Mordercza rozgrywka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mordercza rozgrywka
Mordercza rozgrywka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77,20  61,76 
Mordercza rozgrywka
Mordercza rozgrywka
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
42,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja: Beata Mes

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Lingventa (Barbara Milanowska, Magdalena Zabrocka)

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Charisse Kenion/Unsplash

© by Ryszard Ćwirlej

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2021

ISBN 978-83-287-1863-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2021

Bronisław Cieślak – podczas jednego z naszych wspólnych festiwalowych spotkań – tak wpisał mi się do książki 07 zgłasza się. Opowieść o serialu:

Panie Ryśku, dziękuję za Pańskie książki.

Panie Bronku, dziękuję za porucznika Borewicza. Bez niego nie byłoby moich książek.

Spis treści

Prolog

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Epilog

Prolog

Poznań

Niedziela

16 lutego 1986

Godzina 22.40

Prószył drobny śnieg, który na powrót przykrywał bielą odśnieżone kilka dni temu chodniki i ulice. Drogowcy mieli chyba nadzieję, że już w tym tygodniu nie będzie padać, bo nigdzie w okolicy nie widać było piaskarki czy śnieżnego pługa. Nieliczne o tej porze osobowe auta zostawiały więc na białych jezdniach ciemne ślady opon, które po chwili niknęły, całkowicie zasypane białym puchem.

Ponad ulicami, po kolejowym nasypie, wjechał na stację Poznań Garbary pociąg osobowy z Wągrowca. Z trzech zielonych, a właściwie szarych, bo oblepionych błotem śnieżnym, wagonów wysiadła spora grupa młodych ludzi z plecakami i torbami. W poniedziałek zaczynał się letni semestr, więc zamiejscowi studenci wracali do swoich akademików i stancji. Konduktor popatrzył uważnie na pasażerów i stwierdziwszy, że wszyscy, którzy mieli ochotę wysiąść na Garbarach, już to zrobili, odwrócił się w kierunku wychylającego się z okienka parowozu pomocnika maszynisty i machnął ku niemu chorągiewką. Parowóz sapnął głośno, wypuścił kłęby pary i szarpnął wagony. Pociąg ruszył powoli w kierunku Dworca Głównego i nim odjechał, na peronie nie było już nikogo z przyjezdnych. Kilkoro podążyło w kierunku Starego Miasta, dokąd łatwo można się było dostać prostą jak strzała ulicą Garbary. Większość szła jednak w przeciwnym kierunku. Ci należeli widać do szczęśliwców, którzy nie mieszkali w drogich prywatnych pokojach, ale w tanich uczelnianych akademikach. Bo stąd było niedaleko do studenckiego osiedla na Winogradach, przy ulicy Dożynkowej. Kawałek dalej, przy Obornickiej, wznosiły się kolejne uniwersyteckie DS-y.

Kasia Wieczorek z solidnym plecakiem na aluminiowym stelażu na ramionach zeszła szybko po schodach, rozglądając się jednocześnie wśród osób, które wysiadły z pociągu. Podczas jazdy nie zwracała na nikogo uwagi, bo niespecjalnie lubiła towarzystwo, wolała tę godzinę podróży z Wągrowca do Poznania wykorzystać na czytanie zamiast na pogaduchy o niczym. Tym razem miała szczęście, bo nikt się do niej nie przysiadł i dzięki temu mogła skończyć wreszcie Zbrodnię i karę. Jej tata kupił sześć tomów Dostojewskiego w ubiegłym roku w księgarni na rynku tylko dlatego, że pracowała tam jego koleżanka. Odłożyła mu te książki, podobnie jak jeszcze kilku innym znanym sobie mieszkańcom Wągrowca. A ludzie bardzo chętnie kupowali takie serie, nawet jeśli nie przepadali za literaturą. Takie ładnie oprawione woluminy zawsze dobrze prezentowały się na półce. Nikt przecież nie kazał ich czytać właścicielowi, ale dzięki temu można było przed znajomymi pochwalić się upolowanym rarytasem i nawet pożyczyć, jakby się kto uparł. U Kasi w domu książki kupowało się jednak nie do ozdabiania półek, ale do czytania. W kolejce do Dostojewskiego natychmiast stanęli jej dwaj starsi bracia i oczywiście rodzice. To dlatego dopiero teraz udało jej się przeczytać tę klasyczną powieść, którą w myślach nazywała kryminałem psychologicznym. Bardzo jej się ta książka podobała, bo Kasia jako studentka psychologii lubiła zanurzać się w skomplikowaną ludzką psychikę opisaną na kartach powieści.

Teraz jeszcze jedną nogą była w Petersburgu, ale drugą już coraz mocniej wchodziła w poznańską rzeczywistość, w której przydałby się ktoś znajomy idący do akademika. Kilka osób, które podążały w kierunku Cytadeli, znała z widzenia, jednak nikt nie był jej na tyle bliski, żeby pójść razem. Droga nie była wprawdzie ani długa, ani niebezpieczna, ale wiodła wzdłuż wojskowego cmentarza, więc na wszelki wypadek w takiej okolicy wolała mieć kogoś żywego pod ręką. Trudno, pomyślała. Skoro nie ma żadnej kumpelki, trzeba iść za grupą. Niewiele się zastanawiając, ruszyła za tymi wszystkimi, którzy zdążyli już ją minąć.

– Kaśka, gdzie tak pędzisz?

Odwróciła się. Po schodach schodził Jurek Stępień, kolega z równoległej klasy w jej ogólniaku. Podobnie jak ona miał na ramionach wielki plecak, w lewej ręce trzymał gitarę w zielonym pokrowcu. Prawą miał zajętą przez dłoń swojej dziewczyny. Kasia nie przepadała ani za nim, ani tym bardziej za tą Lilką Pietrzak, z którą chodził od trzech lat. Uważała tę wysoką i szczupłą blondynkę, która wyglądała jak modelka, za przemądrzałą i zadzierającą nosa. Ale jak wiadomo, na bezrybiu…

– Idziecie do akademika? – powiedziała nieco za bardzo entuzjastycznie, ale oni najwyraźniej tego nie zauważyli.

– Wyobraź sobie, że ten idiota chciał jeszcze iść na piwo na Stary Rynek. – Lilka zrobiła nadąsaną minę i pokręciła przy tym głową odzianą w białą, wełnianą czapkę robioną na drutach.

– No co, przecież jeszcze wczesna pora, Liluś – bronił się chłopak.

– Wszystko tam już chyba zamknięte – stwierdziła Kasia, która w takich sytuacjach zawsze popierała dziewczyny. Chłopaki nie powinny szlajać się po nocy, bo nie było to bezpieczne.

– Pod Koroną jest otwarte do dwudziestej czwartej. – Jurek nie dawał za wygraną, ale Lilka zdecydowanie ciągnęła go w kierunku Cytadeli.

– Na piwo możesz sobie pójść z chłopakami jutro – stwierdziła z pełnym przekonaniem, zamykając tym samym dyskusję. – A ty, Kaśka, jak sobie radzisz na tej psychologii? – spytała. – Bo słyszałam, że tam sporo rycia jest.

– Nie tyle, co u ciebie – rzuciła, uśmiechając się w myślach. Lilka studiowała wychowanie muzyczne.

– U nas wcale nie ma dużo nauki. Pewnie, że trzeba trochę przysiąść od czasu do czasu, ale ogólnie jest spoko.

– Ja bym w życiu nie dała rady na twoim kierunku. Nie znam się kompletnie na muzyce – odpowiedziała zgodnie z prawdą.

– Nie przesadzaj. Muzykę można kochać, nie mając umiejętności do grania.

Kaśka spojrzała na Lilkę zdziwiona. W jej głosie nie dostrzegła żadnej wyższości, a raczej życzliwość.

– Liluś tak tylko mówi, ale musi nieźle ćwiczyć, żeby się przygotować do egzaminów – wtrącił się Jurek. Coś dziwnego było w jego głosie. Początkowo wydawało jej się, że mówi nieco niewyraźnie z powodu zimna. Ale teraz zrozumiała, w czym rzecz. Chłopak musiał coś już dziś wypić i dlatego język mu się trochę plątał. To dlatego Lilka nie chciała się zgodzić na piwo na rynku. Gdyby jeszcze coś wypił, musiałaby go chyba nieść do akademika na plecach.

Minęli cmentarz i doszli do skrzyżowania z niewielką uliczką Za Cytadelą. Przed nimi ciągnęła się szeroka ulica Winogrady, od której cała dzielnica wzięła swoją nazwę. Na jej końcu był przystanek tramwajowy. Mimo późnej pory stało tam kilka osób.

– O, zaraz będzie tramwaj – zauważył chłopak.

– No i co z tego? – burknęła Lilka.

– Jedziemy na rynek!

– Zwariowałeś!

– Nie, jedziemy i za godzinkę wrócimy, Liluś.

– Chyba masz coś z głową!

– Dobra, jadę sam. Weźmiesz gitarę?

– Nigdzie nie pojedziesz, kretynie!

– Liluś, kurwa, jak nie pojadę!

Ludzie z przystanku zaczęli się im przyglądać. Sytuacja stawała się groteskowa. Dziewczyna zatrzymująca na siłę swojego chłopaka. A obok druga, która stała jak kołek. Kasia poczuła, że musi w końcu coś powiedzieć.

– Wiesz co, Jurek, ty jesteś jednak debil. Lilka, zostaw go. Niech idzie w cholerę.

– A ty co się wtrącasz? Prosił cię ktoś?! – warknęła dziewczyna.

– Właśnie, Kaśka, spierdalaj – poparł ją chłopak. – Nie wtrącaj się w małżeńskie konflikty. Ha, ha, ha!

Poczuła, jakby ktoś napluł jej w twarz. Chciała dobrze, a wyszło jak zwykle. Pieprzyć ich. Niech się szarpią sami, pomyślała zdenerwowana.

 

– Ale z was dobrana para. Nie mam zamiaru uczestniczyć w tym marnym spektaklu – rzuciła na pożegnanie i odwróciła się na pięcie. Ale oni nawet nie spojrzeli na nią, zajęci swoimi sprawami. Lilka trzymała swojego chłopaka za ramiona i coś mu tłumaczyła po cichu, a on odpowiadał uspokajającym tonem, głaszcząc ją po głowie.

– Odwal się, Liluś, odwal się…

Kasia ruszyła szybko przed siebie w głąb Winograd. Do domu studenckiego na Dożynkowej miała stąd jakieś pięćset metrów. Akurat gdy doszła do skrzyżowania, minął ją zielony tramwaj jadący do centrum miasta. Przystanęła, by go przepuścić, i w tym momencie spojrzała w lewo, tam skąd przyszła. Na końcu drogi dostrzegła drobną postać Lilki z gitarą przewieszoną przez ramię. Nie było wątpliwości, że to ona, bo akurat weszła w pole oświetlone lampą uliczną. Przez sekundę pomyślała nawet, żeby na nią poczekać, ale zaraz doszła do wniosku, że nie ma co się litować nad idiotką, która na dodatek kazała jej się odwalić. A niech się sama gotuje w tym własnym sosie głupoty.

Przeszła na drugą stronę pustej, zaśnieżonej ulicy, by po chwili dotrzeć do akademika. Pomyślała, że trzeba wziąć szybko ciepły prysznic i zakończyć wieczór w łóżku z książką i szklanką gorącej herbaty z cytryną. Plan był prosty i łatwy do zrealizowania, pod warunkiem że w prysznicach będzie ciepła woda, co wcale nie było takie oczywiste. O Lilce i jej chłopaku nie pomyślała już ani razu, no może przez sekundę, gdy otworzyła pierwszą stronę książki zatytułowanej Idiota. I zapewne nie przyszłoby jej do głowy zajmować się nimi w najbliższych dniach, a nawet tygodniach, gdyby nie pukanie do drzwi jej pokoju jakieś trzy godziny później. Wstała zaspana i otworzyła. W drzwiach stał Jurek. Śmierdział alkoholem jak zawodowy menel.

– Gdzie jest Lilka? – zapytał bezceremonialnie. – Gdzie żeś ją zostawiła?

– Co, nie czeka w łóżeczku na swojego pana? Biedaczek…

– Słuchaj, kurrr… de, nie ma jej. Nawet nie ma plecaaaa… ka i gitaaa… ry.

– Trzeba było jej pilnować, a nie chlać, ty kretynie.

Złapała za klamkę i zamknęła mu drzwi przed nosem. Bezradny kopnął je jeszcze z rozmachem, ale na niewiele się to zdało. Kasia nie miała zamiaru więcej z nim rozmawiać. Kładąc się do łóżka, pomyślała, że jednak ta Lilka ma charakter, bo potrafiła pokazać temu durniowi figę z makiem.

Rozdział I

Poznań

Sobota

13 czerwca 1987

Godzina 23.15

Przy stolikach siedziało może ze czterdzieści osób. Melodia z kasetowego magnetofonu Finezja snuła się leniwie, by nie zakłócić niepotrzebnym hałasem dancingowej przerwy na kotleta i wódeczkę. Klienci musieli się posilić, napić i jeszcze dodatkowo nagadać, zanim znów ruszą w tany. Jednak antrakt wypełniany muzyką z magnetofonu przedłużał się ponad miarę, bo piosenkarka, która miała śpiewać, nie wróciła dotąd na salę. Czterej muzycy zostali sami przy swoim służbowym, bocznym stoliku, zastawionym butelkami po oranżadzie. Nie we wszystkich jednak były napoje bezalkoholowe. Kilka brązowych butelek z naklejkami od napoju Orange zawierało czystą wódkę. W bufecie nalewano w ten sposób alkohol dla członków orkiestry, bo ci, jako że byli w pracy, nie mogli spożywać niczego mocniejszego. Ale i barman, i muzycy dobrze wiedzieli, że bez wódy nie da się wytrzymać na dancingu.

– No, panowie, długo jeszcze się będziecie obijać? – zapytał niewysoki, łysy gość w kraciastej marynarce.

– Piosenkarka poszła zrobić kupę – rzucił na odczepnego Felek Zaręba, szczupły kontrabasista o podkrążonych oczach, długich włosach i zmierzwionej brodzie, przywodzących na myśl fizjonomię boleściwego Jezusa. Kierownik grupy Drupio Band był przekonany, że taki fizjologiczny argument trafi do natręta. Ten jednak nie dał się zbyć byle czym.

– Kiedy mnie, panowie, panna się grzeje.

– Jak wystygnie, to pan jej piecyk załadujesz, he, he! – Zaręba był znany z celnych powiedzonek.

– O to się pan nie martw, dam se radę. Ale na razie mi ino zagrajcie.

– Bez piosenkarki się nie da.

– To ten tu niech coś tam zaśpiewa. – Wskazał na chudzielca, Remka Mrozka, który właśnie popijał drobnymi łykami z brązowej butelki.

– On jest gitarzysta. Śpiewać to może co najwyżej pod nosem – stwierdził Zaręba.

– A niech se nawet mruczy, bo ja nie jestem wybredny. – Łysy wydobył z kieszeni portfel, zajrzał do środka i po chwili zastanowienia wydobył z niego dwa banknoty pięciodolarowe. Położył je na stole i spojrzał pytająco na członków grupy.

Mrozek podniósł się ze swojego krzesła.

– Ja to wam wszystko zaśpiewam – powiedział i ruszył ku stojakowi z gitarą.

Kierownik Zaręba tymczasem zgarnął pieniądze do kieszeni, wzruszył ramionami, spoglądając na pozostałych dwóch kolegów, którzy już wiedzieli, że muszą brać się do roboty. Dziesięć dolców to w końcu była poważna kwota do podziału.

– A Jolka to dostanie takiego kopa w dupę… – rzucił do perkusisty, podając mu jednocześnie zarobione dolary. To ten był od lat bankierem zespołu. Perkusista Wojtek Bielak w sprawie dupy wokalistki poniekąd się nawet z nim zgadzał, choć wolałby nie kopać tego kształtnego tyłka, na który patrzył niemal codziennie, ale chętnie zrobiłby z nim o wiele przyjemniejsze rzeczy, nawet za karę. Tyle że na razie było to niemożliwe, bo wszelki ślad po Jolce zaginął.

Tymczasem gitarzysta Mrozek, wyjątkowy talent muzyczny obdarzony ruchliwymi i gibkimi palcami, ale za to marnym głosem, podszedł do mikrofonu, przełknął ślinę i zagrał ostro, jakby był na koncercie rockowym. Zaraz jednak się zreflektował i dołączył do spokojnego rytmu wybijanego przez perkusję. Gdy klawisze włączyły się z linią melodyczną, odczekał chwilę do odpowiedniego momentu, by zdecydowanie wejść mocnym altem:

Wyszły kobiety na morski piach,

stanęły nad wielką wodą,

stare, młode, całe we łzach.

Pary poderwały się od stolików zadowolone, że muzyka z taśmy zastąpiona została żywym szlagierem. Nikt nie zwrócił uwagi, że piosenkarkę zastąpił gitarzysta. Łysy gość w kraciastej marynarce, który opłacił ten numer, wkroczył na środek sali, pokazując wszystkim, że to taniec jego i tej szczupłej dziewczyny w czerwonej sukience. Złapał ją za rękę i przyciągnął ku sobie, jakby bał się, że ktoś mu ją zabierze. Ale jego obawy były zupełnie niepotrzebne. Tu, w tym hotelu, dziewczyn zawsze było więcej niż szukających wrażeń mężczyzn. Zwłaszcza teraz, gdy zaczynały się Międzynarodowe Targi Poznańskie. Ta największa w Polsce Ludowej wystawa gospodarcza rozpoczynała się w poniedziałek rano, więc miejscowe hotele wypchane były po brzegi dewizowymi gośćmi. Do Poznania przyjeżdżali ludzie biznesu z całego świata, licząc na dobre interesy z podupadającą gospodarką socjalistyczną. Jednak dziś żaden z nich nie myślał o udanych transakcjach. W tej chwili najważniejsza była zabawa z dziewczynkami, które za sto dolarów gotowe były rozłożyć nogi przed każdym facetem żądnym dobrej zabawy. Piosenkarka Jolka też korzystała z okazji i perkusista Bielak to rozumiał. Gdyby jemu ktoś zaproponował szybki numerek za sto zielonych, też by nie pogardził. Tyle że na pięćdziesięcioletniego perkusistę, próbującego wyglądać jak dwudziestoletni Ringo Starr, nie poleciałaby żadna Niemka czy Francuzka. Co innego dawniej. Kiedyś miał wielkie powodzenie, zwłaszcza wśród podstarzałych matron z RFN, które przyjeżdżały do Polski na sentymentalne wycieczki szlakiem Heimatu. A i u Polek też miał branie. Jeszcze w latach siedemdziesiątych nie było dancingu, z którego nie wyszedłby nad ranem z kobietą u boku. Ale teraz mógł co najwyżej popatrzyć sobie na wywijającą zgrabnym tyłkiem Jolkę. Oczywiście o ile była na scenie. Tyłek gitarzysty Mrozka nie był nawet w jednym procencie tak interesujący, jak ten należący do koleżanki z zespołu. Tak samo jak jego głos.

Jeszcze się tam żagiel bieli,

chłopców, którzy odpłynęli.

Nadzieja wciąż w serc kapeli

na werbelku cicho gra…

Bielakowi pozostawała teraz już tylko gra na bębnach, takie zwykłe klepanie bez większego wysiłku, żeby się czasami nie spocić, co wieczór zapijana wódką z butelek po pomarańczowej oranżadzie. W zasadzie jednak nie mógł narzekać. Zarabiał przyzwoicie, grał na poziomie i pił też z umiarem, a na dodatek miał swoje własne dwupokojowe mieszkanie na osiedlu Kraju Rad. Niczego więc mu do szczęścia nie brakowało, gdyby nie jedna sprawa. Gdyby Jolka częściej z nim sypiała. Robiła to tylko od czasu do czasu, gdy jak sama mówiła, chciała się zrelaksować z kimś zadbanym i pachnącym. Bo on rzeczywiście dbał o siebie. Nosił co prawda długie rockowe włosy, ale zawsze starannie umyte szamponem ziołowym. Do tego golił się codziennie, a nawet używał dezodorantu Old Spice z peweksu. Ona jednak wolała te wszystkie przypadkowe znajomości, które dawały poważne pieniądze. Podczas jednego wieczoru potrafiła zgarnąć od gościa nawet dwieście dolców, bo faceci nie traktowali jej jak zwykłej dziwki, ale jako piosenkarkę, którą udało im się poderwać. To była zupełnie inna liga niż te wszystkie dziewczyny przysiadające się nachalnie do stolików. O nią klienci musieli się starać, ale wyboru dokonywała sama. Dziś wybrała Szweda i poszła na górę.

Naraz dostrzegł ją w drzwiach prowadzących do sali. Stała oparta o nie, rozglądając się niepewnie, jakby była tu po raz pierwszy.

Wrosły kobiety w nadmorski brzeg,

w czekaniu swym i cierpieniu,

jak kamienie, tnąc fali bieg.

Łysy gość w kraciastej marynarce rozgrzewał swoją partnerkę do czerwoności, obracając ją wokół siebie szybkimi i wprawnymi ruchami, a ona wirowała wokół niego jak motyl w zwiewnej sukience. Kilka innych par oddawało się delikatnym pląsom połączonym z obmacywaniem tyłków spoconymi dłońmi. Przy stolikach pito i zakąszano, a światła kolorowych lamp dyskotekowych migały w najlepsze, zmieniając dancingową rzeczywistość w upiorne przedstawienie piekielnych barw. I w sam środek tego tanecznego danse macabre weszła Jolka, robiąc kilka szybkich kroków do przodu. Jej spojrzenie spotkało wzrok Bielaka, który naraz przestał walić w werbel. Koledzy z zespołu odwrócili się, by zobaczyć, czy aby mu się coś nie stało. Ale wyglądał na całkiem normalnego perkusistę, który zastygł na moment z pałeczkami uniesionymi w górę wpatrzony w taneczny podest.

– Jeszcze się tam żagiel bieli, chłopców, którzy odpłynęli… – zaśpiewał Mrozek a capella, bo kontrabas i organy również zamilkły. Perkusista rzucił pałeczki i poderwał się z krzesła.

– Jolka, Jolka! – krzyknął i minąwszy śpiewaka, skoczył w dół. Dziewczyna tymczasem stanęła na samym środku parkietu. Nie miała na sobie nic prócz białego prześcieradła, które mniej więcej na wysokości piersi było czerwone od krwi. Oczy tancerek i tancerzy skierowały się na nią. A ona stała w tym upiornym, migającym świetle, trzymając się za pierś, ciemna plama tymczasem stawała się coraz większa.

– To krew! – zawołała jakaś kobieta.

– Ratunku! – krzyczała inna.

Bielak doskoczył do Jolki akurat w chwili, gdy opadła na kolana. Spróbował ją przytrzymać, ale ona bezwładnie osunęła się na podłogę. Uklęknął przy niej.

– Jolka! – Pochylił się i przyciągnął jej głowę ku sobie. – Jolka, Jolka!

– Kurwa, jak boli…

Niedziela

14 czerwca 1987

Godzina 0.15

Żółto-biały autobus Autosan na poznańskich numerach podjechał do zatoczki i zatrzymał się, zgrzytając mocno zużytymi hamulcami. Kierowca Waldemar Kraska, czterdziestopięcioletni wojskowy emeryt od pół roku pracujący w Orbisie, dobrze wiedział, jak powinien się zachować na granicy. W końcu przejeżdżał tędy przynajmniej raz na dwa tygodnie. Gdyby się dało, jeździłby nawet częściej, ale nie było takich możliwości. Nie tylko on był przecież chętny na te zagraniczne, bardzo opłacalne kursy wycieczkowe z Poznania do Debreczyna na Węgrzech. To miasto miało swój urok. Znane było ze świąt kwiatowych, które przyciągały turystów z całej Europy. Na kwiatowym corso można było zobaczyć pięknie wykonane wieńce, a nawet kwietne rzeźby, które przejeżdżały przez główną arterię na kołowych platformach. Prócz tego Debreczyn słynął z leczniczych wód, które wykorzystywano w uzdrowiskowych basenach. W ciepłych solankach można się było kąpać nawet w niepogodne dni. Ale wcale nie te atrakcje turystyczne sprawiały, że kierowca Kraska jeździł na Węgry. Podczas swoich wypraw wysłużonym autosanem nie udało mu się jeszcze zobaczyć kwiatowego pochodu ani nawet nie zdążył się wykąpać w ciepłym basenie. Miał co innego do roboty. W czasie gdy turyści, których przywoził do uzdrowiskowej części Debreczyna, zażywali w najlepsze kąpieli, on załatwiał interesy. Przewoził bowiem na Węgry niezwykle popularne tu kryształy, za które dostawał podwójną, a niekiedy nawet potrójną cenę. Wszystko zależało od tego, jak atrakcyjny był wazon, talerz czy komplet kieliszków. Wszystko to szmuglował z Polski, upychając w najróżniejszych miejscach autobusu. Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży szkła kupował od zaprzyjaźnionego handlarza przemycane z Rumunii ikony. A były to ikony nie byle jakie, bo przywożone wprost z Mołdawskiej SRR. Każda z nich naznaczona była patyną czasu, dzięki czemu obrazki miały bardzo dużą wartość. Pieniędzy za kryształy wystarczało na zakup trzech, czterech ikon, które wkładał do specjalnego schowka pod podłogą autokaru. Żaden celnik nigdy tam nie zajrzał, więc teraz miał nadzieję, że i tym razem nikt nie zarekwiruje mu jego ciężko wypracowanych świętych obrazków, na które nie wiedzieć czemu ostrzyli sobie zęby kolekcjonerzy z RFN.

 

Przez granicę czechosłowacko-węgierską przejechali bez żadnych problemów. Czekali w kolejce zaledwie trzy godziny, a kontrola ograniczyła się tylko do sprawdzenia paszportów. Ciekawe, jak teraz, na granicy z Polską, zachowają się Pepiki? – zastanawiał się Kraska, przekręcając klucz w stacyjce. Silnik zgasł i w autobusie zrobiło się kompletnie cicho. Wszyscy pasażerowie o tej porze smacznie spali, opici węgierskim winem. Na razie nie było potrzeby ich budzić, bo przed nimi do skontrolowania stały jeszcze cztery autobusy. Kierowca spojrzał na pilota, który zajmował miejsce na bocznym przednim fotelu. Facet przeciągnął się i omiótł spojrzeniem oświetlony graniczny podjazd.

– O, już granica – rzucił zdziwiony.

– Możesz spać, bo jeszcze trzepią tych z przodu.

– Kogo?

– Nie mam pojęcia, bo kilka autobusów przed nami. Mogę się przejść zobaczyć – zaoferował Kraska.

– Dobrze by było wiedzieć, kto trzepie, nasi czy Czesi.

Miał rację, to była kluczowa informacja. Nasi robili dokładne kontrole tylko wtedy, gdy mieli jakąś specjalną akcję, typu Szczelny zawór albo Twardy zacisk 84. Wtedy wstępował w nich diabeł i zaglądali do każdej torby czy walizki, odbierając biednym podróżnym wszystko, co było ponadnormatywne. A wiadomo, że jak Polak jedzie za granicę, to nie po to, żeby stracić pieniądze, ale żeby na wycieczkowym wyjeździe zarobić, więc tych dóbr nadliczbowych ludzie mieli pełne bagaże.

Kierowca Kraska sięgnął po paczkę papierosów Multifilter, w które za każdym razem zaopatrywał się na Węgrzech. Bardzo je lubił, więc kupował po kilka wagonów, żeby nie podpaść w razie kontroli. Do kraju można było wwozić tylko dwie sztangi, więc gdyby miał tylko tyle, ile trzeba, to mógłby podpaść celnikom.

– Pójdę rzucić okiem – zadeklarował. Otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Zapalił papierosa i ruszył na obchód autobusu, pozornie niezainteresowany tym, co dzieje się przed nim. Podszedł do tylnego koła i zaczął je kopać czubkiem buta, jakby sprawdzał, czy jest dość powietrza. Potem uklęknął i spojrzał niby to pod spód, ale naprawdę patrzył zainteresowany w głąb przejścia. Podobny autosan w niebieskich barwach, więc należący do PKS-u, był właśnie kontrolowany. Pasażerowie musieli wyjść na zewnątrz, pozostawiając wszystkie bagaże w środku. Stali teraz w kilku grupkach na chodniku, paląc papierosy i popijając z otwartych flaszek węgierskie wino. Wszyscy byli wpatrzeni w autobusowe szyby, za którymi rozgrywał się ich dramat. Co chwilę ze środka wychodził czeski celnik z wielką torbą, wyładowaną po brzegi towarem. Na chodniku witały go jęki i przekleństwa zrozpaczonych podróżnych. Czesi mieli najwyraźniej dziś swoją akcję Hraniční přehrada[1]. Kilka metrów dalej stali polscy celnicy i pogranicznicy, czekając na swoją kolej. Obserwowali wszystko obojętnie, bo wiedzieli, że po przejściu Czechów nic dla nich już nie zostanie. Mogli więc spokojnie założyć, że wjeżdżające do ojczyzny autobusy będą wolne od wszelkiej kontrabandy. I na to właśnie liczył Kraska. Widząc ten celny armagedon, uśmiechnął się pod nosem. Bo skoro kontrolowali tak szczegółowo ten pekaesowski autobus, a między nim a tym rewidowanym stały jeszcze trzy, to mógł zakładać z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że po ich skontrolowaniu Czesi opadną z sił. A jeśli im się nie będzie chciało, to być może Polacy rozleniwieni czekaniem również nie będą mieli ochoty do pracy. Bo dziś szczególnie zależało mu na spokojnej odprawie. Wiózł bowiem prócz swoich czterech ikon jeszcze jedno cacko z XVII wieku. Obraz pochodził z Podola i został stamtąd przeszmuglowany na specjalne zamówienie kolekcjonera z Anglii. Kraska był tylko przewoźnikiem, ale i tak ten transport opłacał mu się bardziej niż cały ten jego amatorski handel obrazkami. Za szczęśliwe dowiezienie ikony miał dostać dwieście dolarów, czyli więcej, niż mógł się spodziewać za wszystkie cztery własne.

– I jak tam? – Klepnął go w ramię pilot Traczyk, który, tak jak każdy, miał pełne torby soków pomarańczowych w plastikowych butelkach, węgierskiego salami i tureckiej chałwy, o papierosach już nie wspominając, bo marlboro czy kenty przewozili wszyscy. Nic więc dziwnego, że był lekko podenerwowany.

– Trzepią skurwysyny, że aż miło. Trzeba by spróbować się opłacić.

– Myślisz, że wezmą?

Kierowca wzruszył ramionami.

– Nasi na pewno, a z knedlami zawsze jest loteria.

– Spróbujesz?

– Czego się nie robi dla dobra socjalistycznej ojczyzny – zażartował.

– No to przejdę z czapką. Po ile zbierać?

– Po dwa dolce. Powinno wystarczyć dla jednych i dla drugich.

– Pewnie, dla pasażerów to żaden wydatek za spokojny przejazd – zgodził się pilot. – Idę do środka zrobić zbiórkę.

Znów klepnął w ramię kierowcę i pobiegł do autobusu. Nim Kraska zdążył wypalić kolejnego papierosa, szef wycieczki był już z powrotem z plastikową reklamówką w ręce.

– I jak, wszyscy dali?

– Prawie. Za dwóch najebanych, co ich się nie dało obudzić… Tych, co tam z tyłu śpiewali przez godzinę…

– No wiem, te dwa ćwoki z Piły.

– Nie dało się ich obudzić, ale sąsiadki za nich zapłaciły. Powiedziały, że wyszarpią im z gardła te dolce, no i mamy wszystko.

– W porządku. Dawaj siatkę.

Pilot podał mu torbę. Kierowca zwinął ją ostrożnie i włożył za pasek spodni. Tak przygotowany ruszył tam, gdzie odbywała się kontrola celna. Nie doszedł jednak do czeskich celników. Gdy był już za trzecim autobusem, wszedł w lukę między dwoma pojazdami, a potem przebiegł na drugą stronę uliczki. Tam, w pawilonie celnym, była ubikacja, o której mało kto wiedział. Nie miała oznaczeń, żeby pasażerowie autobusów nie chodzili tam sikać, bo celnicy lubili mieć w kiblu porządek. Po chwili siedział już na sedesie, składając dolary w kupkę. Nie liczył, ale wiedział, że jest tyle, ile być powinno. Ludziom za bardzo zależało, by ich nie kontrolowano.

Pieniądze przewiązał gumką i wsadził do kieszeni, a reklamówkę wrzucił do śmietnika. Mógł teraz spokojnie wrócić do autobusu. Nie miał najmniejszego zamiaru nikomu płacić. Liczył na farta, bo jak sam mówił, był w czepku urodzony.

– I jak? – zapytał go kierownik wycieczki. – Wzięli?

– No pewnie – odpowiedział z pewną miną.

Godzinę później, gdy podjechali do czeskiej kontroli, celnik w zielonym mundurze machnął tylko ręką, każąc jechać dalej. Po chwili sytuacja powtórzyła się po polskiej stronie. Tu też nikomu nie chciało się kontrolować bagażu. Gdy dwie minuty później było już pewne, że jest po wszystkim, za plecami kierowcy Kraski rozległy się najpierw niemrawe, a potem coraz głośniejsze oklaski wspomagane wiwatami. Podróżni cieszyli się jak dzieci, bo nikt im niczego nie odebrał. Strzeliły więc korki szampana, otwarto kilka win i parę flaszek wódki, ale pół godziny później z tyłu zrobiło się cicho. Szczęśliwi i w większości pijani pasażerowie drzemali, śniąc o swoich szczęśliwie uratowanych wycieczkowych zarobkach. Gdzieniegdzie błogą ciszę zakłócało chrapanie, mlaskanie i namiętne pojękiwanie pewnej pary, która nie chciała tracić czasu na sen. Musiała wykorzystać ostatnie chwile bycia razem, bo rano i on, i ona wracali do swoich domów, w których czekali stęsknieni współmałżonkowie.

Godzina 0:30

– A wy jak się nazywacie? – zapytał kapitan Tomasz Marjański.

– Melduję, że ja się nazywam Szpaczek Feliks – przedstawił się niezbyt wysoki, ale dobrze zbudowany pięćdziesięciolatek, ubrany w czarną marynarkę i białą koszulę, spiętą pod szyją bordową muszką w granatowe grochy.

– Ładnie, obywatelu Szpaczek – pochwalił oficer. – A skąd wiedzieliście, jak się zachować?

– Z kursów.

– Jakich kursów? – Marjański uważnie spojrzał na szatniarza pilnującego drzwi do hotelu.

– No z tych… – Szatniarz mrugnął prawym okiem i jednocześnie chwycił kołnierz marynarki tak, aby pokazać jej wewnętrzną część.

Oficer przyjrzał mu się uważniej. Czyżby ten mężczyzna zwariował z nadmiaru wrażeń? Fakt, zachował się nienagannie i podjął jedynie słuszną decyzję po tym, jak doszło do tego tragicznego wypadku. Ale teraz zachowywał się, jakby był niespełna rozumu.