Polacy w armii kajzeraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przyzwyczajano się także stopniowo do wypełniania dnia wszelkimi możliwymi zajęciami, co nie pozostawiało właściwie ani chwili czasu wolnego: „Rano o 7. się dienst [właśc. Dienst, służba] rozpoczyna, nauka do 8, o 8 wymarsz do ćwiczeń do 12. Obiad o 12. Do 1½ trzeba pojeść buty i mundur wyczyścić, a mundur ten wygląd niekiedy barzej siwy niż modry, gdy przyjdzie w błocie hinlegen [położyć się]. Od 1.45 do 4 i ½ znowu ćwiczenia. Od 4½ do 5½ czyszczenie karabinów, 5½–7 czyszczenie mundurów itd. I ćwiczenia Gewehrgriffe [musztra z bronią]. Potem lekcja śpiewu i parola [hasło]. O 7½ wieczerza. Potem zamiatać i szykować się do spania. O 9 światło gaszą i nic się już nie śmie ruszać”[100].

Wyżywienie było bardzo skromne, mało zróżnicowane i rzadko wystarczało żołnierzom przy wzmożonym wysiłku fizycznym, tak by nie czuli głodu. Na śniadanie wszyscy dostawali cienką czarną kawę bez cukru, do tego kilogramowy bochenek zubożonego chleba, z coraz większą ilością mąki żytniej i dodatkiem mąki ziemniaczanej, a potem także otrąb (Kommissbrot). Pobierano go z góry na cztery dni. Do chleba w niektóre dni był jeszcze jakiś dodatek (tłuszcz, wędlina, marmolada). Obiady były z reguły sycące. Kolacje niczym nie różniły się od śniadań, aczkolwiek zazwyczaj pojawiało się też coś ciepłego (kasza, gotowane warzywa, wędlina)[101]. Nie należy się zatem dziwić, że w pierwszych miesiącach pobytu w jednostce szkoleniowej duża część korespondencji poświęcona była jedzeniu, prośbom, by przysłać jakiś prowiant z domu, tak go pakując, by nie uległ zepsuciu. Wallis nawet wtedy, kiedy był już dobrze zadomowiony w Ścinawie, skarżył się: „Chleba dostajemy tyle, że z biedą stykniemy [wystarcza]. Lecz są i tacy, co niekiedy, zjadłszy chleb i 2 dni bez chleba są, więc potem jeżeli mają pieniądze, to co kupią, albo od kogoś dostaną w przeciwnem razie muszą głodować. Ja dotychczas Bogu dzięki głodu jeszcze nie zaznałem”[102]. Ale Kazimierzowi stale brakuje jakiegoś urozmaicenia, by nie jeść rano i wieczorem tylko chleba: „Przyślijcie mi tylko pudełko masła, ¾ biksa [puszki] z tustem [smalcem] za duża do zabrania do tornistra”[103]; „Kiełbasy mi nie przysyłajcie, mam jeszcze tłuszcz i miód a to mi wystarczy”[104]. Niekiedy są to zresztą całe listy zamówień: „Przyślijcie tuste, ale opakowane w pergamin, bo pudełko odpowiednie już mam, a na drugą puszkę mam za mało miejsca, 1 notes, 1 para fuslapów [onuc], papier listowy (kilka może być z nagłówkiem «Katolika»), maleńka butelka soku wiśniowego, sól w papierze, 1 para pończoch z «grubymi stopami» do zmiany, 10 Patenknöpfe [guzików na zatrzask], parę (5) gazet jakich, bo papier się przyda, troszkę chleba, nie dużo, bo tu białego chleba bez marek nigdzie nie można dostać, cukru albo Eukaleptuzów [cukierków eukaliptusowych] nie dołączajcie, bo mam jeszcze wszystkie. Dołączcie też trochę plastru (Kautschukpflaster) [plaster odporny na wilgoć, z dodatkiem kauczuku]”[105].

W tym pierwszym okresie służby czas wolny dla żołnierza był wyjątkowym luksusem. Poświęcano go przede wszystkim na pisanie listów i porządkowanie garderoby. Wyjątkiem były niedziele i święta, w czasie których, jeżeli nie pełniono służby wartowniczej, można było zająć się sobą. A dużą atrakcją były zawsze obfitsze i bardziej zróżnicowane posiłki. Rankiem udawano się na mszę do pobliskiego kościoła (z podziałem na konfesje, jedna grupa szła do katolickiego, druga do ewangelickiego)[106]. Po powrocie do koszar był czas wolny. Ponieważ na początku szkolenia żołnierze nie dostawali przepustek na miasto, Wallis poświęcał się temu, co lubił najbardziej, czyli czytaniu. Wszyscy zaś czekali na odświętny obiad: „Obiad gulasz, backobst [suszone owoce], kartofle ze skórą. Smakowało wybornie”[107] – pisze w styczniową niedzielę. Z okazji urodzin cesarza zaś podano wyjątkowo atrakcyjny posiłek: „Obiad 3 kluski ze zołzą [z sosem], mięso świńskie i kompot z aprykozów [moreli]. Smakowało wybornie. Po obiedzie każdy otrzymał 1 butelkę piwa. [...] Na wieczerzę mieliśmy kiełbasa i kawa z chlebem”[108].

Dużo bardziej krytycznie oceniał stosunki panujące w jednostkach szkoleniowych przebywający w Ostródzie Karol Małłek. Szkoleni tam Mazurzy nagle trafiali w sam środek tworzonego od wieków pruskiego drylu, w którym żołnierze przez podoficerów i oficerów traktowani byli jako ludzie drugiej kategorii, a system szkolenia przypominał wręcz ten osiemnastowieczny, fryderycjański. Oficjalnie nie było w nim już tylko zniesionych od dawna kar cielesnych. Małłek tak opisuje swój pierwszy dzień na służbie w pułku artylerii polowej: „Pobudka o godzinie 5.45. [...] Punktualnie o 5.45 zagrała trąbka. W koszarach powstał szmer i rumot. Pobiegliśmy w kierunku stajni. [...] Odbywał się tam pierwszy chrzest stajenny, rzekomo za spóźnienie się, mimo że do godziny szóstej brakowało pięć minut. Nieszczęśliwców okładał gefrejter Hesse, który niezadługo miał przybyć do naszej grupy. Miał on około 40 lat, był Alzatczykiem, też zasłużonym, bo nosił Żelazny Krzyż II klasy. [...] Nasz gefrejter nazywał się Bäckle. [...] Ustawił nas w szeregu według wzrostu i począł nam objaśniać nasze obowiązki. «U nas panuje porządek, zrozumiano? – rozpoczął – Kto się zjawi w stajni później ode mnie, ten nie pozbiera kości» – pogroził. Począł nam przydzielać konie. [...] Następnie Hesse dał każdemu z nas w rękę zgrzebło i szczotkę i ryknął: «Putz! Putz!». Zabraliśmy się do pucowania, jak kto umiał. Rolnicy znali technikę tego zadania i rozpoczęli czyszczenie od głowy konia, a skończyli na tylnych nogach. Ponadto czyścili szmatką. Brud koński strącali na szczotki do zgrzebła, a ze zgrzebła na ganek. Ale nierolnicy, ci byli w położeniu! Szastali szczotką to tu, to tam, bez ładu i składu. Obaj frajtrzy przechadzali się gankiem po stajni i obserwowali pilnie swoich podopiecznych. Nagle pękają baty na grzbietach rekruckich: «Wy niezdarzone wszarstwo!». [...] Po takiej rannej «rozgrzewce» umyliśmy szybko pod stajennymi kranami z gnoju ręce i z potu oblicza i chyżo pobiegliśmy do koszar, aby umyć się dokładniej, przebrać w oczyszczony mundur i długie buty, no i zjeść śniadanie. [...] O ósmej [...] rozpoczęliśmy od zwrotów oraz komend na «baczność» i «spocznij». Kapral najpierw pokazał nam zasadnicze ruchy, a potem żądał ich powtórzenia. Potrafiliśmy to wyśmienicie. Szczególnie podobały mu się moje ruchy. Nauczył mnie ich jeszcze Wendt na lekcjach gimnastyki w brodowskiej szkole. Po dwóch godzinach ćwiczeń opanowaliśmy tę wstępną lekcję. Zarządzono przerwę. Pobiegliśmy do stajni. [...] Każdy stanął przy swoim «przydziałowym» koniu, zwrócony twarzą na ganek. «Konie i uprząż, która wisi na słupach, należą do was. To wszystko trzeba utrzymać w najlepszej czystości i porządku! Zrozumiano?» – ryknął stajenny Breisack. Potem zebrał nas przy mojej Quaternie i opisał konia, siodło i poszczególne części uprzęży. Następnie zapoznał nas ze składaniem i rozkładaniem wojłoku, kładzeniem go na grzbiet konia i przypasowaniem podręgiem z przywiązywaniem i odwiązywaniem konia, ujmowaniem za uzdę. [...] Wreszcie sierżant przystąpił do nauki wsiadania i do jazdy na oklep. [...] Wreszcie po godzinie tej męczarni padła komenda «Do stajni marsz! Putz! Putz!» – wrzeszczeli obaj gefrajtrzy. [...] Dopiero po daniu koniom obroku i napojeniu ich nastąpiło mycie rąk i galopem na obiad. Była już godzina 12.30 – znowu oszukano nas o pół godziny. Na obiad była grochówka z kartoflami i ździebkiem konserwy. Zjedliśmy do czysta i do domu. Prawie godzina czasu. Weszliśmy do łóżek i zaraz chrapnęliśmy. Za pół godziny: «Aufstehen!». Och jak nam się nie chciało wstawać! Niektórzy aż płakali, że trzeba znowu iść na plac i stanąć do dalszych zajęć. Odmaszerowaliśmy na salę wykładową, aby tam wysłuchać pewnego sierżanta, który opowiadał nam o artylerii polowej i o baterii. Słuchaliśmy jak tureckiego kazania, bo mówił długo i zawile, a my byliśmy zmęczeni i senni. [...] Po wykładzie szybkie przebranie się w mundur drelichowy i znowu biegiem utartą drogą do stajni. Tutaj obaj gefrajtrzy już krzyczą: «Putz! Putz!». [...] W czasie apelu szef baterii zapoznał nas z jutrzejszym rozkładem dnia, który niczym nie odbiegał od dzisiejszego, z tą tylko różnicą, że trzech naszych kolegów wyznaczono na 24 godzinną służbę stajenną. Pełniliśmy ją co szósty dzień. Na kolację dostaliśmy po pół menażki herbaty, 90 g wątrobianki i 1 kg chleba na dwa dni. [...] Ledwie sobie podjedliśmy i nieco odpoczęli, nadeszła godzina dwudziesta – czas putzstundy. Zabraliśmy się do czyszczenia mundurów, butów, skór i innych rzeczy. Po godzinie wszystko błyszczało. Na krótko przed 22.00 leżelismy już w łóżkach, oczekując trąbki i zgaszenia światła”[109].

Co ciekawe, od takiego rygorystycznego sposobu szkolenia niewiele odbiegało szkolenie jednorocznego ochotnika w pierwszym etapie służby, z tą tylko różnicą, że przełożeni nie stosowali wobec podwładnych przemocy. Cały nacisk jednak i w tym przypadku kładziono na wdrożenie bezmyślnego automatyzmu w zachowaniach na polu walki, a osiągano to dzięki wielokrotnemu powtarzaniu tych samych czynności w atmosferze sztucznie wywołanego ciągłego stresu; poprzez pośpiech, krzyk i wysiłek fizyczny na granicy ludzkich możliwości: „W pierwszym półroczu służba była bardzo ciężka. Co najmniej trzy godziny poświęcano codziennie na wykonywanie chwytów karabinem. Doskonałą precyzję osiągano ogromnym nakładem energii i wysiłku i kompletnym ogłupieniem rekruta, który zaczynał poruszać się jak automat. Na rękach tworzyły się bąble, kolana sztywniały, mięśnie kurczyły się. Ćwiczenia odbywały się na czczo od godz. 5 do 6, potem godzinę po śniadaniu i znów wieczorem przez godzinę. Po kilku tygodniach zaczynała się służba polowa. Tu dopiero podoficerowie używali sobie na inteligentach-studentach! Goniono nas do utraty zmysłów wśród siarczystych wyzwisk, wrzasków, wymyślań. Słownictwo jędrne, ordynarne, skojarzenie pojęć niesamowite, np.: «Stoisz jak kanarek w ciąży», «Prędzej! Zwijaj się jak naoliwiona błyskawica!», «Łazisz jak wesz po brzuchu!». A jeśli ktoś pomylił chwyt lub zwrot, padał straszny wyrok: «Eine Stunde nachexerzieren!» [Godzina ćwiczeń karnych]. Dodajmy, że owe karne ćwiczenia – okazja do wyjątkowego znęcania się kaprala – wypadały zawsze w czasie poświęconym na dwugodzinny wypoczynek obiadowy. «Instrukcje» prowadzone przez podoficerów miały swoisty wydźwięk. Polegały na uczeniu się na pamięć nazwisk i adresów wszystkich przełożonych od kaprala do porucznika – i od kapitana, dowódcy kompanii, aż do generała i admirała. Osobną ceremonią było czyszczenie karabinu. Przeznaczona była na to godzina dziennie. Mimo największych starań nie można było dogodzić kapralowi, który przy kontroli nigdy nie był zadowolony”[110].

 

Służba kandydatów na oficerów z czasem jednak ulegała zmianie. Momentem przełomowym było opuszczenie koszar i zamieszkanie na kwaterze: „Dopiero po 4–5 miesiącach elementarnego przeszkolenia, gdy już potrafiliśmy salutować, wykonywać chwyty karabinem, maszerować, nawet «paradnie», zmieniać warty, czyścić karabin, pucować buty na glanc, a izbę na sypialnię markizy – wolno było wreszcie wyprowadzić się do wynajętego pokoju w mieście (czynsz 15 marek na miesiąc). Wówczas też przydzielono każdemu z nas «pucera», żołnierza ze starszego rocznika (trzeciego roku służby), franta, wygę, który zjadł zęby na żołnierce i znał wszystkie tajniki i sposoby okpiwania kaprala, a nawet sierżanta”[111].

Dopiero wtedy zaczynał się etap szkolenia w wykonaniu dowódcy pododdziału w polu. Okres poligonowych ćwiczeń pozbawiony był już uwłaczających nieraz godności ludzkiej szykan podoficerów, a niektórzy z młodych Polaków wspominali go nawet jako pożyteczną, wielką przygodę młodości: „Punktem kulminacyjnym jednorocznej służby wojskowej była koncentracja wojsk w sile jednej dywizji piechoty z jednostkami artylerii i broni pomocniczej oraz dwóch batalionów piechoty marynarki. [...] W porównaniu do musztry i placu ćwiczeń w Kilonii służba była lekka, a nawet interesująca. Marsze, ćwiczenia w pięknej przyrodzie na rozległych wrzosowiskach, u skłonu upalnego lata, pozorowane potyczki, bitwy, nie tylko nie były uciążliwe, ale dawały dużo czystej sportowej satysfakcji. Poza tym służba wojskowa pociągała mnie treningiem fizycznym, swoją beztroską i wesołym życiem poza zajęciami. Uczęszczaliśmy na ciekawe wykłady, zwłaszcza jakiegoś kapitana sztabu generalnego, który nas, jednorocznych ochotników, aspirantów na oficerów rezerwy, wtajemniczał w arkana taktyki na najniższych szczeblach dowodzenia plutonu i kompanii. Słuchałem pilnie, by doświadczenia wykorzystać jako instruktor w Drużynach Strzeleckich i kiedyś skutecznie bić Niemców. Przydała mi się ta szkoła już niebawem, w 1918 r. w Poznaniu i w Poznańskiem”[112].

Mimo swej uciążliwości służba w jednostce szkoleniowej była w czasie wojny jednym z najlepszych okresów w życiu żołnierza. Dramat rozpoczynał się dopiero wraz z mobilizacją i wyjazdem na front, nie tylko z powodu koszmaru, jakim okazała się wojna pozycyjna, ale także konieczności zmierzenia się z oddziałami przeciwnika, w których też walczyli Polacy. Jeszcze przed wojną w armiach zaborczych służyło około 300 tysięcy Polaków (w armii rosyjskiej – 165–200 tysięcy; 55–60 tysięcy w armii austro-węgierskiej i około 40 tysięcy w armii niemieckiej). Po powszechnej mobilizacji w sierpniu 1914 roku liczba zmobilizowanych wzrosła do około 3,3 miliona żołnierzy narodowości polskiej walczących przeciwko sobie przez cztery lata wojny[113]. W tym w armii rosyjskiej znalazło się 1 milion 196 tysięcy, w armii austro-węgierskiej 1 milion 402 tysiące, a w armii niemieckiej 780 tysięcy Polaków[114].

II. Pierwsze walki jesienią 1914 roku

MOBILIZACJA

Po wojnie wszyscy autorzy wspomnień zgodnie pisali, że pod koniec lipca 1914 roku nikt poważnie nie myślał o wybuchu wojny, a już na pewno nie o możliwości rozpętania konfliktu na skalę ogólnoświatową. W Niemczech można było znaleźć wiele dowodów na to, że nagły rozwój sytuacji był dla wszystkich sporym zaskoczeniem. Część oficerów była na urlopach. Ćwiczenia polowe prowadzono rutynowo i niezbyt intensywnie z powodu upałów, które latem 1914 roku opanowały całą Europę. Dopiero po odrzuceniu ultimatum austriackiego rządu przez Królestwo Serbii zdano sobie sprawę, jak realne jest zagrożenie wojną. Dla oficerów i żołnierzy znajdujących się w czynnej służbie punktem przełomowym był 31 lipca, kiedy z kwatery głównej dotarł podpisany przez cesarza Wilhelma II rozkaz – „Stan zagrożenia wybuchem wojny” (Zustand der drohenden Kriegsgefahr), co zgodnie z planem oznaczało rozpoczęcie mobilizacji. Pułki, które miały być zaangażowane w działaniach nadgranicznych, już na to hasło musiały być przygotowane do natychmiastowego przystąpienia do walki.

Wieczorem 31 lipca z balkonu berlińskiego pałacu Hohenzollernów padły wypowiedziane przez cesarza słynne słowa skierowane do Francji i Rosji: „Wrogowi pokażemy, co znaczy drażnić Niemcy!” (Dem Gegner werden wir zeigen, was es heißt, Deutschland zu reizen!).

Już następnego dnia, 1 sierpnia po południu, ogłoszono oficjalnie pełną mobilizację. Cesarz zapewniał wprawdzie nadal o swoich pokojowych zamiarach, nie ukrywał jednak, że jego zdaniem od lat starano się za wszelką cenę unicestwić Rzeszę Niemiecką. Jego mowę tronową przedrukowały wszystkie gazety w Niemczech. Również w polskich prowincjach wschodnich głośno komentowano przemówienie do berlińczyków zgromadzonych przed pałacem królewskim, w którym panujący władca zapewniał o jedności wszystkich Niemców podczas zbliżającej się wojny: „Panowie, czytaliście, co powiedziałem z balkonu pałacu mojemu narodowi. Znam [od tej pory] tylko Niemców! A na świadectwo tego, że jestem zdecydowany, nie zważając na różnice partyjne, stanowe i konfesyjne, przejść razem przez nędzę i śmierć, wzywam zarządy partii, by podeszły do mnie i przyrzekły to uroczyście”[1]. Niemcy 2 sierpnia wypowiedziały wojnę Rosji i tego samego dnia Francji. Wilhelm II 5 sierpnia odnowił Eisernes Kreuz, odznaczenie wojenne przyznawane od początku XIX wieku tylko w okresie wojny[2]. Wielka Wojna się rozpoczęła.

Niemiecki plakat propagandowy z okresu pierwszej wojny światowej – „Kto jest militarystą?”.

Entuzjazm w tych pierwszych dniach, szczególnie w miastach, także w Wielkopolsce i na Górnym Śląsku, był duży. Obejmował jednak tylko pewne kręgi społeczeństwa. Tezę o powszechnej euforii po wypowiedzeniu wojny Rosji i Francji historycy dość zgodnie już dzisiaj odrzucają. O ile rzeczywiście dawało się ją zaobserwować wśród mieszczaństwa i inteligencji, to w rodzinach robotniczych daleko było od takich nastrojów. Podobnie na obszarach, gdzie mieszkały mniejszości narodowe na pograniczach. To przeświadczenie o ogólnym entuzjazmie wzięło się z podtrzymywanego przez prasę codzienną i urzędników odświętnego nastroju na placach i ulicach wielkich miast niemieckich[3]. Na Górnym Śląsku, w Wielkopolsce, na Mazurach i na Pomorzu także z rezerwą patrzono na poddających się temu zbiorowemu szaleństwu Niemców, szczególnie na masowo zgłaszających się ochotników. Wśród Polaków dominował trzeźwy osąd sytuacji: „Największe głupstwo popełnia ten, który się sam zgłosi do wojska, oj żałuje też nieraz potem, lecz już za późno”[4].

Brak entuzjazmu wśród całego społeczeństwa potwierdza także późniejsza niechęć do narzucanego młodzieży przygotowania paramilitarnego. Młodych chłopców poniżej siedemnastego roku życia starano się przystosować do warunków wojennych w ramach tak zwanej Obrony Młodzieżowej (Jugendwehr). Była to formacja założona w Rzeszy Niemieckiej już w 1896 roku, której zadaniem miało być wojskowe przygotowanie młodzieży przed rozpoczęciem aktywnej służby wojskowej. Od 1911 roku należała do ogólnoniemieckiego Związku Młodych Niemiec (Jungdeutschland-Bund). Ściśle współpracowała z kombatanckimi związkami wojackimi przy naborze członków. W czasie wojny zlecono Obronie Młodzieżowej razem ze szkołami wprowadzenie ćwiczeń paramilitarnych dla całej młodzieży w specjalnie zorganizowanych pododdziałach. W tych szkoleniach brali udział emerytowani żołnierze, a także podoficerowie i oficerowie stacjonujący w poszczególnych miejscowościach. Po wybuchu wojny na polecenie ministrów wojny, szkolnictwa i spraw wewnętrznych postanowiono od nowego roku szkolnego 1914/1915 wprowadzić obligatoryjne szkolenie wojskowe dla młodzieży powyżej szesnastego roku życia[5]. Na Górnym Śląsku stale narzekano jednak na kiepską frekwencję podczas tych ćwiczeń[6]. Niechęć do uciążliwych szkoleń (w czasie których skupiano się głównie na musztrze wojskowej i gimnastyce) była wyraźna, szczególnie latem, kiedy trzeba było pomagać w gospodarstwach, ponieważ do wojska wcielono dużą część mężczyzn w wieku produkcyjnym. Uczestnictwo lokalnych notabli w tych ćwiczeniach także niewiele pomagało, gdy próbowano wzniecić masowy zapał do walki za kajzera.

Mimo wszystko nawet jeżeli wojnę witano bez większego entuzjazmu, to zwyciężała jednak lojalność, a niebagatelną rolę odgrywała tutaj, złożona przed laty, przysięga wierności niemieckiej ojczyźnie i cesarzowi – chociaż dzisiaj taka konstatacja może wydawać się dziwna, tym bardziej że często była ona sprzeczna z poglądami politycznymi jego poddanych: „Umysł gotuje się na gwałt zadawany duszy Polaka. Niech Niemcy walczą za swój Vaterland. Czemu my mamy bić się za nich? Za obcą nam sprawę. Nie ma ratunku. Przysięga!”[7] – pisał jeden z setek tysięcy powołanych. Takie nastroje pojawiają się we wspomnieniach żołnierzy zarówno z Wielkopolski[8], jak i z Pomorza, Mazur i Górnego Śląska[9]. Władze pruskie nie miały żadnych wątpliwości co do lojalizmu Polaków, podkreślając, że ci zachowują się jak większość niemieckich obywateli. Sprzyjało temu także stanowisko polskich przywódców narodowych, nawet narodowych demokratów w Wielkopolsce, którzy w 1914 roku również podkreślali konieczność lojalności wobec władz niemieckich, mimo internowania polskich działaczy i zakazu wydawania albo ścisłej cenzury polskiej prasy[10]. Takie apele ukazały się w pomorskiej „Gazecie Toruńskiej” („Nie łudźmy się! Zachowajmy spokój, bądźmy ostrożni, obowiązek na nas ciążący spełnić musimy, na to nie ma rady”[11]), a także w górnośląskim „Katoliku” („Komu głowa na karku droga, niech unika wszelkiego zatargu z władzami i zachowuje się najspokojniej, niech dba o dyscyplinę własną i innych, o porządek...”)[12].

Wieść o mobilizacji przekazywano sobie 1 sierpnia najpierw tylko pocztą pantoflową, ale po południu rozlepiono już stosowne obwieszczenia, w tym także o mobilizacji do landszturmu. Zachował się kuriozalny afisz z tych powołań, napisany przez niemieckich wojskowych przedziwną łamaną polszczyzną i przeznaczony wyłącznie dla polskojęzycznych mieszkańców wschodnich powiatów Górnego Śląska. Chodziło zapewne o to, by ogłoszenie było zrozumiałe dla starszego pokolenia, które nie zdążyło skorzystać z dobrodziejstw obowiązkowego powszechnego szkolnictwa niemieckiego. Ten dziwaczny językowo dokument, napisany w dialekcie górnośląskim z licznymi germanizmami, dzisiaj jest już trudno zrozumieć nawet Polakowi. Brzmiał zaś następująco: „Dzisiaj a to sarożki za Publicznosci tej Wiadomosci, bez czekanioł Orderu stawić. Wszyscy Unterofficiery i wybildowane hłopi od Landsturmu i od Gardy, to jest wszyscy Unterofficierzy i hłopi, którzy Landwerę albo wodne broni II. Aufgebotu do Landsturmu przesztcząpili, a jeszcze nie pełno 45 Lot starzy są, od następujących Klasów i Części: Infanterio i wodno Infanterio, Mysliwcy, Cawalrjo, Train, Nosiciele chorych, Wszysce Unterofficierowie od Mariny, Podlekarze, Zanitetunteroffciery i co poł roku szuzyli, Wypłacicielowie, Strzelbyrobiciele, Strzelbyrobiciele pomocnicy, wrzeszcy Sgwerem weuczeni hłopi od Marine, rzamnieszniky, krawcy. Tysz ci nie do Landsturmu najleziciele, którzy od siebie sami stompić chcą. [...] Te skryzu Rybnik lerzonce in Rybnik”[13].

Następnego dnia, czyli w niedzielę, na mszach we wszystkich kościołach w Niemczech stawiły się tłumy wiernych. Cesarz zarządził bowiem, że ma to być ogólnoniemiecki dzień modlitwy. Ten urzędowo wyznaczony dzień powszechnej refleksji nieoczekiwanie stał się także powodem do przemyśleń głębszych, mianowicie o nadciągającej tragedii i możliwości utraty bliskich. Zamiast entuzjazmu w domach panowało często, szczególnie wśród starszych osób, przygnębienie. Tak na Pomorzu opisuje tę niedzielę Józef Borzyszkowski, opierając się na różnych dziennikach i wspomnieniach: „Dziś Mobilmachung. O N. Panno i św. Józefie uproście łaskę, abyśmy dobrze korzystali z tego nawiedzenia Pańskiego [Teodor Główczewski, Z południa Kaszub, oprac. Józef Borzyszkowski, Gdańsk 1982]”. W miastach na Pomorzu uderzono w dzwony i „wśród lamentów” ruszono do kościołów. Spowiadano się w obawie przed najgorszym. Ze względu na najbliższych wysyłanych na front powszechnie fundowano krzyże i kaplice w intencji powołanych do wojska[14].

 

Mobilizacja w Niemczech w 1914 roku. Rezerwiści w drodze na stację kolejową.

Wybuch wojny oznaczał natychmiastową mobilizację pierwszorzutowych jednostek armii niemieckiej. We wszystkich pułkach przebiegała ona podobnie. Do górnośląskiego 157. Pułku Piechoty rozkaz dotarł 31 lipca o 2.45. Zgodnie z planem mobilizacyjnym w ciągu sześciu godzin 1. batalion pułku i kompania karabinów maszynowych musiały być gotowe do wymarszu nad granicę. Już o 16.00 tego dnia dotarły do pułku konie, a o 19.30 batalion i kompania mogły wyruszyć do wyznaczonego jako miejsce koncentracji Kluczborka[15]. Do należącego do tej samej górnośląskiej 12. Dywizji Piechoty 21. Pułku Artylerii Polowej rozkaz o grożącym niebezpieczeństwie wojny dotarł o godzinie 3.00. Każda bateria przygotowywała od tego momentu do wymarszu cztery działa z zaprzęgiem konnym, pojazdem amunicyjnym i pojazdem obserwacyjnym, a ponadto jeden wóz z zapasami i zapasowe konie. Do tego dołączano dwie kolumny amunicyjne (każda liczyła 27 pojazdów, z których 24 miały sześciokonny zaprzęg!). Już od wieczora 31 lipca, w celu uruchomienia tej masy sprzętu i taboru, docierały do pułku zarekwirowane konie, wyznaczone już wcześniej do tego celu w planie mobilizacyjnym. Żołnierze pobierali mundury polowe, a konie dopasowywano do nowych uprzęży. O 18.30, kiedy powtórzono rozkaz o zagrożeniu wojennym, pierwsze baterie pułku były gotowe do wymarszu[16].

W Śremie w Wielkopolsce podobnie mobilizowały się 47. Pułk Piechoty i 37. Pułk Piechoty rezerwy: „Wreszcie... mobilizacja! Krzykliwe plakaty ogłaszają wszem i wobec: Mobilizacja!!! Najmłodsze roczniki rezerwy natychmiast do pułków, pospolite ruszenie do obsadzania mostów, gmachów itp. Stawią się w drugim dniu, starsze roczniki rezerwy w trzecim, czwartym, piątym dniu... Za pierwszy dzień mobilizacji liczy się 31 lipca, 1914. Prawdziwa wędrówka ludów... Tabuny koni. Wychodzą patrole na miasto. Most z obu stron zatarasowany bronami. [...] Taki nastrój panował w pierwszych dniach mobilizacji, w Śremie, powiatowym miasteczku położonym uroczo nad Wartą, gdzie stacjonował II-gi batalion 47 pp pruskiej. Tu z młodych rezerwistów przeważnie Polaków mobilizowano rezerwowy pułk 37. Rozkaz brzmiał... Czwartego dnia! Staje młodzież miejscowa i okoliczna, zasilona pokaźnym zastępem rezerwistów z Pleszewa i tamtejszej okolicy, aby wypełnić swój ciężki obowiązek wobec – najeźdźcy. Na rozkaz cesarza stać się ofiarą molocha wojny. Stanęli na zawołanie! Wywołano, wcielono do kompanii, wydzielono kwatery”[17].

Pierwsze dni sierpnia przeznaczono w koszarach na przygotowania do transportu kolejowego rezerwistów. Przybywający żołnierze i ochotnicy otrzymywali mundury polowe, broń i amunicję, tornister oraz wyposażenie dodatkowe[18]. Ten trzydziestokilogramowy ekwipunek piechura był bardzo bogaty, aczkolwiek, jak się później okazało, nadmiernie ograniczał swobodę ruchów w walce. Mundur niemieckiego piechura w 1914 roku składał się już z kurtki w maskującym kolorze szarozielonym (feldgrau), według wzorów z lat 1907 i 1910 (Feldrock 07/10). W wielu pułkach nadal jednak używano jeszcze starych niebieskich mundurów, które widoczne z daleka z powodu swojej intensywnej barwy, były doskonałym celem dla strzelców, podobnie jak mundury francuskie i belgijskie[19]. Kurtkę spinano pod szyją i zapinano na osiem guzików. W pułkach hanowerskich (w pułku takiego typu służył Kazimierz Wallis) guziki miały koronę królewską. Już w trakcie wojny zastąpiły je uproszczone bluzy polowe (Feldbluse 1915) z krytymi guzikami. Na naramiennikach umieszczony był numer pułku. W przypadku oddziałów hanowerskich Wallisa znajdował się na nich dodatkowo napis „Gibraltar”, na pamiątkę wojen przeciwko Napoleonowi („Na prawej ręce nosimy niżej łokcia modrą wstążkę z napisem «Gibraltar». Jest to oznaka na pamiątkę walk naszego regimentu na Gibraltarze [...]. Przesłałem moje stare pagony z nr 51 bo teraz jestem 79”[20]). Długie spodnie (wzór 1910) były ozdabiane czerwoną lamówką, buty – wysokie, skórzane (Marschstiefel 66) – mimo solidności nie cieszyły się wśród żołnierzy najlepszą opinią. Były wprawdzie trwałe, ale bardzo sztywne i szczególnie nowe przyczyniały się do powstawania bolesnych i trudno leczonych obtarć, które przy długich marszach nieraz zamieniały się w krwawiące rany[21]. Żołnierz niemiecki nosił skórzany pas z klamrą mosiężną z godłem krajów należących do cesarstwa niemieckiego (wzór 1895). Na pasie zamocowane były ładownice ze skóry z 60 pociskami (wzór 1909), a do tego pochwa na bagnet i granat obronny (wzór 1913). Na hełmie (popularna pikielhauba), a właściwie skórzanym kasku z charakterystycznym mosiężnym szpicem, znajdowało się specjalne przykrycie maskujące z płótna w kolorze feldgrau, a nad czołem był umieszczony duży czerwony numer pułku. Przebywając na tyłach, noszono okrągłą czapkę (Mütze 10), ponieważ żołnierz, zgodnie z regulaminem, nie mógł na otwartej przestrzeni chodzić bez nakrycia głowy. Na czerwonej opasce czapki umieszczone były barwy kraju pochodzenia, a wyżej barwy cesarstwa. W 1915 roku krój czapki uproszczono – nadal była okrągła, ale bez barwnej opaski, tylko z lamówką i obydwoma barwnymi symbolami[22].

Na plecach niemiecki piechur niósł tornister (Tornister 95). Początkowo częściowo wzmacniany skórą wołową, potem, w trakcie przedłużającej się wojny, produkowany już tylko z płótna. Wokół niego mocowano zrolowany płaszcz przeciwdeszczowy, a pod tornistrem podwieszano torbę na jedzenie (Brotbeutel 87) z przytroczoną manierką. W 1914 roku manierki były emaliowane (Feldflasche 93), potem produkowano już tylko aluminiowe (Feldflasche 07 i 10). Całość uzupełniała przypięta metalowa menażka (Kochgeschirr 10)[23]. W tornistrze najczęściej trzymano rzeczy osobiste i służące do higieny osobistej (mydło, grzebień, niekiedy specjalny grzebyk do wąsów), a także często przybornik do szycia w specjalnym metalowym pudełku, ponieważ mundur zawsze miał być czysty, niezależnie od pogody i długości służby. Później żołnierze otrzymywali ponadto karty do gry z motywami wojskowymi (najczęściej był to „czarny Piotruś”), a na Zachodzie także obrazkowe słowniczki niemiecko-francuskie. Dla identyfikacji każdy miał książeczkę wojskową (Militärpass) i noszoną na szyi w pojemniku skórzanym odznakę identyfikacyjną (Erkennungsmare)[24]. Warto przytoczyć w tym miejscu, w jaki sposób cały ten bagaż w liście do ojca opisał Kazimierz Wallis: „Chodzę już w butach spodniach marszestrowych i feldmycy. Tu otrzymaliśmy: 1 para butów, 1 para trzewików konopnych, 2 pary pończoch, 2 pary spodni (marszestr. i białe), 3 pary spodni (gatek), 3 koszule, 2 halsbindy, 1 Litewka modra (1 biała), 1 para Pulswärmer, 1 Kopfschützer, 1 para rękawic, 1 feldmyca, 1 ręcznik, 1 pas”[25].

Nie we wszystkich pułkach żołnierze otrzymywali umundurowanie i zaopatrzenie najlepszego gatunku. O zwycięstwie decydował czas, wszystko odbywało się więc w pośpiechu, szczególnie to, co dotyczyło wyposażenia żołnierzy. Jak wspominał wielkopolski chłop powołany do niemieckiej armii: „Każdy otrzymał potrzebne części ekwipunku wojskowego [w drugim dniu po poborze], prócz bagnetu i karabinu. Z wydawaniem umundurowania nie robiono zachodu, wyrzucono wymaganą ilość rzeczy i – sprawa załatwiona. Obojętne było, czy dany osobnik utonął w mundurze, czy nie mógł go wdziać. To samo było z obuwiem. Podoficerowie komorowi celowali w złośliwym przymierzaniu hełmów: raz wkładali go normalnie żołnierzowi na głowę, a raz trzymając pickelhaubę za metalowy szpic, wciskali ją z całej siły na delikwenta; po takiej operacji każdy hełm pasował, mniejsza, czy zatrzymał się na uszach, czy na czubku głowy. Mundury otrzymaliśmy granatowe z naszywkami grenadierów i z białymi wyłogami; spodnie zaś rozmaite, czarne przedwojenne i szare polowe; wszystkie miały jednakową cechę – były podarte”[26].