Nigdy się nie dowiesz

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: The Killer You Know


Copyright © by S. R. Masters, 2018


Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2018

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77


Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Monika Wiśniewska

Redakcja, korekta i skład: d2d.pl

Projekt typograficzny: Robert Oleś / d2d.pl

Projekt okładki: Ellen Rockell LBBG

Zdjęcie na okładce: Alan Black / Arcangel Images


ISBN: 978-83-8053-415-5


Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.


www.burdaksiazki.pl


Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wszystko zaczęło się tego wieczoru, kiedy Will nam powiedział, że zamierza zostać seryjnym zabójcą.

– Okej, już wiem, kim chcę być – oświadczył, skupiając na sobie naszą uwagę.

Odpowiadał na zadane pytanie jako ostatni, a to znaczyło, że wkrótce opuścimy zarośla wokół słupa wysokiego napięcia znajdującego się pomiędzy naszą wsią a sąsiednią i wyruszymy w drogę powrotną.

Co będziecie robić za szesnaście lat?

Wszystko powoli zbliżało się ku końcowi: wieczór, lato, ognisko, wokół którego usadowiła się nasza piątka. Większość z nas w duchu chciała, aby to się ciągnęło dalej, może nawet bez końca, choć się zarzekaliśmy, że ekscytują nas tajemnice dorosłości. Żadne z nas nie wierzyło, że jeszcze kiedyś może być tak dobrze jak teraz, bez względu na problemy z rodzicami czy sobą nawzajem. Wyjątek stanowił chyba tylko Will, który siedział i palił trawkę swojego brata, podczas gdy reszcie zależało jedynie na tym, żeby się upić. Will – wykorzystujący tę chwilę prawdy, której dramatyzm potęgował dym ze skręta. Kto wie, co się działo w jego głowie? Może rzeczywiście uważał, że przyszłość okaże się lepsza niż teraźniejszość.

– Trzeba zabić co najmniej trzy osoby, żeby być seryjnym zabójcą, no nie? – zapytał, a jego głęboki głos wypełnił kopułę światła, którą utworzyły wokół nas płomienie. – Tak zrobię.

Dawniej coś takiego byłoby zabawne – klasyczny Will, co za dziwak. Inni tak to odebrali. Mnie jednak wszystko w tym chłopaku wydawało się złowieszcze, począwszy od tego, co mówił, a skończywszy na tym, w jaki sposób półmrok skrywał jego twarz. Dla mnie od zawsze jego życie stanowiło zupełnie inny świat, ale ten świat nigdy dotąd nie był przerażający. Po tym, co dane mi było oglądać w ciągu kilku ostatnich tygodni tego lata, wcale nie było mi do śmiechu.

– Może to nie będzie dokładnie za szesnaście lat – kontynuował Will – ale kiedyś w przyszłości. Zabiję troje ludzi, zupełnie ze sobą niezwiązanych. Żeby mnie nie złapano, zrobię to tak, by wyglądało na samobójstwa. Inne sposoby, inne miejsca, takie, których nie będziecie się spodziewać.

Zaśmiał się, a mną wstrząsnął dreszcz. I nie tylko dlatego, że ogień powoli dogasał.

– Kiedyś w styczniu zniknę na cały rok i nikt nie będzie wiedział, co się w tym czasie ze mną dzieje.

Inni zaczęli zadawać pytania, żartować, głodni dalszych informacji.

– Gdzie ich zabijesz?

– Naprawdę myślisz, że ujdzie ci to na sucho?

– Jak to zrobisz?

Przy wtórze pijackiego rechotu i aplauzu Will przedstawił ponure szczegóły. Brzmiało to tak, jakby improwizował.

Moją uwagę zwrócił jakiś szelest. I przysięgam, że mniej więcej trzy metry za Willem, tam, gdzie beton łączył się z wysoką trawą i chwastami, mignęła mi czyjaś sylwetka. Chwilę później już jej nie było. Może to tylko złudzenie i gra księżycowego światła. A może za dużo alkoholu pomieszanego ze złymi przeczuciami.

– A kiedy skończę – ciągnął Will – wrócę do tego, czym się zajmowałem do tej pory. Będę chodził do klubów i nawalał się jak cała reszta. Nikt, kto poprosi mnie o sporządzenie raportu czy zatańczy obok mnie, nie będzie o tym wiedział. Ale ja będę. To wystarczy. Ja będę wiedział i wy też, o ile to zapamiętacie. A coś mi mówi, że zapamiętacie.

Nie mylił się.

Część I
Jestem przekonany, że nostalgia to choroba

Zima 2015

…gdybyście zdjęli różowe okulary, myślę, że oboje odebralibyście ten film takim, jaki jest.

Zgasiłam silnik, ale pozwoliłam, aby podcast leciał dalej, i na wpół tylko słuchałam własnego głosu dochodzącego z samochodowych głośników. Z miejsca, w którym zaparkowałam, aneks kuchenny rodziców wyglądał jak czekający na aktorów plan zdjęciowy. Na ścianie powiesili dziwne obrazy i zupełnie pozmieniali kolorystykę. Zniknęła farba w odcieniu musztardowym, a zamiast niej jakiś dekorator wnętrz zdetonował bombę magnoliową. Zegar na desce rozdzielczej pokazywał dwudziestą pierwszą dwanaście. Za późno? Pewnie tak. Oby. Na pewno jeszcze nie spali, bo tato nigdy nie zostawiał zapalonego światła.

Okej, Xan, Jon, myślę, że pora zdecydować, czy orientalistyczny klasyk Stevena Spielberga i George’a Lucasa Indiana Jones i Świątynia Zagłady powinien trafić do kosza.

Orientalistyczny klasyk? Nieźle.

A ty, Adeline, jeszcze nie podjęłaś decyzji?

Wyłączyłam stereo.

Powinnam wejść. Przyjechałam do Blythe tylko na jutrzejsze spotkanie po latach, ale trudno mi się będzie zrelaksować, nie dowiedziawszy się więcej na temat diagnozy mamy. Podczas naszej zeszłotygodniowej rozmowy przez telefon tato był bardzo poruszony; udało mu się wykrztusić jedynie to, że pojawił się jakiś problem z płucami. Przekazał mamie aparat, żeby mogła mi wszystko wyjaśnić, lecz kiedy zostawił ją samą, ona się rozłączyła, nie wypowiedziawszy ani jednego słowa. To na pewno coś nieuleczalnego. W takim wypadku względy moralne nakazywały mi powrót do dialogu i zakończenie tej głupiej zimnej wojny, którą toczyłyśmy od czasu moich ostatnich odwiedzin. Choćby po to, aby tacie żyło się łatwiej.

Póki co siedziałam w samochodzie i bawiłam się kluczykami. Spodziewałam się, że to będzie trudne – bardzo się tego bałam – nie spodziewałam się jednak gniewu, który wzbierał we mnie od chwili, kiedy zostawiłam za sobą światła autostrady M6 i zaczęłam lawirować coraz bardziej krętymi drogami, mijając kolejne zapadłe dziury. Blythe. Cholerne Blythe. Rząd domów i droga prowadząca do jakiegoś lepszego miejsca. Pub, opuszczona wiata autobusowa i nic więcej przez kolejne kilometry. To było miejsce idealne na kryjówkę przed światem, a nie jego prawdziwa część. Każde omiatane światłem reflektorów pole, każda stodoła czy martwe zwierzę przypominały mi, w jak wielkiej tu żyłam izolacji. Gdyby nie przyjaciele, to…

Przekręciłam kluczyk w stacyjce. Nie było warto, bo już wracałam do dawnych nawyków i szykowałam usprawiedliwienia dla tego wszystkiego, za co mama mogła na mnie naskoczyć: niebieskie pasmo w czarnych włosach, mocny makijaż oczu, kolczyk w uchu. Nie, musiałam stąd odjechać i skupić się na jutrzejszym spotkaniu. Udam się prosto do hotelu i sporządzę notatki do podcastu – i tak czekał go ponowny montaż. Wydawałam się w nim zbyt rozdrażniona, zbyt cięta – możliwe, że wpływ na to miały tarcia między naszą trójką. Brakowało autentycznej miłości do filmów, z której słynęła „Szczypta nostalgii”. Poza tym zawsze mogłam zajechać tutaj w drodze powrotnej do Londynu.

Zwolniłam hamulec ręczny. Kiedy po raz ostatni zerknęłam na dom, dostrzegłam, że na oświetlonym planie pojawił się aktor: tato. Wydawał się niższy, niż go zapamiętałam, a jego włosy, niegdyś grafitowe, teraz lśniły bielą. Minął ponad rok i to od razu było widać. Próbowałam obgryzać paznokcie, ale wszystkie już dawno zostały obgryzione. Z jękiem zaciągnęłam ręczny i zgasiłam silnik. A gdy tato zobaczył mnie przez okno, przykleiłam do twarzy ciepły uśmiech i pomachałam.


Miejsce to miało urok domu emeryta. Tato zaprosił mnie do salonu, którego autentycznie nie poznałam; w powietrzu unosił się jeszcze chemiczny zapach remontu. Jedynym świątecznym akcentem była stojąca w rogu minimalistyczna plastikowa choinka.

– O rety, ale się wszystko pozmieniało – powiedziałam.

– Twoja mama chciała go odnowić, dopóki oboje byliśmy jeszcze w stanie.

Słowo „mama” zostało oczywiście wymówione z amerykańskim akcentem; no a jakże, West Midlands, zagubiony stan USA. Od tak dawna mieszkałam na południu, że teraz zawsze zwracałam na to uwagę.

– Gdzie ona jest?

– W łóżku, kotku. Po południu się jej pogorszyło. Sprawdzę, czy czuje się na siłach, aby się z tobą widzieć. Spieszysz się?

– Nie – odparłam i nim zdążyłam go zapytać o nogę, pokuśtykał w stronę schodów.

Usiadłam na dziewiczo białej skórzanej sofie i nasłuchiwałam szmeru rozmów z góry, próbując wybadać nastrój mamy. Choć nie byłam w stanie rozróżnić poszczególnych słów, wyraźnie słyszałam melodię akcentu birminghamskiego. Spłaszczała każde zdanie, które intonacja próbowała podnosić. Mama dokładała wszelkich starań, żebym to po niej odziedziczyła. „Dzięki temu dostałaś się do Cambridge”, tak mi kiedyś powiedziała.

 

Gdzie się podziało zdjęcie z uroczystości wręczenia dyplomów, które do tej pory stało na kominku? Wyglądało na to, że nawet ono nie przetrwało, a wszystko, co osobiste, zostało poświęcone na rzecz bezosobowego wystroju prosto z magazynów wnętrzarskich. Westchnęłam. Jeśli mamie potrzebna była widownia, to cały ten jad okaże się bezużyteczny. Musiałam myśleć pozytywnie. Wyjęłam telefon. Miałam jedną nieprzeczytaną wiadomość.

Jak się trzymasz? To dzisiaj?

Xan, miłośnik naszego podcastu, dusza do kompletu z moimi ustami i mózgiem Jona. Odcinki opierały się na entuzjazmie Xana dla jakiegoś klasyku filmowego, stopniowo studzonym przeze mnie i Jona, co skutkowało skazaniem omawianego dzieła na tak zwany kosz, chyba że znaleźliśmy jakiś istotny powód, żeby okazać litość.

Nim zdążyłam mu odpisać, schody zaczęły trzeszczeć i krótko potem zjawił się tato. Kiwnął głową. Matka raczy się ze mną spotkać.


– Napijesz się czegoś, Jan? – zapytał tato zza moich pleców.

Siedząca na łóżku mama odmówiła. Wyszedł po tabletki, a ja pocałowałam ją w policzek. W przeciwieństwie do taty w ogóle się nie postarzała. Właściwie wyglądała całkiem dobrze.

– Co mu się stało w nogę? – zapytałam.

Pokręciła głową.

– Potknął się w ogrodzie o gałąź. Mówiłam mu, że trzeba ją obciąć.

– A co się dzieje z tobą, mamo?

Wzruszyła ramionami.

– Nie jest dobrze, Adeline. Coś z płucami. Ten kaszel… Zrobiono mi tomografię, a potem lekarz zapytał, czy miałam do czynienia z azbestem. Cóż, nie miałam, ale twój dziadek pracował swego czasu na dachach, a ja zawsze wdrapywałam mu się na kolana, kiedy wracał z pracy. Powiedzieli, że od środka są całe podrapane i że to się będzie stopniowo pogar…

Zaczęła kaszleć. Położyłam rękę na jej ramieniu, ale znaczące spojrzenie utkwione w moich poobgryzanych paznokciach sprawiło, że zacisnęłam dłoń w pięść.

– Potrzebujesz czegoś?

Pokręciła głową, po czym pokazała na moje stopy.

– Te buciory ci nie pasują, skarbie. – Nie dając mi czasu na reakcję, dodała: – Jesteś nadal z tym nauczycielem? Też przyjechał?

– Nie – odparłam zaskoczona tym, że pamiętała Richa.

– Och. – Opadła na poduszki i lekko zakaszlała.

– Mogę w czymś pomóc, skoro przyjechałam?

Mama przez chwilę milczała.

– Po co to zrobiłaś, Adeline? Miałam szczerą nadzieję, że może powodem jest twoja chęć zaoferowania przeprosin.

Przygryzłam wnętrze policzka. Podczas poprzedniej wizyty przetrwałam urodzinowy obiad pełen uwag wstawionej mamy na temat mojego zaawansowanego wieku i tego, jakie to smutne, że być może nigdy nie zostanie babcią. Następnie winą za mój „problem” obarczyła odziedziczony po tacie brak autorytarności i zasugerowała, że choć tato okazał się rozczarowaniem, to przynajmniej jest prawdziwym mężczyzną. „Może to mało popularny pogląd, ale kobiety we współczesnym świecie nie mogą bez przerwy stroszyć piór” – tak powiedziała. Dla mnie to oznaczało koniec odwiedzin. Pocałowałam tatę na pożegnanie i bez słowa wróciłam do Londynu.

– Przepraszam – rzuciłam teraz, bo jeśli mama rzeczywiście była umierająca, nasze relacje powinny się stać przynajmniej neutralne. Nie dało się już cofnąć czasu, by naprawić to, co między nami popsute, ale pełen szacunku rozejm był czymś jak najbardziej na miejscu.

– A więc taki ton zdecydowałaś się przybrać? – zapytała mama.

Ponownie przygryzłam policzek.

– Przyjechałam na spotkanie z dawnymi przyjaciółmi, mamo, no i martwiłam się o ciebie. Jeśli cię nie interesuję i jeśli niczego nie potrzebujesz, to pójdę. Naprawdę nie chcę się kłócić.

Mama się wyprostowała.

– Kogo tu jeszcze znasz?

– Na pewno ich nie pamiętasz.

– Przyjaciele ze studiów?

– Nie, z Blythe.

– Znałam wszystkich twoich przyjaciół z Blythe. Stephen. Pamiętam go. Jego tata miał dom na samym końcu drogi. Zamożny człowiek, ale tylko go wynajmował. Teraz wygląda zupełnie inaczej.

Przytaknęłam. Kiedy parkowałam, światła samochodu omiotły rozbudowany i unowocześniony budynek na końcu Elm Close.

– Steve się zjawi – powiedziałam.

– Widzisz, pamiętam. I tego niskiego z Indii. Jak on miał na imię?

Teraz to ja pokręciłam głową.

– Rupesh urodził się w Birmingham, mamo.

Oczami wyobraźni ujrzałam drogę, która wiodła do Hampton-in-Arden, wioski sąsiadującej z Blythe. Kiedy tutaj jechałam, minęłam zjazd, myśląc wtedy o Rupeshu.

– Wiesz, co miałam na myśli. I pamiętam także Jessicę. Tę dziewczynę z rudymi włosami.

– Jen – poprawiłam. – To ona zorganizowała nasze spotkanie.

– Jennifer. Jesteś pewna? To właśnie z nimi się spotykasz?

– Zależy kto się pojawi.

– Z kim jeszcze się trzymaliście? – Mama wpatrywała się w swoje palce, jakby w nich się kryła odpowiedź. – A ten wysoki chłopiec?

– Will.

– Will. Czasem widuję jego mamę. Nadal tu mieszka.

Zaczęła znowu kaszleć, a ja ponownie położyłam dłoń na jej ramieniu. Łagodnie zapytałam:

– Mamo, czy to… poważne? – Kiedy nie odpowiedziała, dodałam: – Ile czasu nam zostało?

– Adeline, nie dramatyzuj. Zawsze tak się zachowujesz.

– Nie dramatyzuję. Muszę to wiedzieć.

– Cii. No więc pięć lat, a może dziesięć. Może więcej. Lekarz stwierdził, że wcześniej mogę umrzeć na coś innego. – Wypowiedziała te słowa z nieco zbyt dużym entuzjazmem.

– Och.

– Wydajesz się rozczarowana.

– Wcale nie. Po prostu… szykowałam się na ostatnie pożegnanie.

– Na razie się mnie nie pozbędziesz.

Zmarszczyłam brwi.

– Więc umrzesz w bliżej nieokreślonym czasie.

– Tak to można ująć.

– W sumie jak my wszyscy.

– Zamierzasz przed wyjściem należycie mnie przeprosić, Adeline?

– Miło cię było zobaczyć, mamo – rzuciłam. – Gdybyś mnie potrzebowała, to na kilka dni planuję się zatrzymać w okolicy.

Na korytarz odprowadził mnie kaszel, który brzmiał ciut teatralnie. W połowie schodów stał tato. Opierał się o balustradę i trzymał w ręce fiolkę z lekami.

– Taki mały odpoczynek – powiedział i posłał mi uśmiech, na który aż przykro było patrzeć.


Wyjechałam z Blythe w kierunku wschodnim, przez most z sekretnymi tunelami, w których latem można się było czołgać, oczywiście o ile poziom rzeki był odpowiednio niski. Od zajazdu Travel Inn w Balsall Common, sąsiedniej wsi, dzieliło mnie zaledwie osiem kilometrów. W dzieciństwie te osiem kilometrów ciągnęło się niczym bezkresna pustynia.

W pokoju poczęstowałam się buteleczką czerwonego wina z minibarku, a potem jeszcze jedną. W gruncie rzeczy dobrze zrobiłam, że odwiedziłam dzisiaj mamę. Zapadnięcie na śmiertelną chorobę, która wcale nie zabija, było jednak w jej stylu: maksimum współczucia, minimum kosztów. Tato skończył w tym roku siedemdziesiąt pięć lat i zanosiło się na to, że będzie opiekował się mamą nawet do dziewięćdziesiątki. Nie pozwoliłby, aby jej czegokolwiek zabrało, nawet jeśli to by oznaczało zarzynanie się.

Resztę wina wylałam do umywalki, ledwie rozpoznając właścicielkę takich mrocznych myśli. Życzyłam mamie śmierci? Tak się właśnie działo, kiedy się wracało do domu. Człowiek sądził, że wydoroślał, jednak ledwo przekroczył próg, znowu stawał się dzieckiem. Czy jako dziecko pełna byłam nienawiści? Niewykluczone, ale tak po prawdzie miałam ku temu powód. W ustach poczułam gorycz. A może tylko wino.

Z torby wyjęłam tablet i położyłam się razem z nim na łóżku, licząc, że znajdę jakiś film, który skutecznie zaprzątnie moją uwagę. Sprawdziłam pocztę. Obecnie było to jedyne cyfrowe narzędzie komunikacji, którego używałam. Zrezygnowałam z innych aplikacji do bezpośredniego przesyłania wiadomości, jako że wzrost popularności podcastu wywołał falę mizoginistycznego hejtu. Powitał mnie nowy mail ze strony randkowej. „Hej, mała”. Od razu go usunęłam.

Musiałam odpisać Xanowi, więc zaczęłam szukać telefonu. To on stał za mną, kiedy przed rokiem otworzyłam mail od Jen proponującej spotkanie po latach w następne Boże Narodzenie. Gdy zapytał mnie, kim jest Jen, a ja mu opowiedziałam o przyjaciołach z dzieciństwa i pierwszym prawdziwym chłopaku, Stevie, Xana to zaintrygowało. A potem zobaczył w mediach społecznościowych zdjęcie Steve’a.

– Masz swój typ, co?

Już wcześniej rzuciło mi się w oczy, że istnieje fizyczne podobieństwo między Steve’em i moim eks, Richem: pociągła twarz, ciemne włosy, mocna budowa. Ale słowa Xana trochę mnie zaniepokoiły. Rich przypominał mi Steve’a nie tylko w kwestii wyglądu. Jego z lekka wymuszona swoboda miała sugestywny urok silnego zapachu czy piosenki i przyciągała mnie, choć byłam wystarczająco dorosła, aby mieć więcej rozumu w głowie.

Budzik na stoliku nocnym wskazywał wpół do jedenastej. A może położę się wcześniej i wykorzystam do pracy jutrzejszy dzień? Spotkanie zaplanowano dopiero na siódmą wieczorem. W sumie to nie mogłam się go doczekać. Wcześniej niezbyt się na nie cieszyłam, bo przecież wysoce prawdopodobne było to, że nic już nas nie łączy. Jednak po dzisiejszej przejażdżce przez okoliczne wsie nie miałam wątpliwości: ci ludzie swego czasu okazali się moimi wybawcami. Przez te wszystkie lata utrzymywaliśmy ze sobą kontakt na odległość, ale zignorowałam jedną czy dwie propozycje spotkania. Do czasu podcastu nie zrobiłam niczego, z czego byłabym na tyle dumna, żeby mieć ochotę pokazywać się ludziom, którzy mnie kiedyś znali. Fajnie będzie ich znowu zobaczyć. Kim teraz byli? Co robili?

Nim zniknęłam z mediów społecznościowych, zerknęłam po raz ostatni na facebookowy profil Steve’a. Wszystkie zdjęcia przedstawiały zachody słońca i łąki, żadne jego samego. Miał partnerkę? Był żonaty? Rupesh był – widziałam zdjęcia z obu ceremonii: świeckiej i tradycyjnej. Nigdy nie należał do osób religijnych, więc może należało to uznać za ukłon w stronę wielopokoleniowej rodziny. A może jego przekonania i praktycyzm z czasem uległy złagodzeniu? Oby nie. Zawsze to w nim lubiłam. Jen natomiast aż nazbyt chętnie dzieliła się wszystkim na Facebooku. Miałam okazję widzieć zdjęcia z jej wakacji i bieżące informacje o pracy nauczycielki, nie wspominając o inspiracyjnych cytatach dotyczących kreatywności, które pojawiały się nieuchronnie po nieudanych castingach. Kiedy się poznałyśmy, marzyła, by zostać aktorką, i podziwiałam jej upór, choć udało jej się zagrać jedynie kilka ról trzecioplanowych w mało znanych brytyjskich serialach telewizyjnych. Część mnie żywiła nadzieję, że Jen nadal próbuje, druga zaś, ta, która blokowała jej posty na mojej tablicy, pragnęła, aby odnalazła inny cel, który nie jest tak zniechęcający.

Napisałam do Xana, następnie leżałam z zamkniętymi oczami na łóżku i nasłuchiwałam buczenia lodówki.

Kiedyś wygooglowałam Willa, ale w pamięci nie utkwiły mi żadne informacje dotyczące jego dorosłego życia. A gdy niedawno próbowałam to zrobić po raz drugi, zupełnie nic nie znalazłam. Był dla mnie tajemnicą. Miałam nadzieję, że życie dobrze mu się ułożyło, niemniej moje wspomnienia związane z nim nie należały do szczególnie pozytywnych. Stwierdzenie, że był dziwny i trudny, to akt życzliwości. Choć zdarzało się, że potrafił nas wszystkich rozśmieszyć.

Adeline, 1997

Na łące za ogrodem przebywają jakieś dzieciaki w wieku Adeline. Widzi je z okna w holu: Azjatę w białej koszuli i rudowłosą dziewczynę z dwoma warkoczami. Co jakiś czas przykładają dłonie do ust i krzyczą coś, co niesie się aż do domu. O Bii, O Bii, O Bii, O Bii. Jest środek dnia, a Adeline paraduje jeszcze w szlafroku.

Tych dwoje często widać we wsi. Zazwyczaj towarzyszy im chłopak z włosami w kolorze truskawkowego blondu, który jest wysoki jak dorosły i czasem nosi czapkę. Tydzień temu, krótko po przeprowadzce do Blythe, Adeline wpadła na tę dziewczynę i jasnowłosego chłopaka, kiedy obchodziła okoliczne łąki i pola. Kładli monety na torach parę kilometrów za Elm Close. Zapytali ją, ile ma lat, a kiedy im odpowiedziała, że piętnaście, odparli, że wygląda na siedemnaście. Uznała, że robią sobie z niej żarty – skłamała: piętnaście lat skończy dopiero pod koniec sierpnia – więc opryskliwie im oświadczyła, że jeszcze wykoleją pociąg.

Powinna się była bardziej postarać. I tak już zbyt wiele wakacyjnych dni spędziła w swoim pokoju, gdy tymczasem lato trwało w pełnej krasie. Może w wysokich czarnych kozakach, kabaretkach i z eyelinerem na powiekach rzeczywiście wygląda na starszą. Zwłaszcza tutaj, na wsi.

O Bii, O Bii.

Ubiera się: T-shirt Green Day, czarna miniówa i rajstopy. Bierze discmana, wkłada słuchawki i wychodzi z domu. Green Day atakuje jej uszy: Insomniac, dźwięki towarzyszące zakupom w centrum Birmingham z Alexą, piciu napojów z niedużą zawartością alkoholu nad kanałem w Brindley Place. Ten album to prezent od Alexy. Adeline tęskni za nią, starym domem i szkołą. Wie, że nie pasuje do wsi. Miała co do tego rację, kiedy krzyczała na rodziców, usłyszawszy wiadomość o przeprowadzce.

 

Za podjazdem skręca w lewo, kierując się w stronę końca ślepej uliczki. Pies sąsiada doskakuje do ogrodzenia i zaczyna ujadać. Adeline odruchowo robi krok w bok, wchodząc przy tym na ulicę. W ostatniej chwili unosi głowę; srebrny van zatrzymuje się z piskiem opon zaledwie pół metra od niej. Unosi przepraszająco rękę, a kierowca, skrzywiony mężczyzna z wąsami, kręci głową, po czym wrzuca kierunkowskaz sygnalizujący chęć wjazdu na posesję, na której mieszka pies.

Czemu kręci głową? To przecież przez jego psa musiała zejść na jezdnię. Pies chce podbiec do vana, ale jest przywiązany do wbitego pośrodku podwórza pala i w pewnym momencie się zatrzymuje, a brzydki łeb odskakuje mu do tyłu. To rasa ze słowem „bull” w nazwie, z tych, co to najpewniej atakują małe dzieci. Sznur ma nie więcej niż dwa metry – pewnie dlatego pies zachowuje się tak agresywnie. Nim mężczyzna wysiada z samochodu, Adeline pokazuje środkowy palec, po czym oddala się, mając nadzieję, że tego nie widział, ciesząc się jednak, że to zrobiła. Okrutny drań.

Kawałek dalej znajduje się przejście między dwoma domami; żółta strzałka na płocie oznacza, że to droga publiczna. Cholernie tam śmierdzi psimi odchodami i kompostem z jednego z pobliskich ogrodów. Natomiast kiedy Adeline wychodzi na pole, czuje zapach obornika. W sumie lepsze już to niż psie kupy. Idzie ścieżką, aż dostrzega ją dziewczyna z warkoczami i macha do niej. Podchodzi do Adeline, więc ta wyjmuje z uszu słuchawki.

– Widziałaś psa? – pyta ruda.

Ubrana jest w ogrodniczki i dzięki nim oraz włosom doskonale się wpasowuje w otoczenie. Na twarzy ma jednak grubą warstwę podkładu. Jakież to konwencjonalne. Pewnie typowy z niej ptasi móżdżek, taki, co robi zakupy w sieciówkach i aby zaimponować chłopakom udaje, że lubi muzykę. A może po prostu ma kiepską cerę; Adeline postanawia dać jej szansę.

– Właśnie zaatakował mnie jakiś pies przywiązany do pala w ogrodzie – mówi.

– To nie ten. – Dziewczyna z warkoczami marszczy nos.

– Zgubił wam się? – pyta Adeline.

– Naszemu koledze Steve’owi. Szukamy całe popołudnie.

Azjatycki chłopak podchodzi do nich i z uśmiechem mówi „cześć”. Ma nie tylko elegancką koszulę, ale także równy przedziałek w czarnych włosach.

– Wcale go nie lubimy. Zawsze mówię, że nie powinien go spuszczać ze smyczy.

– Jaka to rasa?

Dziewczyna z warkoczami wybucha śmiechem.

– Jaka rasa? Nie mam pojęcia. Jest duży, kudłaty i trochę siwy. – Kładzie płasko dłoń tuż nad talią. – W sumie to prawdziwy mutant. Dziwnie chodzi, bo ma coś z grzbietem.

– I gryzie, kiedy się go głaska – dodaje chłopak i ściąga brwi. – Jest naprawdę stary.

– Ale wiesz co? Pieprzyć to – oświadcza dziewczyna. – Steve go kocha, a my przynajmniej mamy jakieś zajęcie.

To przekleństwo z ust niewinnie wyglądającej dziewczyny sprawia, że Adeline od razu pała do niej sympatią.

– Mogę wam pomóc, jeśli chcecie – proponuje. – Autentycznie nie mam nic lepszego do roboty.

– Witamy w klubie – rzuca chłopak.


Pies wabi się Obi-Wan Kenobi, a Adeline nie trzeba tłumaczyć, że to postać z Gwiezdnych wojen, filmu, który oglądała kiedyś z tatą. Dziewczyna z warkoczami ma na imię Jen, a chłopak to Rupesh. Popołudnie dobiega końca, chmury zasnuwają słońce i zrywa się chłodny wiatr, a oni zdążyli do tej pory obejść dwa pola za domem Adeline oraz dwa kolejne, które należą do farmy.

Na polu zaraz za Elm Close, na którym rośnie chyba kukurydza, wpadają na jasnowłosego chłopaka, Willa. Bladą skórę ma poparzoną słońcem, a pasek ozdobiony plakietkami z nazwami głównie amerykańskich zespołów grunge’owych. Nirvana to jedyny, o którym Adeline słyszała, a jego logo przedstawiające uśmiechniętą buźkę z przekreślonymi oczami znajduje się po sąsiedzku z Pearl Jam i Soundgarden. Will zdaje się ignorować obecność Adeline, niemal w ogóle jej nie dostrzega. Przez ostatni rok przyzwyczaiła się do uwagi ze strony chłopców. Generalnie ją ona cieszy, nawet jeśli to oznacza, że musi się częściej przeglądać w lustrze, aby sprawdzić, czy nie ma przypadkiem na ustach śladów po paście do zębów czy śpiochów w kącikach oczu. Reakcja Willa jest dla niej czymś nowym i z lekka irytującym.

– Znalazłeś coś? – Jen pyta Willa. W jej głosie pobrzmiewa troska, której wcześniej nie było.

Chłopak kręci przecząco głową.

– Nic mu nie będzie – mówi Rupesh, po czym zerka na Adeline. – Już mu się zdarzało uciec.

Bezowocne poszukiwania Obiego wkrótce przeradzają się w poszukiwania także i Steve’a. Wszyscy zapuszczają się coraz głębiej w pola, aż w końcu docierają w pobliże dziwacznego jeziorka niedaleko torów, przy których poprzednio spotkała ich Adeline. To tam Will po raz ostatni widział Steve’a. Na drodze gruntowej prowadzącej do jeziora Jen pyta Adeline, gdzie wcześniej mieszkała. Ta odpowiada, że w Marlstone, skąd bez problemu można się było dostać do Birmingham. I dodaje, że nienawidzi rodziców, a zwłaszcza mamy za to, że tu się przeprowadzili.

– Zastanawiałam się, czy nie chodzić dróżką do Hampton – mówi Adeline. Choć Hampton to mała miejscowość, tato jej powiedział, że z tamtejszej stacji kursuje pociąg do Birmingham.

– Za daleko – orzeka Rupesh. – Nie pojedziesz też rowerem, no i zatacza się wtedy taki łuk wokół dróg, że zabiera to tyle samo czasu.

Odpowiedź jest stanowcza, jakby sprawa została zamknięta. Nikt nie podważa słów Rupesha. W jego ciemnych oczach Adeline widzi coś równie dorosłego jak jego strój. To irytujące i kiedy tylko będzie miała okazję, udowodni mu, że się myli.

– I tak mi się zepsuł łańcuch rowerowy – mówi.

– Mogę go naprawić – proponuje Jen.

Adeline nie ma pewności, czy chce, aby Jen zobaczyła jej stary rower – nie jeździ nim od lat.

– A tak w ogóle to jest w okolicy co robić? – pyta, uśmiechem zbywając propozycję Jen.

– Ciebie pewnie by obsłużono w Głowie Jędzy – odzywa się Will.

– Zawsze chodzimy do Steve’a – wyjaśnia Jen. – Lubisz filmy?

– O tak.

– To dobrze – mówi Rupesh – bo sporo ich oglądamy.

– Rodzice Steve’a mają taki dziwaczny układ, że w ogóle się nie widują – wyjaśnia Jen. – Pracują często za granicą, jego mama właściwie na okrągło siedzi w Stanach, więc on nawet się z nią nie spotyka. A jego tata rzadko tu bywa, co oznacza, że jeśli chcemy, to całe dnie i noce możemy spędzać u niego. Mają tu dom i szczerze mówiąc, nie wiem, co byśmy zrobili bez niego. No a Steve zgromadził całe mnóstwo pirackich filmów, które jego tata przywozi z Tajlandii. Takich, co u nas nie weszły nawet jeszcze do kin. W zeszłe wakacje zahipnotyzował także Rupesha, co było zabawne.

– Wcale mnie nie zahipnotyzował – protestuje Rupesh.

Przy jeziorze dzielą się na dwie grupki i postanawiają spotkać w połowie drogi. Adeline obchodzi prawą część jeziora razem z Rupeshem. Will i Jen idą w lewo. Adeline jeszcze nie widziała takiego jeziora. Wygląda raczej jak ogromny staw. Wzdłuż ścieżki oraz w zaroślach znajdują się kupki ziemi oraz mnóstwo betonu i ma się wrażenie, że to porzucony w pośpiechu projekt budowlany. Wokół zalewu echem rozbrzmiewa nawoływanie: „Obiiii!”, a dziesięć minut później docierają do celu. Will i Jen już na nich czekają.

– Znaleźliśmy go – oznajmia Jen. – Jest w dole, przy torach. – W jej głosie nie słychać jednak radości. Will z kolei ma ściągnięte brwi.

Adeline schodzi za nimi krótką ścieżką, która prowadzi na sam koniec nieoznaczonej drogi. Sześć betonowych bloczków leży na krawędzi tego, co musiało być miejscem do zawracania. Rozpanoszyły się tu gęste krzaki i zarośla. Jen kieruje ich w stronę dziury w gęstwinie.

– Ja tu zostanę – bąka Rupesh. W tej chwili wygląda na dziesięć lat.

Will i Jen wymieniają spojrzenia, po czym Jen kiwa głową, dotyka ramienia Rupesha i mówi:

– Oczywiście, wrócimy po ciebie.

Adeline nie pyta, o co chodzi. Udaje obojętność. We troje dochodzą do wznoszącej się nad torami kładki. Jen przeskakuje przez płot na końcu kładki, który oddziela ścieżkę od dwóch torów. Idzie prawą stroną. Will robi to samo. To na pewno nie jest rozsądne. Adeline miała okazję widzieć filmiki o bezpieczeństwie na kolei, ale wspomnienie o nich teraz uczyniłoby z niej nudziarę. Ostrożnie przechodzi przez płot, czego nie ułatwia jej krótka spódniczka. Idzie jak najdalej od torów. Pod jej butami chrzęści żwir. Porastające prawy wał chwasty co rusz smagają jej twarz. Po lewej stronie widzi olbrzymi słup wysokiego napięcia. Nie mija wiele czasu, nim docierają do czerwonego kształtu, być może tajemniczego Steve’a. Ta osoba żyje, na szczęście, bo sposób, w jaki oni rozmawiali, kazał sądzić, że zamierzają pójść po zwłoki, jak w jednym filmie z Riverem Phoenixem.

Steve siedzi na torach u stóp kamiennego wału. Will i Jen stoją przed Adeline, zasłaniając jej widok, ale udaje się jej dostrzec czubek głowy chłopaka. Włosy ma ciemne tak jak ona.