Zanim umarłamTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Od Autora

Huckerby Farm

Princetown

Lych Way

Farma Huckerby

Grey Wethers

Las Hobajob

Farma Huckerby

Gospoda Warren House

Vitifer Leat

Salcombe

Burrator

Venner

Princetown

Hexworthy

Salcombe

Hotel Two Bridges

Morrice Town, Plymouth

Black Tor

Farma Huckerby

Podwórze w Huckerby

Salcombe

Farma Spaldingów

Dartmoor

Dartmoor

Huckerby

Bellever Tor

Kościół w Tavyhurst

Farma Kennec

Huckerby

Drizzlecombe

Huckerby

Hotel Three Crowns Inn, Chagford

Dartmoor

Huckerby

Las Hobajob

Dartmeet

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: Just Before I Died

Redakcja: Agnieszka Niegowska

Projekt okładki: Claire Ward © HarperCollinsPublishers Ltd 2018

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcia na okładce: © LuFeeTheBear / Shutterstock, © Dorota Gorecka / Trevillion Images, © Sveta Butko / Trevillio Images, © Jayne Szekely / Arcangel Images

Korekta: Słowne babki, Beata Wójcik

Copyright © S. K. Tremayne 2018

S. K. Tremayne asserts the moral right to be identified as the author of this work.

Published by arrangement with Furniss Lawton.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2019

Copyright © for the Polish translation by Dorota Pomadowska, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN: 978-83-8143-080-7


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Wspólna 35 lok. 5, 00-519 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Od Autora

Chciałbym podziękować wszystkim, którzy towarzyszyli mi w moich poszukiwaniach w Parku Narodowym Dartmoor, a szczególnie Timowi Cummingowi – za inspiracje, i Loicowi Richowi – za towarzystwo. Jestem również niezmiernie wdzięczny personelowi hoteli Two Bridges, White Hart i Gidleigh Park, producentom Plymouth Gin oraz właścicielom browaru Dartmoor Jail; a także moim redaktorom i redaktorkom z „The Times” i „The Sunday Times Travel Magazine” – Jane Knight, Edowi Grenby’emu i Nickowi Redmanowi.

Jak zawsze odczuwam potrzebę podziękowania Jane Johnson, Eugenie Furniss i Sarah Hodgson za ich mądrość, rady i profesjonalizm.

W niniejszej książce Czytelnicy znajdą wiele odniesień do różnych miejsc na terenie Parku Narodowego Dartmoor oraz nazw geograficznych. Niektóre spośród nich zostały przeze mnie zmienione albo wymyślone, chociaż mam nadzieję, że udało mi się wiernie opisać niezwykłe piękno krajobrazów Dartmoor. Biorę całkowitą odpowiedzialność za niezamierzone nieścisłości.

Chciałbym podziękować również Sethowi Lakemanowi za zgodę na cytowanie fragmentów tekstów jego piosenek.

Gwieździe nad Kes Tor

Biedna Kitty Jay,

taka piękność porzucona na odludziu,

cicha modlitwa miała przynieść jej ukojenie w grobie,

jednak coś zakłóciło ten sen.

Seth Lakeman, Kitty Jay

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Huckerby Farm

Sobota rano

Martwe ptaki leżą starannie ułożone w rządku. Nie mam pojęcia, dlaczego są martwe. Może wymordował je jakiś kot – w ten okrutny, nieokiełznany koci sposób. Zabijanie dla zabawy. Jednak nie znam nikogo, kto ma kota, przynajmniej w najbliższej okolicy. My na pewno nie mamy kota. Adam woli psy – zwierzęta, które pracują, polują i aportują. Lojalne zwierzęta.

Bardziej prawdopodobne jest to, że te małe ptaszki wyzionęły ducha z powodu mrozu i głodu – długa zima w Dartmoor w tym roku jest ciężka. W ciągu ostatnich kilku tygodni mróz wgryzł się w kwaśną glebę, zdarł korę z powykręcanych drzew i zagnał ludzi do domów – od niewielkiego Christow aż po Tavy Cleave – a wąskie dróżki pośród wrzosowisk zamienił w ślizgawki.

Drżę na tę wciąż powracającą myśl, zaciskając palce na kubku z gorącą kawą i wyglądając przez kuchenne okno. Drogi, oblodzone od jakiegoś czasu, są niebezpieczne. Tak, powinnam była wtedy bardziej uważać, ale czy to naprawdę moja wina? Na chwilę odwróciłam wzrok, coś rozproszyło moją uwagę. A potem to się stało, na ciemnej drodze, która biegnie obok zalewu Burrator.

Jedynie wąski oblodzony pasek… Wystarczyło. Jechałam do domu w ślimaczym tempie i nagle straciłam panowanie nad kierownicą, wpadłam w poślizg, bezskutecznie wciskałam w podłogę pedał hamulca i w chłodnym grudniowym półmroku ześlizgiwałam się coraz szybciej w kierunku tafli wody. Pamiętam jedynie to wszechogarniające poczucie nieuchronności, przekonanie, że w jakiś sposób było mi to pisane – nagła śmierć w wieku trzydziestu siedmiu lat.

Czarna woda na zawsze miała mnie pochłonąć. Zamknięte drzwi auta na zawsze miały mnie uwięzić. Lodowaty płyn w moich płucach na zawsze miał pozbawić mnie ostatniego tchnienia w ten zimny, losowo wybrany grudniowy wieczór, na skraju wrzosowiska, gdzie kościste pagórki i obnażone wzgórza zaczynają powoli opadać w kierunku Plymouth.

 

A jednak nie zginęłam.

Walczyłam i płynęłam, zalana strumieniami krwi. I przeżyłam. Jakimś sposobem przeżyłam. Wspomnienia nadal są fragmentaryczne, mgliste, ale powracają, a moje ciało dochodzi do siebie. Siniaki już prawie zeszły z twarzy.

Przeżyłam ciężki wypadek, jakimś tylko cudem nie zginęłam, i teraz postanawiam wyliczyć wszystkie błogosławieństwa, jakie mnie w życiu spotkały, niczym mała dziewczynka rachująca coś na paluszkach.

Pierwsze błogosławieństwo: mam męża, którego kocham. Adama Redwaya. On chyba też mnie kocha, i w wieku trzydziestu ośmiu lat wciąż jest bardzo przystojny – z tymi olśniewającymi niebieskimi oczami i kruczoczarnymi włosami. Wiecznie młody, mógłby uchodzić za mężczyznę o dziesięć lat młodszego nawet pomimo ciężkiej pracy, jaką wykonuje. A może właśnie dzięki niej.

Nie zarabia zbyt wiele jako strażnik parku narodowego, ale kocha te wrzosowiska, gdzie się urodził, i kocha swoją pracę – począwszy od naprawiania płotów, żeby kuce z Dartmoor nie zapędziły się zbyt daleko, po zabieranie na wycieczki zastępów uczniów, by mogli obejrzeć żonkile, stojąc na Steps Bridge, oprowadzanie turystów, dla frajdy, przez cały wąwóz Lydford i straszenie ich opowieściami o banitach, którzy mieszkali w jaskiniach, stali się kanibalami i wymarli z powodu endogamii i szaleństwa.

Adam uwielbia to wszystko – kocha baśniowość i surowość tych wrzosowisk. Lubi ich nieprzystępność i osobliwość. Tutaj wyrósł. A wraz z upływem czasu pozwolił mi stać się częścią swojego świata – tworzymy szczęśliwe małżeństwo, przynajmniej szczęśliwsze niż wiele innych par. Oczywiście wkrada się w nie rutyna, zwyczajność, nawet przewidywalność. Podobnie jest z seksem.

Jestem pewna, że moi znajomi z uniwerku wyśmialiby tę bezpretensjonalność, ale mnie daje to oparcie. Świat się zmienia – cyklicznie i nieuchronnie. Pożądam i jestem pożądana. Nie kochamy się zbyt często od wypadku, ale wiem, że to powróci. Zawsze wraca.

Za cóż jeszcze mogę podziękować? Co jeszcze sprawia, że cieszę się z tego, że żyję? Muszę obudzić w sobie wspomnienia. A te bywają nader bolesne.

Dość często cierpię na nagłe przerażające bóle głowy – tak ostre, że aż wyję. Jakby coś zgrzytało mi w głowie, jakby kości ocierały się o moje nerwy.

Tak jak teraz. Krzywię się. Stawiam duży kubek kawy przy zlewie, przykładam dłoń do czoła, do tego wrażliwego miejsca, którym musiałam uderzyć o kierownicę, roztrzaskując na drobne kawałki kości, mózg i wspomnienia z całego ostatniego tygodnia, a także taflę zimowego lodu na powierzchni sztucznego zbiornika wodnego na wrzosowiskach.

Głębokie oddechy. Głębokie, długie oddechy.

Skup się na pozytywnych aspektach, tak powiedział doktor. Codziennie odczuwaj wdzięczność. Dzięki temu szybciej wrócisz do zdrowia. Szybciej odzyskasz pamięć.

Lubię moją pracę w biurze turystycznym Parku Narodowego Dartmoor. Nie zostałam archeolożką, tak jak planowałam, kończąc studia na Uniwersytecie w Exeter. Nie jest to szczyt moich marzeń. Poza tym niezbyt dobrze zarabiam. Ale piszę teksty ulotek, rozmawiam o historii, zarażam entuzjazmem wycieczkowiczów, a władze parku pozwalają mi brać udział w wykopaliskach w sezonie letnim, wkopywać się w torf i odkrywać kurhany z epoki brązu albo megalityczne groby skrzynkowe pełne czaszek, kości udowych i kręgosłupów z epoki neolitu, szczątków ludzi, którzy zamieszkiwali te tereny, kiedy były cieplejsze i suchsze. Bardziej przyjazne do życia.

Nade wszystko jednak kocham dom z granitu, w którym mieszkamy, osiem kilometrów na południe od Princetown, zagubiony pośród wysoko położonych wrzosowisk, oddalony o półtora kilometra od najbliższego zamieszkanego domostwa, gospodarstwa Spaldingów, i o jakieś trzy od najbliższej wioski, w której znajdują się pub i maleńki sklepik, gdzie można kupić szynkę, brykiet drzewny i niewiele więcej.

Uwielbiam to dzikie odosobnienie, bezmiar gwieździstego nieba i niczym niezmąconą ciszę. Uwielbiam te rozmarzone, artretyczne, obrośnięte mchem jarzębiny, które rosną wzdłuż wąskich dróżek. Podoba mi się, że miejscowi nazywają je „wyszczerzonymi zębami” albo „zębami wiedźmy”. I uwielbiam historię tych terenów – pełną perturbacji, nieustępliwości, nieugiętości. Huckerby było kiedyś dobrze prosperującym gospodarstwem, zresztą nadal pozostały po nim stodoły i budynki gospodarcze, choć teraz, smagane lokalnymi deszczami, po których w środku lata strzelają w górę chabry i firletki, popadają w ruinę. Jedynym budynkiem nienadgryzionym zębem czasu jest właśnie wynajmowany przez nas tradycyjny długi dom, tak charakterystyczny dla okolicy, który liczy jakieś sześćset lat.

Kiedyś pewnie mieszkała tutaj liczna rodzina: po jednej stronie domu ludzie, a po drugiej – zwierzęta. Bydło dawało mieszkańcom ciepło pod tą strzechą w hrabstwie Devon. Teraz dom został przebudowany, dach pokryty łupkiem kamiennym, a wnętrze unowocześnione. Tak, trudno go ogrzać i nadal nasiąka wilgocią, ale ma swój klimat. Mieszkamy w nim razem z Adamem i naszą córką Lylą oraz dwoma psami, Felixem i Randalem.

Nazwałam psy imionami z jednego z wierszy Gerarda Manleya Hopkinsa. Bo poezję też uwielbiam: czasem piszę wiersze, choć nigdy ich nikomu nie pokazuję. Ukrywam je przed światem, równie wstydliwie jak moja córka skrywa własne sekrety. Podobałoby mi się bycie poetką, tak jak bycie archeolożką. Ale jest dobrze tak, jak jest: jestem szczęśliwa, jak sądzę, a na pewno jestem szczęśliwa, że żyję i mieszkam w domu, który kocham, z mężczyzną, którego kocham, i dwoma psami, które kocham, a najbardziej – że mieszkam z córką, którą po prostu ubóstwiam.

Lyla Redway. Dziewczynka, która lubi układać martwe ptaszki w rzędy i okręgi.

Lyla Redway. Dziewięciolatka, która biega gdzieś po gospodarstwie w niebieskiej wełnianej czapeczce i grubym czarnym anoraku, bawi się sama – jak zawsze – albo z Felixem i Randalem, które zapewne woli od towarzystwa ludzi.

Nie mam nic przeciwko temu. Lyla nie jest typową dziewczynką: jest sobą, bezbronną, ekscentryczną, zabawną, życzliwą, rozkoszną sobą. Które dziecko spędziłoby mroźny styczniowy poranek na układaniu martwych ptaszków?

Czasem układa kamyczki albo gałązki, albo jasnoczerwone borówki. Czasem Adam wraca do domu z prezentami, które znajduje na skalistych wzgórzach, przedmiotami, które jego zdaniem spodobają się córce – miniaturowymi różowymi muszelkami ślimaków i delikatnymi kosteczkami ptaszków czy białymi jak płótno czaszkami żmij – a ona później układa te dość makabryczne skarby wrzosowisk w skomplikowane wzory: mandale, sześciokąty i znaki zodiaku, misterne symbole graficzne zrozumiałe jedynie dla niej, które wprowadzają swego rodzaju poetycki porządek do jej samotnego świata na wrzosowiskach; świata, w którym sama niepodzielnie rządzi.

A czasem nie robi nic. Stoi godzinami, słucha niesłyszalnej muzyki, przygląda się temu, czego inni nie dostrzegają, albo wspomina wydarzenia z bardzo wczesnego dzieciństwa. Przeczytałam, że te osobliwe cechy – wyczulony słuch, zadziwiająca pamięć – stanowią część jej choroby, a właściwie potwierdzenie jej choroby. Jednak odmówiliśmy poddania córki diagnostyce czy badaniom lekarskim poza oceną objawów widocznych gołym okiem.

Adam nie chce jej stygmatyzować ani szufladkować, a ja raczej się z nim zgadzam. Nie zamierzamy ograniczać córki, ponieważ mimo swojego odosobnienia, swojej samotności wydaje się szczęśliwa.

A może dzisiaj nie jest jednak taka szczęśliwa?

Lyla spogląda na leżące ptaszki. Ani drgnie. To dla niej typowe – sprawia wrażenie, jakby nie była zdolna wykonać najzwyklejszego ruchu. Stoi nieruchomo niczym słup soli, tak jak teraz, albo znów tańczy i kręci się w kółko, skacze po skalistych wzgórzach wrzosowisk, macha rączkami, kołysze się i kiwa oraz mówi, mówi, mówi, trajkocze niczym rzeczka Dart przepływająca pod mostem Postbridge, paplając sama do siebie potokiem informacji przechowywanych w mózgu, które pochodzą ze wszystkich przeczytanych przez nią książek.

Hiperleksja, tak się to nazywa. Kolejny objaw. Nadmierne czytanie.

Jakim sposobem to może stanowić problem? Nadmierne czytanie? Pozwalam jej czytać, ile chce. Całe książki w ciągu jednego dnia, tysiące słów na godzinę. Karmienie wygłodniałej duszy. Mam nadzieję, że to mój dar dla niej.

Odziedziczyła urodę po ojcu, prawie kruczoczarne włosy i przenikliwe spojrzenie, ale po mnie ma miłość do słów. Może pewnego dnia zostanie poetką, którą ja nigdy nie byłam. Może zrobi karierę naukową, której pragnęłam dla siebie. Cieszę się, że odziedziczyła wygląd po tacie, a nie po mnie. Zawsze wyglądałam rozczarowująco: brązowe włosy, brązowe oczy, przeciętny wzrost, przeciętna twarz, nie ma na czym oka zawiesić, to tylko ja, Kath, kobieta poślubiona przez Adama Redwaya, matka dziwacznej córki, robi coś tam dla parku narodowego, mieszka gdzieś tam daleko na pustkowiu, w pobliżu Hexworthy.

Fakt, że otarłam się o śmierć w tamtym zbiorniku wodnym, to zapewne jedyna wyjątkowa rzecz, jaka mnie spotkała w życiu, jedyne wydarzenie, które mogło sprawić, że zostałabym zauważona.

Tyle że ja nie chcę zostać zauważona.

Otworzywszy okno kuchenne na chłodne poranne powietrze, wołam:

– Hej, skarbie, wszystko w porządku? Na pewno jest ci ciepło?

Lyla stoi nieruchomo. Nadal spogląda z marsową miną na martwe ptaszki, niektóre spośród nich ułożone niczym rzędy rytualnych głazów z epoki brązu na wrzosowiskach.

– Skarbie – powtarzam bez cienia zniecierpliwienia. Jestem przyzwyczajona do tego, że muszę jej perswadować różne rzeczy, powtarzać dwa albo trzy razy, kiedy wpada w te swoje silniejsze stany. – Lyla, Jagódko, chcę się upewnić, że nie jest ci zimno, bo na zewnątrz jest mróz. Gdzie są pieski?

Nadal bez odpowiedzi. Mogłabym wyjść na dwór, wziąć jej twarzyczkę w dłonie i odwrócić, żeby na mnie spojrzała, uświadomić jej, że właśnie do niej mówię, że wchodzę z nią w kontakt, że ktoś tu potrzebuje uzyskać odpowiedź.

Otwieram drzwi wejściowe i podchodzę do mojej córki, splatam ramiona na piersiach, osłaniając się przed lodowatym wiatrem.

– Ciekawe, że one wszystkie są martwe, prawda, mamusiu?

Spod błękitnej czapeczki spoglądają niebieskie oczy, po ojcu.

– Słucham, skarbie?

– Wszystkie te ptaszki, tak wiele, wszystkie są martwe. Sprawdziłam. Tak dużo, pewnie ze dwadzieścia.

– Pewnie przez tę zimnicę, Lyla. Mamy srogą zimę, cięższą niż zwykle. – Obejmuję jej szczupłe ramionka.

– Hmm. – Wzrusza ramionami z roztargnieniem, wpatruje się w ptaszki.

Wędruję wzrokiem za jej spojrzeniem, przyglądając się uważnie tym żałosnym drobnym ciałkom. Najwyraźniej zamarzły – mają oszronione dzióbki. Nie wiem, jaki to gatunek. Chyba rozpoznaję drozda i rudzika. Lyla na pewno wie: potrafi rozpoznać każdego ptaka i ssaka, a także większość kwiatów na wrzosowiskach.

– Pomyślałam sobie, że to smutne, mamusiu, smutne, że one wszystkie nie żyją, więc ułożyłam je w specjalny kształt, żeby mogły mieć razem pogrzeb i nie czuły się samotne.

Pochyla się i przesuwa dwa spośród nich, delikatnie je układając. Kiedy widzę, jaka jest w tym dokładna, jaka precyzyjna, czuję niepokój. Układa takie śliczne kształty, ale przecież to w końcu martwe ptaki. Skąd ona je wzięła?

– W porządku, już dobrze, już dobrze… Zjesz lunch?

– Zaczekaj, zaczekaj, mamusiu. Już prawie skończyłam.

Ta misterna zabawa mnie przeraża. Martwe ptaki ułożone w kształt, którego nie jestem w stanie do końca pojąć. Lodowate ptasie ślepka, szereg bliźniaczych czarnych guziczków na zamarzniętym błocie.

Lyla przewraca zamarzniętego ptaszka to na jedną, to na drugą stronę.

– Lyla! Proszę, już dosyć.

Prostuje się i posyła mi uśmiech.

– Nie chcesz, żebym spędzała dzień na układaniu martwych ptaszków, tak? Chcesz powiedzieć, że to niewłaściwe zachowanie?

Nie wiem, co mam na to odpowiedzieć, dopóki nie zdaję sobie sprawy, że moja córka żartuje, że naśmiewa się z moich lęków. Lyla miewa zdumiewające przebłyski dorosłego poczucia humoru, wnikliwego i nieco surrealistycznego, świadczącego o tym, jak bardzo jest świadoma samej siebie. Między innymi dlatego opieramy się diagnozie.

– Nie. Uważam, że doskonale jest układać całe sterty obrzydliwych martwych ptaków w rzędy i okręgi. – Śmieję się i znowu ją przytulam. – A tak w ogóle, co to za ptaki? I jaki wzór z nich układasz, czy to twarz?

 

Ale ona odwraca głowę i spogląda na drogę prowadzącą do gospodarstwa, poza plantację drzew iglastych, poza las Hobajob, jakby coś słyszała. W oddali. Wiem, że potrafi usłyszeć dźwięk samochodu, na kilka minut nim ten nadjedzie, zanim ktokolwiek go usłyszy.

– Lyla?

Co ona słyszy? Nad naszymi głowami rozlega się krakanie kruka, który zatacza koło po matowoszarym niebie. Jednak Lyla wydaje się skupiać na czymś innym, daleko stąd. Co ona wyczuwa, co zbliża się do nas od strony skalistych wzgórz? Wspomnienia ranią. Czuję kłujący ból głowy.

– Lyla?

Nie odpowiada.

– Lyla, co to jest, co słyszysz?

– Tego człowieka co zwykle, mamusiu, człowieka na wrzosowisku. To wszystko. – Na tym zimnie jej słowa zamieniają się w upiorne opary.

Ma rozpięty anorak i dostrzegam, że pod spód włożyła tylko podkoszulek. Powinna być zmarznięta, a jednak wydaje się, że nigdy nie jest jej zimno: lubi ostre zimy w Dartmoor, podobnie jak jej ojciec. Oboje delektują się zimnem. Śniegiem. Soplami lodu, które zwisają z sypiącej się granitowej ściany.

– Wiesz, mamusiu, że kiedy widzisz mnóstwo kruków, to są gawrony, ale sam gawron należy do krukowatych? Wiedziałaś o tym?

Wyciągam do niej rękę raz jeszcze.

– Lyla.

Wykręca się od mojego dotyku.

– Nie dotykaj mnie, mamusiu. Zostaw mnie.

Warczy. Lyla zachowuje się w taki sposób, kiedy jest zła, przerażona albo nadmiernie podekscytowana. Wtedy warczy, krzywi się i wymachuje rękami. Podobnie robi w szkole: nie może się powstrzymać, choć przez to inne dzieci się z niej naśmiewają albo jej się boją. Ma tak niewielu znajomych… I zapewne żadnego prawdziwego przyjaciela.

– Lyla, przestań.

– Odejdź, wrr…

– Proszę…

– WRRR!

Jestem bezradna. Odsuwam się do tyłu i patrzę, jak moja córka biegnie do ogrodowej furtki, wołając psy: słyszę, jak szczekają, widzę nasze dwa ogromne mieszańce charta z owczarkiem szkockim, które pędzą za nią.

Może jej nie być przez dwie godziny, a nawet przez pół dnia. Będzie biegać po polach, pląsać po lesie Hobajob i szukać tego krzyża saksońskiego wyrzuconego w pokrzywach przez nurt strumienia, z Felixem i Randalem po obu stronach. Adam zapewne kupił te psy dla Lyli, ale kocha je równie mocno jak ona. Polują, jakby były dobrze wyszkolone. Przynoszą martwe króliki ze skręconymi karkami i krwią kapiącą z pyszczków. Adam lubi obdzierać ze skóry gorące, parujące jeszcze zwłoki, i to na oczach Lyli, ucząc ją tradycyjnych, miejscowych zwyczajów i ciskając wygłodniałym psom kawałki surowego mięsa.

– Zjadajcie do końca, zjadajcie wszystko do końca – mawia do nich.

Lyla majaczy mi teraz gdzieś w oddali.

Cóż mogę zrobić?

Pozwolić im się bawić, myślę sobie, puścić ich wolno. Lyla nadal jest przygnębiona moim wypadkiem. Próbowaliśmy z nią o tym rozmawiać, najłagodniej jak się dało. Powiedziałam jej, że samochód wpadł w poślizg na lodzie i wjechałam do głębokiej wody. Oszczędziliśmy jej mnóstwa szczegółów, ale z pewnością usłyszała swoje od dzieciaków w szkole, dowiedziała się z gazet i z internetu. Powiedzieliśmy również Lyli, że na razie mam mgliste wspomnienia, ale że one powrócą. Amnezja wsteczna. Typowa po wypadkach samochodowych, wywołana obijaniem się mózgu wewnątrz czaszki.

Wracam do kuchni, myję w zlewie kubek po kawie i wyglądam przez okno. W oddali słyszę szczekanie, które zbliża się coraz bardziej i jest coraz głośniejsze. Potem wpadają przez drzwi uszczęśliwione, ogromne i warczące. Lyla zatrzymuje się w wejściu, najwyraźniej nieczuła na przenikliwy wiatr, który wieje jej w plecy.

– Tata znowu jest na wrzosowisku.

– Co?

Posyła mi jeden z tych pustych, nieprzeniknionych uśmiechów.

– Znowu tam stoi, jakby nas obserwował, mamusiu. Ale tatuś ma taką pracę, prawda?

– Tak – odpowiadam. – Jest strażnikiem parku narodowego. Musi patrolować całą okolicę i wypatrywać ludzi.

Lyla kiwa głową i wzrusza ramionami, a potem zagania psy do salonu. Odprowadzam ją wzrokiem i zastanawiam się, jakim sposobem widziała ojca. Miał pracować w swoim rewirze, kawał za Postbridge. Co on tutaj robi? Może Lyla po prostu jest zdezorientowana albo przygnębiona. I nie mogę obwiniać jej o tę destabilizację, o ten bezgraniczny zamęt.

W końcu jej matka niemalże zginęła. Mało brakowało, a zostawiłaby ją samą. Na zawsze.