Aleksander Żabczyński

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt i opracowanie graficzne okładki

na podstawie projektu okładki tygodnika „Kino” z maja 1931 roku

Zbigniew Mielnik

Fotografia na okładce

z archiwum Filmoteki Narodowej

Partner projektu – NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE


Książka powstała przy pomocy finansowej


oraz


Wydanie II

Warszawa 2021

Ventigo Media

Copyright © by Adam Wolański, 2020

All rights reserved

ISBN (wersja EPUB) 978-83-8217-937-8

ISBN (wersja MOBI) 978-83-8217-938-5

Konwersja: eLitera s.c.

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Przedmowa

ROZDZIAŁ I. W OBJĘCIACH... MUZ

1. Bożydar, syn Daniela

2. Armata na reducie

3. Boże, sław Bogusławskiego

4. Wolny strzelec

5. Artystyczne peregrynacje

6. Do stolicy coraz bliżej

7. Witaj, Warszawo

8. Hallo! Żabczyński

9. Morskie Oko na bis

10. Umarł król, niech żyje rex

11. Operetka, czyli mała opera

12. ...Jedno słowo... amant

13. Jadzia, Ada i inne

14. Czaruś, czyli nihil novi

15. Szach... królowej

16. Cyganka prawdę ci powie

ROZDZIAŁ II. Z WARSZAWY AŻ DO... WARSZAWY

1. Z Warszawy

2. Przełęczą Tatarską do Fölsehangony

3. Przez cztery granice

4. Na wyspie wolności

5. Manewry wojenne

6. Godzina „H”

7. ...A po wojnie

8. Na pokładzie Marine Raven

ROZDZIAŁ III. JESZCZE JEDNA AKCJA „WISŁA”

1. Tu jest Warszawa

2. O co tyle hałasu?

3. Na rozstajach dróg

4. Pierwsze dni

5. Intrygi bez litości

6. Samotny w tłumie

7. Dziady

8. Po trzecim dzwonku

Postscriptum

Źródła

Bibliografia

Ważniejsze publikacje

Ważniejsze rewie i operetki

Ważniejsze role teatralne

Filmografia

Piosenki

Programy dokumentalne

Tytuły prasowe cytowane w książce

Wykaz ilustracji

Drzewo genealogiczne Żabczyńskich i Zielenkiewiczów

Jak drogie są wspomnienia dawnych dni,

Wspomnienia dawnych lat.

Melodia w nich serdeczna jakaś brzmi

I dawny, piękny świat.

[refren piosenki z filmu Jadzia]

PRZEDMOWA

„ACH, ŻEBY MOŻNA RAZ /,

NAPRZÓD PCHNĄĆ PRZEKLĘTY CZAS”

Jednak inny timbre głosu. A może tylko wydaje się, że dobiega z oddali. Kiedy wsłuchamy się uważnie, po chwili pamięć przywołuje sylwetkę śpiewającego aktora. Ale coś się nie zgadza. Piosenka Nikt mnie nie rozumie tak jak ty w refleksyjnej, melancholijnej nieomal wersji? Pozbawiona ukrytej za uwodzicielskim uśmiechem lekkości, którą wykonawca obdarzał śpiewane teksty? Tak. Bo to nagranie z lat pięćdziesiątych. Przeklęty czas rzucił cień na jednego z największych przedwojennych gwiazdorów. Już samo to określenie w najmniejszym stopniu nie przystawało do nowych czasów. Na powojennym krajowym firmamencie świeciło czerwone słoneczko i aktor, a jednocześnie oficer Aleksander Żabczyński, w dodatku „od Andersa”, nie za bardzo tu pasował. Przystojny, grający w filmach oficerów właśnie, inżynierów, a także, o zgrozo!, arystokratów, znakomicie prezentujący się we fraku, a w dodatku umiejący go nosić, miał niewiele wspólnego z obowiązującą zgrzebnością. Tak na ekranie, jak i w teatrze.

Ale widzowie pamiętali. Mimo że nie przypominano w kinach jego przedwojennych filmów, publiczność – chociaż nie za bardzo wiadomo skąd – wiedziała, że wrócił. Nie raz tego doświadczył.

„Tik-tak, tik-tak, / jak pędzi ten zegar. / Ach, gdyby można raz / wstrzymać w biegu głupi czas”.

Nie mogę pamiętać szczegółów. Ze wspomnień mojej mamy wyłaniają się jedynie wspólne spacery z państwem Żabczyńskimi po już odbudowanym Starym Mieście... to znaczy, ja byłem wtedy w wózku. Później pojawiły się wspomnienia z planu filmu Zapomniana melodia, w którym jedną z tancerek była mama, „tacjanka” ze szkoły baletowej Tacjanny Wysockiej. Czasami opowiadała o tym, co działo się na planie. Jako jedna z gromady „grzecznych panienek” odtańczyła i odśpiewała, stepując nawet, swingującą wersję melodii Panie Janie. A z Żabczyńskim to – kajaki i wiosłowanie. Że uroczy, miły, uczynny, żadnego gwiazdorstwa, zadzierania nosa. Kolega. Z jednej legendy wpadałem w drugą. W garderobie Teatru Syrena Dodek Dymsza coś mi opowiadał, gadał przy tym wszystkim głosami... odgłosami tego świata i co pewien czas wspominał niejakiego „Żabę”. Czy często, tego nie pamiętam, ale kawały wynikające z relacji pomiędzy Czwartkiem a Piątkiem, jazda na nartach, piruety na łyżwach i wspomnienia z kręcenia w Zakopanem filmu Sportowiec mimo woli rozśmieszały mnie do łez. Właśnie od Dodka się dowiedziałem, że to nie żaden Olek, Alek, Aleksander, tylko Żaba.

Ten radosny, czarujący, dowcipny, uwodzicielski amant, który wyłaniał się z tych wspomnień, pan Aleksander Żabczyński, nie pasował mi jednak do innych opowieści snutych w garderobach.

„Wstrzymać w biegu głupi czas”.

Sala Kongresowa. Nareszcie można przypomnieć przedwojenne gwiazdy. Przywołać na scenie przeboje z Qui Pro Quo i Morskiego Oka. I niespodziewanie w ten radosny ton koncertów organizowanych przez „Express Wieczorny” wdarło się zatykające gardło zupełnie inne wspomnienie. Żabczyński, uczestnik bitwy o Monte Cassino, miał zaśpiewać Czerwone maki. Próba. Aktor staje przy mikrofonie, orkiestra gra, ale nie słychać jego głosu. Przerywają. Po chwili zaczynają jeszcze raz. W tamtej chwili chyba powrócił na pole bitwy. Artylerzysta II Korpusu pod dowództwem generała Władysława Andersa, kapitan Aleksander Żabczyński widział swoich kolegów, wiedział, czym naprawdę była ta bitwa... Nie był w stanie zaśpiewać.

 

Koledzy wiedzieli swoje, swoje myśleli, ale w tamtych czasach niezwykle rzadko mówiono o tym na głos. Zazwyczaj kończyło się to anegdotą, żartem, zawieszeniem głosu. Najprawdopodobniej także w jakiejś garderobie usłyszałem inną historię dotyczącą pana Aleksandra. Tę o „latającej” szczęce Żaby. Czytający te słowa, jak i ja wówczas, są co najmniej zdziwieni. Ale tak właśnie – anegdotą – objawia się pamięć o aktorach, którzy zaczęli już występować na niebiańskiej scenie. Ta latająca szczęka zaintrygowała mnie do tego stopnia, że drżącym głosem zapytałem, dlaczego pan Aleksander bawił się „latającą” szczęką i o co tu właściwie chodzi. Oświecony zostałem błyskawicznie. Że został ciężko ranny i, chociaż nie wiedzieli, czy pod Monte Cassino, stracił zęby. I czasami, kiedy w SPATiF-ie... popił sobie, wyjmował sztuczną szczękę, rzucał o podłogę, mówiąc, że przynajmniej to Anglicy zrobili solidnie. I klął ich zdradę, ale przede wszystkim Sowietów. Do tego serwował głośny komentarz dotyczący tego, co działo się w Polsce stalinowskiej. Obok byłego prezesa ZASP-u Dobiesława Damięckiego, cieszącego się ogromnym autorytetem wśród kolegów, był jednym z niewielu aktorów, którzy pozwalali sobie na głośną, jednoznaczną krytykę. W rozmowach prywatnych pojawiały się komentarze, że „Żaba” jest taką gwiazdą, tak znanym aktorem, że chroni go to przed represjami.

Ci, którzy widzieli go po wojnie na scenie, mówili przede wszystkim o tym, że ten „kinowy amant” okazał się znakomitym aktorem teatralnym. I świetnym kolegą.

„Żal tych chwil, co znikły już w dali”.

Roman Dziewoński

maj 2014, w siedemdziesięciolecie

bitwy o Monte Cassino

PS Posłużyłem się fragmentami tekstu piosenki Tak jak ty/Nikt mnie nie rozumie tak jak ty (znana jest pod obydwoma tytułami) Jerzego Jurandota do muzyki Zygmunta Wiehlera.


1. BOŻYDAR, SYN DANIELA

Działo się to w Warszawie, w kancelarii parafii św. Aleksandra, 14 września 1901 roku o godzinie jedenastej rano. Stawił się Aleksander Daniel Eugeniusz (trojga imion) Żabczyński, kapitan petersburskiego pułku piechoty lejbgwardii, lat trzydzieści pięć, zamieszkały na ulicy Hożej pod numerem 1681, który w obecności Jana Ostrowskiego, urzędnika Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, i Aleksandra Ostrowskiego, rentiera, obu pełnoletnich, zamieszkałych w Warszawie, przedstawił niemowlę płci męskiej, oświadczając, iż urodziło się ono w domu jego zamieszkania, 24 lipca poprzedniego, 1900, roku o godzinie drugiej rano z prawowitej małżonki Zofii Florentyny (dwojga imion) z Ostrowskich, lat trzydzieści cztery. Niemowlęciu temu na chrzcie świętym udzielonym tego dnia nadano imiona Aleksander Bożydar, a rodzicami chrzestnymi byli Jan Ostrowski, dziadek ze strony mamy, i generałowa Alina Konarzewska, babcia ze strony ojca. Uroczystość opóźniła się ponad rok z powodu oczekiwania na przyjazd matki chrzestnej z oddalonego o ponad tysiąc wiorst Kiszyniowa, stolicy guberni besarabskiej.

Niniejszy akt po odczytaniu podpisali ksiądz Jan Kasiński, ojciec Aleksander Żabczyński oraz świadkowie Jan Ostrowski i Aleksander Ostrowski. Wszyscy jednocześnie zaświadczyli, że stosowny zapis aktu urodzenia znalazł się w księgach stanu cywilnego niniejszej parafii pod numerem 956.

Akt urodzenia Aleksandra Bożydara Żabczyńskiego

Duma rozpierała papę Aleksandra Daniela z powodu narodzin męskiego potomka. Jak każe zwyczaj, pierworodnemu synowi nadano imię ojca. Fakt ten gwarantował – tego był pewien – kontynuację wojskowych tradycji w trzecim pokoleniu rodziny Żabczyńskich. Jego syn Bożydar, tak jak on, Daniel, i dziadek Mikołaj, wszyscy Aleksandrowie, na pewno z dumą przywdzieje mundur, nauczy się żołnierskiego rzemiosła i zapewni swojej przyszłej rodzinie odpowiedni status społeczny i dobrobyt.

Na razie dzieciństwo Aleksandra Bożydara, zwanego pieszczotliwie Darkiem, upływało w dostatku na wesołych harcach. Troskliwie zajmowała się nim mama, która miała do pomocy oddaną służbę. Czasami bawił się z siostrą Zosią, ale różnica wieku – była od niego dziesięć lat starsza – nie dawała wielkich szans na porozumienie. Dziewczynka traktowała go raczej jak żywą lalkę.

Rozkład zajęć jego dni powszednich zmienił się radykalnie w 1906 roku, gdy postanowiono, że rozpocznie domową edukację. Zajęła się nią dyplomowana guwernantka, ta sama, która od kilku już lat uczyła Zosię. Ambitny Darek czynił szybkie postępy w pisaniu i rachowaniu. Z zapałem deklamował wierszyki, a gdy po niezbyt długich namowach udało się skłonić go do zaśpiewania, okazało się, że ma świetny słuch i poczucie rytmu. Wesołe brzdąkanie na fortepianie zmieniło się wkrótce w prawdziwe lekcje muzyki. I kto wie, jak potoczyłyby się dalej losy muzycznej edukacji Darka, gdyby nie radosny szczebiot w apartamencie przy Hożej najmłodszej z Żabczyńskich – Aliny.

W chwili jej narodzin Darek miał dziewięć lat, a pierworodna Zosia była już dziewiętnastoletnią panną. Pogodzenie tych jakże różnych dziecięcych światów okazało się niemożliwe. Z okazji tej skwapliwie skorzystał papa Żabczyński i po intensywnych przygotowaniach zapewnił synowi możliwość nauki w gimnazjum Chrzanowskiego.

Cóż to była za szkoła? Jej twórcą był generał lejtnant armii Imperium Rosyjskiego, prawnik, podróżnik i pedagog. Z urodzenia szlachcic polski, Paweł Marceli Chrzanowski herbu Suchokomnaty. W ósmym roku życia trafił do Korpusu Paziów w Petersburgu, skąd tylko raz w roku mógł przyjeżdżać do domu w majątku w Dzierżążnie na krótkie wakacje. Po ukończeniu szkoły wojskowej i studiach w Akademii Wojskowo-Prawnej mianowany został sędzią wojskowym i całe zawodowe życie spędził w Rosji, z dala od kraju. Mimo to pozostał gorliwym Polakiem, znanym z patriotycznych poglądów i uczuć. Po przejściu na emeryturę na stałe powrócił do Warszawy. Wykorzystując znajomości w Petersburgu, uzyskał zezwolenie na otwarcie prywatnej szkoły średniej na prawach państwowych. Pierwszą jej siedzibą w roku szkolnym 1903/1904 był niewielki budynek przy ulicy Wielkiej 13 w Warszawie (dziś Poznańska). W 1905 roku przeniósł ją Chrzanowski do nowoczesnego gmachu na ulicę Smolną 30. Gdy we wrześniu tegoż roku car Mikołaj II zezwolił na wprowadzenie języka polskiego do szkół, przekształcił ją w gimnazjum z polskim językiem wykładowym.

Budynek przy Smolnej miał cztery piętra. Na pierwszym, w lewym skrzydle, ordynował w swoim obszernym gabinecie profesor Jan Zaorski, znany chirurg i pedagog. W prawym zaś usytuowane były mieszkania prywatne. Z ich wynajmu czerpano dodatkowy dochód. Reszta pomieszczeń należała do gimnazjum. Placówka ta była wówczas największą polską szkołą we wszystkich zaborach. W 28 oddziałach uczyło się równocześnie prawie półtora tysiąca uczniów. Czy mógł sobie wymarzyć papa Żabczyński lepsze miejsce dla swego syna?

Na inaugurację roku szkolnego 191 /1912 jedenastoletni wtedy Darek przyszedł ubrany w obowiązujący wszystkich uczniów niebieski mundurek z krawatem, także obowiązkowym i niebieskim. Nauka była dość droga. Czesne wynosiło 150 rubli rocznie. Program był obszerny i dwujęzyczny. Po polsku uczono historii, geografii, no i oczywiście języka polskiego. Resztę przedmiotów wykładano po rosyjsku. Równie bogato i wszechstronnie przedstawiały się zajęcia pozalekcyjne. Nie było tygodnia, aby nie organizowano koncertów, spektakli teatralnych i wystaw. Na kilku z nich Chrzanowski z dumą prezentował dzieła sztuki orientalnej, które zgromadził podczas podróży dookoła świata. Szkoła miała także salę gimnastyczną, salę balową i kaplicę. Działało nawet koło szybowcowe i modelarskie.

Niechętnie więc wracał mały Żabczyński do domu. Często szedł okrężną drogą tylko po to, aby zademonstrować jeszcze jedną część szkolnego umundurowania, z której był bardzo dumny, błękitną czapkę, najbardziej widoczny i ogólnie szanowany element stroju tej wyjątkowej pod każdym względem warszawskiej szkoły. Pobyt w niej wywarł ogromny wpływ na jego późniejsze zainteresowania i pasje. Wszystko wskazuje na to, że właśnie w gimnazjum Chrzanowskiego połknął bakcyla sceny. Wielokrotnie bowiem uczestniczył w okolicznościowych inscenizacjach przygotowywanych przez szkolne koło teatralne.

Herb szkoły Chrzanowskiego

Uczył się szybko. Z niczym nie miał większych kłopotów, znakomicie też zaadaptował się w męskim środowisku rówieśników. Szczęście nie trwało jednak długo. W połowie drugiego semestru 1914 roku Chrzanowski zmarł nagle na serce. Jego pogrzeb był okazją do zamanifestowania uznania, jakie zdobył za olbrzymi dorobek naukowy i ponaddziesięcioletnią pracę pedagogiczną w zniewolonej Polsce. Herb Suchokomnaty umieszczony na frontonie gmachu szkoły przez długie lata przypominał Pawła Chrzanowskiego, wielkiego patriotę i człowieka, który serce i własny majątek poświęcił walce o polskość.

Po śmierci męża wdowa Cecylia z Gilewiczów z braku środków na dalsze prowadzenie gimnazjum sprzedała je hrabiemu Maurycemu Zamoyskiemu, który został wówczas patronem szkoły (obecnie przy Smolnej 30 w Warszawie znajduje się XVIII Liceum Ogólnokształcące im. Jana Zamoyskiego).

Zanim Aleksander Żabczyński junior z zapałem i bez większego trudu zaczął zdobywać promocje do kolejnych klas gimnazjum Chrzanowskiego, Aleksander Żabczyński senior z uporem piął się po szczeblach wojskowej kariery. Za namową swego ojca Aleksandra Mikołaja w sierpniu 1883 roku przywdział mundur 9. batalionu saperów carskiej armii. Był wolontariuszem. Miał wtedy 17 lat. Po trzech miesiącach awansował na kaprala i wkrótce został słuchaczem Warszawskiej Szkoły Junkrów. Utworzona za czasów cara Aleksandra I na terenie zaboru, nie stawiała już tak wysokich wymagań związanych z pochodzeniem społecznym, jak na przykład wileńska, której junkrowie musieli legitymować się szlacheckim pochodzeniem.

Ukończył ją pod koniec 1885 roku z wyróżnieniem, uzyskując jednocześnie stopień podchorążego lejbgwardii petersburskiego pułku piechoty. Od tamtej pory często zmieniał dystynkcje, funkcje i zakres obowiązków. Z młodszego podoficera awansował na podporucznika. Przez siedem lat jako porucznik był adiutantem batalionu. Potem został dowódcą kompanii w randze sztabskapitana. W 191 roku, gdy przyprowadził syna do gimnazjum, stał na czele batalionu petersburskiej lejbgwardii.

Śmierć Pawła Chrzanowskiego w ostatni dzień marca 1914 roku wprowadziła lekki niepokój w rodzinie Żabczyńskich, ale jeszcze przed wakacjami stanęła ona przed nowym i znacznie ważniejszym problemem. Nastał bowiem czas wojny, I wojny światowej.

W sierpniu 1914 roku Aleksandra Daniela Żabczyńskiego wezwano do Petersburga. Rozstanie było szokiem dla wiodącej dostatnie życie rodziny Żabczyńskich. Żona i dzieci zostały w Warszawie, on objął dowództwo 7. rewelskiego pułku piechoty, który skierowano na front pod Łodzią. „W pierwszych dniach marca 1915 roku – odnotował ten fakt, własnoręcznie opisując przebieg wojennych zdarzeń – w bojach pod wsiami Stolniki i Rudka byłem raniony i kontuzjowany, poczem ewakuowano mnie do Warszawy do szpitala Goldstandów”.

Szpital ten mieścił się przy ulicy Żelaznej w Warszawie. Wybudował go doktor Stanisław Zaborowski, korzystając z pomocy miasta i ofiarności inwestora Leona Goldstanda, stojącego na czele fundacji rodziny Goldstandów – Zofii, zmarłej przy jego porodzie matki, i Jana, ojca, wówczas dyrektora Banku Międzynarodowego w Petersburgu. Szpital, a właściwie Miejski Zakład Położniczy otwarto w 1912 roku. Na cześć matki fundatora otrzymał imię św. Zofii. Przed I wojną światową uchodził za jedną z najnowocześniejszych placówek ginekologiczno-położniczych. Z chwilą wybuchu wojny z rozkazu gubernatora stolicy stał się szpitalem wojennym dla wyższych oficerów armii rosyjskiej.

Do tego właśnie szpitala przywieziono rannego pułkownika Żabczyńskiego. Obrażenia nie były groźne, więc leczenie i rekonwalescencja nie trwały długo. Pozwoliły jednak zająć się sprawami prywatnymi, zaniedbanymi w czasie pośpiesznego wyjazdu do Petersburga. Po krótkiej rodzinnej naradzie powziął decyzję, w której – co oczywiste – miał głos decydujący. Ponieważ Warszawa nie jest bezpiecznym miejscem, szczególnie w czasie wojny, żona z Darkiem i Aliną wyjedzie do Rosji (najstarsza Zofia była już wtedy zamężna i została w stolicy wraz z mężem). Był kwiecień 1915 roku.

 

Pułkownik Aleksander Daniel Żabczyński

Po wyjściu ze szpitala św. Zofii pułkownik Żabczyński otrzymał przydział do Dźwińskiego Okręgu Wojskowego jako oficer rezerwy. Dwa miesiące później, w czerwcu 1915 roku, gdy po kontuzji nie było śladu, wyjechał do Kowna, by objąć dowództwo 461. zubrowskiego pułku piechoty. Od tamtej pory żona z dziećmi tułała się za nim po Rosji. Zwykle z dala od linii frontu, ale na tyle blisko, by mieć od czasu do czasu kontakt z mężem.

Kiedy opuścili Warszawę? W którym z miast zatrzymali się po raz pierwszy? Mohylów, Saratów, Wołogda, a może Smoleńsk?

Nawet przebieg linii frontu I wojny nie daje odpowiedzi na te pytania. Z późniejszych, nielicznych i często przypadkowych wspomnień Żabczyńskiego juniora wyłania się niezwykle chaotyczny i niepełny obraz wojennej tułaczki. Jedna z wersji istnieje w odręcznie pisanym przez Żabczyńskiego życiorysie z 1920 roku, inaczej mówi o tych czasach w wywiadzie dla miesięcznika „Kino”, jeszcze inaczej po powrocie do kraju. Jedno wydaje się pewne. Na początku był Smoleńsk.

Blisko roczny pobyt w tym mieście był czasem względnej stabilizacji. Egzamin wstępny wypadł pomyślnie, ale ze względu na słabą znajomość rosyjskiego przyjęty został do trzeciej klasy miejscowego gimnazjum. W ciągu roku szkolnego opanował jednak na tyle język rosyjski, że dalszy pobyt w innych miastach wojennej poniewierki nie przysparzał mu już tylu kłopotów ani w życiu codziennym, ani w nauce. Ze Smoleńska trafił do Saratowa, a stamtąd do Wołogdy (albo odwrotnie). Dopiero w Sumach w guberni charkowskiej zatrzymał się na dłużej i doczekał końca wojny. Boleśnie też odczuł rewolucyjną i wojenną biedę, która zmusiła go do przerwania nauki. Aż do powrotu do Warszawy pracował jako czernoraboczij tragarz w sumskim składzie żelaza. Przeżył wojnę także pułkownik Aleksander Żabczyński, mianowany tuż przed jej zakończeniem dowódcą brygady 183. Dywizji Pieszej. W grudniu 1917 roku, po przewrocie bolszewickim, postanowił opuścić szeregi armii rosyjskiej. Miał bowiem szansę dostać się do korpusu polskiego generała Józefa Dowbora Muśnickiego. Nominacji tej sprzeciwił się jednak Władimir Agapiejew, generał lejtnant Armii Rosyjskiej, równocześnie szef sztabu tego korpusu. Nie udała się Żabczyńskiemu ta sztuka w Mińsku, pojechał więc do Kijowa, do sztabu generała Eugeniusza de Henninga-Michaelisa. W pierwszych dniach stycznia 1918 roku z jego poręki został szefem wydziału inspektorskiego. Zalążek armii polskiej przetrwał zaledwie miesiąc, zmuszony – jak mawiają wojskowi – do rozproszenia. Powodem tej nagłej akcji byli zwycięzcy Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, którzy przejęli wtedy władzę w Kijowie.

Zakończenie I wojny światowej przywitała rodzina Żabczyńskich z ulgą i radością. Pierwsza przyjechała do Warszawy mama, Zofia, z dziećmi. Pułkownik Żabczyński po wizycie w misji wojskowej przy poselstwie polskim w Kijowie, gdzie otrzymał kartę ewidencyjną z numerem 85, uprawniającą do starania się o przyjęcie do polskiego wojska, jeszcze przed nowym rokiem wrócił do Warszawy.

Do stolicy wolnej i niepodległej Polski przyjechał także Kazimierz Jakub Kulwieć. Dlaczego go przypominam? Bo to ważna postać w życiu Aleksandra Żabczyńskiego.

Urodził się na Żmudzi, ale dzieciństwo i młodość spędził w Suwałkach, skąd pochodziła jego matka. Po ukończeniu miejscowego gimnazjum studiował na Uniwersytecie Warszawskim, pogłębiał wiedzę na stypendium we Francji i Algierii, a tytuł magistra nauk przyrodniczych uzyskał w Odessie. Mimo absorbującej pracy pedagogicznej – był nauczycielem przyrody i geografii w warszawskich szkołach średnich, wykładowcą na Kursach Pedagogicznych dla Nauczycieli Ludowych w Warszawie, dyrektorem Szkoły Handlowej Żeńskiej Teodory Raczkowskiej, a także aktywistą Zarządu Polskiej Macierzy Szkolnej – każdą wolną chwilę poświęcał ukochanej Suwalszczyźnie, przede wszystkim na badania fizjograficzne flory i fauny jeziora Wigry. Jak dziś wiadomo, stały się one po latach podstawą utworzenia na tym terenie rezerwatu przyrodniczego. Wybuch I wojny światowej zastał go na Polesiu, gdzie wyjechał na badania naukowe pod Nowogródek. Powrót do Warszawy okazał się niemożliwy. Pojechał więc do Moskwy, gdzie pod opieką Centralnego Komitetu Obywatelskiego Królestwa Polskiego działało gimnazjum polskie. Przez cztery lata był jego dyrektorem. Zwycięstwo socjalistycznej rewolucji październikowej nie zakłóciło działalności edukacyjnej, ale spowodowało, że w maju 1918 roku przywiózł Kulwieć swoją polską szkołę do Warszawy.

W roku szkolnym 1919/1920 uczniem siódmej klasy gimnazjum Kulwiecia pod wezwaniem św. Kazimierza i pod patronatem Rady Głównej Opiekuńczej został Aleksander Żabczyński.

Zaświadczenie z gimnazjum Kulwiecia

Świadectwo ukończenia ósmej klasy tego gimnazjum uwieńczyło jego szkolną edukację. Średnia ocen wypadła nie najgorzej, szczególnie że w czasie wojny uczył się w rosyjskich szkołach, zmieniał je kilkakrotnie, a obowiązkowym językiem był zawsze rosyjski. W czerwcu 1920 roku abiturient Żabczyński miał zostać absolwentem. Miał. „Po niepomyślnym egzaminie z łaciny – napisał w życiorysie do poznańskiej podchorążówki – matury nie uzyskałem”. Różne były jego zainteresowania. Trochę rysował, śpiewał w chórze Harfa prowadzonym przez Wacława Lachmana, interesował się architekturą, matka namawiała go na studia prawnicze. Tylko ojciec widział w nim żołnierza, kontynuatora rodzinnych tradycji. Pragnienie to było tym większe, że po latach niewoli i służbie w carskiej armii senior Żabczyński został przyjęty w szeregi polskiej armii na podstawie dekretu nr L: 289 z 27 stycznia 1919 roku. Na początku lutego w randze pułkownika przydzielony został do rezerwy oficerów Wojska Polskiego, a w czerwcu tegoż roku wyznaczono go na zastępcę dowódcy Okręgu Warszawskiego.

19 marca 1920 roku gruchnęła wiadomość, że Naczelny Wódz Józef Piłsudski na posłuchaniu w Belwederze przyjął Ogólną Komisję Weryfikacyjną (OKW), powołaną do życia w myśl ustawy sejmowej z 2 sierpnia 1919 roku o nadawaniu stopni oficerskich i ustalaniu starszeństwa w Wojsku Polskim. „Komisję przedstawił Wodzowi Naczelnemu minister spraw wojskowych, gen. por. [Józef] Leśniewski – donosił »Orędownik Wrzesiński«. – W imieniu Ogólnej Komisji Weryfikacyjnej przemówił najstarszy stopniem oficer, pułk. Żabczyński, meldując, że na pierwszem, konstytującem zebraniu uchwaliła uprosić Wodza Naczelnego, aby zechciał przyjąć najwyższy stopień wojskowy – pierwszego Marszałka Polski”.

Dwa tygodnie później – i nie był to żart primaaprilisowy – 1 kwietnia 1920 roku były pułkownik armii carskiej Aleksander Daniel Eugeniusz Żabczyński otrzymał po weryfikacji stopień generała podporucznika Wojska Polskiego. Czy w tej sytuacji Żabczyński junior mógł nie spełnić marzeń ojca?

Chciał, musiał czy powinien przywdziać mundur żołnierza? Mniejsza o powody. 30 lipca 1920 roku został kursantem Szkoły Podchorążych Artylerii. Nie w Warszawie, lecz w Poznaniu, gdyż nie chciał, aby ktokolwiek podejrzewał, że korzysta z protekcji ojca, a także aby kiedykolwiek wypominano generałowi, że ułatwia synowi karierę.

Jakim był żołnierzem? W pisanych później rekomendacjach i opiniach przełożonych nieustannie powtarzały się słowa: „zdyscyplinowany”, „obowiązkowy”, „uczynny”, „życzliwy”, „inteligentny”, „stanowczy”, „koleżeński”, „towarzyski”. Od tamtej pory Żabczyński do końca swych dni pełnił dwie role – artysty i żołnierza. W pierwszej – utalentowany, uwielbiany i kochany przez tłumy, w drugiej – niezbyt szanowany, często lekceważony i niesłusznie zapomniany przez historię.

Naukę artyleryjskiego rzemiosła rozpoczął w stopniu kanoniera. Jednakże zgodnie z poleceniem Generalnego Inspektoratu Artylerii ustalono, że wszyscy słuchacze będą posługiwać się tytułem „kadet”. Zamiast oznaczeń stopni wojskowych mundur Żabczyńskiego zdobiły srebrne galony, a naramienniki – inicjały liter nazwy szkoły i znak artylerii w postaci dwóch skrzyżowanych luf. Cały tydzień (z wyjątkiem niedzieli) miał ustalony porządek. Zaczynał się pobudką o 5.45. O 7.30, po porannej toalecie, śniadaniu i apelu, odbywała się półgodzinna gimnastyka. Bezpośrednio po niej prowadzono dwugodzinne wykłady, a po dwudziestominutowej przerwie przystępowano do ćwiczeń. W południe – raport, o 12.30 – obiad i czas wolny. Zajęcia popołudniowe zaczynały się o 14.30. Czas do 19.00 organizował zwykle oficer klasowy, zalecając repetycje lub naukę własną. O 19.15 apel, kwadrans później kolacja i czas wolny. O 22.00 gasło światło w salach. Oprócz zajęć typowo wojskowych wielką wagę w poznańskiej szkole przywiązywano do kultywowania tradycji i kształtowania postaw patriotycznych. Zadania te realizowano na lekcjach historii i geografii oraz podczas specjalnych akademii. Od samego niemal początku działały biblioteka i czytelnia, a od kwietnia 1920 szkolne muzeum.

Ćwiczenia przy działach II kursu zawodowego w Szkole Podchorążych Artylerii w Poznaniu: czwarty z lewej kadet Aleksander Żabczyński, trzeci z prawej prowadzący zajęcia kpt. André Allard

W lutym 1921 roku – cytuję z dokumentów udostępnionych przez Centralne Archiwum Wojskowe – ukończył kurs oficerów zawodowych z następującym wynikiem:


Balistyka 5 (zadawalająca)
Teorja strzelania 6 (dobra)
Taktyka ogniowa 7 (zupełnie dobra)
Taktyka artylerji 6 (dobra)
Organizacja armji 7 (zupełnie dobra)
Regulaminy 4 (dostateczna)
Umundurowanie polowe 6 (dobra)
Służba łączności 6 (dobra)
Materiał wywiadowczy 5 (zadawalająca)
Ćwiczenia przy działach 6 (dobra)
Musztra piesza i kawaleryjska 6 (dobra)
Jazda konna 8 (zupełnie dobra)
Materiały artyleryjskie 7 (zupełnie dobra)

Wraz z przydziałem do baterii zapasowej 1. pułku artylerii przeciwlotniczej otrzymał stopień podchorążego. Teraz to on jako instruktor szkolił podkomendnych, rozpoczynając jednocześnie drugi etap swego wojskowego wtajemniczenia. Ukończył go z wyróżnieniem 13 sierpnia 1921 roku. W rubrykach karty kwalifikacyjnej czytamy:

„Ocena wartości osobistych – energiczny i życiowy, charakter prawy, wielka wola i stanowczość.

Ocena wartości fizycznych – doskonała sprawność fizyczna, głos donośny, barwny, podrywający.

Inteligencja – o dużej bystrości i przytomności umysłu, trafny w decyzjach.

Ocena wartości zawodowych – nadaje się na bardzo dobrego dowódcę pododdziału”.

Podobnie oceniono jego zdolności organizacyjne, kierownicze i wychowawcze.

Nie skorzystał jednak Aleksander Żabczyński z okazji pozostania w mundurze artylerzysty. 15 maja 1922 roku, zachowując stopień podporucznika, przeniesiony został do rezerwy. Zakończyła się także wojskowa kariera Żabczyńskiego seniora. Po kilkumiesięcznej pracy w Oficerskim Trybunale Orzekającym 1 czerwca 1922 roku przeniesiony został w stan spoczynku i awansowany do stopnia generała porucznika.