Teściowa

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Teściowa
Teściowa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Teściowa
Audio
Teściowa
Audiobook
Czyta Marta Grzywacz
37,90 
Szczegóły
Teściowa
Audiobook
Czyta Ewa Kasprzyk
39,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE MOTHER-IN-LAW

Copyright © 2019 by Sally Hepworth

All rights reserved

Zdjęcie na okładce

© Zurijeta/Shutterstock.com;

mantinov/Shutterstock.com;

Allusioni/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-400-1

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojej teściowej, Anne,

której nigdy nie planowałam zamordować.

I teściowi, Peterowi,

wobec którego przy pewnej okazji

miałam taki zamiar.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Lucy

Składam pranie na stole, gdy podjeżdża samochód policyjny. Bez żadnych fanfar, nie ma wycia syreny ani błyskających świateł, a jednak coś mnie ściska w żołądku: matka natura ostrzega, że nie jest dobrze. Zaczyna się ściemniać, bo to wczesny wieczór, na sąsiednich gankach zapalają się światła. Pora kolacji. Policja nie zjawia się w porze kolacji, jeśli wszystko jest w porządku.

Spoglądam przez sklepione przejście do salonu, gdzie moje rozleniwione dzieci tkwią rozciągnięte na ulubionych meblach, ze wzrokiem wbitym w urządzenia elektroniczne. Wszystkie żywe. Całe i zdrowe. W dobrym stanie, może poza lekkim uzależnieniem od ekranu. Siedmioletni Archie ogląda na dużym iPadzie rodzinę grającą na Nintendo Wii, czteroletnia Harriet puszcza na małym iPadzie filmik, na którym ktoś rozwija zabawki, nawet dwuletnia Edie tkwi przed ekranem: z otwartymi ustami wpatruje się w telewizor. Czuję ulgę: rodzina jest pod jednym dachem. Prawie cała.

Tata, myślę nagle.

Och, nie, tylko nie tata.

Znów spoglądam na samochód policyjny. Reflektory wydobywają z mroku lekką mgiełkę deszczu.

Przynajmniej z dziećmi wszystko w porządku, szepcze mi w głowie głosik naznaczony poczuciem winy.

Z Olliem też.

Grilluje za domem burgery. Bezpieczny. Dzisiaj wrócił z pracy wcześniej, bo podobno czuł się nieszczególnie, chociaż na chorego nie wygląda. Wszystko jedno: na pewno żyje, więc o niego się nie martwię.

Deszcz trochę zgęstniał, na szyby spadają większe krople. W radiowozie wyłącza się silnik, ale policjanci nie wychodzą. Zwijam w kulkę parę skarpetek Olliego, kładę na wierzchu jego stertki i sięgam po następną parę. Powinnam wstać, iść do drzwi, ale ręce działają jak automat, jakby za sprawą rutynowego działania policyjne auto mogło zniknąć i wszystko znowu wróciłoby do normy.

– Mamoooo! – woła Harriet. – A Edie ogląda telewizję!

Dwa tygodnie wcześniej znana dziennikarka mówiła publicznie o tym, że „odczuwa odrazę” w stosunku do rodziców, którzy pozwalają dzieciom poniżej trzeciego roku życia oglądać telewizję. Posunęła się dość daleko, nazwała to znęcaniem się nad małoletnimi. Podobnie jak większość australijskich matek poczułam się tą opinią obrażona i włączyłam się do łatwego do przewidzenia nurtu dyskusji: „Co ona tam wie? Pewnie ma całą zgraję nianiek i w życiu nie zdarzyło jej się chociaż jeden cały dzień zajmować się własnymi dziećmi!”. A następnie wprowadziłam dla Edie zakaz oglądania telewizji, który był aktualny jeszcze dwadzieścia minut temu, kiedy to, rozmawiając z zakładem energetycznym, zostałam przez córkę potraktowana starą niezawodną metodą: „Mama! Maaaama!! Maaaaamaaa!!!”, a wtedy poddałam się, włączyłam odcinek Wiggles, w sam raz dla dwulatków, i wycofałam się do sypialni, żeby tam dokończyć rozmowę telefoniczną.

– Nic nie szkodzi – odpowiadam starszej córce.

Oczy mam wciąż utkwione w oknie.

Przede mną pojawia się ściągnięta buzia Harriet, ciemne włosy z gęstą grzywką obejmują jej twarzyczkę jak mop.

– Ale powiedziałaś!

– Nieważne, parę minut jej nie zaszkodzi.

Gliniarz ma dwadzieścia parę, najwyżej trzydzieści lat. Czapkę trzyma w ręku, ale wkłada ją pod pachę i poprawia przyciasne spodnie. Niska, pulchna policjantka w podobnym wieku wysiada od strony pasażera. Czapkę ma na głowie. Obchodzą samochód i ramię w ramię ruszają ścieżką. Stanowczo do naszego domu.

Nettie, myślę nagle.

Na pewno chodzi o Nettie.

To możliwe. Siostra Olliego miała ostatnio kłopoty ze zdrowiem. A może coś się stało Patrickowi? Albo w ogóle chodzi o coś całkiem innego?

Fakt faktem, w głębi duszy wiem, że nie chodzi ani o Nettie, ani o Patricka, ani o tatę. Zabawne, czasami człowiek po prostu wie.

– Burgery gotowe.

Siatkowe drzwi na tyłach domu otwierają się z chrobotem i staje w nich Ollie z talerzem mięsa. Dziewczęta są przy nim w mgnieniu oka, piszczą i podskakują, a on kłapie ząbkowanymi szczypcami: harmider jest taki, że prawie nie słychać pukania do drzwi.

Prawie.

– Puka ktoś?

Ollie unosi brwi, bardziej zaciekawiony niż zmartwiony. Wyraźnie się ożywił.

Oho, niespodziewany gość w dzień powszedni! Któż to może być?

Z nas dwojga to on jest ten społecznie aktywny. To on jest członkiem szkolnego Komitetu Rodziców i Przyjaciół, bo to „świetna okazja, by poznać nowych ludzi”, on zatrzymuje się przy tylnym ogrodzeniu, by zamienić słowo z sąsiadami, jeśli usłyszy, jak rozmawiają w ogródku, on zaczepia osoby, które wydają mu się znajome, i próbuje dociec, skąd się znają. Towarzyski człowiek. Niespodziewane pukanie do drzwi w dzień powszedni jest dla niego przyczyną rados­nego podniecenia, a nie napadu fatalizmu.

Tyle że on nie widział policyjnego auta.

Edie pędzi korytarzem.

– Ja! Ja! Ja otworzę!

– Jedną chwilę, robaczku! – Ollie rozgląda się, gdzie odstawić tacę z burgerami.

Za wolno się porusza. Zanim udaje mu się znaleźć miejsce na blacie, Edie jest już przy drzwiach i otwiera je na oścież.

– Poliiisjaaa – stwierdza ze zgrozą.

To jest, rzecz jasna, moment, gdy powinnam za nią pobiec, przejąć stróżów prawa i przeprosić, ale nogi wrosły mi w ziemię. Na szczęście Ollie już truchta za Edie. Wesoło mierzwi jej włosy.

– Doberek – wita gliniarzy.

Zerka przez ramię, jeszcze tkwi myślami w rzeczywistości sprzed kilkunastu sekund, może zastanawia się, czy nie zapomniał zakręcić butli gazowej, albo sprawdza, czy talerz z burgerami stoi bezpiecznie na blacie. Klasyczne bezpretensjonalne zachowanie kogoś, kto zaraz otrzyma złe wieści. Mam wrażenie, jakbym oglądała nas w telewizji: przystojny, bezradny tatuś, słodki bobas. Zwykła rodzina z przedmieścia, której życie za chwilę stanie na głowie. Raz na zawsze zostanie zrujnowane.

– W czym mogę pomóc? – pyta w końcu Ollie, ponownie skupiając uwagę na glinach.

– Starsza posterunkowa Arthur – słyszę kobietę, której nie widzę ze swojego miejsca. – A to posterunkowy Perkins. Pan Oliver Goodwin?

– To ja.

Ollie uśmiecha się do Edie, nawet puszcza do niej oko. To wystarcza, by mnie przekonać, że przesadzam. Nawet jeśli faktycznie usłyszymy jakieś złe wieści, to niekoniecznie bardzo złe. Albo wcale nie o nas chodzi? Może na przykład włamano się do któregoś z sąsiadów? Po takim zdarzeniu policja musi zrobić wywiad, prawda?

Nagle zaczynam tęsknić za chwilą, która nastąpi za kilka minut, gdy dowiem się, że wszystko jest w porządku. Wyobrażam sobie, jak oboje z Olliem będziemy się śmiać z mojej paranoi. „Nie uwierzysz, co sobie pomyślałam”, powiem, a kiedy mu to wyjaśnię, on przewróci oczami i skomentuje z uśmiechem: „Bez przerwy się wszystkim zamartwiasz. Jak ty sobie w ogóle dajesz radę z tymi wiecznymi nerwami?”.

Ale kiedy zbliżam się o kilka kroków, widzę, że moje obawy nie są absurdalne. Dostrzegam to w posępnej minie policjanta, opuszczonych kącikach ust.

Policjantka zerka na Edie, po czym znów podnosi wzrok na Olliego.

– Gdzie możemy porozmawiać… na osobności?

Na twarzy męża pojawiają się pierwsze ślady niepokoju. Barki mu sztywnieją, trochę się prostuje. Chyba podświadomie przesuwa Edie za siebie, jakby ją przed czymś chronił.

– Robaczku, chodź, pooglądasz Wiggles – proponuję, podchodząc w końcu.

Ona zdecydowanie potrząsa główką, nie odrywa wzroku od policjantów. Jej okrągła, pucołowata buzia aż się rozpaliła z ciekawości, a tłuściutkie, chybotliwe nóżki wrastają w ziemię z nieprawdopodobną siłą.

– Chodź, koteńku – próbuję jeszcze raz, przesuwając dłonią po jej złocistych włoskach. – A może chcesz loda?

To dla niej większy dylemat. Przenosi na mnie wzrok, dłuższą chwilę ocenia, czy może mi zaufać. W końcu wołam do Archiego, żeby wyjął lody na patyku, a wtedy Edie rusza biegiem przez korytarz.

– Wejdźcie – mówi Ollie do policjantów, wchodzą więc, a każde obdarza mnie uprzejmym, krótkim uśmiechem. Współczującym. Uśmiechem, który rani serce i kładzie się ciężarem na barkach. „Nie chodzi o sąsiadów”, mówi ten uśmiech. „Złe wieści są dla was”.

W naszym domu nie ma zbyt wielkiego wyboru, jeśli chodzi o spokojną przestrzeń wspólną, Ollie prowadzi przybyszów do aneksu jadalnego przy kuchni. Odsuwa dwa krzesła. Ja też idę, wepchnąwszy świeżo złożone pranie do kosza. Sterty wpadają jedna na drugą jak walące się budynki. Policjanci siadają na krzesłach, Ollie balansuje na podłokietniku sofy, a ja stoję sztywno wyprostowana. Uosobienie pokrzepienia.

 

– Najpierw muszę zyskać pewność, że jest pan krewnym Diany Goodwin.

– Tak – mówi Ollie. – To moja matka.

– Z przykrością muszę pana zawiadomić – zaczyna policjantka, a ja zamykam oczy, już wiem, co powie.

Moja teściowa nie żyje.

2

Lucy

Dziesięć lat temu

Ktoś mi kiedyś powiedział, że człowiek ma w życiu dwie rodziny: tę, w której się urodził, i tę, którą sobie wybierze. Ale to nie do końca prawda. Owszem, partnera można sobie wybrać, ale na przykład dzieci – już nie. Nie sposób wybrać szwagra czy szwagierkę, nie wybiera się też ciotki – starej panny z problemem alkoholowym, ani kuzyna, co to jak rękawiczki zmienia dziewczyny, z których żadna nie mówi po angielsku. Co ważniejsze, nie wybiera się teściowej. O wszystkim decyduje kapryśne zrządzenie losu.

– Halooo! – woła Ollie. – Jest ktoś w domu?

Stoję w przestronnym holu domu Goodwinów i przesuwam wzrokiem po wszechobecnych marmurach. Kręcone schody prowadzą od fundamentów na pierwsze piętro, z wysokiego sufitu zwisa wspaniały kryształowy żyrandol. Mam wrażenie, jakbym weszła do rozkładówki magazynu Hello!, tego z idiotycznymi zdjęciami celebrytów upozowanych na ozdobnych meblach albo na trawiastych pagórkach, obowiązkowo w butach do jazdy konnej i z golden retrieverem przy nodze. Zawsze sądziłam, że tak wygląda wnętrze pałacu Buckingham, ewentualnie pałacu Świętego Jakuba czy Windsoru.

Staram się pochwycić spojrzenie Olliego, żeby… Żeby co? Przestrzec go? Pocieszyć? Nie mam pewności, ale przestaje to mieć znaczenie, ponieważ on już wszedł do domu i oznajmił o naszym przybyciu. Stwierdzenie, że nie jestem na to gotowa, byłoby ogromnym niedopowiedzeniem. Gdy zaproponował, by wpaść do jego rodziców na kolację, wyobraziłam sobie lasagne i sałatkę w jakimś intrygującym bungalowie z jasnej cegły, podobnym do domu, w jakim sama się wychowywałam. Oczekiwałam kochającej matki, która otworzy album z pobrązowiałymi zdjęciami bobasa, a także szorstkiego i dumnego, choć społecznie nieprzystosowanego ojca, co to z ostrożnym uśmiechem otworzy puszkę piwa. Zamiast tego powitały mnie dzieła sztuki: umiejętnie wyeksponowane obrazy i lśniące rzeźby, a rodziców – społecznie nieprzystosowanych czy jakichkolwiek innych – nie było w zasięgu wzroku.

– Ollie! – Chwytam go za łokieć i już mam wyrzucić z siebie słowa gorączkowym szeptem, gdy w łukowym przejściu na tyłach domu pośpiesznie zjawia się pulchny, rumiany mężczyzna ściskający w dłoni kieliszek czerwonego wina.

– Tato! – wykrzykuje Ollie. – Tu jesteś!

– Proszę, proszę! Kogo tu do nas przyniosło!

Tom Goodwin jest przeciwieństwem wysokiego i ciemnowłosego syna: niski, z nadwagą, ubrany bez gustu. Czerwoną kraciastą koszulę ma wetkniętą w spodnie ściąg­nięte paskiem pod wydatnym brzuchem. Zamyka syna w uścisku, a Ollie klepie staruszka po plecach.

– A to na pewno jest Lucy – mówi Tom, wypuściwszy syna z objęć. Bierze moją rękę i potrząsa nią serdecznie, a jednocześnie cicho gwiżdże. – Słowo honoru, synu. Dobra robota.

– Miło mi pana poznać – witam go z uśmiechem.

– Mów mi po imieniu! – rzuca rozradowany, jakby wygrał na loterii wielkanocnej, a potem najwyraźniej sobie o czymś przypomina. – Diano! Diano, gdzie ty się podziewasz? Są już tutaj! Przyszli!

Po chwili czy dwóch gdzieś z głębi domu wynurza się matka Olliego. Ubrana w białą koszulkę i granatowe spodnie, strzepuje z piersi nieistniejące okruszki. Nagle opadają mnie wątpliwości, czy aby dobrze się ubrałam: mam na sobie sukienkę z lat pięćdziesiątych, która należała do mojej mamy: tkanina w białe i czerwone kropki, spódnica z pełnego klosza. Sądziłam, że będzie to uroczy strój na tę okazję, teraz jednak wydaje mi się idiotyczny i nie na miejscu, zwłaszcza w porównaniu ze spokojnym i poważnym stylem mamy Olliego.

– Wybaczcie, proszę – mówi z odległości kilku kroków. – Nie słyszałam dzwonka.

– To jest Lucy – przedstawia mnie Tom.

Diana wyciąga rękę. Gdy podaję dłoń, orientuję się, że gospodyni jest prawie o głowę wyższa od męża, i to mimo płaskich obcasów. Jest też chuda jak patyk, poza niewielką oponką w talii stanowiącą świadectwo upływającego czasu. Ma siwe włosy obcięte w eleganckiego boba, prosty, rzymski nos i w przeciwieństwie do Toma jest bardzo podobna do syna.

Zauważam również, że uścisk ma chłodny.

– Miło mi panią poznać – mówię, puszczając jej rękę, by dać pani Goodwin bukiet kwiatów, który dla niej przyniosłam.

Nalegałam, by po drodze zatrzymać się przy kwiaciarni, chociaż Ollie powiedział: „Nie przepada za kwiatami”.

„Każda kobieta lubi kwiaty”, odparłam wtedy, przewracając oczami.

Teraz jednak, widząc brak biżuterii, paznokcie bez lakieru i praktyczne buty na płaskim obcasie, mam nieprzyjemne wrażenie, że się pomyliłam.

– Cześć, mamo – mówi Ollie, zamykając matkę w niedźwiedzim uścisku, który ona akceptuje, nawet jeśli nie do końca odwzajemnia.

Wiem z licznych rozmów z Olliem, że uwielbia matkę. Dosłownie pęka z dumy, kiedy mówi o jej prowadzonej w pojedynkę działalności dobroczynnej na rzecz uchodźców, zwłaszcza kobiet w ciąży i tych z małymi dziećmi.

Oczywiście, że kwiaty są dla niej trywialne, uświadamiam sobie poniewczasie. Jestem idiotką. Może powinnam przynieść jakieś ubranka dla dzieci albo coś przydatnego dla młodych matek?

– No już, już – mówi pani Goodwin po chwili czy dwóch, gdy syn wciąż trzyma ją w objęciach. Prostuje się. – Nie miałam jeszcze szansy przywitać się z Lucy jak należy.

– Chodźmy do salonu – proponuje Tom. – Wypijemy coś, poznamy się lepiej.

Przechodzimy na tyły domu. Po drodze dostrzegam głowę wyglądającą zza rogu.

– Nettie! – wykrzykuje Ollie.

Podczas gdy wyraźny jest brak podobieństwa między Tomem i synem, nie ma żadnych wątpliwości, że Antoinette to jego córka; ona też jest krępa i ma rumiane policzki, tyle że jej uroda jest ujmująca. A do tego kobieta ma wyczucie stylu, dowodzi tego szara wełniana sukienka z czarnymi zamszowymi botkami. Od Olliego wiem, że jego młodsza siostra jest mężatką, nie ma dzieci, pracuje jako kierowniczka w firmie marketingowej i często prosi się ją o mówienie na różnych konferencjach o kobietach i o szklanym suficie. Ma trzydzieści dwa lata, czyli jest tylko o dwa lata starsza ode mnie, i przyznaję, robi na mnie wrażenie, nawet trochę mnie onieśmiela, ale wszelkie lody topnieją, gdy na powitanie zamyka mnie w serdecznym uścisku. Goodwinowie najwyraźniej lubią się obejmować.

Wszyscy, prócz Diany, jak rozumiem.

– Tyle o tobie słyszałam! – Nettie bierze mnie pod rękę i zanurzam się w obłoku perfum o zapachu sugerującym wysoką cenę. – Chodź, poznasz mojego męża.

Prowadzi mnie przez sklepione przejście, przechodzimy obok czegoś, co wygląda jak winda… Winda! Mijamy obrazy, aranżacje kwiatowe i fotografie rodziny na wakacjach: na nartach albo na plaży. Jest jedno zdjęcie, które przedstawia ich czworo na wielbłądach na pustyni, z piramidą w tle. Trzymają się na nim za ręce i unoszą je do nieba.

Ja, kiedy dorastałam, jeździłam na wakacje do Portarlingtonu, nadbrzeżnego miasteczka niecałą godzinę jazdy od domu.

Docieramy do pokoju rozmiarów całego mojego mieszkania. Jest zastawiony sofami, fotelami i ciężkimi drewnianymi stolikami, a podłogę ma zasłaną wielkimi, kosztownie wyglądającymi dywanami. Z jednego z foteli podnosi się ogromny mężczyzna.

– Patrick – mówi.

Ma wilgotną dłoń, ale spogląda na mnie przepraszająco, udaję więc, że nie zwróciłam na to uwagi.

– Lucy. Miło mi cię poznać.

Nie jestem pewna, jak właściwie wyobrażałam sobie towarzysza życia Nettie, chyba sądziłam, że będzie to ktoś niewysoki, bystry, chętny do zawierania przyjaźni, jak ona. Ollie ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu i moim zdaniem jest wysoki, ale Patrick to prawdziwy kolos, mierzy przynajmniej dwa metry, a może i więcej. Jeśli nie brać pod uwagę wzrostu, jest trochę podobny do Toma: ubrany w codzienną koszulę i zwykłe spodnie, na jego okrągłej twarzy często i łatwo wykwita uśmiech, a na barki ma narzucony ręcznie dziergany sweter, jak uczeń prywatnej szkoły.

Skoro zapoznanie mamy z głowy, Ollie, Tom i Patrick zapadają się w szeroką kanapę, a Diana i Nettie idą do okazałego barku. Ja waham się przez moment, po czym ruszam za kobietami.

– Ty, Lucy, usiądź – zarządza Diana.

– Chętnie pomogę…

Pani domu podnosi jednak rękę jak znak stopu.

– Bardzo proszę – mówi. – Usiądź.

Wyraźnie chce być uprzejma, ale ja czuję się odrzucona. Oczywiście nie powiem jej, że wyobrażałam sobie, jak w kuchni trącamy się łokciami, a może nawet stajemy twarzą w twarz wobec drobnego kryzysu z powodu niegotowej sałatki, który zażegnuję dzięki sprawnemu wykonaniu prowizorycznego sosu (zażegnywanie kryzysów sałatkowych to w zasadzie szczyt moich umiejętności kulinarnych). Nie będzie wiedziała, że zamierzałam umościć się obok niej, podczas gdy będzie mnie prowadziła przez oglądanie albumów ze zdjęciami, zapoznawała z drzewem genealogicznym i snuła opowieści, które z Olliego wyciskałyby jęki. Nie wie, że zaplanowałam spędzenie całego wieczoru u jej boku, aby w momencie naszego wyjścia była we mnie zakochana równie mocno, jak ja w niej.

Zamiast tego – usiadłam.

– Ty i Ollie pracujecie razem? – zagaduje Tom, gdy już zajęłam miejsce obok Olliego.

– Tak – odpowiadam. – Od trzech lat.

– Trzy lata? – Tom pokazuje, że jest w szoku. – No, nie śpieszyłeś się, kolego.

– Nic nas nie goniło – odparowuje syn.

Był zwykłym kolegą z pracy. Takim, co to zawsze wysłucha kolejnej historii o najgorszej randce pod słońcem i zareaguje z odpowiednią dawką współczucia. W przeciwieństwie do kretynów, z którymi zwykłam chodzić na randki, był pogodny, bezpretensjonalny i zwyczajnie dobry. A co najważniejsze: uwielbiał mnie. Trochę czasu mi zajęło, zanim to sobie uświadomiłam, w końcu jednak do mnie dotarło, że znacznie milej jest być uwielbianą, niż dawać sobą pomiatać jakiemuś czarującemu draniowi.

– Ale nie jest twoim szefem? – Tom mruga do mnie porozumiewawczo.

Odzywka seksistowska do szpiku kości, lecz na niego nie sposób się złościć.

– Tom! – Diana przywołuje go do porządku, ale jest jasne, że ona też nie potrafi się na niego gniewać.

Podchodzi do nas z drinkami, wydyma usta jak matka, która usiłuje zdyscyplinować przesłodkiego, choć niesfornego bobasa. Podaje mi kieliszek czerwonego wina i siada po drugiej stronie Olliego.

– Mamy równorzędne funkcje – wyjaśniam Tomowi. – Ja rekrutuję na stanowiska techniczne, Ollie na pomocnicze. Współpracujemy.

Ostatnio nawet bardzo blisko. A początek, co dziwne, miał miejsce we śnie. Niesamowitym, zawiłym śnie, który zaczął się od grilla u ciotecznej babki Gwen, a skończył w domu, w którym mieszkała moja serdeczna przyjaciółka z podstawówki, tyle tylko, że nie była już dziewczynką, lecz starszą panią. Gdzieś w tym wszystkim pojawił się Ollie. Podobnie jak przyjaciółka był inny niż w rzeczywistości. Bardziej seksowny. Następnego dnia w pracy wysłałam mu e-mail z wiadomością, że mi się śnił. W odpowiedzi pojawiło się oczekiwane pytanie z podtekstem: „I co robiłem?”. Chociaż siedzieliśmy w sąsiednich pokojach, to zawsze porozumiewaliśmy się za pomocą wiadomości elektronicznych. Przesyłaliśmy sobie nawzajem błyskotliwe komentarze na temat włosów naszego wspólnego szefa, Donalda Trumpa, podejrzanych zachowań w czasie firmowego przyjęcia gwiazdkowego i prośby o zamówienie sushi na lunch. Tamtego dnia było inaczej. Zanim wyszłam z pracy, serce wywijało mi koziołki, kiedy w skrzynce odbiorczej pojawiało się imię Ollie.

Jakiś czas zachowywałam zimną krew. Spotkania z nim to były randki, schadzki, ale nie związek, a już na pewno nie ten na całe życie, ale gdy zauważyłam, że codziennie rano daje drobne pijakowi na stacji (nawet po tym, jak pijaczyna obraził go i oskarżył o kradzież wódki), gdy byłam świadkiem, jak zobaczywszy w centrum handlowym zagubionego chłopca, natychmiast podniósł go wysoko nad głowę, żeby malec mógł się rozejrzeć, czy nie zobaczy gdzieś mamy, gdy zaczął zajmować coraz więcej miejsca w moich myślach, w końcu zrozumiałam, że to jest to. To jest on.

Opowiadam rodzinie Olliego tę historię (bez snu), macham rękami, mówię szybko, bez jednej pauzy, bo tak robię, kiedy jestem zdenerwowana. Tom słucha z zainteresowaniem, od czasu do czasu klepie syna po plecach.

– Opowiedzcie mi – proszę, gdy już brakuje mi pary – o was wszystkich.

 

– Nettie jest szefową finansów w MartinHoldsworth – oznajmia Tom, dumny jak paw. – Zarządza całym wydziałem.

– A ty? – zwracam się do Patricka.

– Ja zajmuję się księgowością. Moja firma jest jeszcze nieduża, ale z czasem się rozrośnie.

– Lucy – Diana przejmuje pałeczkę – opowiedz o rodzicach. Czym się zajmują?

– Tata był profesorem uniwersyteckim, przeszedł na emeryturę. A mama zmarła. Na raka piersi.

Stało się to przed siedemnastu laty, poruszanie tego tematu jest zatem dla mnie raczej niemiłe niż bolesne. Większy kłopot mają osoby, które słysząc tę wiadomość, muszą wymyślić, co powiedzieć.

– Przykro mi to słyszeć – odzywa się Tom, a jego donośny głos podkreśla namacalną ciszę, jaka zapadła w salonie.

– Ja straciłem matkę parę lat temu – mówi Patrick. – Nie sposób się z tym pogodzić.

– To prawda – przytakuję, czując nagłą wspólnotę w niedoli. – A wracając do twojego pytania, Diano, mama była gospodynią domową, a wcześniej uczyła w podstawówce.

Zawsze z dumą podkreślam, że była nauczycielką. Po jej śmierci wiele osób ją wychwalało, wspominało, że dla uczniów gotowa była zrobić wszystko. Szkoda, że nie wróciła do pracy, gdy zaczęłam naukę. „Po co mieć dziecko, jeśli człowiek nie może się nim nacieszyć?”, mawiała, co było pełne ironii, ponieważ i tak nie zdołała się mną nacieszyć, skoro chorowała, a kiedy miałam trzynaście lat, umarła.

– Miała na imię… – mówię, a Diana w tym momencie wstaje.

Wszyscy milkniemy i przenosimy na nią spojrzenie. Po raz pierwszy dociera do mnie pełne znaczenie słowa „matriarchat” i potęga tego zjawiska.

– Kolacja powinna być już gotowa – oznajmia pani domu. – Chętnych zapraszam do stołu.

W ten sposób rozmowa o mojej mamie wydaje się zakończona.

* * *

Na kolację jest pieczona jagnięcina. Diana sama ją przygotowała i podaje. Biorąc pod uwagę rozmiary domu, spodziewałam się raczej firmy cateringowej, ale nie. Posiłek upływa bez niespodzianek, a ja podczas niego czuję się swobodnie.

– Jestem pod wrażeniem twojej działalności dobroczynnej – zagajam, gdy Diana wreszcie siada przy stole. – Ollie z dumą opowiada o tym każdemu, kto chce słuchać.

Uśmiecha się mniej więcej w moją stronę, sięga po kalafior zapiekany z serem.

– Dużo mówi?

– O, tak. A ja chciałabym usłyszeć więcej.

Nakłada sobie trochę kalafiora na talerz, skupiona na tej czynności jak chirurg podczas operacji.

– Tak? A co chciałabyś usłyszeć?

– Najchętniej… – Nagle czuję się postawiona w centrum uwagi. – Chyba skąd się wziął ten pomysł. I jak zaczęłaś tę działalność.

Diana wzrusza ramionami.

– Po prostu uświadomiłam sobie, że istnieje taka potrzeba. Zbieranie rzeczy dla dzieci to żadna filozofia.

– Jak zawsze skromna – ocenia Tom, nadziewając mięso na widelec, chociaż nadal przeżuwa wcześniejszą porcję. Wtyka nową do ust i mówi dalej: – Wszystko przez to jej katolickie wychowanie.

– Jak się poznaliście? – pytam impulsywnie, bo właśnie sobie uświadomiłam, że o tym Ollie mi nie mówił.

– Spotkali się w kinie – odpowiada Nettie. – Tata zobaczył mamę na drugim końcu holu i się zakochał.

Tom i Diana wymieniają spojrzenia. Jest w ich wzroku czułość, ale i coś, czego nie potrafię nazwać.

– Co tu dużo gadać, od razu wiedziałem, że Diana to właśnie ta. Była zupełnie inna niż wszystkie, które dotąd znałem. Mądrzejsza. Bardziej interesująca. Sądziłem, że poza moim zasięgiem.

– Mama pochodzi z zamożnej rodziny – wyjaśnia Nettie. – Z klasy średniej, to katolicy. A tata ze wsi. Żadnych koneksji, żadnych pieniędzy. Koszula na grzbiecie i tyle.

Potrzebuję czasu, by pożegnać się z założeniem, jakie przyjęłam w chwili, gdy weszłam do tego domu, że Diana wyszła za Toma dla pieniędzy. Seksistowskie podejście, ale nie takie znowu nieuzasadnione, jeśli wziąć pod uwagę różnice w ich wyglądzie. Przez fakt, że zawarła małżeństwo z miłości, zdecydowanie zyskuje w moich oczach.

– A ty? – pytam ją. – Też od razu wiedziałaś?

– Jasna sprawa! – odpowiada za nią Tom. – Wystarczyło, że ujrzała moje oblicze! – Ujmuje twarz w ramę z dłoni. – Nie było wyjścia!

Wszyscy wybuchają śmiechem.

– Usiłowałam mu wytłumaczyć, że nie interesuje mnie znajomość z trzydziestopięciolatkiem, ale nie dopuścił mnie do słowa – stwierdza cierpko Diana.

Wymieniają z Tomem uśmiechy.

Po wcześniejszym sztywnym zachowaniu matki Olliego miło zobaczyć ją w innym wcieleniu. Pozwalam sobie mieć nadzieję, że gdy spędzimy razem więcej czasu, dopuści mnie do swojego wewnętrznego sanktuarium. A może nawet któregoś dnia także do pomocy w działaniach dobroczynnych? Nie jest z tych, co to się ludziom rzucają na szyję, ale damy radę. Niedługo zostaniemy serdecznymi przyjaciółkami.

* * *

Miałam trzynaście lat, kiedy Joy, moja mama, umarła. Jej imię, oznaczające dosłownie „radość”, świetnie do niej pasowało: zawsze się ze wszystkiego cieszyła, nigdy niczego nie traktowała zbyt poważnie. Nosiła apaszki i wiszące kolczyki, a gdy w radiu leciała któraś z jej ulubionych piosenek, głośno śpiewała. Na moje przyjęcia urodzinowe przebierała się jak na bal maskowy, chociaż nikt inny spośród dorosłych tego nie robił, i trzymała buty do stepowania, chociaż nie umiała stepować.

Właśnie taka była moja matka.

Ubraną na czarno, bez żadnych ozdób, opaski, peruki, widywałam ją tylko wtedy, gdy brała udział w konferencjach lub na kolacjach z tatą. Tata był jej przeciwieństwem: konserwatywny, poważny, cichy. Jeśli hamowała swój temperament, to wyłącznie ze względu na niego. Gdy postanowił w pewnym momencie zmienić stanowisko, co było posunięciem ryzykownym i mogło źle się skończyć dla jego kariery akademickiej, a poza tym spowodować katastrofę w finansach domowych, wspierała go bez wahania.

– Tatuś opiekuje się nami, my dbamy o tatusia.

Nie doszedł do siebie po jej śmierci. Statystyki pokazują, że większość mężczyzn żeni się ponownie w ciągu trzech lat od zakończenia poprzedniego związku, ale tata, dwadzieścia lat później, wciąż pozostawał bez pary.

– Twoja mama była moją partnerką życiową – powtarzał – a ktoś taki jest na całe życie.

Najął gospodynię, kobietę, która u nas gotowała, sprzątała i robiła zakupy. Maria miała pewnie jakieś pięćdziesiąt lat, ale czarne, naznaczone siwizną włosy zwijała w kok, przez co wyglądała dużo starzej. Nosiła wyłącznie spódnice, zawsze miała rajstopy, buty na płaskim obcasie i jakiś własnoręcznie uszyty fartuch w kwiaty. Swoje dzieci już odchowała, a wnuki jeszcze się nie urodziły. Przychodziła codziennie w południe, pracowała do szóstej. Nie wiem, jaka oficjalnie była jej rola w stosunku do mnie, ale zawsze czekała na mnie w domu, gdy wracałam ze szkoły, i wyglądało na to, że jest to dla niej najlepsza część dnia. Dla mnie też. Rozpakowywała mi torbę, myła pudełka śniadaniowe, szykowała na talerzyku kawałki jabłek i sera do popołudniowej herbaty. Takich rzeczy mama nie robiłaby za nic w świecie. Z perspektywy czasu widzę, że mogłam się czuć zdominowana przez gosposię.

Ale wiedziałam, że mi po prostu matkuje.

Kiedyś dopadła mnie grypa, Maria przyszła wtedy na cały dzień. Krzątała się po domu, zaglądała do mnie systematycznie, przynosiła a to wodę, a to herbatę, a to chłodny ręcznik na czoło. Dwa razy, gdy podczas drzemki słyszałam, jak wchodzi do pokoju, specjalnie jęknęłam, żeby się mną zajęła. Pocałowała mnie w czoło, przyniosła wody. Nawet mnie wtedy karmiła łyżką.

Z ręką na sercu, to były najwspanialsze dni mojego życia.

Odeszła od nas po mojej osiemnastce. Miała już wtedy pierwsze wnuczę, a także starzejącego się psa z jaskrą. Zresztą byłam już wtedy prawie dorosła, więc i tak nie miała wiele pracy. Po niej tata zatrudnił zwykłą sprzątaczkę i zaczął sam robić zakupy w drodze z pracy. Maria przynosiła upominki z okazji urodzin i przysyłała kartki na Boże Narodzenie, w końcu jednak zagarnęło ją życie rodziny. Wtedy uświadomiłam sobie, że chcę założyć własną. Mieć męża, dzieci, starego ślepego psa. A co ważniejsze, potrzebna mi była taka Maria. Ktoś, z kim mogłabym wymieniać się przepisami, kto by mnie wspierał mądrymi radami i otaczał macierzyńską miłością. Kobieta, która by mnie nie zostawiła i nie odeszła do własnej rodziny, bo ja też byłabym jej rodziną.

Nie miałam już matki. Miałam natomiast szansę zyskać pewnego dnia teściową.

* * *

Po kolacji Tom wysyła nas do swojej „meliny”, czyli pomieszczenia o strzelistym, katedralnym suficie, z regałami na całe ściany i mnóstwem skóry na meblach. Miejsce kojarzy mi się z klubem dla dżentelmenów. Z bufetu wyrasta ogromny telewizor, jest również barek, bardzo dobrze zaopatrzony. Ollie został wezwany do kuchni, by pomóc przy kawie i deserze (co zapewne oznacza, że chcą z matką zamienić parę słów na mój temat), idę więc do klubu dla dżentelmenów razem z Nettie i Patrickiem.

Inne książki tego autora