila jest szczególnie znacząca, miał wrócić do domu, w którym mieszkał od pięciu lat, dopiero trzy lata później, a wtedy nie był już jego właścicielem.

Dzieci w szkole w Bodega Bay w Kalifornii śpiewają smutną nonsensowną piosenkę. Włosy czesała, a raz do roku, ryke ti, ryke to, mo, mo, mo. Przed szkołą wieje zimny wiatr. Z nieba sfruwa czarny kruk i siada na drabince na placu zabaw. W dziecięcej piosence wersy się powtarzają. Zaczyna się, ale nie ma końca. Łza się kręciła w jej oku, ryke ti, ryke to, pompa-ty, nikety-nakety, retro-ty, ilobi-ilaby, mo, mo, mo. Na drabince są już cztery kruki, a potem nadlatuje piąty. W szkole dzieci wciąż śpiewają. Na drabince siedzą już setki kruków, a niebo wypełniają tysiące innych, są jak plaga egipska. Rozpoczęła się piosenka, która nie ma końca.

Gdy pierwszy kruk przysiada na drabince, wydaje się indywidualny, szczególny, jednostkowy. Nie trzeba wywodzić z jego obecności ogólnej teorii, szerszej perspektywy. Później, gdy zaczyna się dramat, łatwo jest ludziom dostrzec w tym pierwszym ptaku zwiastun przyszłych zdarzeń. Kiedy jednak ląduje na drabince, jest tylko jednym ptakiem.

W późniejszych latach ta scena będzie mu się śniła i zrozumie, że jego historia jest swoistym prologiem: opowieścią o chwili, gdy ląduje pierwszy czarny kruk. Na początku dotyczy tylko jego; jest indywidualna, szczególna, jednostkowa. Nikt nie ma ochoty wyciągać z niej wniosków. Minie kilkanaście lat, nim ta opowieść rozrośnie się, wypełni niebo jak archanioł Gabriel na horyzoncie, jak dwa samoloty wbijające się w wieżowce, jak plaga morderczych ptaków we wspaniałym filmie Alfreda Hitchcocka.

W studiu CBS był największym newsem dnia. Ludzie w redakcji na różnych monitorach wypowiadali już słowo, które wkrótce zawiśnie mu na szyi jak kamień młyński. Używali tego słowa, jakby było synonimem „wyroku śmierci”, on zaś chciał im pedantycznie tłumaczyć, że znaczy co innego. Od tego dnia jednak dla większości ludzi na świecie miało znaczyć właśnie to. Dla niego też.

Fatwa.

„Informuję dumnych wyznawców islamu na całym świecie, że autor książki Szatańskie wersety, która znieważa islam, Proroka i Koran, a także wszyscy zamieszani w jej publikację, świadomi jej treści, zostają skazani na śmierć. Wzywam wszystkich muzułmanów, żeby ich zgładzili, gdziekolwiek ich znajdą”. Ktoś podał mu wydruk tekstu, gdy prowadzono go do studia na wywiad. I znów jego dawne „ja” chciało się sprzeciwić, tym razem słowu „skazani”. Nie był to wyrok wydany przez sąd, który by uznawał lub któremu by podlegał, lecz dekret okrutnego starca na łożu śmierci. Ale wiedział też, że przyzwyczajenia jego dawnego „ja” nic już nie znaczą. Był teraz kimś nowym. Był człowiekiem w oku cyklonu, już nie Salmanem, którego znali przyjaciele, ale Rushdiem, autorem szatańskich wersetów. Powieść nosiła tytuł Szatańskie wersety. I teraz książka ta stała się dosłownie szatańskim dziełem, a on był ich szatańskim autorem, „Szatanem Rushdym”, rogatą istotą na transparentach demonstrantów na ulicach dalekiego miasta, wisielcem z wystającym czerwonym jęzorem na prymitywnych rysunkach, które nieśli. Powiesić szatana Rushdy’ego. Jak łatwo było wymazać przeszłość człowieka i skonstruować jego nową wersję, nieprzepartą wersję, z którą nie sposób walczyć.

Król Karol I nie uznawał wydanego na niego wyroku. Co nie powstrzymało Cromwella przed wykonaniem egzekucji.

On nie był królem. Był autorem książki.

Obserwował przyglądających mu się dziennikarzy i zastanawiał się, czy takie spojrzenia czują na sobie ci, których zabiera się na szubienicę, krzesło elektryczne lub gilotynę. Podszedł do niego jeden z korespondentów zagranicznych, który chciał go wesprzeć na duchu. Zapytał dziennikarza, co powinien myśleć o słowach Chomejniego. Czy powinien je potraktować poważnie? To tylko retoryczny gest czy autentyczna groźba?

– Och, niech się pan tak nie przejmuje – powiedział dziennikarz. – Chomejni skazuje prezydenta Stanów Zjednoczonych na śmierć w każdy piątek po południu.

Na wizji, gdy spytano go o reakcję na groźbę, rzekł: „Żałuję teraz, że nie napisałem bardziej krytycznej książki”. Był dumny, wtedy i potem, że wypowiedział te słowa. Mówił prawdę. Nie uważał, żeby jego książka była jakoś szczególnie krytyczna wobec islamu, ale, jak powiedział w amerykańskiej telewizji tamtego dnia, religii, której przywódca zachowuje się w ten sposób, przydałoby się kilka słów krytyki.

Gdy wywiad dobiegł końca, powiedziano mu, że telefonowała żona. Zadzwonił do domu.

 

– Nie wracaj tu – powiedziała. – Na chodniku czeka na ciebie dwustu dziennikarzy.

– Pojadę do agencji – postanowił. – Spakuj mnie i tam się spotkamy.

Jego agencja literacka, Wylie, Aitken & Stone, miała siedzibę w otynkowanym na biało budynku na Fernshaw Road w Chelsea. Na zewnątrz nie koczował żaden dziennikarz – najwyraźniej nie przypuszczano, że w taki dzień będzie chciał odwiedzić swego agenta – i kiedy wszedł do środka, w budynku dzwoniły wszystkie telefony, a każdy dotyczył jego. Gillon Aitken, jego brytyjski agent, spojrzał na niego zdumiony. Rozmawiał właśnie przez telefon z hindusko-brytyjskim parlamentarzystą z Leicester East, Keithem Vazem. Zakrył dłonią mikrofon i szepnął:

– Chcesz pogadać z tym gościem?

Vaz oświadczył w trakcie rozmowy, że to, co się stało, jest „oburzające, po prostu oburzające”, i obiecał mu „pełne wsparcie”. Kilka tygodni później był jednym z głównych mówców podczas demonstracji przeciwko Szatańskim wersetom z udziałem ponad trzech tysięcy muzułmanów i nazwał to wydarzenie „jednym z największych dni w historii islamu i Wielkiej Brytanii”.

Zauważył, że nie potrafi wybiegać myślami w przód, że nie ma pojęcia, jaki kształt powinno teraz przyjąć jego życie ani jak ma planować przyszłość. Potrafił skupić się tylko na tym, co czekało go w najbliższym czasie, a teraz czekała go uroczystość poświęcona Bruce’owi Chatwinowi.

– Mój drogi – zwrócił się do niego Gillon – naprawdę myślisz, że powinieneś tam iść?

Podjął już decyzję. Bruce był jego bliskim przyjacielem.

– Pieprzyć to – powiedział. – Idziemy.

Przybyła Marianne z lekkim obłędem w oczach, zdenerwowana tym, że gdy wyszła z domu przy St Peter’s Street 41, oblegli ją fotoreporterzy. Następnego dnia to spojrzenie znalazło się na pierwszych stronach wszystkich gazet w kraju. Jedna z nich nazwała je literami wysokimi na pięć centymetrów: OBLICZE STRACHU. Niewiele mówiła. On zresztą też. Wsiedli do samochodu, czarnego saaba, którym przejechał przez park do Bayswater. Zabrał się z nimi Gillon Aitken, ze swym zmartwionym wyrazem twarzy i flegmatycznym wysmukłym ciałem złożonym na tylnej kanapie.

Matka i najmłodsza siostra mieszkały w Karaczi. Co się z nimi stanie? Druga siostra, od dawna skłócona z rodziną, mieszkała w Berkeley w Kalifornii. Będzie tam bezpieczna? Najstarsza siostra, Sameen, najbliższa mu wiekiem, mieszkała z rodziną w północnym Londynie, w Wembley, niedaleko samego stadionu. Co należało zrobić, żeby ich chronić? Syn Zafar, mający ledwie dziewięć lat i osiem miesięcy, był z matką Clarissą w ich domu przy Burma Road 60, niedaleko Clissold Park, przy Green Lanes. W tym momencie dziesiąte urodziny Zafara wydawały się czymś bardzo, bardzo odległym. „Tato – spytał go kiedyś – dlaczego nie piszesz książek, które mógłbym przeczytać?” Pomyślał wtedy o St Judy’s Comet, kołysance Paula Simona napisanej dla synka. Głupio by wyglądał twój sławny tata, gdyby nie umiał ukołysać do snu piosenką. „Dobre pytanie – odparł. – Pozwól, że skończę książkę, nad którą teraz pracuję, a potem napiszę coś dla ciebie. Umowa stoi?” „Stoi”. Dokończył więc książkę, została wydana, a teraz być może nie będzie miał czasu napisać kolejnej. Obietnicy złożonej dziecku nie wolno złamać, pomyślał, a potem jego zmącony umysł dodał absurdalny aneks: ale czy śmierć autora jest dostatecznym usprawiedliwieniem?

Jego umysł był już pochłonięty śmiercią.

Pięć lat wcześniej podróżował z Bruce’em Chatwinem po środkowej Australii – w Alice Springs natknął się na graffiti: PODDAJ SIĘ, BIAŁY CZŁOWIEKU, TWOJE MIASTO OKRĄŻONE; z wielkim trudem wdrapał się na Ayers Rock, podczas gdy Bruce, który szczycił się tym, że niedawno dotarł do bazy wypadowej na Mount Everest, wysforował się do przodu, jak gdyby wbiegał na łagodny pagórek; słuchał miejscowych opowieści o „dziecku dingo” i zatrzymał się w budzie zwanej Inland Motel, gdzie rok wcześniej 36-letniemu kierowcy ciężarówki, Douglasowi Crabbe, odmówiono sprzedaży alkoholu, ponieważ był zbyt pijany, zaczął więc lżyć personel, a gdy go wyrzucono, wjechał do baru na pełnym gazie, zabijając pięć osób.

Crabbe składał właśnie zeznania w sądzie w Alice Springs, poszli więc go posłuchać. Kierowca był ubrany klasycznie, miał spuszczony wzrok i mówił cichym, spokojnym głosem. Utrzymywał, że nie jest człowiekiem, który byłby zdolny do czegoś takiego, a gdy zadano mu pytanie, skąd ta pewność, odpowiedział, że jeździł ciężarówkami od wielu lat i „dbał o nie jak o własne” (w tym momencie nastała cisza, w której niewypowiedzianym słowem mogło być „dzieci”), tak więc zniszczenie ciężarówki w ten sposób byłoby zupełnie nie w jego stylu. Członkowie ławy przysięgłych wyraźnie zesztywnieli, usłyszawszy te słowa, i było oczywiste, że przegrał sprawę. „Ale oczywiście – szepnął Bruce – mówi prawdę, szczerą prawdę”.

Dla tego mordercy ważniejsze były ciężarówki, nie ludzkie istnienie. Pięć lat później mogli się znaleźć ludzie chcący zamordować pisarza za jego bluźniercze słowa i wiara lub szczególna jej interpretacja była ciężarówką, którą kochali bardziej niż ludzkie życie. Nie było to jego pierwsze bluźnierstwo, przypomniał sobie. Wspinaczka na Ayers Rock z Bruce’em teraz byłaby zakazana. Góra, odzyskawszy pierwotną nazwę Uluru i zwrócona Aborygenom, stała się świętym terytorium niedostępnym dla wspinaczy.

Właśnie podczas lotu powrotnego z tamtej australijskiej wyprawy w 1984 roku zaczął rozumieć, jak napisać Szatańskie wersety.

Nabożeństwo żałobne w prawosławnej katedrze św. Zofii arcybiskupstwa Thyatyry i Wielkiej Brytanii, wybudowanej i bogato ozdobionej 110 lat wcześniej na wzór wielkiej bazyliki starego Bizancjum, odbyło się w całości w dźwięcznym i tajemniczym języku greckim. Rytuały były bizantyjsko misterne. Ple ple ple Bruce Chatwin, intonowali duchowni, ple ple Chatwin ple ple. Wstawali, siadali, klękali, wstawali i znowu siadali. Powietrze przesycone było wonią kadzidła. Pamiętał, jak w dzieciństwie ojciec zabierał go w Bombaju na modlitwy w dzień Id al-Fitr. Tam, w miejscu modłów, wszystko odbywało się po arabsku i trzeba było bez przerwy podnosić i opuszczać głowę do ziemi, wstawać z dłońmi wyciągniętymi przed siebie jak książka i mamrotać tajemnicze słowa w języku, którego nie znał. „Rób to co ja”, radził ojciec. Nie byli religijną rodziną i prawie nigdy nie brali udziału w takich uroczystościach. Nie nauczył się więc formułek ani nie poznał ich znaczenia. Te naśladowane, mechanicznie wyklepane modlitwy były całym jego doświadczeniem. I dlatego niezrozumiała ceremonia w soborze na Moscow Road wydawała mu się czymś znajomym. Siedział z Marianne obok Martina Amisa i jego żony, Antonii Phillips. „Martwimy się o ciebie”, powiedział Martin, obejmując go. „Ja też się o siebie martwię”, odpowiedział. Ple ple Chatwin ple ple Bruce ple. Powieściopisarz Paul Theroux siedział w ławce za nim. „Podejrzewam, że w przyszłym tygodniu spotkamy się tu z twojego powodu, Salman”, zażartował.

Kiedy przyjechał, na chodniku było paru fotoreporterów. Pisarze zwykle nie przyciągają chmary paparazzich. W trakcie uroczystości dziennikarze zaczęli jednak wchodzić do środka. Jedna niezrozumiała religia gościła bohatera wiadomości powstałej za sprawą niezrozumiale gwałtownego ataku innej religii. Jedną z najgorszych stron tego, co się wydarzyło – napisał później – było to, że niepojęte stało się pojęte, niewyobrażalne stało się wyobrażalne.

Uroczystość skończyła się i dziennikarze zaczęli się przepychać w jego kierunku. Gillon, Marianne i Martin próbowali im w tym przeszkodzić. Jeden z natarczywych szarych gości (szary garnitur, szare włosy, szara twarz, szary głos) przedarł się przez tłum, podetknął mu pod nos magnetofon i zaczął zadawać oczywiste pytania.

– Przepraszam – odpowiedział. – Przyszedłem tu na uroczystość żałobną na cześć mojego przyjaciela. Nie jest to stosowna okazja do udzielania wywiadów.

– Pan nie rozumie – odrzekł szary człowiek ze zdziwieniem. – Jestem z „Daily Telegraph”. Przysłano mnie tu specjalnie.

– Gillon, potrzebuję twojej pomocy – poprosił.

Gillon pochylił się do reportera ze swej niebotycznej wysokości i stanowczym tonem, ze swym najbardziej arystokratycznym akcentem rzucił:

Spierdalaj.

– Pan nie może się do mnie tak zwracać – zaprotestował wysłannik „Telegrapha”. – Ja kończyłem prywatną szkołę.

Po tym incydencie nie było już elementów humorystycznych. Gdy wyszedł na Moscow Road, dziennikarze roili się jak trutnie w pogoni za królową, a fotoreporterzy wspinali się jeden na drugiego, tworząc rozbłyskujące fleszami, chwiejne pagórki. Stał tam zdezorientowany, mrużąc oczy i chwilowo nie wiedząc, co robić.

Wydawało się, że nie ma ucieczki. Nie było możliwości przejścia do samochodu zaparkowanego sto metrów dalej bez świty aparatów fotograficznych, mikrofonów i dziennikarzy, którzy byli absolwentami różnych szkół i których przysłano specjalnie. Na ratunek przybył jego przyjaciel Alan Yentob, filmowiec i członek kierownictwa BBC. Poznał go osiem lat wcześniej, gdy Alan kręcił dla serialu dokumentalnego Arena odcinek o młodym pisarzu, który napisał właśnie dobrze przyjętą powieść Dzieci północy. Alan miał brata bliźniaka, ale ludzie często mawiali: „To Salman wygląda na twojego bliźniaka”. Obaj nie zgadzali się z tym poglądem, który się jednak utrzymywał. A teraz nadszedł czas, kiedy pomylenie go z Salmanem mogło się dlań źle skończyć.

Samochód Alana z BBC zatrzymał się przed soborem. „Wsiadaj”, rozkazał Alan i po chwili zostawili rozkrzyczanych dziennikarzy za sobą. Przez jakiś czas krążyli po Notting Hill, dopóki tłumek przed kościołem nie rozszedł się, i wtedy wrócili do zaparkowanego saaba.

Wsiadł do swojego auta z Marianne i nagle zostali sami. Ta cisza przytłoczyła ich oboje. Nie włączyli samochodowego radia, wiedząc, że wiadomości będą pełne nienawiści. „Dokąd pojedziemy?”, spytał, chociaż oboje znali odpowiedź. Marianne wynajęła niedawno małe mieszkanie w suterenie na południowo-zachodnim rogu Lonsdale Square w Islington, niedaleko domu na St Peter’s Street, pod pretekstem wykorzystywania go do pracy, a w rzeczywistości ze względu na rosnące napięcie między nimi. Zaledwie garstka osób wiedziała o istnieniu tego lokum. Teraz mogło dać im przestrzeń i czas na ocenę sytuacji i podjęcie decyzji. Jechali do Islington w ciszy. Wydawało się, że nie ma nic do powiedzenia.

Marianne była świetną pisarką i piękną kobietą, ale zaczął odkrywać w niej rzeczy, które mu się nie podobały.

Gdy wprowadziła się do niego, zostawiła wiadomość na automatycznej sekretarce jego przyjaciela Billa Buforda, redaktora „Granty”, z informacją o zmianie numeru. „Mój nowy numer może ci się wydać znajomy – oznajmiła i po niepokojącej w odczuciu Billa pauzie dodała: – Salman jest mój”. Poprosił ją, żeby za niego wyszła, w stanie silnego poruszenia po śmierci ojca w listopadzie 1987 roku, ale stosunki między nimi popsuły się bardzo szybko. Jego najbliżsi przyjaciele, Bill Buford, Gillon Aitken i jego amerykański partner Andrew Wylie, gujańska aktorka i pisarka Pauline Melville i jego siostra Sameen, osoba mu najbliższa, wszyscy zaczęli przyznawać się do tego, że jej nie lubią. Oczywiście tak zwykle zachowują się przyjaciele, gdy ludzie się ze sobą rozstają, uznał więc, że część tych wyznań należy zlekceważyć. Sam jednak przyłapał ją na kilku kłamstwach, które nim wstrząsnęły. Co naprawdę o nim myślała? Często się złościła i mówiąc coś do niego, w dziwny sposób wpatrywała się w powietrze nad jego ramieniem, jak gdyby zwracała się do ducha. Zawsze cenił jej inteligencję i dowcip i to nie zniknęło, tak jak uroda – opadające fale kasztanowych włosów, szeroki, amerykański uśmiech pełnych warg. Stała się jednak dla niego zagadką i czasem miał wrażenie, że poślubił obcą osobę. Kobietę w masce.

Było wczesne popołudnie i tego dnia ich prywatne niesnaski wydawały się bez znaczenia. Tego dnia ulicami Teheranu maszerowały tłumy, niosąc jego wizerunek z wyłupionymi oczami, co upodabniało go do trupów z Ptaków z ciemnymi, zakrwawionymi, wydziobanymi oczodołami. To był temat dnia: jego mało zabawna walentynka od brodatych mężczyzn, zawoalowanych kobiet i groźnego starca umierającego w swoim pokoju, który podejmuje ostatnią próbę okrycia się mroczną, morderczą chwałą. Po dojściu do władzy imam zamordował wielu, którzy mu pomogli, i tych wszystkich, którzy mu się narazili. Związkowców, feministki, socjalistów, komunistów, homoseksualistów, prostytutki, a także własnych współpracowników. W Szatańskich wersetach zamieścił portret takiego imama, imama, który zamienia się w potwora i gigantycznymi szczękami pożera własną rewolucję. Prawdziwy imam wplątał swój kraj w niepotrzebną wojnę z sąsiadem i zginęło pokolenie młodych ludzi, setki tysięcy istnień, nim starzec postanowił wstrzymać działania wojenne. Powiedział, że przyjęcie pokoju z Irakiem jest jak połknięcie trucizny, ale połknął ją. Później martwi wystąpili przeciwko imamowi i jego rewolucja straciła popularność. Musiał znaleźć sposób, żeby skupić wokół siebie wiernych, i znalazł go w formie książki i jej autora. Książka była dziełem szatana, autor był samym diabłem i to dawało mu wroga, którego potrzebował. Tenże autor w tymże mieszkaniu w suterenie w Islington przytulony do żony, z którą nie układało mu się najlepiej. Był diabłem potrzebnym umierającemu imamowi.

 

Teraz, gdy skończyły się lekcje, musiał się zobaczyć z Zafarem. Zadzwonił do Pauline Melville i poprosił ją, żeby dotrzymała Marianne towarzystwa, gdy pojedzie do syna. Na początku lat osiemdziesiątych mieszkali po sąsiedzku w Highbury Hill, była aktorką rasy mieszanej, o jasnym spojrzeniu, ekspresyjnych gestach, gorącym sercu, z mnóstwem historii w zanadrzu – o Gujanie, gdzie jeden z jej przodków poznał Evelyna Waugha i oprowadził go po okolicy, stając się, jak sądziła, pierwowzorem pana Todda z Garści prochu, szalonego starca, który schwytał w lasach deszczowych Tony’ego Lasta i wiecznie zmuszał go do czytania na głos Dickensa; o wydobyciu męża Angusa z Legii Cudzoziemskiej, gdy stanęła w bramie fortu i wydzierała się dopóty, dopóki go nie wypuścili; i o swojej roli matki Adriana Edmondsona w telewizyjnym serialu komediowym Wiecznie młodzi. Jeździła też po kraju z komediowymi monologami i wymyśliła męską postać, która „stała się tak niebezpieczna i przerażająca, że musiałam przestać ją grać”, opowiadała. Spisała kilka swych gujańskich opowieści i pokazała mu je. Były bardzo, bardzo dobre, a gdy je wydała pod tytułem Shape-Shifter, spotkały się z powszechnym uznaniem. Była twarda, bystra i lojalna, a on całkowicie jej ufał. Przybyła natychmiast bez dyskusji, chociaż miała tego dnia urodziny i mimo zastrzeżeń wobec Marianne. Poczuł ulgę, zostawiając Marianne w mieszkaniu przy Lonsdale Square, gdy odjeżdżał samotnie na Burma Road. Piękny słoneczny dzień, którego zachwycająca wietrzna jasność była niczym nagana dla niezbyt pięknych nowin, skończył się. W Londynie w lutym jest ciemno, gdy dzieci wracają ze szkoły. Kiedy dotarł do domu Clarissy i Zafara, policja już tam była.

– Jest pan wreszcie – powiedział jeden z funkcjonariuszy. – Zastanawialiśmy się, gdzie się pan podziewa.

– Co się dzieje, tato? – Jego syn spoglądał na niego z miną, która nigdy nie powinna gościć na twarzy dziewięciolatka.

– Mówiłam mu – wyjaśniła pogodnie Clarissa – że dopóki sprawa nie przycichnie, będziesz miał odpowiednią ochronę i wszystko będzie dobrze.

Potem przytuliła go tak, jak go nie przytulała od pięciu lat, odkąd rozpadło się ich małżeństwo. Była pierwszą kobietą, w której się zakochał. Poznali się 26 grudnia 1969 roku, pięć dni przed końcem lat sześćdziesiątych, gdy on miał dwadzieścia dwa lata, a ona dwadzieścia jeden. Clarissa Mary Luard. Miała długie nogi i zielone oczy, a tego dnia nosiła hippisowski kożuch i opaskę na rudawych, mocno kręconych włosach – roztaczała wokół siebie blask, który rozjaśniał wszystkim serca. Miała przyjaciół w świecie muzyki pop, którzy nazywali ją Happily (szczęśliwie przezwisko to przepadło wraz z afektowaną dekadą, która je spłodziła), miała też matkę, która za dużo piła, i ojca, który służył na wojnie jako pilot Pathfindera, przez co cierpiał na nerwicę frontową i gdy Clarissa miała piętnaście lat, zabił się, skacząc z dachu. Miała psa rasy beagle o imieniu Bauble, który sikał jej w łóżku.

Wiele jednak kryło się pod tą zewnętrzną promiennością; nie chciała, żeby ludzie widzieli w niej cienie, kiedy więc opanowywała ją melancholia, szła do swojego pokoju i zamykała drzwi. Może czuła wtedy w sobie smutek ojca i bała się, że też zepchnie ją z dachu, odcinała się więc od wszystkiego, czekając, aż minie. Nosiła imię tragicznej bohaterki Samuela Richardsona i studiowała między innymi w Harlow Tech. Clarissa z Harlow, dziwne echo Clarissy Harlowe, kolejne samobójstwo w jej kręgu, tym razem fikcyjne; kolejne echo, którego należy się obawiać i które trzeba wymazać promiennym uśmiechem. Jej matka, Lavinia Luard, też nosiła żenujące przezwisko, Lavvy-Loo, i rodzinną tragedię topiła w szklance ginu, żeby móc odgrywać rolę wesołej wdówki z mężczyznami, którzy ją wykorzystywali. Na początku był żonaty eksgwardzista, niejaki pułkownik Ken Sweeting, który przybył z wyspy Man, żeby z nią romansować, nigdy jednak nie odszedł od żony i nie miał takiego zamiaru. Później, gdy wyemigrowała do miasta Mijas w Andaluzji, przetoczył się cały korowód europejskich utracjuszy gotowych żyć na jej koszt i trwonić jej pieniądze. Lavinia mocno opierała się postanowieniu córki, żeby najpierw zamieszkać z dziwnym długowłosym indyjskim pisarzem, którego pochodzenie było jej nieznane i który najwyraźniej nie miał dużo pieniędzy, a potem za niego wyjść. Przyjaźniła się z rodziną Leworthych z Westerham w hrabstwie Kent i planowano, że z jej piękną córką ożeni się syn Leworthych, Richard, blady, kościsty chłopak z białymi po warholowsku włosami. Clarissa i Richard spotykali się, ale zaczęła też po kryjomu widywać się z długowłosym pisarzem indyjskim, i choć podjęcie decyzji zajęło jej dwa lata, pewnego wieczoru w styczniu 1972, gdy wyprawił parapetówkę w wynajętym niedawno mieszkaniu w Cambridge Garden, na Ladbroke Grove, przyszła zdecydowana i potem już byli nierozłączni. To zawsze kobiety dokonują wyboru, a mężczyźni mogą się tylko cieszyć, jeśli dopisuje im szczęście i wybór pada na nich.

Wszystkie lata pożądania, miłości, małżeństwa, rodzicielstwa, niewierności (głównie jego), rozwodu i przyjaźni zawarły się w tym uścisku owego dnia. Najnowsze wydarzenia zalały i zmyły ból między nimi, a pod bólem znajdowało się coś starego i głębokiego, co nie uległo zniszczeniu. No i oczywiście byli rodzicami tego pięknego chłopca, a jako rodzice zawsze byli jednomyślni i zgodni. Zafar urodził się w czerwcu 1979, gdy prace nad Dziećmi północy dobiegały już końca. „Zaciskaj uda – prosił. – Piszę najszybciej, jak się da”. Pewnego popołudnia wydawało się, że zaczyna się poród, i pomyślał wtedy: Dziecko urodzi się o północy, ale był to fałszywy alarm. Syn przyszedł na świat w niedzielę 17 czerwca o godzinie 14.15. Wspomniał o tym w dedykacji powieści. Zafarowi Rushdiemu, który wbrew wszelkim przewidywaniom urodził się po południu. I który teraz miał dziewięć i pół roku i pytał pełen niepokoju: Co się dzieje?

– Musimy wiedzieć – mówił funkcjonariusz policji – jakie ma pan najbliższe plany.

Zastanowił się, nim odpowiedział.

– Pewnie wrócę do domu – oświadczył w końcu i usztywnienie umundurowanych policjantów potwierdziło jego podejrzenia.

– Nie, tego bym panu nie radził.

Wtedy powiedział im – a przewidywał od początku, że to zrobi – o mieszkaniu na Lonsdale Square, gdzie czekała na niego Marianne.

– Niewiele osób wie, że bywa pan w tym miejscu?

Tak, panie oficerze, niewiele.

– Świetnie. W każdym razie gdy pan tam dzisiaj dotrze, proszę już nigdzie nie wychodzić, jeśli to możliwe. Toczą się właśnie rozmowy i jutro zostanie pan powiadomiony o ich wyniku, jak najwcześniej. Do tego czasu powinien pan zostać w domu.

Porozmawiał z synem, przytulił go mocno i w tym momencie zdecydował, że wyjawi chłopcu jak najwięcej, nadając zdarzeniom najbardziej pozytywny odcień; że pomoże uporać się Zafarowi z sytuacją, pozwalając mu spojrzeć na sprawy od środka, przekazując mu wersję ojcowską, której może ufać i której może się trzymać, gdy będzie bombardowany innymi wersjami na szkolnym boisku lub w telewizji. W szkole zachowali się wspaniale, relacjonowała Clarissa, nie wpuszczono fotoreporterów i ekipy telewizyjnej, która chciała sfilmować syna „skazanego”, postawa chłopców też była wspaniała. Bez dyskusji zwarli szyki wokół Zafara i pozwolili mu przeżyć normalny lub prawie normalny dzień w szkole. Niemal wszyscy rodzice okazali wsparcie, a ci nieliczni, którzy zażądali usunięcia Zafara ze szkoły, ponieważ jego obecność stwarzała zagrożenie dla dzieci, zostali zbesztani przez dyrektora i wstydliwie się wycofali. Pokrzepiające było widzieć tego dnia odwagę, solidarność i pryncypialność, najlepsze ludzkie cechy wystawione przeciwko przemocy i bigoterii – ciemnej stronie ludzkości – w czasie, gdy tak trudno było odeprzeć rosnącą falę mroku. Coś, co wcześniej było nie do pomyślenia, tego dnia stawało się do pomyślenia. Ale w Hampstead, w Hall School, wyczuwało się już opór.

– Zobaczymy się jutro, tato?

Pokręcił głową.

– Ale zadzwonię do ciebie – obiecał. – Będę do ciebie dzwonił codziennie o dziewiętnastej. Jeśli was nie będzie w domu – zwrócił się do Clarissy – zostaw mi, proszę, wiadomość na sekretarce z informacją, kiedy mam zadzwonić.

To był początek 1989 roku. Takie określenia jak pecet, laptop, komórka, Internet, Wi-Fi, sms, e-mail były albo nieznane, albo zupełnie nowe. Nie miał komputera ani telefonu komórkowego. Miał natomiast dom, nawet jeśli nie mógł w nim przenocować, a w domu miał automatyczną sekretarkę, mógł więc zadzwonić i ją odsłuchać – nowe użycie starego słowa – i odebrać, nie, odtworzyć wiadomości.