Rozwój osobisty kluczem do sukcesuTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rozwój osobisty kluczem do sukcesu
Rozwój osobisty kluczem do sukcesu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 32,80  26,24 
Rozwój osobisty kluczem do sukcesu
Audio
Rozwój osobisty kluczem do sukcesu
Audiobook
Czyta Paweł Markowski
19,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ryszard Krupiński

Rozwój osobisty kluczem do sukcesu

Copyright © by Ryszard Krupiński

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2012

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana i powielana w jakiejkolwiek postaci bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN: 978-83-933996-5-9

Wydawnictwo Psychoskok

ul. Chopina 9, pok. 23 , 62-507 Konin

tel. (63) 242 02 02

www.wydawnictwo.psychoskok.pl

e-mail: wydawnictwo@psychoskok.pl

Słowo wstępne

Propozycja literatury psychologiczno-motywacyjnej dostępnej w księgarniach jest niezwykle szeroka. Jednak większość książek ma albo charakter naukowy, mało czytelny i niezrozumiały dla zwykłego Kowalskiego, albo opisuje zjawiska fragmentarycznie, koncentrując się na wąskiej perspektywie. Możemy odnaleźć szereg poradników, które uczą i pouczają nas jak się zmotywować, odnieść sukces, zostać mistrzem komunikacji, być dobrym rodzicem, bogacić się, uprawiając myślenie pozytywne, stać się superhandlowcem lub sprzedawcą, zakodować podświadomość i wiele innych. Poradniki te w dużym stopniu traktują ludzkie dążenia przedmiotowo, separując konkretne określone umiejętności i cechy od reszty osobowości. Wiele z nich w swojej perswazji każe nam naiwnie wierzyć, że życie jest proste i za pomocą kilku mentalnych sztuczek i nowych zachowań możemy je odmienić diametralnie, szybko i bez bólu. Jeśli w to wierzysz Drogi Czytelniku, to proszę – szprycuj się do woli tą infantylną wiarą w swoje potężne predyspozycje. Tylko później nie miej do nikogo pretensji, że straciłeś czas i realne możliwości rozwoju osobistego.

Zamiast zapychać sobie umysł utopijnymi mrzonkami możesz spróbować spojrzeć na siebie i swoje życie bardziej realnie. Proponuję Ci przegląd i weryfikację swoich przekonań, postaw, potencjalnych osobistych zasobów, emocjonalnej władzy nad sobą, dążeń, psychologicznych problemów, wewnętrznych konfliktów. Rozpoczynam z Tobą dialog, uruchamiam pytania i wątpliwości, przemycam refleksję pod osobistą rozwagę. Skądkolwiek startujemy, możemy zmienić swoje życie we wszystkich lub wybranych obszarach aktywności i zaangażowania. Możemy budować harmonię i doświadczać szczęścia, rozwijać umiejętności społeczne i zawodowe, osiągać sens i realizować potencjał. Naprawdę jesteśmy zdolni do wyżyn, o których dzisiaj boimy się nawet marzyć. Ale pod warunkiem, że odważnie staniemy do walki ze sobą o siebie samego.

Cykl „Rozwój osobisty kluczem do sukcesu” stanowi sugestię, lecz nie zawiera gotowych odpowiedzi ani scenariuszy kariery i szczęścia, gdyż takich po prostu nie ma. Pomimo elementarnego podobieństwa w swojej naturze, każdy z nas jest inny, skomponowany z odmiennych doświadczeń i wpływów. Dlatego odpowiedzi i pomysł na życie również mamy różne i tylko my sami mamy sposobność odnaleźć swoją unikalność i miejsce w przestrzeni samorealizacji. Cykl składa się z 52 medytacji, symbolicznie odzwierciedlających liczbę tygodni w roku. Rozważania dotyczą najważniejszych obszarów i naszych codziennych zmagań, od filozofii sukcesu po moralność i wiarę, od agresji po miłość, od beznadziejnego trwania po szczęście i satysfakcję z życia, od przeszłości po przyszłość.

Agresja i przemoc

Od domowych awantur po ciężkie pobicia. Od drobnych wyzwisk po maltretowanie dzieci. Od wrogiej propagandy po ludobójstwo. Skrzywiłeś się? Wiem, ja też. To nam jednak pozwoli spojrzeć na przemoc i agresję z właściwej perspektywy. Bo to nie jest zabawka w ręku psotnego dziecka, a niezwykle silna energia niszcząca innych i siebie samego. Nawet jeśli Ci daleko do maltretowania czy ludobójstwa, to uświadom sobie, że to te same emocje, a jedynie sposób ich materializacji jest bardziej zsocjalizowany.

Przemoc i agresja mają różnorodne oblicza i niekoniecznie muszą wyrażać się w postaci siły fizycznej. Jesteś sprawcą przemocy i generujesz agresję również gdy poniżasz, krzyczysz, wyzywasz, tkwisz w chorobliwej zazdrości, wyśmiewasz, pozbawiasz inną osobę należnych jej praw, a nawet gdy tylko plotkujesz, stawiając ludzi w nieprzyjemnym świetle. Paradoksalnie, znaczny ładunek agresji kierujemy również na siebie w postaci uzależnień, czy chorobliwego poczucia winy i wycofywania się w samotność i izolację.

Pomyśl, jakim mógłbyś się stać, gdybyś nie podlegał żadnej karze i cokolwiek zrobisz jesteś niewinny. Jak wykorzystałbyś taką władzę nad ludźmi? Pewnie sądzisz, że sprawowałbyś sprawiedliwe rządy, bez przemocy i agresji. Jeśli naprawdę tak uważasz, to jeszcze mocniej uruchom wyobraźnię i realniej wczuj się w rolę władcy. A co gdyby ktoś Cię obraził, skrytykował, uderzył, kiedy to Ty przecież jesteś bezkarny i jakkolwiek zareagujesz żadna kara spotkać cię nie może.

Jeśli dostrzeżesz swoją przemoc i agresję w relacjach personalnych, to dokonasz ważnego kroku wstępnego do uczciwej i pokornej samoświadomości. To z kolei prowadzi najpierw do akceptacji tych nieprzyjemnych wynaturzeń, a następnie do powolnego procesu zastępowania zła dobrem. Te niszczące postawy są w każdym z nas, choć w różnym stopniu. Nie ma jednak sensu szukać winnych, gdyż wszyscy jesteśmy zarówno ofiarami, jak i sprawcami przemocy i agresji. I tak jest od pokoleń.

Bieda

To prawdziwy dramat milionów rodzin, nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Jest wynikiem dziedzictwa społecznego, niedoskonałości systemów ekonomicznych, lecz także indywidualnej tradycji rodzinnej w negatywnym znaczeniu. Ludzie już jako dzieci uczą się biedy przez psychologiczne warunkowanie, gdy dorastają w rodzinach o niskim stopniu adaptacji społecznej i zawodowej (brak wykształcenia, samomotywacji, ambicji, uboga komunikacja emocjonalna, zjawiska patologiczne i wiele innych przyczyn).

Chciałbym jednak przyjrzeć się tutaj mojej indywidualnej biedzie, nie próbując na zewnątrz szukać winnych i odpowiedzialnych za ten stan. Bieda to stan umysłu i wyuczony program funkcjonowania, lecz nie wiem jak miałbym to wyjaśnić ludziom bezsilnym i bezradnym, którzy nie są już zdolni do zmiany swego życia. Nie wiem też jak naświetlić przyczyny biedy osobom ciężko chorym i niepełnosprawnym, które z oczywistych powodów nie mogą pracować i zdani są na łaskę rodziny i rządu, przecież oni nie są temu winni. Bieda nie oznacza tylko materialnego ubóstwa, czy nawet nędzy, ale przede wszystkim tkwi w umysłowym obrazie samego siebie i swojego miejsca w społeczeństwie. Owszem, ten obraz został stworzony w ogromnym stopniu przez innych ludzi i środowiska, w których dojrzewaliśmy. Wrastaliśmy w kompleksy i niedowartościowania swoich rodziców, nie dostrzegając później okoliczności pozwalających przekodować nabyte stereotypy. Wielu odziedziczyło brak wykształcenia lub wyuczoną nieporadność, tym samym nie potrafi funkcjonować w systemie gospodarki rynkowej, gdzie praca nie jest dana i trzeba o nią konkurować.

Ale ! ! ! ! ! (w tym miejscu przeklinam) gdy choć trochę zaczynamy sobie uświadamiać swoją psychologiczną biedę, to już stajemy się odpowiedzialni za jej wybór. Wówczas albo dobrowolnie przyjmuję tę biedę, albo wzniecam w sobie bunt do zmiany. Nie chcę tu obiecywać, że każdy jest zdolny do zmiany swojego życia i zażegnania psychicznej nędzy, bo niestety tak nie jest. Wielu nie znajdzie w sobie sił, odwagi i determinacji do pracy nad sobą, aby nadrabiać i uzupełniać deficyty.

Jeszcze pojawia się pytanie o czas, bo im dłużej ktoś funkcjonuje w takim hermetycznym zamknięciu to trudniej mu będzie opuścić kokon w innej, bardziej rozwiniętej postaci, a samo tylko wykluwanie się trwa miesiące i lata. Jednak sam wybór jest prosty – albo zgadzam się, że materialna i psychiczna bieda zostaną moimi towarzyszkami niedoli na zawsze, albo uwierzę, że mam podmiotowy wpływ na kurs swojego okrętu.

Bóg

Jezus Chrystus, Allach, czy Budda? Tajemnica, iluzja, czy kosmiczny eksperyment? Bóg stworzył człowieka, czy człowiek stworzył Boga? Bóg miłosierny, który przebacza, czy sędzia sprawiedliwy, który za dobre wynagradza, a za złe karze? Takich i podobnych pytań można wiele postawić, jednak nie ma jednej, zawsze właściwej odpowiedzi. Bóg chrześcijanina nie jest tożsamym Bogiem buddysty czy wyznawcy Islamu. Bóg jest zarówno tajemnicą, jak też urojeniem, zależnie od mentalności i świadomości wyznawców.

Drogi Czytelniku, poglądem tu prezentowanym nie pragnę Cię ani przekonywać i nawracać, ani w żaden inny sposób przejmować roli Kościoła. Nie zamierzam Cię też zniechęcać, ani też bulwersować kontrowersją. Moim celem jest zaledwie wzbudzenie refleksji i samodzielnego myślenia w miejsce gotowych scenariuszy, które ‘dziedziczymy’ kulturowo, bardziej lub mniej nieświadomie.

Nie wiem Kim lub Czym jest Bóg, ale wiem, że istnieje, choćby w umysłach ludzi na całym świecie. Kościół rzymskokatolicki ze stolicą w Watykanie jest instytucją głoszącą istnienie Boga w postaci Trójcy Świętej – Boga Ojca, Syna Bożego Jezusa Chrystusa i Ducha Świętego. Papież jest następcą Chrystusa, a kapłan pośrednikiem między Bogiem a ludźmi. Nie chcę tu oceniać księży, gdyż są to tacy sami ludzie i również błądzą, ale czy ksiądz ma monopol na jedyną możliwą prawdę i stanowi o mojej wierze w Boga/Bogu? Może i tak, a może i nie. Nie wiem, nie pojmuję, wątpię. I dopóki nie pojmę będę szukał Boga w osobistych dociekaniach i rozważaniach.

Jeśli jestem stworzony na obraz i podobieństwo Boga, to zgodnie z regułami logiki, w jakimś stopniu jestem Bogiem, lub określając to łagodniej, Bóg jest we mnie, a ja w Nim. Sposób, w jaki postrzegam Boga jest zmienny, płynny i zależny od stopnia mojej dojrzałości i doskonałości. Bóg jest dla mnie tajemnicą, gdyż nigdy w swojej ludzkiej egzystencji nie zdołam ująć Go w racjonalne schematy poznawcze. Jest On również iluzją, ponieważ przypisuję mu cechy, których z pewnością nie posiada, a których projekcja wynika z moich życiowych doświadczeń. Mój Bóg jest Człowiekiem obecnym w każdym człowieku, ale także Duchem przenikającym i łączącym wszystkie dusze na różnych poziomach rzeczywistości. Wyobraźnia, intuicja i wiara nasuwają mi też inne obrazy wymiaru Boga, ale chcąc pozostać neutralnym, w tym miejscu się zatrzymam i zachęcam do własnej medytacji.

 

Bunt

Słowo bunt w swoim oddźwięku niesie negatywne skojarzenie oraz pewien ładunek strachu i niepewności, lecz spójrzmy na zjawisko buntu pozytywnie, traktując to jako naturalny i często obecny składnik naszych przeżyć. Bunt może przebiegać ewolucyjnie i niezauważalnie albo wręcz rewolucyjnie, diametralnie zmieniając status quo lub model funkcjonowania. Bunt to niezgoda i sprzeciw wobec sytuacji, w której się obecnie znajduję. Przejawia się w różnych formach, od złości czy rozczarowania po strajki, niekontrolowany szał, a nawet wojny. Gdy pojawia się w ogromnym nasileniu, może być zjawiskiem niebezpiecznym, gdyż emocje często sięgają nieokiełznanego zenitu, a niezaplanowane skutki umykają wszelkiej kontroli. Dla uniknięcia takiej pułapki lub nawet katastrofy należy rozważyć tę całą ekspresję i eksplozję buntu, chociaż w przewidywalnym stopniu.

Rodzący się bunt jest pozytywny, gdyż sygnalizuje potrzebę przewartościowania obecnej pozycji oraz rozpatrzenia jego źródła i przyczyn. Trzeba też głęboko spojrzeć czy przypadkiem w rozpędzie wewnętrznej furii nie pomyliłem adresata. Często się zdarza, że kierujemy zbuntowane emocje na innych ludzi, podczas gdy to my sami jesteśmy ich przyczyną. Gdy nie potrafię sobie poradzić z przygniatającym problemem, łatwo znajduję ludzi, których mogę psychicznie zaatakować. Gdy nie potrafię odmówić szefowi, ale zamiast uczciwie się przyznać do słabości i próbować ją pokonać przynoszę bunt do domu i swoją frustracją obdarowuję dzieci i współmałżonka. Zamiast zapytać ojca czy matkę dlaczego od lat notorycznie są ze mnie niezadowoleni i asertywnie wyrazić sprzeciw i bunt wobec niesprawiedliwej oceny to funduję sobie poczucie winy, niską samoocenę, a może jeszcze uzależnienia, do których jest blisko przy tego typu powtarzających się nastrojach. Takie sytuacje zdarzają się bardzo często, gdy nieświadomie przenosimy emocje sprzeciwu i buntu na niewinnych, zwykle najbliższą rodzinę.

Dla mnie bunt, gdy już go rozpoznaję, stanowi bardzo istotną informację, bo dzięki niej nabywam zdolność do przegrupowania swojego wojska. Dostrzegam co należy zmienić i rozważam pojawiające się w świadomości opcje. Zdarza się, że pozwalam na jeszcze silniejszy przepływ emocjonalny, by poczuć rozrywającą energię mobilizującą do gruntownej pracy nad swoimi słabościami i błędami. Może w efekcie rzetelnego podejścia do zrozumienia i przemieszczenia koryta buntu odczuwam szeroką akceptację świata, ludzi i siebie samego, pomimo (a może wbrew?) doskonałej nierównowagi.

Być czy mieć?

Być człowiekiem wśród i dla innych ludzi czy mieć władzę i bogactwo? Być autorytetem dla samego siebie i dojrzewać do wyżyn społecznej odpowiedzialności czy też mieć zaspokojone egoistyczne, wyróżniające nas wśród innych żądze? Na szczęście nie jest to zmienna zerojedynkowa lub dualizm czarno-biały. Każdy z nas jest kompozycją złożoną z wartości być i potrzeb mieć. Pojawiają się zatem kolejne dylematy – czy trzeba mieć aby stawać się i być, czy też najpierw być, aby zaspokajać sferę mieć. A jeśli progres być i mieć ma odbywać się równolegle, to w jakich proporcjach? Jestem zwolennikiem odrzucenia skrajności. Dążenie ukierunkowane wyłącznie na być połączone z przyklejoną ideologią zaprzeczenia mieć jest przejawem pychy, chociaż skrzętnie przebranej w skromność i pokorę. Natomiast materialistyczne żądze mieć są obrazem mitu króla Midasa, który cokolwiek dotyka zamienia w złoto, nawet jedzenie i ludzi. Midas zostaje i umiera sam otoczony nieziemskim bogactwem. Jak zatem odnaleźć tę równowagę pomiędzy dwoma biegunami naszych potrzeb i dążeń – mieć i być?

Józef Jan napisał: „Moje mieć jako sprawiedliwy rezultat uczciwej pracy, mozolnego wysiłku, zapobiegliwości i oszczędności. Moje ciężko zapracowane mieć. Nie ma powodu, abym się go wstydził. Przeciwnie – jest źródłem satysfakcji. Oby wyrażanej powściągliwie i nie nazbyt arogancko” (Rozmowy ze sobą). Takie mieć jest szlachetne i chwalebne, gdyż nie tylko pozwala normalnie i godnie funkcjonować, ale przede wszystkim służy dążeniom być. Jeśli moje mieć nie jest wyrazem pogardy lub niewrażliwości wobec innych mniejszych mieć, ani przejawem zazdrości tym większym mieć, to bardziej jestem niż mam. Gdy mam tyle ile wystarczy na elementarne potrzeby z umiarkowaną i uczciwą dozą szaleństwa, gdy moje mieć jest środkiem do życia i samorealizacji, nie stając się jego celem, gdy potrafię uszczuplić moje mieć w obliczu innych uboższych mieć, to jestem człowiekiem humanitarnym.

Zasadnicze pytania odbywają się na płaszczyźnie nadrzędności i zależności. Czy moje duchowe wartości, poczucie sprawiedliwości i altruizm są nadrzędne dla hedonizmu, wyzysku i komfortu złotej klatki? A może przeciwnie, dopiero wtedy, gdy mam dużo lub więcej niż inni, to uważam, że jestem i istnieję? Czy moje poczucie emocjonalnego i fizycznego bezpieczeństwa zależy bardziej od stabilnej wewnętrznej dojrzałości i zrównoważonego psychicznego kręgosłupa, czy też od ulotnego stanu posiadania? Czy częściej myślę o tym jaki jestem, chciałbym być dla innych, co w sobie zmienić, jak się rozwijać, czy też rozpływam się w zazdrości lub pożądaniu pieniędzy? Czy mój stosunek do posiadania i pieniędzy, zwłaszcza ich brak lub nadmiar, kształtuje wewnętrzną tożsamość? To są bardzo trudne pytania, ale w dużym uproszczeniu pozwalają dostrzec swoją autonomię i niewolę. Nie trzeba mieć dużo, by być niewolnikiem materialnej pożądliwości.

Determinacja

To chyba cokół tych znaczących osiągnięć i sukcesów jako wola systematycznej i metodycznej pracy. Na początku są pomysł, zainteresowanie, zapał, wiara, wizja, przeświadczenie słuszności dokonanego wyboru, także satysfakcja, entuzjazm, ochota, ale to nie wystarczy. Pojawią się zwątpienie, brak motywacji, porażki, kryzys, a może też niechęć czy psychiczny paraliż. Większość z nas w tym miejscu rezygnuje i szuka alternatyw, by znowu poczuć początkową fascynację czegoś nowego. Ale mistrzowie się nie poddają. Oni potrafią się zmusić do determinacji, jakby na przekór chwilowej przyjemności. Dlatego większość z nas nie osiągnie wyżyn w obranej dziedzinie, bo po prostu nie pójdziemy pod górkę, uznając, że to dla nas za wysoko. Będziemy krążyć po wyższych lub niższych wzniesieniach, zadowalając się przeciętną i łatwą turystyką. Ale mistrzowie to wyczynowcy. Oni chcą dalej, wyżej, szybciej, więcej, przekuwając trud i wysiłek w żelazną determinację.

Thomas Edison dokonał kilku tysięcy nieudanych eksperymentów zanim odkrył właściwe materiały dla żarówki. Adam Małysz trenował wiele lat w cieniu zanim został mistrzem światowego sportu. Pierwsza książka Stephena Kinga została wielokrotnie odrzucona przez wydawców i wylądowała w koszu zanim został on najbogatszym pisarzem świata. Henry Ford doświadczył plajty kilku swoich wcześniejszych firm zanim sprzedał 15 milionów Forda T w latach dwudziestych. Walt Disney został zwolniony z pracy, gdyż uznano, że to człowiek bez pomysłu i wyobraźni, a jego wcześniejsze inicjatywy biznesowe również były fiaskiem. Owszem, to są ikony, ale jeśli rozejrzysz się wokół, to na pewno dostrzeżesz ludzi, którzy osiągają sukcesy lub po prostu twórczo realizują swój potencjał dzięki silnej determinacji i wewnętrznemu przekonaniu o słuszności swej wizji.

Determinacja to wieloletnia, systematyczna i metodyczna nauka, praca, trening, przekuwanie talentu w umiejętności, przezwyciężanie lęków i ograniczeń, a czasem nawet podejmowanie ryzyka dokonanego wyboru. Tylko nie myl determinacji, która jest czynem i działaniem wbrew porażkom, z naiwną nadzieją, że przypadną ci laury.

Nie myl ciężkiej pracy, która początkowo może nie przynosić słodkich owoców z myślową kąpielą w wyimaginowanym blasku, czy chociażby poczuciu bezpieczeństwa i niezależności.

Dopóki twoje marzenia, pragnienia, ideały i przekonania o jakiejś unikalności pozostaną w sferze życzeniowego myślenia i nie zaczniesz ich materializować dopóty będziesz zdeterminowany jedynie do szaleństwa i prędzej doznasz obłędu niż sukcesu.

Dramat śmiertelnej choroby

Uznałem, że jako człowiek fizycznie zdrowy nie jestem zdolny empatycznie wczuć się w przeżycia ludzi śmiertelnie chorych. Dlatego poniższy tekst jest jedynym zapożyczonym za jej zgodą od innej osoby (Agata, znajoma autora).

Białe ściany, charchot przewlekle chorych dobiegający zza ścian, ludzie jak widma, którzy już tylko patrzą przed siebie jakby odnajdywali tam to, z czym tu i teraz już dawno stracili kontakt i to irytujące walenie trepów odbijające się pogłosem o szpitalne ściany… Tak najczęściej zostaje zapamiętany moment, który na zawsze zmienia wszystko, burzy budowaną wizję przyszłości, zmienia każdy plan i na nowo układa nam życie. Najgorsze jest czekanie, by wreszcie usłyszeć ‘wyrok’, wieczność wypełniona niezliczoną ilością pytań i nadzieją, może będzie łagodny…, a może jestem niewinny, a może…, przecież wszyscy mogą się mylić… Zetknięcie z prawdą przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie, bez względu na to jak bardzo przygotowujemy się na jej przyjęcie zaskakuje – nieuleczalna choroba, wyleczyć się nie da, ale przecież jakoś trzeba jeszcze żyć. Potem często pojawia się pustka, świadomość wyłącza się, a faza uderzeniowa zamyka głęboko w sobie, nasuwając dręczące pytanie ‘dlaczego ja’?

Otrząsanie się z kryzysu i godzenie z rzeczywistością miewa różne oblicza, począwszy od wyparcia po głęboką rozpacz. Zakończeniem asymilacji przeżywanej traumy może stać się jedno pytanie, a zarazem odpowiedź ‘a dlaczego nie ja’? Wtedy łatwiej odrzucić żal, smutek, pogodzić się i przyjąć nowe ‘ja’ ukryte w chorobie, pozostanie lęk, ale on w różnym natężeniu będzie towarzyszyć już zawsze. Lęk, bo każda choroba jest inna, bo do końca nie da się przewidzieć jej rozwoju, bo nikt nie wie, co będzie jutro. Każdy jest bowiem wyjątkowy i niepowtarzalny, a specyficzny przebieg choroby jest często nieprzewidywalny. Statystyki i uogólnienia to tylko liczby, nikt nie wie co stanie się dziś, czy jutro. Życie staje się jak wieczny ciąg pytań, na które pragnie się nie poznać odpowiedzi, bo przecież można ją uzyskać tylko w momencie bezpośredniego zderzenia.

Pogodzenie się ze stanem rzeczy pozostaje najważniejsze, nie można przecież wyprzeć czegoś, z czym trzeba się zmagać do końca życia. Życie z chorobą często uczy traktować ją jak życiowego, irytująco nadopiekuńczego partnera, który codziennie dba, byśmy byli zmęczeni, obolali, cierpiący…

Ale przecież to wszystko tylko po to, by uświadomić nam, że czas odpocząć i zadbać o nasze wspólne ciało i ducha. Codziennie bez względu na ból i strach postarajmy się znaleźć w sobie wdzięczność i zadowolenie. Choroba uczy pokory i doceniania cudu życia w małostkowych czynnościach. Pomimo przeszkód, starając się być i żyć jak inni, dokonujemy wielkich czynów, to jak bycie małym bohaterem, który w momentach zwątpienia powtarza ‘nieważne, że tak strasznie boli, że lęk paraliżuje każdy ruch, jestem, żyję, funkcjonuję i dopóki tak jest wykorzystam to’. Ludzie zdrowi zwykle nie uświadamiają sobie jak bardzo można być wdzięcznym życiu za kolejny dzień. Czy jednak nie jest ironią losu, że choroby, cierpienia, których tak bardzo się boimy, pozwalają nam dostrzec prawdziwe cuda i sens.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?