Eugeniusz Bodo

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Fotografia na okładce

Benedykt Jerzy Dorys

z prywatnego archiwum Ludwika Dobrzyńskiego

Partner projektu – NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE


Książka powstała przy pomocy finansowej


oraz


Wydanie II (poprawione i poszerzone)

Warszawa 2021

Ventigo Media

Copyright © by Adam Wolański 2020

All rights reserved

ISBN (wersja EPUB) 978-83-8217-933-0

ISBN (wersja MOBI) 978-83-8217-934-7

Konwersja: eLitera s.c.

Spis treści

Karta redakcyjna

Przedmowa

1. MIŁE ZŁEGO POCZĄTKI...

Prolog

Genewa

Łódź

Poznań, Lublin...

Warszawa

Qui pro quo

Premiera

Szczęśliwa siódemka

Pięciolecie

Zula

Rywal

Rywale

Kino w kabarecie

Czerwony błazen

Pojedynek

Uśmiech losu

Perskie oko

Człowiek o błękitnej duszy

Policmajster Tagiejew

Morskie Oko

9.25 [Przygoda jednej nocy]

Tragiczne tango

2. TAK JAK W KINIE

Prolog

Kult ciała

Jak w kabarecie

Uroda życia

Niebezpieczny romans

Na Sybir

Wiatr od morza

Scena czy ekran?

Bezimienni bohaterowie

Lepiej z brodą czy bez brody?

Proces i wyrok

Głos pustyni

B-W-B i W(ars)

Jego ekscelencja subiekt

W koronie

Zabawka

Reklama

Pieśniarz Warszawy

Kocha, lubi, szanuje

Prima Aprilis

Czy Lucyna to dziewczyna

Reri

Czarna perła

Pożegnania

Palestyna

Anne Chevalier

Nie ma jak w domu

Jaśnie pan szofer

Bohaterowie Sybiru

W polskiej fabryce snów

Dwa dni w raju

Amerykańska awantura

Piętro wyżej

Książątko

Skłamałam

Niedaleko ekranu

Robert i Bertrand

Będę reżyserem

Królowa przedmieścia

Paweł i Gaweł

Muzykowanie na ekranie

Strachy

Wielka rewia

Za winy niepopełnione

1939

Iluzjon

3. A KONIEC...

Prolog

Lwów

Żelieznodorożnyj dżaz

Odessa

Ktokolwiek widział, słyszał, lub wie...

ESN, czyli E(lement) S(połecznie) N(iebezpieczny)

Epilog bez zakończenia

Epilogu bez zakończenia ciąg dalszy...

Postscriptum

Źródła

Wykaz ilustracji

PRZEDMOWA

Do dziś nie wiem, jak to się stało, że nie poznałem Eugeniusza Bodo. Wiem natomiast, że mój ukochany profesor Ludwik Sempoliński bardzo się z panem Eugeniuszem przyjaźnił. Wiele o nim opowiadali mi Adolf Dymsza, Kazimierz Krukowski, a także Dudek Dziewoński, który zafascynowany był do tego stopnia reputacją Bodo, że zamieszkał po wojnie w jego mieszkaniu. Przy tej stosownej okazji chciałbym również wyróżnić swoją nieskromną osobę faktem wykonania trzech piosenek z repertuaru pana Eugeniusza. A mianowicie Umówiłem się z nią na dziewiątą, Zimny drań oraz Sex appeal – słychać je na moich płytach, a widać na dodatek w programie telewizyjnym Powróćmy jak za dawnych lat Janusza Rzeszewskiego.

 

Błyskotliwe i specyficzne poczucie humoru Eugeniusza Bodo miało na ogół swoje puenty w kawiarnio-restauracji Ziemiańska. Oto przykład. Jeden z kelnerów, zaangażowany tam z tzw. prowincji, nie rozpoznał pana Bodo. Wił się w lansadach, bo nie wiedział, jak go ma tytułować. Wybawił go z opresji sam Bodo, mówiąc: „Młody człowieku, nie męcz się dłużej i mów mi po prostu Boże”. Dialog ten przypisywano Francowi Fiszerowi, ale prawdziwym jego autorem był właśnie pan Eugeniusz.

Niechętnie angażował się w ideologię poszczególnych ugrupowań towarzyskich, czy też frakcji obyczajowych. Natomiast z przyjemnością uczestniczył w akcjach humanitarnych. Dużą aktywność, jeśli idzie o stronę praktyczną, wykazywał względem hasła prezydenta Starzyńskiego „Warszawa w kwiatach”.

„Jak na specyficzne środowisko ówczesnego show-bussinesu – mówił mi kiedyś Adolf Dymsza, z którym dzieliłem garderobę w teatrze Syrena – Bodo był w zasadzie lubiany przez wszystkich. Był aktorem bardziej «kosmetycznym» niż rodzajowym. Wielbiciel pięknych pań i człowiek dobrego serca. Zawsze był skłonny do eleganckiej zabawy. Graliśmy sporo razem. Pamiętam, że ciągle gdzieś telefonował. Jedno z zakulisowych powiedzonek o nim brzmiało – zdolny, ale leń”.

Pozwolę sobie w tym miejscu powtórzyć za Dymszą jeszcze jeden kalambur, do dziś aktualny: „Gra pan jak Bodo! Dlaczego? Bo do du...”. Zaręczam, że to nie o mnie. Bo o mnie wyraził się Dymsza na piśmie zupełnie inaczej, co z satysfakcją przytoczę: „Ofiaruję Bohdanowi Łazuce ten oto opasły tom monografii operetki, teatrów i teatrzyków oraz wykonawców estradowych dla przykładu (Wielcy artyści małych scen L. Sempolińskiego), żeby powybierał tylko te wzory starych przedwojennych kolegów, którzy ciężką pracą osiągnęli sukcesy i nie dali się uwieść swoim nałogom. Bądź więc, Bodziu, drugim Bodo dzięki kabaretowi, jeśli cię natura obdarzyła, i rozsławiaj jego imię”.

Kończę, bo mam wrażenie, że rozpisałem się aż zanadto. Żegnam i pędzę zanurzyć się po raz kolejny w opowieści o Eugeniuszu Bodo, bo Ryszard Wolański wie doskonale, że bez klasyki nie ma współczesności. Za lekturę tej książki, którą gorąco polecam, serdecznie mu dziękuję.

Bohdan Łazuka


Radziejowice, grudzień 201

ROZDZIAŁ 1

MIŁE ZŁEGO POCZĄTKI...

Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach.

Lec


PROLOG

„Nie cudzysłów” – powiada mój ulubiony aforysta Stanisław Jerzy Lec. Cytując jedną z myśli nieuczesanych z jego Myśli nieuczesanych, zastanawiam się, jak to zrobić, żeby nie skorzystać, miejscami nawet obficie, z cytatów, opisując niepoznane do końca, pełne niedomówień, plotek i zagadek życie Eugeniusza Bodo. Czy jest to możliwe? Kto inny, jak nie współcześni mu filmowcy, ludzie pióra, bywalcy teatrów i operetek, kinowa i kabaretowa publiczność, miłośnicy płyt, a nawet zdobywczynie autografów, potrafią dać najlepsze świadectwo prawdzie? Bo tylko archiwalia wszelkiego rodzaju są źródłem najcenniejszej wiedzy. Wiedzy historycznej. Tym cenniejszej, że Bodo był na ustach wszystkich. Człowiekiem znanym, sławnym, lubianym, nawet uwielbianym. Szeroko pisano o nim w gazetach codziennych i specjalistycznych periodykach. Bywał też obiektem szczególnego zainteresowania prasy – jak to się dzisiaj delikatnie mówi – „kolorowej” (chociaż wiadomo, jak z kolorami w tamtych czasach bywało), której się zwierzał, mówiąc serio i żartobliwie. Zdjęć i pamiątek filmowych zostawił po sobie też mnóstwo.

Odważnie i bezceremonialnie będę więc łamał „przykazanie” Leca. I wszędzie, gdzie przydarzy się okazja, posłużę się cudzym słowem, fotosem, zdjęciem, rysunkiem, karykaturą, kopiami gazet, nut, płyt – wszystkim, co pozwoli na to, aby inną, równie trafną maksymę Leca – „Gdy plotki się starzeją, stają się mitami” – wziąć poważnie pod rozwagę.

Gdy stolica dostała kabaret, Bodo miał dziewięć lat i na pewno nie była mu w głowie scena. Gdy miał lat piętnaście, huk dział sprawił, że zamilkły sceny. Ale tylko te wielkie. Małe teatrzyki i kabarety nadal trwały w swym żywiole. Może nie śmiały się już do rozpuku, ale tak jak dawniej wygadywały niestworzone rzeczy. Trochę plotkowały i objaśniały, informując przy okazji, mając za credo znane powiedzenie „jutro w gazecie, dzisiaj w kabarecie”.

W tamtych wojennych latach teatr nie nadążał, film się jeszcze nie liczył, radio docierało do nielicznych, telewizji jeszcze nikt nie wymyślił. Liczył się tylko kabaret. Tuż po pierwszej wojnie ruszyła lawina scen. Czy nastała moda na kabaret i podkasaną rozrywkę? Czy dla wszystkich?

Wydaje się, że tak, na jego scenie bowiem krzyżowały się wszystkie drogi ludzkiego, poplątanego życia. Był dla mądrych i głupich, dla kobiet i mężczyzn, dla oszustów i oszukiwanych, dla plebsu i arystokracji. Bywali tam sławni i bogaci, nieznani i potrzebujący, artyści i dostojnicy, rzemieślnicy i sklepikarze, wesołkowie i ponuracy. Bo tylko tam przecinały się szlaki interesów i reklamy, polityki i rozrywki, zręczności cyrkowej i kuglarskiej. A wszystko dla zabawy.

Na Nowym Świecie 63 rozgościł się Miraż, na Marszałkowskiej 116 – Sfinks, kilkanaście numerów dalej, pod 125 – Czarny Kot. Różne nazwy, inne adresy, za to ci sami artyści. Pola Negri, Ludwik Sempoliński, nikomu jeszcze nieznana Marysia Pietruszyńska. A Eugeniusz Bodo?

Prawdopodobnie pojawił się już w niepodległej stolicy. Panowało wówczas powszechne przekonanie, zarówno wśród twórców, jak i odbiorców, że kabaret stoi gwiazdami. Ich życie, to na scenie, ale i poza nią, obserwowane było z uwagą. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki kreowana w kabarecie postać dyktowała obowiązujący styl. Stawała się wzorem zachowań, poglądów, sposobu bycia, mówienia i mody. Umiejętnie wykorzystywano w tym naturalne zalety artystów.

Ale zanim o jednym z nich opowiem, wybierzmy się do Szwajcarii.

GENEWA

„Genewa jest miastem, w którym odbywają się najważniejsze wydarzenia o znaczeniu międzynarodowym i nie tylko w ostatnich latach. Już w 1899 roku była Genewa świadkiem historycznego wydarzenia. W tym bowiem roku pierwszy raz ujrzał światło lampy elektrycznej Eugeniusz Bodo, czyli ja. Elektryczność miała zostać moim przeznaczeniem. Już jako niemowlę zacząłem życie bardzo ruchliwe, podróżowałem bardzo dużo. Zjeździwszy całe imperium rosyjskie oraz pogranicze Chin i Persji, gdzie ojciec mój wyświetlał filmy (był jednym z pierwszych propagatorów sztuki filmowej), zawitaliśmy do Polski i osiedliliśmy się tu na stałe”.

Dwuletni Eugène Junod

W tym miejscu przerywam jego autobiografię. Napisana została dla tygodnika „Kino” w 1930 roku. Wówczas wszyscy wiedzieli już, kim jest jej autor. Ale wcześniej?

Kilkuletnie pacholę, które przyjechało wraz z rodzicami do Polski, nie nosiło jeszcze wytwornego imienia Eugeniusz. Nikt też nie znał go pod nazwiskiem Bodo. Kim więc był?

Po dalekiej rodzinie ze strony ojca płynęła w nim krew francuskiej arystokracji osiedlonej w Helwecji w czasie wojen napoleońskich. Szlachecką krew mieli też potomkowie ze strony matki, od lat mieszkający we włościach na Mazowszu. Naprawdę nazywał się Bohdan Eugène Junod. Jego ojcem był inżynier Teodor Junod, człowiek, który zapewnił synowi kontakt ze sceną od najmłodszych lat. Mamą, szlachcianką i panią domu była Jadwiga Anna Dorota Dylewska, z niechęcią spoglądająca na zainteresowania obu panów.

Teodor Junod

Rodziców różniły nie tylko kraj pochodzenia i pogląd na karierę syna, ale też religia. Po ojcu odziedziczył wyznanie i obywatelstwo. Ta dwoistość pozostawiła znamię w jego losach. Bohdan Eugène, z urodzenia po ojcu pół-Szwajcar, po matce pół-Polak, przez całe swoje życie był obywatelem II Rzeczypospolitej ze szwajcarskim paszportem.

Gdzie i kiedy państwo Junodowie dotarli do Polski? Spróbujmy odpowiedzieć na to dręczące od lat pytanie. Fakty? Potwierdzonych nie ma. Pozostają domysły. Pierwszym miastem, które zobaczył mały Genio, był prawdopodobnie Poznań. Ale państwo Junodowie zarabiali na życie, prowadząc varietes, iluzjony i tingle, i trudno dziś dociec, które z polskich miast znajdujące się na kinowo-kabaretowej trasie było stałym ich miejscem. Najwięcej wiadomo o Łodzi.

ŁÓDŹ

„We wszystkich większych miastach zachodnio-europejskich – pisze w jednym z numerów «Świata» z 1908 roku niejaki Fks. – istnieją miejsca lżejszej zabawy, t. zw. music-hall’e, w których rozbrzmiewa wesoła lub liryczna piosenka, gimnastycy pokazują swe trudne, nieraz karkołomne sztuki. Nie można się dziwić. Po ciężko przepracowanym dniu człowiek pożąda rozrywki, nie wymagającej silniejszych wysiłków umysłowych. (...) W Łodzi – ciągnie dalej Fks. – więcej niż gdziekolwiek dawała się czuć potrzeba takiego przybytku. Teatr Polski doskonale prowadzony przez Zelwerowicza ma swój repertuar i swoją publiczność. Nie trzeba jednak zapominać, że Łódź posiada wśród swej ludności dużo Niemców i Żydów, nie znających lub słabo znających język polski, że do miasta przybywają ciągle duże zastępy cudzoziemców ze Wschodu i z Zachodu”.

Fakt ten umiejętnie wykorzystali przybyli tam w 1903 roku panowie, ojciec Eugène’a, Teodor Junod, i jego duński kolega Edward Vorthell. Uraczyli „polski Manchester” zawiązaną tam spółką, która umożliwiła im założenie i prowadzenie bioskopu, pierwszego kina niemego w Łodzi. Potem postawili przed sobą nowy cel: „założenie w Łodzi teatru Varietes na wielką skalę i w najlepszym smaku. (...) Za wzór wzięli sobie nie ordynarne, analogiczne cafés chantant’y niemieckie, albo pornografię uprawiające beugland’y francuskie, ale wielkie music-hall’e londyńskie i odnieśli zwycięstwo, dzięki zręcznie dobieranemu, co dwa tygodnie zmienianemu repertuarowi, który bawił nie szerząc zgorszenia i zepsucia, dzięki ruchliwości i dobrej organizacyi”.

„Ojciec mój w Łodzi otworzył teatr Uranja – wspomni o tym w cytowanym już autoportrecie Bodo – mnie zaś kształcono, chcąc zrobić ze mnie jakiegoś użytecznego członka społeczeństwa”.

„Junodowa” Urania powstała na początku 1907 roku. Była długim, dość pojemnym, drewnianym obiektem z miejscami siedzącymi i stojącymi. Stała na rogu Piotrkowskiej i Cegielnianej (dziś jest tam dom handlowy Magda). Obok znajdował się ogródek, w którym w porze letniej odbywały się także seanse kinematograficzne i przedstawienia kabaretowe. Działała od poniedziałku do piątku między ósmą i dziesiątą wieczorem, a w soboty i niedziele od czwartej do północy, pod hasłem „bawić, a nie nużyć”.

Co oferowała Urania? Zmyślne artystyczne specjały podpatrywane w Berlinie, Paryżu i Londynie, dobrze zaopatrzony bufet, dwie orkiestry, werandę do spacerów w zimie, a latem ogródkowe atrakcje, występy cyrkowców, kuplecistów, szansonistek, tancerek oraz filmy cudze i własne.

„Właściciel teatru Uranja, p. Junod, z całego przebiegu wyścigów konnych [w Ksawerowie koło Pabianic] zrobił zdjęcia kinematograficzne – informował swych czytelników łódzki «Rozwój» – które za dni kilka będziemy mogli oglądać w jego teatrze. Za pozwolenie zdjęć, p. Junod zobowiązał się dać jedno przedstawienie na korzyść pogotowia ratunkowego. Kasa pogotowia zostanie zasiloną z wyścigów sumą około 100 rubli”.

Kino-teatr-variete Urania nie była jedynym lokalem pana Junoda. W 1910 zawarł umowę z Władysławem Glogerem, dyrektorem sceny ludowej Leśniczówka, której mocą „najciekawsze atrakcye ze swego programu pokazywać będzie dla wzbogacenia repertuaru zabaw ludowych”.

Nie próżnowała też Jadwiga Junodowa. Niedaleko Uranii, przy Teatrze Polskim, otworzyła restaurację Masque, dzieląc czas na pilnowanie „interesu” i prowadzenie domu.

Okazałe mieszkanie państwa Junodów znajdowało się niedaleko, też przy Piotrkowskiej. Dlatego mały Genio bywał w lokalach rodziców niemal codziennie. Czego uczył go ojciec? Kogo podpatrywał za kulisami? Kiedy zaczął? Co umiał? Ile lat miał wtedy mały artysta?

 

Rósł w cieniu gwiazd sceny i cyrku, wśród kurtyn i reflektorów. Kiedy tylko otworzył oczy, widział nieustannie ekran objazdowego kina, które prowadził ojciec. Przemierzył z nim wielkie przestrzenie imperium rosyjskiego. Wtedy podobno nauczył się języka rosyjskiego. Z mamą mówił po polsku, a w rozmowie z tatą sporo rozumiał po francusku.

Trafił na scenę bardzo wcześnie. Bywalcy łódzkich lokali państwa Junodów zapamiętali go, gdy miał dziesięć lat. Bawił kabaretową publiczność cyrkową wręcz zręcznością w posługiwaniu się lassem. Występ w kowbojskim kostiumie kończył, śpiewając i tańcząc w rytm Yankee Doodle, popularnej wtedy, westernowej ballady. Zejściu ze sceny towarzyszyły – a jakże – strzały z colta. Oklaskom nie było końca, nie dlatego, że był synem właściciela (bo o tym wiedzieli wszyscy), ale dlatego, że był naprawdę utalentowany.

Za kulisami nieustannie podglądał, podsłuchiwał i marzył. Zamykając oczy, widział wokół siebie zachwyconą publiczność. Ale gdy je otwierał, widział wielce niezadowoloną minę matki, która spodziewała się, że jej pierworodny posiądzie wkrótce szanowaną powszechnie profesję. Obawa przed rodzinnymi niesnaskami sprawiła, że i papa Junod się zreflektował. Nieśmiało namawiał syna, aby wstąpił do szkoły handlowej. Tym bardziej, że z panem [?] Maillot należał do grona pedagogicznego tej cenionej w Łodzi placówki dydaktycznej. Obaj uczyli języka francuskiego. „Po zebraniu cyfr – donosił tygodnik «Rozwój» – liczba uczniów przedstawia się jak poniżej: w klasie wstępnej młodszej – 66, we wstępnej starszej – 105, w pierwszej – 1 7, w drugiej – 105, w trzeciej – 105 [do niej uczęszczał mały Junod], w czwartej – 73, w piątej – 71, w szóstej – 38, w siódmej – 17, ogółem 697 uczniów”.

Okazało się jednak, że Genio nie ma zupełnie głowy do rachunków. Nauki prawnicze były stanowczo za trudne. Ambicje mamy o jego karierze lekarskiej rychło prysły, gdy okazało się, że kandydatowi na medyka na widok krwi kręci się w głowie. W poszukiwaniu fachu jednak nie ustawano. Ale gdy postanowiono, że powinien zakosztować, jak jest w kolejnictwie, uciekł z domu. Pociągiem.

„Niestety, marzenia moich rodziców rozwiały się właśnie w świetle lamp elektrycznych. Ku wielkiej ich rozpaczy – komentuje ten fakt Bodo – wstąpiłem na scenę. Historyczny ten moment zdarzył się dnia 27 października 1917 roku”.

POZNAŃ, LUBLIN...

Uciekając z domu, trafił Bodo do Poznania. W skromnym opisie tego etapu jego samodzielnego życia wymieniany jest tamtejszy teatr Apollo. Czy trafił tam od razu na scenę, czy też do kasy? Pracował podobno jako bileter, ale szybko awansował. Na statystę. Nie wiadomo też, czy przytoczone w podtytule miasta układają się we właściwej kolejności. Po epizodzie poznańskim była ponownie Łódź, za którą, jak się okazuje, zawsze bardzo tęsknił. Nie nawiązał jednak zerwanych wcześniej kontaktów z rodziną, ale związał się z teatrem Colloseum. Jeśli odnalazł tam swoje przeznaczenie, to nie na długo. Ale na pewno jako aktor. W podobnej roli widziano go jeszcze na jednej ze scen Lublina.

Samodzielność Eugeniusza z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc nabierała rozmachu. Od dziecka wiedział, co należy robić, aby podobać się publiczności. Ojcowe nauki nie poszły w las. Miał je zawsze na uwadze, gdy zaczął gromadzić repertuar. Dowcip, szmonces, taniec, śpiew. Interesowało go wszystko, czym potrafił zainteresować widzów. Świeżo zdobyty numer natychmiast sprawdzał na scenie. Aż zebrał tyle, że postanowił podbić stolicę. Miał wtedy dwadzieścia lat.

Warszawa, do której trafił młody kandydat na aktora, cieszyła się świeżo odzyskaną wolnością. Leczyła rany po wojennej nawale. Ogólną radość mąciła jednak perspektywa zbliżającej się wojny polsko-bolszewickiej. Stała się ona okazją do wystawiania programów, które – zdaniem jednego z recenzentów „Kurjera Warszawskiego” – „zostały zrodzone ze szczerego porywu patriotycznego, jaki ogarniał wszystkie sfery społeczne”. Jedni z własnej woli wkładali mundur i wyruszali na front. Drudzy swymi humorami dodawali żołnierzom otuchy. Byli też i tacy, którzy unikali walki, jak tylko potrafili. Zresztą historia tej zwycięskiej wojny jest doskonale znana. Mniej natomiast losy jej niektórych żołnierzy.

Czy jednym z nich był Bodo, obywatel dwóch krajów? Bez wątpienia czuł się Polakiem. Ale zachował też, z czego był bardzo dumny, przynależność do ojczyzny Wilhelma Tella z racji swych urodzin.

Co wiadomo o tym epizodzie w życiu Eugeniusza Bodo? Jak rozumiał swoją rolę w tej sprawie? Wszak ta wojna była tylko w połowie jego wojną. Jak się okazuje, poszedł jednak na front. Na fali patriotycznego uniesienia, a może za namową Karola Hanusza, z którym się wtedy zaprzyjaźnił, wstąpił wraz z nim do wojska. Ale prochu obaj nie zdążyli powąchać, bo polskie wojsko zaczęło właśnie świętować zwycięstwo nad bolszewikami. Zwycięstwo zwane „cudem nad Wisłą”.