FuriaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Padmy

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Profesor Malik Solanka, emerytowany historyk idei i impulsywny lalkarz, który od niedawnych pięćdziesiątych piątych urodzin żył w celibacie i samotności z własnego (częstokroć krytykowanego) wyboru, w swych srebrnowłosych latach odkrył, że żyje w złotym wieku. Za jego oknem długie, parne lato, pierwsza upalna pora roku trzeciego tysiąclecia, skwierczało i ociekało potem. Miasto kipiało od pieniędzy. Czynsze i ceny nieruchomości nigdy nie były wyższe, a w przemyśle odzieżowym powszechnie uważano, że moda nigdy nie była tak modna. Z każdą godziną otwierano nowe restauracje. Sklepy, salony i galerie z ledwością zaspokajały szalony popyt na coraz bardziej wyszukane towary: limitowane serie oliwy, korkociągi po trzysta dolarów za sztukę, produkowane na zamówienie terenówki, najnowsze programy antywirusowe, usługi towarzyskie ludzi-gum i bliźniąt, instalacje wideo, sztukę spoza głównego nurtu, leciutkie jak piórko szale z bródek ginącego gatunku górskich kozic. Tyle osób remontowało mieszkania, że najwyższej jakości armatura i osprzęt stały się towarem deficytowym. Powstawały listy oczekujących na wanny, klamki, importowane drewno, stylizowane kominki, bidety, marmurowe płyty. Pomimo ostatnich spadków wartości indeksu Nasdaq i cen akcji Amazon nowa technologia trzymała giełdę za uszy: wciąż mówiło się o wprowadzaniu nowych produktów, ofertach publicznych, interaktywności, niewyobrażalnej przyszłości, która właśnie zaczynała się zaczynać. Przyszłość była kasynem, wszyscy obstawiali i wszyscy spodziewali się wygranej.

Na ulicy profesora Solanki, na różanych werandach przed domami, przesiadywała dobrze sytuowana biała młodzież w workowatych ciuchach, stylowo symulując ubóstwo w oczekiwaniu na miliardy, które z pewnością miały wkrótce na nią spłynąć. Seksualnie wstrzemięźliwy, ale wciąż błądzący wzrok Solanki szczególnie przykuła wysoka, zielonooka dziewczyna o skośnych, środkowoeuropejskich kościach policzkowych. Sterczące jasnoblond włosy wystawały jej jak klaunowi spod czarnej baseballówki z napisem D’Angelo Voodoo, usta miała pełne, sardoniczne, i zachichotała arogancko za podniesioną dla pozoru dłonią, gdy staromodny, dandysowaty, drobny, wywijający laseczką Solly Solanka w słomkowej panamie i kremowym lnianym garniturze wychodził na popołudniowy spacer. Solly: przydomek z czasów uniwersyteckich, za którym nigdy nie przepadał, ale nie udało mu się całkowicie z nim zerwać.

„Hej, proszę pana? Proszę pana, przepraszam?” Blondynka wołała do niego władczym tonem, który domagał się odpowiedzi. Jej satrapowie zrobili się czujni niczym straż pretoriańska. Łamała zasadę życia w wielkim mieście, łamała ją bezpardonowo, przekonana o swej sile, pewna swego terenu i wsparcia kompanów, nie bojąc się niczego. Tupet ładnej dziewczyny; nic wielkiego. Profesor Solanka zatrzymał się i zwrócił twarz ku zblazowanej bogini przedsionka, która przystąpiła do irytującego przesłuchania. „Dużo pan spaceruje. To znaczy jakieś pięć lub sześć razy dziennie gdzieś się pan wypuszcza. Siedzę tu i widzę, jak pan wychodzi, a potem wraca, ale nie ma pan psa, no i nie widuję pana z przyjaciółkami ani z zakupami. Pory też są dziwne, więc niemożliwe, żeby wychodził pan do pracy. No to zadaję sobie pytanie: Dlaczego on zawsze chodzi sam? W mieście grasuje jakiś gość, który kawałkiem betonu rozwala kobietom głowy, może pan słyszał, ale gdybym myślała, że jest pan szurnięty, nie zaczynałabym tej rozmowy. I ma pan brytyjski akcent, dzięki czemu staje się pan jeszcze bardziej interesujący, właśnie. Parę razy nawet pana śledziliśmy, ale nigdzie pan nie zachodził, tylko krążył bez celu. Miałam wrażenie, że czegoś pan szuka, i przyszło mi do głowy, że zapytam, co to takiego. Ot tak, po przyjacielsku, po sąsiedzku. Jest pan jakby zagadką. Przynajmniej dla mnie”.

Porwała go nagła złość. „Czego szukam? – warknął. – Świętego spokoju”. Głos drżał mu z wściekłości zbyt wielkiej, by mogła ją usprawiedliwić zaczepka dziewczyny, wściekłości, która szokowała go za każdym razem, gdy przewalała się jak powódź przez jego układ nerwowy. Na dźwięk tej eksplozji młoda kobieta wzdrygnęła się i wycofała w milczenie.

„O, kurde – rzekł największy, najbardziej opiekuńczy spośród pretorianów, tleniony centurion i bez wątpienia jej kochanek – jak na apostoła pokoju piekli się pan jak diabli”.

Przypominała mu kogoś, ale nie pamiętał kogo, i to drobne zaburzenie pamięci, ta chwila starczej amnezji dręczyła go niemiłosiernie. Na szczęście nie było już ani jej, ani nikogo, kiedy wrócił z karaibskiej parady w wilgotnym kapeluszu, cały przemoczony, gdyż znienacka zaskoczył go szkwał zacinającego, gorącego deszczu. Gdy w strumieniach ulewy profesor Solanka mijał pędem synagogę Congregation Shearith Israel na Central Park West (biały budynek-wieloryb z trójkątnym frontonem wspartym na czterech, tak, czterech potężnych korynckich kolumnach), przypomniał sobie trzynastoletnią dziewczynkę świeżo po bat micwie, którą zauważył w bocznych drzwiach, gdy czekała z nożem w ręku na pobłogosławienie chleba. W żadnej religii nie ma zwyczaju liczenia błogosławieństw, dumał profesor Solanka: przynajmniej anglikanie mogliby wymyślić coś takiego. Twarz dziewczynki promieniała w otaczającym ją mroku, a jej młode, pulchne rysy wyrażały całkowitą pewność, że spełniła wszelkie oczekiwania. Tak, błogosławione chwile, jeśli było się skłonnym do używania słów takich jak „błogosławione”; a sceptyk Solanka nie był.

Na pobliskiej Amsterdam Avenue odbywał się letni uliczny festiwal, targ pod gołym niebem, gdzie pomimo deszczu ruch był spory. Profesor Solanka podejrzewał, że w wielu zakątkach świata przecenione towary zebrane na tych straganach wypełniłyby półki i witryny najbardziej ekskluzywnych małych butików i eleganckich domów towarowych. W całych Indiach, Chinach, Afryce i większej części południowego kontynentu amerykańskiego ci, którzy mieli dość czasu i pieniędzy na modę – lub prościej, w biedniejszych strefach geograficznych, na zwyczajne kupowanie rzeczy – zabiliby za uliczny asortyment Manhattanu, jak również za odrzucone ubrania i akcesoria przepełniające sklepy z używaną odzieżą, niechcianą porcelanę i wyroby znanych marek sprzedawane z wysokim rabatem w dyskontach. Ameryka znieważa resztę planety, uważał Malik Solanka na swój staroświecki sposób, zbywając taką obfitość obojętnym wzruszeniem ramion niezasłużenie bogatych. Ale Nowy Jork w tym okresie dobrobytu stał się obiektem i celem pragnień i żądz świata, owa „zniewaga” zaś tylko podsycała głód reszty planety. Po Central Park West w jedną i drugą stronę sunęły zaprzężone w konie powozy. Dzwonki na uprzężach dźwięczały jak monety w ręku.

Kinowy hit sezonu ukazywał dekadencję starożytnego Rzymu za czasów cezara Joaquina Phoenixa, w którym honor i godność, nie wspominając o krwawych akcjach i atrakcjach, można było znaleźć tylko w komputerowo wygenerowanej iluzji wielkiej areny gladiatorów, Amfiteatru Flawiuszów lub Koloseum. W Nowym Jorku prócz chleba również były igrzyska: musical o milusich lwach, wyścig rowerowy na Piątej, Springsteen w Madison Square Garden z pieśnią o czterdziestu jeden policyjnych strzałach, które zabiły niewinnego Amadou Diallo, groźba zbojkotowania koncertu Bossa przez związek zawodowy policjantów, Hillary kontra Rudy, pogrzeb kardynała, film o milusich dinozaurach, przejazdy dwóch w dużej mierze wymienialnych i z pewnością mało milusich kandydatów na urząd prezydenta (Gush, Bore), Hillary kontra Rick, burze z piorunami, które zaatakowały koncert Springsteena i Stadion Shea, intronizacja kardynała, film animowany o milusich brytyjskich kurczakach, a nawet festiwal literacki; do tego seria „rozbuchanych” parad na cześć wielu etnicznych, narodowych i seksualnych mniejszości miasta, które (czasem) kończyły się użyciem noży i napaściami (zwykle) na kobiety. Profesor Solanka, który uważał się za egalitarystę z natury i urodzonego mieszczucha głoszącego hasło: „Wieś dla krów”, w dni organizowanych parad spacerował spocony w tłumie innych nowojorczyków. Jednej niedzieli ocierał się o szczuplutkich uczestników gejowskiej demonstracji, a w następny weekend roztańczył się przy tłustej portorykańskiej dziewczynie z narodową flagą w miejsce stanika. Nie odczuwał obcej ingerencji w tej ludzkiej masie; wręcz przeciwnie. W tłumie znajdował zadowalającą anonimowość, nieobecność ingerencji. Nikogo tutaj nie interesowały jego tajemnice. Wszyscy przyszli tu po to, żeby się zatracić. Na tym polegała niewypowiedziana magia mas, a w ostatnich dniach zatracanie siebie było właściwie jedynym celem w życiu profesora Solanki. Tego konkretnego deszczowego weekendu w powietrzu rozbrzmiewały rytmy calypso, i to nie stare standardy Harry’ego Belafonte z czułych, o czym myślał z niejakim poczuciem winy, wspomnień Solanki („ A teraz co się jego tyczy / / nie związuj osiołka, o nie / bo skoczy i zaryczy / nie związuj osiołka, o nie!”), ale prawdziwa, satyryczna muzyka jamajskich trubadurów-polemistów, Banana Bird, Cool Runnings, Yellowbelly, na żywo w Bryant Park i z głośników zainstalowanych na Broadwayu.

Kiedy jednak profesor Solanka wrócił z parady, dopadła go melancholia, zwykły sekretny smutek, który przerzucał na sferę publiczną. Coś było nie tak ze światem. Pożegnawszy się z optymistyczną filozofią pokoju i miłości lat młodzieńczych, nie wiedział już, jak ma się przekonać do coraz bardziej sztucznej (nie znosił w tym kontekście używać świetnego w innych sytuacjach słowa: „wirtualny”) rzeczywistości. Kwestie dotyczące władzy nie dawały mu spokoju. Podczas gdy przegrzana populacja miasta objadała się różnymi odmianami lotosu, kto wie, czego dopuszczali się władcy miasta – nie Giuliani i Safirowie, którzy tak pogardliwie reagowali na skargi napastowanych kobiet, dopóki w wieczornych wiadomościach nie pojawiły się amatorskie filmy wideo z nagranymi incydentami, nie te prymitywne pacynki, ale ci z wysoka, którzy zawsze tam byli, wiecznie karmiąc swe nienasycone żądze, wypatrując nowości, pożerając piękno i zawsze, zawsze chcąc więcej. Nigdy niespotykani, ale wiecznie obecni królowie świata – bezbożny Malik Solanka wolał nie przypisywać tym ludzkim widmom daru wszechobecności – drażliwi, groźni cezarowie, jak powiedziałby jego przyjaciel Rhinehart, zimni i bezduszni Bolingbroke’owie, trybunowie z rękami w pacynkach burmistrza i szefa policji, dzisiejszych Coriolanusów… Profesor Solanka zadrżał lekko pod wpływem tego ostatniego pomysłu. Znał siebie na tyle, że zdawał sobie sprawę z szerokiej, szkarłatnej rysy wulgarności w swoim charakterze; mimo to prymitywne skojarzenie z łacińskim „anus”, odbyt, zaszokowało go, gdy o nim pomyślał.

 

Władcy marionetek sprawiają, że wszyscy skaczemy i ryczymy, denerwował się Malik Solanka. Kiedy marionetki tańczą, kto pociąga za sznurki?

Gdy przechodził przez drzwi wejściowe ze skapującymi wciąż z ronda kapelusza kroplami deszczu, dzwonił telefon. Poderwawszy bezprzewodową słuchawkę z aparatu w przedpokoju, rzucił niecierpliwie: „O co chodzi, słucham?”. Głos żony dotarł do jego ucha przez kabel na dnie Atlantyku, a może teraz, kiedy wszystko się zmieniało, przez satelitę wysoko nad oceanem, nie był pewien. Teraz, kiedy po erze pulsu następowała era tonu. Kiedy po epoce analogowej (co dotyczyło też bogactwa językowego, analogii) następowała epoka cyfrowa, dokonywało się ostateczne zwycięstwo liczb nad literami. Zawsze uwielbiał jej głos. Przed piętnastoma laty w Londynie zatelefonował do Morgena Franza, zaprzyjaźnionego wydawcy, którego przypadkiem nie było przy biurku, a hałasujące urządzenie odebrała przechodząca akurat obok Eleanor Masters; nie znali się, ale rozmawiali przez godzinę. Tydzień później umówili się u niej na kolację i żadne z nich nie wspominało o niestosowności wyboru tak intymnego miejsca na pierwszą randkę. Potem nastąpiło piętnaście lat bycia razem. Zatem zakochał się najpierw w jej głosie, a potem w całej reszcie. Zawsze była to ich ulubiona anegdota; teraz, oczywiście, gdy zmagali się z brutalnymi następstwami tej miłości, gdy pamięć utożsamiła się z bólem i pozostały im jedynie głosy w słuchawce – stała się jedną z najsmutniejszych. Profesor Solanka słuchał głosu Eleanor i z pewnym niesmakiem wyobrażał sobie, jak jest dzielony na małe cząstki digitalizowanych informacji, jak jej niski, uroczy głos jest najpierw wchłaniany, a potem zwracany przez wielki komputer zlokalizowany prawdopodobnie gdzieś w Hajderabadzie na Wyżynie Dekańskiej. Jaki jest cyfrowy odpowiednik pojęcia „uroczy”, zastanawiał się. Które cyfry kodują piękno, które palce-liczby otaczają, transformują, transmitują, dekodują i jakoś, pośród tego wszystkiego, nie zatracają, nie tłamszą jego duszy? Nie dzięki technice, ale pomimo niej, piękno – ten duch, ten skarb – przenika nietknięte przez nowe maszyny.

„Malik. Solly”. (To, żeby go zirytować). „Nie słuchasz. Znowu odleciałeś gdzieś myślami i nawet nie zarejestrowałeś suchego faktu, że twój syn zachorował. Że muszę budzić się co rano i wysłuchiwać jego pytań… nieznośnych pytań… dlaczego taty nie ma w domu. Nie wspominając już o najbardziej suchym z faktów, mianowicie, że bez krztyny powodu, bez strzępu wiarygodnego wyjaśnienia zostawiłeś nas, uciekłeś za ocean i zdradziłeś wszystkich, którzy najbardziej cię potrzebują i kochają, którzy, niech cię diabli, mimo wszystko wciąż cię kochają”. Chłopiec nabawił się tylko kaszlu, nic, co zagrażałoby jego życiu, ale miała rację; profesor Solanka zamknął się w swojej skorupie. Przed tą drobną telefoniczną sprawą, jak i szerszą kwestią ich niegdyś wspólnego, a teraz oddzielnego życia, małżeństwa uważanego kiedyś za nierozerwalne – najlepszego związku, z jakim zetknęli się ich wszyscy znajomi; a także przed sprawą wspólnej opieki nad Asmanem Solanką, obecnie nieprawdopodobnie ślicznym i łagodnym trzylatkiem, cudownie jasnowłosym owocem miłości ciemnowłosych rodziców, któremu nadali tak niebiańskie imię (Asman, rzecz., m, niebo, też przen. raj), ponieważ był jedynym niebem, w które oboje mogli szczerze i bez oporów uwierzyć.

Profesor Solanka przeprosił żonę za roztargnienie, a wtedy rozpłakała się i te głośne, przenikliwe dźwięki ściskały go za serce, gdyż w żadnym wypadku nie był człowiekiem okrutnym. W milczeniu czekał, aż Eleanor się opanuje. Kiedy to się stało, przemówił najbardziej oficjalnym tonem, na jaki mógł się zdobyć, odmawiając sobie – odmawiając jej – najmniejszej odrobiny emocji. „Przyznaję, że to, co zrobiłem, musi wydawać ci się niewytłumaczalne. Przypominam sobie jednak to, czego sama mnie nauczyłaś o znaczeniu rzeczy niewytłumaczalnych – w tym momencie odwiesiła słuchawkę, ale i tak dokończył zdanie – u, mmm, Szekspira”. Ta nieusłyszana konkluzja przywołała wspomnienie jego żony nagiej, Eleanor Masters przed piętnastoma laty w pełnej długowłosej, dwudziestopięcioletniej krasie, gdy leżała bez ubrania z głową na jego kolanach i oprawionym w niebieską skórę sfatygowanym wydaniem Dzieł wszystkich spoczywającym przodem do dołu na jej futerku. Taki był nieprzyzwoity, acz rozkosznie szybki finał tamtej pierwszej kolacji. Przyniósł wino, trzy butelki drogiego Tignanello Antinori (trzy! Dowód braku umiaru uwodziciela), ona zaś upiekła dla niego jagnięcy udziec i podała doń sałatkę ze świeżych kwiatów, by towarzyszyła przyprawionemu kminkiem mięsiwu. Miała na sobie małą czarną, poruszała się zwiewnie i boso po mieszkaniu urządzonym pod dużym wpływem wzornictwa i sztuki artystów z Grupy Bloomsbury, pochwaliła się też papugą w klatce, która naśladowała jej śmiech: potężny śmiech jak na tak delikatną kobietę. Po raz pierwszy i ostatni umówił się na randkę w ciemno, a jego partnerka okazała się w pełni godna swego głosu; nie tylko piękna, ale i inteligentna, zarazem pewna siebie i krucha, a do tego wspaniale gotowała. Po skonsumowaniu licznych płatków nasturcji i wypiciu niemałych ilości czerwonego wina, które przyniósł, Eleanor zaczęła opowiadać mu o swej pracy doktorskiej (siedzieli już na podłodze w salonie, spoczywając na ręcznie utkanym przez Cressidę Bell dywanie), ale przerwały jej pocałunki, gdyż serce profesora Solanki zmiękło jak podana jagnięcina i zakochał się. Przekomarzali się przez długie lata, które spędzili razem, kto zrobił pierwszy krok. Ona zawsze gorąco (ale z rozbawieniem w oczach) zaprzeczała, jakoby mogła kiedykolwiek poczynać sobie tak śmiało, on zaś utrzymywał – chociaż wiedział, że to nieprawda – iż Eleanor „rzuciła się na niego”.

„Chcesz o tym posłuchać czy nie?” Kiwnął głową na zgodę, pieszcząc jej niewielką, ale wspaniale ukształtowaną pierś. Przytrzymała jego dłoń i rozpoczęła wykład. Według jej tezy w centrum każdej z wielkich Szekspirowskich tragedii tkwiły pozostawione bez odpowiedzi pytania o miłość i żeby uchwycić sens tych sztuk, każdy z nas musiał na swój sposób na nie odpowiedzieć. Dlaczego Hamlet, kochając zmarłego ojca, bez końca odkłada zemstę, tymczasem kochany przez Ofelię, niszczy ją? Dlaczego Lear, kochając Kordelię najmocniej ze wszystkich córek, nie słyszy miłości w jej słowach w początkowej scenie i pada ofiarą niegodziwości jej sióstr; i dlaczego Makbet, prawdziwy mężczyzna, który kocha króla i swój kraj, tak łatwo daje się poprowadzić zmysłowej, ale niekochającej Lady M. do nikczemnego tronu krwi? Profesor Solanka, wciąż z roztargnieniem trzymając w ręku słuchawkę bezprzewodowego telefonu, przypomniał sobie z rewerencją twardy sutek nagiej Eleanor pod jego poruszającymi się palcami; a także jej niezwykłą odpowiedź na problem Otella, którym według niej nie była „niczym nieumotywowana złośliwość” Jagona, lecz brak inteligencji emocjonalnej Maura, „niewiarygodna głupota Otella w sprawach miłości, kretyńska skala zazdrości, która popycha go do zamordowania rzekomo umiłowanej żony pod najbardziej błahym z pozorów”. Interpretacja Eleanor brzmiała następująco: „Otello nie kocha Desdemony. Wpadłam na ten pomysł tak po prostu któregoś dnia. Zapaliła mi się w głowie czerwona żarówka. On twierdzi, że ją kocha, ale to nie może być prawda. Gdyby ją kochał, morderstwo nie miałoby sensu. Dla mnie Desdemona jest trofeum Otella, jego najcenniejszym, podnoszącym status nabytkiem, fizycznym dowodem wysokiej pozycji w świecie białych. Rozumiesz? Kocha to w niej, ale nie ją samą. Sam Otello rzecz jasna nie jest Murzynem, tylko «Maurem»: Arabem, muzułmaninem, jego imię jest prawdopodobnie łacińską wersją arabskiego Attallah lub Ataullah. Nie jest więc tworem chrześcijańskiego świata grzechu i odkupienia, lecz raczej islamskiego kosmosu moralnego, na którego biegunach znajdują się honor i wstyd. Śmierć Desdemony jest «mordem honorowym». Nie musiała ponosić winy. Wystarczyło oskarżenie. Atak na jej cnotę nie dał się pogodzić z poczuciem honoru Otella. Dlatego jej nie słuchał, nie uwierzył jej na słowo, nie wybaczył jej ani nie zrobił niczego, co mógłby zrobić mężczyzna kochający kobietę. Otello kocha tylko siebie, siebie jako kochanka i przywódcę, co Racine, bardziej patetyczny dramaturg, nazwałby jego flamme, jego gloire. Ona nie jest dla niego nawet osobą. Odczłowieczył ją. Jest jego statuetką Oscara lub Barbie. Jego lalką. Przynajmniej taką postawiłam tezę, a oni dali mi doktorat, być może w nagrodę za bezczelność, zwykły tupet”. Pociągnęła spory łyk tignanello, a potem wygięła plecy w łuk, objęła go za szyję i przyciągnęła do siebie. Tragedie ulotniły się z ich myśli.

Teraz, tyle lat później, profesor Solanka stał pod gorącym prysznicem, rozgrzewając ciało po deszczowych pląsach przy dźwiękach calypso, i czuł się jak skończony dureń. Wykorzystanie doktoratu Eleanor przeciwko niej było okrucieństwem, którego mógł spokojnie jej oszczędzić. Za kogo się uważał, nadając sobie i swoim nędznym czynom pozory Szekspirowskiej sztuki? Naprawdę śmiał ustawić się w tym samym szeregu co Maur z Wenecji i król Lear, przyrównać swoje skromne tajemnice do ich tajemnic? Taka próżność była z pewnością wystarczającym powodem do rozwodu. Powinien do niej zadzwonić i powtórzyć jej to w ramach przeprosin. Ale wtedy też uderzyłby w niewłaściwą nutę. Eleanor nie chciała rozwodu. Nawet teraz chciała, żeby wrócił. „Doskonale wiesz – wielokrotnie mu mówiła – że gdybyś postanowił z tym zerwać, z tym twoim wariactwem, wszystko wróciłoby do normy. Nie mogę znieść myśli, że nie chcesz tego zrobić”.

I taką żonę opuścił! Jeśli można jej było coś zarzucić, to niechęć do seksu oralnego. (Jego ekscentryczność polegała na tym, że nie znosił, kiedy podczas aktu miłosnego dotykało się czubka jego głowy). Jeśli można jej było coś zarzucić, to jej wyostrzony węch, przez który czuł się, jakby wiecznie zasmradzał mieszkanie. (Wskutek czego zaczął się częściej myć). Jeśli można jej było coś zarzucić, to kupowanie rzeczy bez pytania o cenę – nadzwyczajna cecha u kobiety, która, jak to mówią Brytyjczycy, „posagiem nie grzeszyła”. Jeśli można jej było coś zarzucić, to przyzwyczajenie do faktu, że jest utrzymywana i może wydać na Boże Narodzenie więcej, niż połowa populacji Ziemi zarabia w ciągu roku. Jeśli można jej było coś zarzucić, to zaślepienie matczyną miłością, która przysłoniła jej potrzeby reszty ludzkości, łącznie, mówiąc wprost, z potrzebami profesora Solanki. Jeśli można jej było coś zarzucić, to chęć posiadania kolejnych dzieci. Nie chciała niczego więcej. Nawet całego złota Arabii.

Nie, była ideałem: najczulszą, najbardziej dbałą kochanką, nadzwyczajną matką, charyzmatyczną i kreatywną, najmniej konfliktową i szalenie stymulującą towarzyszką, nie gadatliwą, ale rozmowną (patrz: tamta pierwsza rozmowa telefoniczna), i koneserką nie tylko jadła i napojów, ale także ludzkich charakterów. Uśmiech Eleanor Masters Solanki był subtelnym, przyjemnym komplementem. Jej przyjaźń była klepnięciem po ramieniu. I jeśli szastała pieniędzmi, co z tego? Solankowie nieoczekiwanie dorobili się fortuny dzięki niemal szokującej popularności na całym świecie lalki o zuchwałym uśmiechu i beztroskiej pewności siebie, którą zaczęto właśnie nazywać „luzem”, a której urodzony osiem lat później Asman Solanka wydawał się jasnowłosym, ciemnookim, łagodniejszym wcieleniem. Chociaż był chłopcem w każdym calu, zafascynowanym gigantycznymi dźwigami, walcami parowymi, rakietami i pociągami, urzeczonym determinacją Casey Jones (wiem-że-mogę-wiem-że-mogę-wiem-że-mogę), nieugiętej małej lokomotywy ciągnącej cyrk w Dumbo, Asmana irytująco często brano za dziewczynkę, prawdopodobnie ze względu na jego długie rzęsy, a być może też dlatego, że przypominał ludziom wcześniejszy twór jego ojca. Lalkę o imieniu Rozumka.