„Już nie zapomnisz mnie”Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ryszard Wolański

„JUŻ NIE ZAPOMNISZ MNIE”

Opowieść o Henryku Warsie

Warszawa 2017

Spis treści

[MOTTO]

UWERTURA, CZYLI WSTĘP

PRZEDMOWA

OD AUTORA

CZĘŚĆ PIERWSZA

WARS(ZAWSKI) W WARSZAWIE

WARSZAWSCY

KLONOWA 16

NA PRAWO CZY NA...

ZNOWU W MUNDURZE

TO JEST PAN ANDRZEJ

SUKCES?

A JEDNAK SUKCES!

W PARZE Z SYRENĄ

LAWINA DO MORSKIEGO OKA

ZŁOTE SZALEŃSTWA

Z WARS-EM W TYTULE

ALE KINO

DŹWIĘKOWIEC POLSKI

WESELI REWELERSI

MIKROFON I EKRAN

KABARET I KINO, ALBO...

...ALBO ODWROTNIE

PUPIL X MUZY

KRYZYS

SEANSE MUZYCZNE

ŚPIEWANIE NA EKRANIE

ŚPIEWANIA NA EKRANIE CIĄG DALSZY

LEKCJA HISTORII

JEST TAKI ROK

NIE MA JAK JAZZ

Z FILMOWEGO ŚPIEWNIKA

GWIAZDY

WOJNA?

CZĘŚĆ DRUGA

WARS NA WOJNIE

LWÓW

A W WARSZAWIE...

ZSRR

IRAN

IRAK

PALESTYNA I SYRIA

EGIPT

WŁOCHY

CO ROBILI INNI?

CZĘŚĆ TRZECIA

VARS W HOLLYWOOD

AMERYKA

GARAŻ

DEBIUT

KINO

DOM

OBCZYZNA

WARSZAWA

WYWIAD

CODA

REPRYZA, CZYLI ŚPIEWNIK HENRYKA WARSA

CODA, CZYLI ANEKSY

PIOSENKI POLSKIE HENRYKA WARSA

PIOSENKI AMERYKAŃSKIE HENRYKA WARSA

FILMOGRAFIA POLSKA HENRYKA WARSA

FILMOGRAFIA AMERYKAŃSKA HENRYKA WARSA

MUZYKA KLASYCZNA HENRYKA WARSA

DYSKOGRAFIA HENRYKA WARSA

SOUNDTRACKI

FILMY I PROGRAMY TELEWIZYJNE

BIBLIOGRAFIA

[MOTTO]

Niełatwo jest żyć po śmierci. Czasem trzeba stracić na to całe życie.

–LEC

UWERTURA, CZYLI WSTĘP

PRZEDMOWA

Ludzie urodzeni na początku XX wieku to chyba najtragiczniejsza generacja w czasach nowożytnych. Dwie wojny światowe plus wojna polsko-sowiecka, rewolucje, dwa totalitaryzmy, straszliwie wpływały na życie szczególnie w Europie Środkowej.

Bohater tej biografii miał „szczęście” żyć w tych „ciekawych czasach”, mimo że stworzony był dla muzyki – sfery abstrakcyjnej, najbardziej oddalonej od okrutnego życia realnego, ale i na tym polu musiał doznawać ekstremalnych emocji. Był niezwykle popularnym, rozchwytywanym kompozytorem muzyki filmowej i kabaretowej, by u szczytu powodzenia stracić wszystko, również znaczną część twórczości w dniu wybuchu II wojny światowej.

Po tułaczce w Związku Sowieckim, Iranie, Palestynie, służbie w armii Andersa, nie mając złudzeń, jak wygląda prawdziwe życie w powojennej komunistycznej Polsce, osiedlił się w Kalifornii. Tu musiał zaczynać od początku, zaznając goryczy niezrozumienia i braku pracy. W samotności pisze wtedy to, co być może najbardziej chciał tworzyć: utwory symfoniczne. Gdy kilkanaście lat mozolnej wspinaczki po szczeblach hollywoodzkiej kariery zaowocowało wreszcie ciekawymi partyturami i kontraktami dla filmu i telewizji, nastąpił kryzys zdrowotny. Zmarł w wieku 75 lat, słuchając na słuchawkach muzyki uwielbianego Karola Szymanowskiego.

Los okrutnie obszedł się z jego muzyką filmową. Bogata twórczość symfoniczna do filmów powstawała po prostu za wcześnie. W czasach, gdy udawało się ledwie „uchwycić” głośne dźwięki instrumentów dętych. Nawet najnowocześniejsze technicznie nagrania były tylko karykaturą prawdziwego brzmienia. Jeszcze gorzej było z muzyką w raczkującym filmie dźwiękowym. Trzeszczące, poszarpane wałki-taśmy skutecznie odstraszają dziś od słuchania muzyki tamtego czasu. A najgorsze jest to, że zaginęły partytury z przedwojennych filmów, z ocalałych zaś fragmentów filmowych scen nie da się ich odtworzyć.

Mimo wszystko Henryk Wars był całe życie pogodnym gentlemanem poliglotą o niezwykle rozległych horyzontach. W 2004 roku znakomity pianista, kompozytor, dyrektor Polish Music Center w Los Angeles, a także niestrudzony propagator i przyjaciel domu Warsów, Marek Żebrowski przedstawił mnie wdowie (uczyła się pływać w rzece Jeziorce w Piasecznie!). Poznałem też dzieci Warsa – Danutę i Roberta wraz z wnukami i prawnukami.

Wiele wspomnień rodzinnych niezwykle sumiennie spisał autor tej biografii. Ja mogę dodać relację świadczącą o wszechstronnych talentach kompozytora. Otóż syn Robert, kilkunastolatek nieznający angielskiego, po przybyciu do USA miał na początku problemy z nauką w college’u. Okazało się, że jego ojciec potrafił pomagać mu w nadrabianiu zaległości z... algebry, fizyki, historii USA i jeszcze innych przedmiotów, posługując się przy tym bezbłędnie terminologią amerykańską. Nie podobało mu się wulgaryzowanie języka polskiego w PRL-u, a sam pielęgnował wschodnie „ł” i pilnował, aby dzieci możliwie często mówiły po polsku. W czasie moich wizyt w domu Warsów w Brentwood miałem zaszczyt podziwiać karykatury rysowane niezwykle dowcipnie i sprawnie przez kompozytora i kolekcję malarstwa, którą zgromadził w latach 60. i 70. Podziwialiśmy z żoną również niezwykłej urody stroje damskie projektowane dla sławnego amerykańskiego domu mody Loppera (m.in. dla Grace Kelly) przez zawsze niezwykle elegancką panią Elżbietę. Grałem na fortepianie Henryka Warsa i nie raz w czasie uroczystości rodzinnych, wraz żoną propagowaliśmy wśród wnuków i prawnuków muzykę ich wielkiego dziadka. Najmłodszym podobała się najbardziej rapowana wersja piosenki Sex appeal. Oni wpadali w taneczny trans, a pani Elżbieta miała łzy w oczach. Powiedziała kiedyś mojej żonie: „To już tyle lat minęło, odkąd Henryk nie żyje, że coraz częściej zastanawiam się, czy taki Wars to był na tym świecie, a może mi się tylko zdawało...”.

 

Elżbieta Warsowa zmarła w 2009 roku i zawsze jej mówiliśmy, że jej mąż żyje, bo żyją jego piosenki. Ich witalność, czar, ponadczasowa nowoczesność i – jak mówią młodzi – energetyczność, sprawiają, że wciąż wykorzystuje się je w coraz nowych opracowaniach, które przeważnie nie mogą dorównać mistrzowskiemu poziomowi pierwowzoru. Dzięki temu, że moja żona pomaga Robertowi i Danucie w zarządzaniu spuścizną ojca, wiem, że moda na Warsa wręcz narasta.

Pani Elżbieto! O mężu będziemy pamiętać, bo jego utwory symfoniczne, którymi miałem zaszczyt dyrygować pierwszy raz w Polsce w 2005 roku na Festiwalu Muzyki Filmowej Henryka Warsa w Łodzi (i później kilkakrotnie w innych miejscach), są niezwykle cenną i oryginalną pozycją w polskim repertuarze symfonicznym. Nasi wielcy kompozytorzy XX wieku inspirowali się muzyką francuską lub awangardą niemiecką i szerzej europejską. Henryk Wars jest bodaj jedynym kompozytorem, który inspirowany muzyką amerykańską, potrafił zbudować swój indywidualny idiom kompozytorski i dlatego będzie grany wiecznie!

Ale jak się to wszystko stało, co trzeba przeżyć, aby stać się postacią, bez której nie potrafimy sobie wyobrazić kultury polskiej, tego dowiecie się Państwo z następnych stron tej książki.

Krzesimir Dębski

OD AUTORA

Jak opisać życie artysty, którego twórczość to przecudnej urody dźwięki? Czy może opowiadać muzykę? Jaką miarą ją oceniać, skoro czas wystawia jej dalej najwyższe oceny?

Odpowiedziałem już kiedyś na te pytania dwukrotnie. Raz płytą z jego przebojami, mając w pamięci słowa, że w piosence jest siła zaklęta, i czar, i moc, a po raz drugi swoim filmem Bo wszystko w nim grało. Ale to było dawno. Okazało się też zajęciem stosunkowo łatwym, gdyż język filmu pozwala na zachowanie właściwych proporcji między obrazem, słowem i dźwiękiem (muzycznym). A gdzie indziej, jak nie w filmowej biografii można pozwolić sobie na przekazanie nawet czterech informacji w jednym czasie (obraz, komentarz, muzyka i napis). Taki zabieg pozwala powiedzieć wiele, ale nie zawsze to, co wypada powiedzieć w innych okolicznościach.

W życie Henryka Warsa wkroczyłem, gdy jego rodzinne miasto nadal z trudem zbiera lub odtwarza pamiątki z historii. Wojna, którą przeżył Wars z dala od Warszawy, nie stwarzała w ogóle okazji do zajmowania się sobą i własnymi pamiątkami, a frontowe życie artystyczne nie było tematem wiodącym kronik wojennych. Po wojnie spotkałem go osobiście. Na krótko, chociaż wierzyłem, że będę miał okazję widzieć go znowu. Hollywood, w którym spędził drugą połowę swego życia, odwiedziłem dwukrotnie, kilkanaście lat po jego śmierci. Miasto, film i muzyka też były inne.

Jakie jest więc życie i kariera Warsa? To przedwojenne, odtwarzane z postrzępionej dokumentacji? To wojenne, opowiadane przez emigrantów, takich jak on tułaczy? Ta warszawska przygoda, o której tak szybko „musiał” zapomnieć, jak szybko się nią zachłysnął. I to w Hollywood, w którym spędził ostatnie dwadzieścia lat.

Czyżby urodził się w nieswoim czasie? Za wcześnie? A może za późno. Jedno jest pewne: płyta, nagranie, film – to wypowiedzi nadzwyczaj „eteryczne”, skazane na łaskawość medialnego nadawcy i fanaberie płytomana.

I jeśli nawet ma rację (oby po wieki) Ludwik Starski, że...

...nie zapomnisz mnie,

Gdy moją piosenkę spamiętasz,

W piosence jest siła zaklęta,

I czar, i moc...

...to – tak mawiał mój profesor Wincenty Laski – dźwięki wysłuchane cudzym uchem brzmią zawsze fałszywie. Tak więc wysłuchałem własnym uchem jego muzyki i wspomnień. Przy okazji wyprostowałem to, co zostało „wykrzywione” w jego burzliwym życiu, utrwaliłem odnalezioną o nim wiedzę o ogromnej i różnorodnej twórczości, spotkałem tych, którzy go znali i pamiętali, obejrzałem jego filmy, które czasami pojawiają się na ekranie (rzadziej w sprzedaży). I wszystko to spisałem. Nie mam wyrzutów sumienia, że złamałem XI przykazanie Stanisława J. Leca „nie cudzosłów”. Bo słowo mówione, obce słowo zapisane, jest najlepszym świadectwem swoich czasów. I brzmi wiarygodniej, od najrzetelniejszej historycznie narracji.

Może wreszcie nawet najmłodsi kinomani, oglądając przedwojenne filmy, będą pamiętać, że swoją muzyką przystroił Henryk Wars trzecią część przedwojennej dźwiękowej produkcji filmowej, że jego żołnierski mundur ozdobiło blisko dwadzieścia orderów i medali za udział w dwóch wojnach o niepodległość Polski, że ci, którzy dalej śpiewają jego piosenki, będą wreszcie wiedzieć, że to jego – Henryka Warsa.

PS Jeszcze podziękowania.

Wiadomo od dawna, że książki o Warsie nie można napisać samodzielnie. Cień możliwości powstał jednak po wielu latach zbierania „różności”, nie zawsze zresztą z myślą o książce. Wciąż bowiem wydawało mi się, że za mało o nim wiem. Nie dotarłem do ludzi, którzy wiedzą o nim więcej, jeszcze pamiętają. Nie pozbywając się do końca tego przekonania, nabrałem jednak „książkowego” zapału.

Z radością przyjąłem do wiadomości to, że Marek Żebrowski dotarł wreszcie do pełnego zbioru Warsowych rękopisów i umożliwił mi dostęp do nich. Wykonanie odnalezionej muzyki po społu z Krzesimirem Dębskim uznałem za dobry znak. Zastanawiałem się, czy „nowa pamięć” o Warsie jest w stanie namówić jego spadkobierców do przywrócenia młodym polskim twórcom nagrody jego imienia. Ale o złożonej wówczas propozycji nikt nie chciał słyszeć. Myślałem, że uda mi się zainteresować władze polskiej telewizji kolejnym, okolicznościowym programem o nim, tym bardziej, że okazja była świetna: 40. rocznica jego śmierci i rocznica wybuchu II wojny. Odpowiedź była jedna – „nie!”. Dlaczego? Oto jej istotny fragment: „Program, który przedstawia osobę muzyka, podsumowuje jego osiągnięcia i wydane płyty, to zbyt mało dla dzisiejszego, bardzo wymagającego widza”. I zamaszysty podpis – Dyrektor Programu 1 TVP SA (nazwiska nie będzie, bo nazbyt często się zmienia, w przeciwieństwie do jakości programu). Do dziś zachodzę w głowę, które z programów muzycznych telewizyjnej Jedynki adresowane są do tych „bardzo wymagających”? Bo poprzedni o nim mój program chętnie oglądały miliony w kraju i za Oceanem.

Na szczęście innego zdania był kanał TVP Kultura, który poświęcił Warsowi sporo miejsca. Korzystając z najnowszych osiągnięć technicznych, opowiadając o Warsie, Wiesław Dąbrowski doprowadził mostem powietrznym do spotkania Renaty Bogdańskiej-Andersowej (w Londynie), Gwidona Boruckiego, eksmałżonka pani Renaty (w Melbourne) i Roberta Warsa (w Los Angeles). Ale od tamtej pory każdy rok, każdy miesiąc przynosi same straty.

Odchodzą ci, którzy pamiętali tamte czasy. Giną nuty, zdzierają się płyty. Starych filmów wydanych kiedyś na kasecie VHS nie odtworzy właściciel nowego sprzętu elektronicznego. Mój tryptyk sprzed siedemnastu lat w części trzeciej stracił na aktualności w związku z odkryciami „hollywoodzkimi”.

Spieszę też z podziękowaniami dla dyrektora Muzeum Wojska Polskiego, prof. dra hab. Janusza Ciska i st. kustosza Działu Zbiorów Głównych tegoż muzeum, pani Iwonny Sobierajskiej oraz dyrektora Filmoteki Narodowej, prof. Tadeusza Kowalskiego oraz Adama Wyżyńskiego, z którego wiedzy wielokrotnie korzystałem. Z wdzięcznością wspominam wsparcie Nikodema Bończy-Tomaszewskiego, szefa Narodowego Archiwum Cyfrowego, Aleksandry Sołtan-Lipskiej z Muzeum Historycznego m.st. Warszawy, Anny Mieszkowskiej, autorki wielu książek o polskiej emigracji artystycznej, za udostępnione zdjęcia z Archiwum PAN. Dziękuję Marioli Nałęcz z Biblioteki Narodowej i Zofii Zacharewicz z Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy oraz Tomaszowi Lerskiemu za kopalnię wiedzy o polskiej fonografii i udzieloną zgodę na wykorzystanie kilku zdjęć z jego książki. Dozgonnie wdzięczny pozostaję Jerzemu Siemaszowi za tłumaczenie Flippera, Zbigniewowi Kurtyczowi za zdjęcie z domowego archiwum, Stanisławowi Wielankowi i Zbigniewowi Rymarzowi za przedwojenne wydawnictwa. A także Marii Szabłowskiej za zainteresowanie słuchaczy radiowej Jedynki Warsem i jego muzyką oraz Krzesimirowi Dębskiemu za cenne rady i słowo wstępne oraz Ani Jurksztowicz (jego żonie) i Ani Krajewskiej-Wieczorek za pomoc w kontaktach z dziećmi Warsa.

Specjalnie podziękowania składam spadkobiercom Henryka Warsa, Warsowym przyjaciołom i znajomym, których spotkałem, chodząc po muzycznej jego drodze w kraju i zagranicą. Wszystkim, którzy zachowali go w swojej pamięci. I tym, którzy pamięć zechcą odświeżyć, czytając tę książkę i słuchając jego piosenek.

Ryszard Wolański

CZĘŚĆ PIERWSZA

WARS(ZAWSKI) W WARSZAWIE

WARSZAWSCY

Kim byli Warszawscy? Byli typową żydowską rodziną osiadłą pod koniec XIX wieku na terenie Polski pod zaborem rosyjskim. Jak większość im podobnych, często przybierali jako nazwisko nazwę regionu lub miejscowości, z której się wywodzili. W 1902 roku, 29 grudnia urodził się Henryk, drugie dziecko Józefa i Sary z Lubelskich.

Na świecie była już jego starsza siostra Józefina, a wkrótce pojawiły się dwie młodsze – Paulina i Franciszka. Głowa domu, inżynier o nieustalonej do dziś specjalności zapewniał swej rodzinie byt materialny, a mama dbała o rodzinne ciepło. Nie wszystko chyba układało się jednak pomyślnie, skoro w 1906 roku postanowił Józef Warszawski wywieźć całą rodzinę do Francji.

Czego tam szukał? Przed czym uciekał? Co tam robił? Nie wiadomo. Pytany o to kiedyś Henryk Wars niewiele mówił o rodzicach, chętnie natomiast opowiadał o sobie. O nauce francuskiego i o siostrach, które „zaraziły” go swoją muzykalnością. O pierwszych lekcjach gry na fortepianie, najpierw pod okiem mamy, a potem pana od muzyki, który za namową ojca zajął się wyłącznie muzyczną edukacją córek. Pewnie dlatego, że papa Józef marzył, że jedynemu synowi przynależy się prawdziwie męski zawód, np. lekarza, a najlepiej prawnika.

Po powrocie do Warszawy w 1914 roku nowe mieszkanie Warszawskich przy placu Wareckim dalej tętniło muzyką. Dla trójki latorośli stała się ona profesją.

Pierwsza na zawodowej scenie stanęła Józefina, dysponująca donośnym i czysto brzmiącym mezzosopranem. Jak piękny był to głos przekonali się wkrótce melomani Opery Warszawskiej, a później bywalcy La Scali. W historii tej sceny zapisała się kilkoma wielkimi kreacjami i... popiersiem, które zdobi do dziś wnętrze tej mediolańskiej opery.

Zawodową pianistką została Paulina. Przez jakiś czas występowała z Józefiną, towarzysząc jej w śpiewaczych recitalach. Po jej wyjeździe pracowała jako solistka i akompaniatorka.

Najmłodsza Franciszka nie poszła w ślady sióstr. Piękna i dostojna wpadła w oko jednemu z dyplomatów Włoch w Warszawie i została panią konsulową.

Tylko Henryk, którego natura obdarzyła najsowiciej muzycznymi talentami, wiódł żywot amatora. Do czasu.

KLONOWA 16

Ośmioletni pobyt we Francji spowodował ogromne zaległości w edukacji Henryka. Wprawdzie nieźle mówił po francusku, ale reszta? Braki były ogromne. Po krótkiej naradzie rodzinnej wybór padł na niedawno powstałe Gimnazjum Ziemi Mazowieckiej, wybudowane według projektu architekta Henryka J. Gaya. Mieściło się ono w nowym, trzykondygnacyjnym budynku pod numerem 16, mniej więcej w połowie ulicy Klonowej, biegnącej od ulicy Belwederskiej do placu Unii Lubelskiej. Ośmioklasowa Szkoła Mazowiecka wydawała się idealnym miejscem dla ambitnego Henryka. Już w pierwszym roku nauki uzupełnił zaległości i od czwartej klasy uczył się już w normalnym trybie.


Legitymacja szkolna Henryka Warsa

Jakim był uczniem? Obowiązkowym i pracowitym, ale nie na tyle, by nie mieć czasu na to, co najbardziej lubił. A lubił grać na fortepianie i rysować. Jego pianistyczne umiejętności, siostry nieustannie nazywały złośliwie brzdąkaniem, pewnie dlatego, że potrafił zagrać z pamięci to, co one mozolnie wygrywały z nut. Nie znajdowały też uznania, szczególnie w opinii ojca, jego liczne rysunki, szkice. A narysować potrafił wszystko i szybko. Portret, pejzaż, martwą naturę i... karykaturę. Ta ostatnia umiejętność zjednała mu wielką sympatię pośród szkolnej braci.

 

Z lat spędzonych przy Klonowej zapamiętał przede wszystkim lekcje historii w klasie siódmej i praktyczny sprawdzian zdobytej wówczas wiedzy, do którego przystąpił rok później. To miały być ostatnie wakacje. Rozglądał się, gdzieżby tu choć na chwilę wyjechać z Warszawy, gdy letnią aurę roku 1919 zmąciły komunikaty radiowe i afisze apelujące do Polaków: Do broni! Ratujmy ojczyznę. Pamiętajmy o naszym przyszłym losie! Czy wiecie jak wygląda wolność bolszewicka? Bez wahania postanowił ubrać mundur i na ochotnika zgłosił się na front. Czyż inaczej mógł postąpić absolwent Szkoły Mazowieckiej?

NA PRAWO CZY NA...

Jakie były jego doświadczenia frontowe, właściwie nie wiadomo. Można jednak sądzić, że ta krótka wojaczka na niespełna siedemnastoletnim Henryku zrobiła jednak wielkie wrażenie. Ślady wspomnień tych zdarzeń znajdą niebawem wyraźne odbicie w jego twórczości. Nastały jednak czasy powszechnego entuzjazmu.

Co zamierzał? Co wtedy czuł? Zapewne myślał podobnie jak Witold Gombrowicz, który wspominając tamte lata pisał: „Było to wzruszające budzenie się do nowego życia, pełne obietnic, druzgotanie tronów monarszych i sztywnych kołnierzyków, [...] wolność ciała mieszająca się z wolnością ducha... wielkie rozprężenie się młodzieży witającej swój czas”.

Podbudowany tą atmosferą Henryk z wielkim zapałem rozpoczął następny etap edukacji. Aby udobruchać ojca, dla świętego spokoju rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Dla własnej satysfakcji nie omieszkał skorzystać z okazji, by udowodnić mu, że jest utalentowany plastycznie i z powodzeniem zdał egzamin na wydział malarstwa Akademii Sztuk Pięknych. Nie przestawał też myśleć o muzyce. Zazdrościł Józefinie, że bez protekcji została solistką warszawskiej Opery. Często właśnie jej zwierzał się ze swoich marzeń. Sposobność ich realizacji nadarzyła się niespodziewanie, gdy dyrektorem opery został Emil Młynarski. Dyrektorem opery i jednocześnie dyrektorem Warszawskiego Konserwatorium, powołanego do życia dekretem z dnia 7 lutego 1919 roku w „przedmiocie zmiany ustawy Instytutu Muzycznego Warszawskiego”. Podpisy pod tym doniosłym aktem złożyli najwyżsi wówczas dostojnicy Drugiej Rzeczpospolitej: Józef Piłsudski – naczelnik państwa, Ignacy Paderewski – prezydent ministrów i Zenon Przesmycki – minister sztuki i kultury.

Wiadomo, że do elitarnego grona studentów Konserwatorium Warszawskiego wprowadził Henryka Warsa Emil Młynarski. Jak to się stało? Istnieją na ten temat dwie wersje. Pierwsza – opowiedziana przez samego Warsa, że spotkanie, a właściwie przesłuchanie u Emila Młynarskiego wyprosiła Józefina. Druga – żony, Elżbiety Warsowej: „Jeszcze podczas studiów w Szkole Sztuk Pięknych zorganizował koncert młodzieży, którym dyrygował. Na koncert przyszedł profesor Młynarski, który dopiero co przybył z Rosji. Zwrócił uwagę na Henryka, podał mu wizytówkę i poprosił, żeby nazajutrz przyszedł do niego do hotelu, w którym mieszkał. Zupełnie nieprzytomnie doczekał się jutra. Rano pobiegł do profesora, zagrał jakąś kompozycję na fortepianie. Profesor uznał, że ma talent i dał mu stypendium do konserwatorium”.

Jest jeszcze jedna wersja, wydaje się, że najbardziej oficjalna, niewykluczająca zresztą poprzednich. Wspiera ją ze wszech miar wiarygodny dokument. 3 września 1919 roku na ręce dyrektora Konserwatorium m.st. Warszawy skierował, zamieszkały przy ulicy Długiej 55 Henryk Wars prośbę, w której „ma zaszczyt upraszać o przyjęcie w poczet uczniów klasy harmonii”, dołączając dokumenty: „świadectwo urodzenia, szczepienie ospy i szkolne”. Tydzień później pod tą prośbą pojawił się dopisek: „zdał z zadań na 4 (czwórka)”.


Podanie do dyrektora Konserwatorium

Z harmonii egzaminował go Roman Statkowski, wicedyrektor, zastępca Emila Młynarskiego. Wykształcił grono wybitnych polskich kompozytorów. Wykładał w Konserwatorium kontrapunkt i kompozycję. Wars pilnie zgłębiał u niego tajniki instrumentacji. Pasjonowały go wielkie formy orkiestrowe. Ale równocześnie z ogromną uwagą chłonął dźwięki, które rozbrzmiewały głośno poza murami uczelni: w sklepach sprzedających najnowszy wynalazek – gramofon, w teatrzykach i rewiach, w sławnych restauracjach stolicy, gdzie królowały modne przeboje. Miał także czas na podreperowanie studenckiego budżetu, dorabiając sobie jako... rysownik.

„Zostałem polecony do właściciela firmy gramofonowej Syrena Record, który miał sklep muzyczny na ulicy Marszałkowskiej. Miałem mu zrobić plakat. Będąc w sklepie mimo woli zacząłem słuchać, co tam się gra. A to były amerykańskie płyty. Wykonawcami byli kierownicy orkiestr Fletcher Henderson, Louis Armstrong, mistrzowie czegoś, czego ja nigdy przedtem nie słyszałem. To się nazywało jazz. Właściciel sklepu, zobaczywszy jak ja reaguję na tą muzykę, po prostu nie wiem dlaczego, ale ofiarował mi dziesięć płyt. Wziąłem je do domu, nazajutrz zaniosłem wraz z takim podręcznym gramofonem do konserwatorium, do klasy na zajęcia z profesorem Statkowskim. Poprosiłem go, żeby posłuchał czegoś nowego, czego my nie znamy. Ku memu utrapieniu pan profesor wyrzucił mnie wraz z gramofonem i kazał mi się więcej nie pokazywać”.

U Emila Młynarskiego stanął po raz pierwszy za pulpitem dyrygenta, doskonalił też umiejętności pianistyczne w jego klasie fortepianu. W 1922 roku Emil Młynarski zrezygnował z pracy pedagogicznej i poświęcił się wyłącznie Operze Warszawskiej. Swoich uczniów i władzę nad Konserwatorium przekazał Henrykowi Melcerowi [właśc. Henryk Melcer-Szczawiński – przyp. R.W.]. Zasłynął on wkrótce z bardzo nowoczesnych metod pedagogicznych. Wprowadzał eksperymentalne programy nauczania, zmieniał zasady egzaminowania, stawiał niesłychanie wysokie wymagania pedagogom i uczniom. Mimo to bardzo ciepło wspominał go później Henryk Wars, podkreślając jak ogromną wiedzę zdobył u Melcera.