BachorTekst

Z serii: Plus minus 16
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

YAKUZA

Nigdy przedtem z własnej i nieprzymuszonej woli nie wszedłbym na nogach na dziewiąte piętro. A windę darowałem sobie tylko dlatego, że chciałem mieć więcej czasu, aby jeszcze raz przemyśleć, jak TO rozegrać.

Idąc po wąskich, niewygodnych schodach, zastanawiałem się, jak ludzie wnosili tędy do swoich mieszkań meble – szafy, tapczany… chyba że ktoś zdecydował się na IKE-ę. Mógł sobie wtedy to wszystko w domu poskręcać.

Na czwartym piętrze poczułem niejaki dyskomfort. Typowy dla przeciętnego nastolatka brak kondycji – pomyślałem. Kilka godzin dziennie na fejsie. To w końcu musiało zaowocować.

Kiedy tak odpoczywałem na półpiętrze, zaczęły dobiegać do mnie głosy. Za jednymi drzwiami ktoś – pewnie mój równolatek – słuchał Słonia, gdzie indziej szczekał pies, a zza kolejnych drzwi dochodziły jakieś wrzaski.

Czy ludzie naprawdę nie mają nic lepszego do roboty, jak żreć się w sobotę o dziesiątej rano?

Bez sensu.

Nagle dotarło do mnie, że to, co za chwilę zrobię, będzie kolejnym odjechanym pomysłem, ale – tak jak poprzednio – powiedziałem do siebie – kto nie ryzykuje, ten nie żyje. Prócz – w najgorszym przypadku – kasy zmarnowanej na bilet, nie miałem nic do stracenia.

Wygrać mogłem wszystko, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Na dziewiątym piętrze jeszcze raz powtórzyłem sobie cały scenariusz, ale kiedy otworzył drzwi, wszystko wzięło w łeb.

– Słucham – burknął.

Mimo późnej pory, nadal był w piżamie, na którą narzucił frotowy szlafrok w granatowo-białe pasy.

– No, słucham – powtórzył już lekko zniecierpliwiony.

Wyjąłem z portfela fotografię.

Wziął ją ode mnie i założył okulary.

– To ja – stwierdził i oddał mi zdjęcie. – Ale o co chodzi?

Poczułem, jak zaczynają mi drżeć kolana. Jasny gwint! Nie tak to sobie wyobrażałem.

– Nie widzisz… nie widzi pan – poprawiłem się – tego… podobieństwa?

Chwycił mnie za ramię i wciągnął do mieszkania. A potem popchnął w stronę okna.

– Pan jest moim ojcem – wyrzuciłem z siebie. – To chyba widać.

Spojrzał na mnie jak na wariata.

Nic nowego, poprzedni kandydat też tak zareagował, tylko że szybciej ogarnął problem. Zrobił to po prostu profesjonalnie. Przyniósł z pokoju paszport i powiedział, że bardzo mu przykro, bo nawet gdyby chciał mnie spłodzić, było to niewykonalne, bowiem w tym czasie przebywał w Ameryce, a moja matka w Polsce, zaś zdjęcie, które mu podałem, zrobione było na dwa lata przed jego wyjazdem.

– Przykro mi, młody. Możesz zostać parę dni. Jak czegoś potrzebujesz, wal bez obciachu.

A potem zupełnie bez sensu rzucił, że był naprawdę zakochany w mojej matce.

Pewnie z tego powodu zabrał mnie na obiad do absolutnie wypasionej restauracji, a potem wyciągnął do galerii handlowej, gdzie wydał sporo kasy na firmowe ciuchy, bo te, które miałem na sobie, mu się nie podobały.

Wieczorem poszliśmy do kina na film, który idealnie pasował do tego całego wariactwa.

W dużym skrócie – czarny złodziejaszek opiekuje się sparaliżowanym milionerem. Niby nieprawdopodobne, a film jest na faktach. I razem robią różne niemożliwe rzeczy.

Ja też chciałem dokonać niemożliwego.

Mój niedoszły ojciec z dziewiątego piętra miał na imię Damian i był prawdziwym luzakiem. Miał w sobie coś takiego, że zapomniałem o wszystkich problemach, które mnie żarły, i zacząłem się naprawdę dobrze bawić.

W ciągu dwóch dni zaliczyliśmy park wodny, koncert jazzowej kapeli, w której grał znajomy Damiana, i salon tatuażu, bo miał dziarę do drobnej korekty.

A może po prostu chciał mi zaimponować?

Patrzyłem, jak facet nakłuwa go maszynką, wykańczając kontur kolorowego karpia, i kiedy rzucił, że mój stary to prawdziwy twardziel, poczułem, jak wypełnia mnie duma, zupełnie jakby Damian naprawdę był moim ojcem.

– A ty, młody – zagadnął Damian. – Chciałbyś?

– Ba, jasne! – odparłem, mając przed oczyma moją matkę, która na widok tatuażu z pewnością dostałaby zawału.

– To masz u mnie – obiecał Damian – na osiemnastkę. Stoi?

Przybiliśmy piątkę i wyszliśmy na ulicę. Zapytałem go, dlaczego ze wszystkich możliwych wzorów wybrał karpia, i dowiedziałem się, że to naprawdę męska ryba, co potrafi płynąć pod prąd, a nawet pokonywać progi wodne, a złowiona nie rzuca się, nie walczy, tylko spokojnie leży na desce i czeka na śmierć.

Taki wodny twardziel.

Nie miałem pojęcia, skąd wziął tę historię, bo jak świat światem karpie hodowano w stawach, ale może to po prostu był jakiś inny gatunek. Albo pomyliło mu się z łososiem.

Tak czy inaczej, Damian był w porządku. I w pewnej chwili rzucił tekstem, że chciałby, abym był jego synem.

W sumie też chciałem.

Z tego chcenia obiecał, że założy mi konto, z którego w razie potrzeby będę mógł wybrać kasę, ale nie więcej niż dwie stówki dziennie.

Wyjaśnił, że jest właścicielem dwóch siłowni i sklepu z odżywkami. Zresztą wyglądał na takiego, co to regularnie buduje masę przy pomocy przyrządów. Przyrządów – nie sterydów.

– Sterydy to gówno, zapamiętaj sobie – przykazał, kiedy wieczorem poszliśmy do pizzerii.

Pewnie bywał tu często, bo wszyscy zwracali się do niego po imieniu, ale jakoś tak ostrożnie, bez poufałości.

– Powiedz mi – rzekł, sięgając po piekielnie ostry sos – jak wpadłeś na ten pomysł?

Wiedziałem, że chodzi mu o moje poszukiwania, bo co innego mogłoby go interesować?

To było tak skomplikowane, że nie dało się ująć jednym zdaniem.

Zacząłem od samego początku, czyli od moich czwartych urodzin, kiedy matka spotkała miłość swojego życia. Andrzej, bo tak miał na imię ten facet, kochał moją matkę, ale ta miłość nie przekładała się na mnie.

To właśnie wtedy odkryłem, że tak naprawdę mam na imię Bachor.

„Czy ten bachor musi wchodzić do sypialni bez pukania?” – wkurzał się Andrzej.

Albo:

„Czy wszędzie musisz wlec ze sobą tego bachora?”

Matka posadziła mnie sobie na kolanach i wyjaśniła, że należy szanować czyjąś prywatność. Od tej pory, ilekroć chciałem wejść do sypialni, stukałem, ale to pewnie zdarzało się za często.

Nie umiałem wyjaśnić, że po prostu się boję. Zrywałem się w nocy, bo wydawało mi się, że ktoś czai się za firanką, ukrywa pod łóżkiem albo siedzi w szafie. Wtedy miałem ochotę pobiec do matki, wsunąć się pod kołdrę i zasnąć.

Nie wiem, skąd brały się te koszmary, i chyba dobrze, że nie przyznałem się do nich, bo Andrzej pewnie doszedłby do wniosku, że jestem nienormalny. Gdyby tak było, mógłby zostawić moją matkę. A tego nie chciałem.

Ratowałem się przed wytworami mojej wyobraźni, chowając głowę pod kołdrę i powoli, niepostrzeżenie zmieniałem się w twardziela. Takiego, jakim w moim wieku musiał być Damian.

Dorastałem i przestałem stukać już do drzwi sypialni. Nie potrzebowałem ratunku. Podobnie jak chętnie zostawałem sam w domu.

Nie byłem już bachorem, którego wszędzie wlokło się ze sobą, i to od dawna.

Na początku było trudno. Nie potrafiłem pojąć, dlaczego nagle muszę zostawać sam w domu.

Damian słuchał tego z uwagą, kiwając głową albo marszcząc brwi, a na koniec orzekł, że nie było mi, kurna, łatwo.

Podobnie jak jemu.

Dowiedziałem się, że był bez szans u mojej matki, bo pochodziła z dobrego domu. On natomiast miał czterech braci i dwie siostry, z których jedna tańczyła na rurce w nocnym klubie. Ale nie była dziwką – podkreślił.

W wieku szesnastu lat Damian odciął się od tego życia i poszedł do pracy, najpierw na czarno, a potem pojechał na saksy, skąd wrócił niezłą furą i z kilkoma zerami na koncie.

No i zakochał się w mojej matce, a ona w nim, tylko że jej rodzice doszli do wniosku, że Damian na męża się nie nadaje.

Bo patologia – tak powiedzieli.

Miałem szczerą ochotę to zakwestionować, bo moim zdaniem moja rodzina to była prawdziwa patologia, tylko taka bardziej elegancka.

Dziadek upijał się nie piwem, a whiskaczem, a babcia wpompowała w siebie tyle botoksu, że zastanawiałem się, kiedy pęknie jej skóra na twarzy.

No, ale wracając do rzeczy – zmusili matkę, aby zerwała z Damianem, co też zrobiła, bo zawsze była posłusznym i dobrym dzieckiem, a zbuntowała się dopiero wtedy, kiedy Damian pojechał do Ameryki.

No, ale już było po herbacie.

Z tego wszystkiego matka się trochę pogubiła, skutkiem czego pojawiłem się na świecie.

– No dobra – Damian postawił przede mną szklankę coli – ale jak wpadłeś na to, żeby zacząć szukać? I co na to Lilka?

Imię mojej matki zabolało, zupełnie jakby ktoś wbił mi szpilę.

Przyznałem się, że przekopałem szufladę w jej sekretarzyku, czyli zrobiłem coś, co Andrzej określiłby jako naruszenie prywatności.

Oczywiście nie powinienem tego robić, ale po prostu nagle zapragnąłem nie być już Bachorem. Miałem swoje imię.

W pierwszej chwili ojciec potrzebny był mi tylko po to, żeby nakładł po ryju Andrzejkowi za wszystkie noce, kiedy kuliłem się ze strachu z kołdrą naciągniętą na głowę, za wszystkie wieczory, kiedy zabijałem samotność, oglądając filmy, jakich żaden rodzic nie pozwoliłby oglądać swojemu dziecku, za Bachora i wiele innych równie upierdliwych a bolesnych drobiazgów.

 

Żeby wyregulował wszystko jednym ciosem.

Tak, Damian by się do tego nadawał – pomyślałem, patrząc na kolorowe łuski karpia na jego ramieniu.

A potem zrozumiałem, że ta siłowa konfrontacja była tylko przykrywką dla mojej tęsknoty – chciałem wybrać się na męską wyprawę, jak robił to mój kumpel Marcin ze swoim starym, a potem opowiadał o nocach, kiedy marzli pod namiotem gdzieś w Bieszczadach. Chciałem dokładnie tego samego.

Wyjazdy z Andrzejem – byłbym skończoną świnią, gdybym to zataił – zdarzały się, a i owszem, tylko nie miały w sobie nic z przygody. Noclegi w motelach lub hotelach, gdzie wszystko było przewidywalne, a żarcie podetknięte pod nos, spacery ścieżkami wysypanymi żwirkiem, atrakcje turystyczne z przewodników… Zorganizowany czas, zaplanowany z dokładnością co do godziny. Rodzinny wyjazd do Tunezji, gdzie tlenione włosy mojej babci budziły ogólną sensację. Wielbłąd, na którym zrobiono mi pamiątkową fotkę. Miał oczy załzawione, jakby płakał z tęsknoty za pustynią lub cieniem oazy. Siedząc na haftowanym siodle, widziałem liszaje na jego skórze i nagle zrobiło mi się wstyd. Pomysł na zdjęcie wydał mi się obrzydliwy, ale nie mogłem zsiąść.

Ciemnoskóry mężczyzna w białym burnusie poklepał mnie po ramieniu, podał matce zdjęcie z polaroida i wsadził na siodło kolejnego… bachora.

Bachora – tak właśnie pomyślałem.

– Wiesz – zauważył Damian – każdy ma swój styl życia. Jeszcze trochę, a będziesz mieć swój własny. Musisz to jakoś… przeczekać.

Jeszcze trochę, znaczy cztery lata.

– Wiesz… niektóre zwierzęta przesypiają zimę. Na przykład niedźwiedź.

Gdybym mógł przespać te cztery lata, które dzieliły mnie od magicznej granicy, od progu dorosłości…

Ale oczywiście to było niewykonalne.

– A teraz powiedz, jak nawiałeś z domu.

– Jak nawiałem z domu? – zdziwiłem się. – Nie nawiałem. Jestem na legalu.

– Opowiadasz!

– Serio. Umówiłem się z Marcinem. Sprawdzona firma, nie sypnie. Oficjalnie jestem nad morzem. Ściślej mówiąc – w Sopocie. Nawet kartkę znad morza dostaną. Wiesz… Marcin ma tam ciotkę.

– Sprytnie sobie to wykombinowałeś! – roześmiał się Damian.

Nie oczekiwałem innej reakcji. Z Damianem rozmawiało się łatwo i prosto. Aż szkoda, że facet nie miał syna. Po prostu się marnował.

Wyszliśmy z pizzerii jak dwójka najlepszych kumpli. Zapomniałem o tym, że trzy ulice dalej mieszka moja wybotoksowana babcia razem z dziadkiem, który o tej porze musiał być już pod dobrą datą.

– Posłuchaj – zaczął Damian, kiedy znaleźliśmy się pod jego blokiem – mam tydzień.

– To znaczy…?

– Mam tydzień – powtórzył. – Jeśli chcesz…

Miałem farta. „Pamiętaj, w życiu nie ma nic za darmo” – powtarzał Andrzej. W sumie miał rację. Płaciłem za szczęście małżeńskie mojej matki. I to słono. Ale Damian nie oczekiwał nic w zamian.

W domu, po kilku browcach, okazało się, że naprawdę kochał moją matkę i w sumie było mu ganz egal, kto jest moim starym, ważne było, kto jest moją matką.

– Kobieta powinna pójść za tobą na koniec świata. Mówisz „idziemy”, a ona nie pyta gdzie i po co, tylko kiedy. Dwoje ludzi… to spisek przeciwko światu. Wiesz, stary, to przykre, ale Lilka… twoja matka… po prostu nie miała jaj. No sam powiedz, brakowałoby jej czegoś?

Rozejrzałem się po pokoju, który nazywał salonem. Wypoczynek z ekoskóry, na ścianie plazma. Dywan z takim włosem, jakby ktoś zdarł skórę z puchatego zwierzaka.

Porządek.

Sprzęt audio z najwyższej półki.

– Tymi rękami – Damian podsunął mi pod nos dłonie. – Zaczynałem od truskawek. Po dwu dniach myślałem, że mi pękną plecy. Nie mogłem się rozgiąć. Byłem świeżakiem… inni zapijali paracetamol wódą. No, kurwa? Miałem osiemnaście lat… i parcie na kasę… – Odstawił na bok pustą puszkę. – Do dzisiaj nie mogę patrzeć na truskawki.

Też miałem takie rzeczy, na które nie mogłem patrzeć. Choćby batoniki. Andrzej był wrogiem słodyczy. Kiedy przyłapał mnie na podjadaniu snickersów, przyniósł do domu paczkę i codziennie zamiast śniadania dostawałem batonik. I nic więcej.

Po tygodniu chciało mi się rzygać na sam widok. Podobnie było z nutellą, którą uwielbiałem. Jeden słoik na dwa tygodnie – postanowił Andrzej, i kiedy znalazł zapas, jaki zamelinowałem w szafce, wsypał do niego zawartość popielniczki i wszystko starannie wymieszał.

Nie przyszło mi do głowy, że mógł zrobić coś takiego, i posmarowałem sobie kromkę.

Rzygałem jak kot.

Kiedy opowiedziałem to Damianowi, ten orzekł, że Andrzej to pojeb i należałoby go leczyć.

– Ciekawe, co ona w nim zobaczyła – westchnął. – Gdyby miała jaja, wyniosłaby go na butach po pierwszym takim numerze.

Zostawiłem go na kanapie i poszedłem do pokoju, gdzie już pierwszego dnia przygotował mi spanie.

Gdyby miała jaja… – pomyślałem.

I zanim nie spotkałem Marcina, byłem pewien, że posiadanie lub nieposiadanie jaj sprawia, że jesteśmy twardzi.

Cóż, Andrzej, jako facet, musiał mieć jaja. Ale chyba poszło mu nie w tę stronę.

A moja matka – o ile kobieta może mieć jaja – urodziła się bez nich. Za to babcia musiała mieć jaja jak globusy.

Damian obudził mnie wczesnym rankiem.

Na mój gust powinien mieć mega kaca, ale wyglądał świeżo, zupełnie jakby nie obalił poprzedniego dnia sześciopaku Żubra.

– Ruchy! – pogonił mnie. – Masz zamiar gnić w łóżku do południa?

Nie miałem. Otworzyłem oczy z obawą, że to wszystko tylko mi się śniło.

Ale nie, Damian był prawdziwy. Pachniał wodą po goleniu i pastą do zębów. I nie miał zamiaru znikać.

Ten poranek był naprawdę inny od wszystkich, jakie witały mnie od dziesięciu lat. Wziąłem szybki prysznic i założyłem jedną z wypasionych koszulek, które kupił mi Damian. Zaczesałem mokre włosy do góry, aby choć w ten sposób upodobnić się do faceta, który nie był moim ojcem, i poszedłem do kuchni.

Panował w niej wzorowy porządek – wszystko na swoim miejscu, w zlewie nie zalegały brudne szklanki, słowem – zaprzeczenie gospodarstwa prowadzonego przez wyluzowanego singla.

– Facet musi być ogarnięty – wyjaśnił. – Nikt niczego nie podstawiał mi pod nos. A gdybym spróbował rzucić skarpetki na podłogę…

„Czy ten bachor – zadźwięczało mi w uszach – nigdy nie nauczy się składać swoich ubrań?” Za każdym razem, kiedy próbowałem to zrobić, wychodziło coraz gorzej.

„Dlaczego buty nie stoją w przedpokoju? Mogłabyś nauczyć tego bachora…”

Nie potrafiłem mu wytłumaczyć, że stawiam buty obok łóżka, bo w każdej chwili muszę być gotowy do ucieczki.

Gdyby pod jego łóżkiem kłębiły się potwory, z pewnością robiłby tak samo. Może nawet nie ściągałby butów na noc?

– Też się bałem – przyznał Damian, mieszając jajecznicę. – Każdy się kiedyś czegoś bał.

– Czego się bałeś? – zapytałem.

Roześmiał się.

– Suma – odpowiedział.

– Suma?

– Takiej ryby z wąsami – wyjaśnił, jakbym nie zajarzył. – Tam, gdzie mieszkałem, było jezioro. Któregoś razu zaczęły ginąć kaczęta. Na początku było ich pełno. Potem coraz mniej. Raz, kiedy przyszedłem nad wodę, zobaczyłem, że zostało tylko jedno. Pływało za dorosłymi kaczkami. Musiało zdrowo zapieprzać, żeby nadążyć. Powiedzieli mi, że w jeziorze jest sum.

– No a ta kaczka? – zapytałem ni przypiął, ni przyłatał.

– Przeżyła – uśmiechnął się. – Wiesz, jaka z tego nauka?

– Że trzeba zapieprzać – rzuciłem.

– Mniej więcej. Prawda jest tak, że całe życie się uczysz. Od wszystkich. Nawet od głupiej kaczki możesz się czegoś nauczyć. Jak widać.

Posmarowałem kromkę grubą warstwą masła.

– Byłem najmłodszy – ciągnął. – Postanowiłem zapieprzać. I chyba się opłacało.

Trudno było zaprzeczyć. W chacie nie brakowało niczego. Ba, wszystko było ogarnięte na medal. Dobrane, jakby pracował nad tym cały zespół designerów. Nawet łyżeczki pasowały do kubków i talerzy.

– Wszystko to moja robota – pochwalił się. – Siedziałem i myślałem, jak to ma wyglądać. No i w końcu…

Wstał i otworzył jedną z szafek.

Zobaczyłem kolorowe grzbiety katalogów stojących jeden obok drugiego.

– Chciałem jej pokazać…

Nie musiałem pytać, kogo miał na myśli.

– …ale była już z nim.

– A wie o tym? – ośmieliłem się zadać pytanie.

Pokręcił głową.

– Skoro wybrała tak, a nie inaczej. Nie będę się wpychał między wódkę a zakąskę.

Pomyślałem, że gdyby tak się stało, wszystko byłoby inaczej. Miałem stuprocentową pewność, że nie nazywałby mnie Bachorem.

– Dobra – Damian wstał i wstawił naczynia do zmywarki. – Rusz dupę.

Zarzucił na ramię sportową torbę, a ja podniosłem z podłogi swój plecak.

W życiu nie widziałem takiej bryki. Gdybym nie zdążył poznać Damiana, gotów byłbym pomyśleć, że ten cały wyjazd jest tylko po to, aby mógł się pochwalić furą.

– Rzuć to na tył – mruknął, otwierając klapę.

W czyściutkim bagażniku leżało kilka futerałów z wędkami.

– Łowisz? – zapytałem i stanął mi przed oczami stary Marcina.

– Czasami – odpowiedział. – To pretekst.

Kazał mi zapiąć pasy i wytoczyliśmy się z garażu. Trochę się zestresowałem, kiedy przejechaliśmy przez moją dzielnię, szczęśliwie szyby były przyciemnione.

Kiedy wyskoczyliśmy na autostradę, Damian złożył dach.

– To jest prawdziwa frajda! – krzyknął.

Miał rację.

– Kiedyś… dawno temu, miałem motor – dodał. – Wiesz, wiatr we włosach i te klimaty.

Zanim dotarliśmy nad jezioro, dowiedziałem się, jak przejechał Mother Road zupełnie sam. Trzeba przyznać, że umiał opowiadać.

Widziałem go w kurtce z frędzlami na połyskującym chromem Harrym, jadącego na zachód drogą, po której przetaczały się, jak na filmach, suche kłębki róży jerychońskiej.

– To ciekawa roślina – zauważył. – Kiedy przychodzi susza, wyrusza w drogę. Toczy się, dopóki nie trafi na odpowiedni grunt. Wtedy zapuszcza korzenie. A potem, kiedy nadchodzi kolejna susza, wszystko zaczyna się od nowa.

Jeśli kiedykolwiek zrobię sobie dziarę – pomyślałem – to będzie właśnie to.

– Człowiek jest dokładnie jak ta sprytna roślina – ciągnął. – A przynajmniej powinien. Jest nie jest ci dobrze, ruszasz w drogę. Bo gdzieś musi być to miejsce.

Domyśliłem się, że mówi o mnie i do mnie. Zrobiłem dokładnie to samo, nie znając tej historii.

– Ja chyba znalazłem to miejsce – stwierdził, zjeżdżając w boczną drogę.

A ja jeszcze nie – pomyślałem.

Oczekiwałem, że znajdziemy się na polu namiotowym lub, w najgorszym przypadku, na jakimś kawałku łąki.

Ale za kępą drzew czekał niewielki drewniany domek. Nie musiałem pytać, kto go zbudował. Dawny facet mojej matki był jedną wielką zagadką.

A do tego zapieprzał.

– Wypakuj to – polecił mi i otworzył drzwi domku.

Zapachniało drewnem i kurzem.

– Nie ma luksusu. Ale jest wszystko, co trzeba.

Było. Kuchenka na butlę gazową, prosty stół, dwa niskie, wąskie łóżka. Na ścianach półki, a na nich jakieś naczynia, garnki i metalowe puszki.

Nad jednym z łóżek gitara.

– Jedyne, czego nie ma, to prądu – wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

Wzruszyłem ramionami. Czegoś musiało brakować. Bo byłoby zbyt idealnie.

– Nie oglądam tu telewizji. Chcę mieć święty spokój.

– Powinieneś wybudować dom – rzuciłem.

Wzruszył ramionami.

– Nigdy nie wiesz, czy nie trzeba będzie potoczyć się dalej – odparł. – Dom to kotwica. Zresztą… trzeba go komuś zostawić.

„Mężczyzna powinien spłodzić syna, wybudować dom i posadzić drzewo” – przypomniałem sobie jedną z mądrości Andrzeja.

Jak dotąd nie zrobił żadnej z tych rzeczy – pomyślałem nie bez satysfakcji. Mocny w gębie, tyle.

A może…

Ta myśl poraziła mnie jak piorun. Może moja matka nie chciała hodować małego Andrzejka? Może wystarczałem jej ja?

Ale dlaczego pozwalała, aby działo się to, co się działo?

– Chodź tu – głos Damiana wyrwał mnie z zamyślenia. – Pomożesz mi z łódką.

 

– Ciekawe, że nikt ci tu nie wlazł – ściągnąłem brezentową plandekę.

– Mam kogoś, kto tu czasami wpada – odparł.

Zepchnęliśmy łódkę na wodę. Zakołysała się lekko i znieruchomiała.

– Umiesz pływać?

– Jasne.

To była jedna z niewielu rzeczy, które naprawdę potrafiłem. Trudno, abym chodząc na basen od szóstego roku życia, nie nauczył się utrzymywać na powierzchni.

Na szczęście nie zapomniałem zabrać ze sobą kąpielówek. Ostatecznie kiedy jedzie się do Sopotu, trzeba mieć je ze sobą.

Na dodatek pakowałem wszystko tak, aby matka widziała, co wrzucam do plecaka.

Na widok kąpielówek powiedziała, że ma nadzieję, iż na plaży będzie nam towarzyszył ktoś dorosły. Tylko tyle.

Czy – odpędziłem tę myśl – miała nadzieję, że nie wrócę?

Może Andrzej tak przeprał jej mózg…

Wszedłem do wody. Pod stopami miałem piasek, twardo ubity przez fale, przed sobą niewielką wysepkę zarośniętą trzciną i dwa łabędzie – normalnie pocztówka z romantycznych wakacji. Spodobałaby się mojej matce.

Nagle przypomniałem sobie samotne pisklę kaczki, a w głowie zadźwięczały mi słowa Damiana: „Musisz zapieprzać”.

Za wieloma rzeczami musiałem nadążyć.

Damian skoczył do wody z niewielkiego pomostu, który zapewne sam wybudował. Płynął energicznie, wyrzucając ramiona przed siebie.

Nabrałem powietrza w płuca i zanurkowałem.

Woda była czysta, nie szczypała w oczy jak ta zaprawiana chlorem.

Wynurzając się, zobaczyłem nad sobą pomarańczowe nogi łabędzia. Poruszały się miarowo jak para niewielkich wioseł.

Nagle poczułem się lekko, zupełnie jakby woda zmyła ze mnie to wszystko, co mi przeszkadzało – Bachora, Andrzeja, moją matkę bez jaj…

– No i o to chodzi – stwierdził Damian, kiedy wyszliśmy na brzeg.

Wyciągnąłem się na piasku.

Nad moją głową wiatr przeganiał białe, potargane chmury. Wszystko nagle stało się proste. Wystarczyło być.

– Masz rację. – Damian sięgnął po butelkę napoju izotonicznego. – W życiu chodzi o to, żeby być. Można być lepiej albo gorzej, no, musisz zapieprzać, żeby znaleźć się na górze. Oczywiście nie za wszelką cenę. Czasami trzeba wrzucić na luz. Dlatego przyjeżdżam tutaj.

Nigdy wcześniej nie gadałem z nikim w ten sposób. Moi kumple nie zrozumieliby, o co kaman, a matka…? Pewnie byłoby jej przykro, bo żal do Andrzeja wyłaził ze mnie na każdym kroku.

Pamiętam, jak bardzo się cieszyłem, kiedy z nami zamieszkał, aż mnie nosiło z radości. W swojej głupocie wierzyłem, że to mój ojciec, który do tej pory był nie wiadomo gdzie. No i rozbiłem się o ścianę, kiedy powiedział, żebym nie zwracał się do niego „tato”.

Matka próbowała tłumaczyć, ale oświadczył, że przecież nie jest moim ojcem i nie widzi powodu, aby udawać, że jest inaczej.

W ten sposób nie zyskałem nic. Tylko nowe imię. Bachor.

Do jasnej i ciężkiej cholery – myślałem, przewracając się na brzuch – przecież mu powiedzieli, że jestem. Jeśli tak mu to przeszkadzało…

– A może po prostu nie miał pojęcia, co z tym zrobić? – główkował Damian.

On wiedziałby, tego byłem pewien jak niczego na świecie. W życiu Damiana nie było miejsca na „nie wiem” albo „nie potrafię”.

Brał życie z kopa, przyjmował ciosy. Jak karp, leżący na desce i czekający na cios.

– Życie się z nami nie pierdzieli – podkreślił – zatem nie ma powodu, by pierdzielić się z życiem.

Klepnął mnie w plecy i poszedł w stronę domku, który zbudował sam, podobnie jak całą resztę swojego świata.

Patrzyłem za nim i zastanawiałem się, co zrobię, kiedy minie tych kilka dni. Nie może przecież niańczyć obcego gówniarza, choćby nie wiadomo jak bardzo kochał jego matkę.

I nagle mnie olśniło – jestem na najlepszej drodze, żeby zepsuć sobie ten czas. Zamiast cieszyć się życiem, zaczynałem truć się czymś, co i tak musi nadejść.

Zupełnie jakby myśl o śmierci zaczęła mi nagle przeszkadzać w życiu.

Przecież to durne – pomyślałem. – Będzie, co ma być.

Przed domkiem Damian przygotowywał grilla.

To nie był grzeczny grill Andrzeja, który kupował wszystko pre-cooked. Damian siekał płaty czerwonego mięsa, posypywał je pieprzem i nacierał przyprawami, układał na ruszcie i polewał piwem.

Kiedy to wszystko zaczęło skwierczeć na ogniu, poczułem, jak ślina napływa mi do ust.

Zauważyłem, że nie używa papierowych tacek ani plastikowych widelców.

– To nie problem umyć – wyjaśnił. – Zresztą ty to zrobisz.

Spojrzałem na cienkie paski surowego mięsa, które pozostawił na desce.

– Idealne na węgorze – oświadczył.

Wrzucił mięso do puszki i zdjął z rusztu nasz późny obiad.

Bez zbędnych komentarzy – Damian jest mistrzem grilla. Nigdy przedtem nie jadłem czegoś tak fantastycznego. Po prostu palce lizać!

Skończyliśmy i umyłem talerze. Zrobiłem to w miednicy, jak poradził, bo płyn do zmywania raczej nie nadawał się do tego, by trafić do jeziora.

Przyznam, że normalnie nikt by mnie nie zmusił do mycia naczyń w taki sposób, a może w ogóle do mycia, bo w domu mieliśmy zmywarkę włączaną raz dziennie, wieczorem. W ramach oszczędności czasu, prądu i wody.

Szkoła… wiadomo czyja.

Nie wiem, po co mu były te wszystkie oszczędności, o których cały czas gadał. Może składał na wycieczkę na Księżyc? Albo do Ameryki.

Ameryka.

– Jak tam było w tej Ameryce? – zapytałem.

Damian uśmiechnął się.

– Spoko. Są takie miejsca, gdzie czujesz swoje możliwości. Budzisz się rano i myślisz – kurwa, mogę wszystko. Jak się postarasz, możesz nawet zostać milionerem.

– Byli tacy – przytaknąłem. – Widocznie się nie starałeś.

Wiedziałem, że mogę sobie pozwolić na gruby żart. Ogólnie taki małomówny i ponoć wycofany byłem jedynie w domu.

Za coś takiego Andrzej chyba by mnie zabił, a matka… Andrzej amputował jej poczucie humoru, a przynajmniej tak uważał jej brat.

Na osiedlu – każdy mógł to potwierdzić – byłem wygadany i miałem cięty jęzor. Ale w domu to nie działało.

Często zastanawiałem się, czy nie mam jakiejś schizy, bo było mnie jakby dwóch. Domowy i podwórkowy. Jak pies.

Z moich kumpli akurat nikt nie wiedział, jaki jestem w domu. Bo bywali u mnie rzadko, żeby nie powiedzieć – wcale.

Kiedyś, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi, to tak. Nie sprawialiśmy kłopotów. Rozsypywaliśmy na podłodze klocki Lego i potrafiliśmy bawić się kilka godzin. Tych klocków to miałem najwięcej ze wszystkich. Trzeba przyznać, że Andrzej zaopatrywał mnie regularnie.

Nie musiałem zgadywać, co znajdowało się w paczce od Mikołaja albo pod choinką, bo z góry było wiadomo, że to będzie Lego. To było fajne do czasu, kiedy zrozumiałem, że taki prezent nie wymaga żadnego wysiłku, tylko kasy.

Andrzej: – Co nadaje się dla chłopaka?

Sprzedawczyni: – Klocki Lego. Tu mamy piratów, tu Harry’ego Pottera. A tu nowość: Gwiezdne wojny.

Andrzej: – To niech pani da… co pani uważa.

I uwodzicielski błysk w oku, pewnie ten sam, na który dała się złapać moja matka.

I tak cztery razu do roku. Mikołaj, święta, imieniny, urodziny.

Nie było w tym… serca. To śmiesznie brzmi, ale inaczej nie potrafiłem tego wyrazić.

Jakoś tak na początku podstawówki pani zafundowała nam cały wykład o dawaniu prezentów. Siedzieliśmy i robiliśmy laurki na Dzień Matki, a ona chodziła między ławkami i gadała. Że prezent musimy wybierać sercem (strasznie nas to wtedy bawiło), że aby kogoś naprawdę czymś obdarować (tak powiedziała) trzeba go znać, wiedzieć o nim prawie wszystko i dopiero taki prezent będzie Darem, a nie jedynie upominkiem.

Sens tego wszystkiego dotarł do mnie po latach, kiedy Andrzejek znalazł się w martwym punkcie, bo zrobiłem się za duży na klocki Lego.

I zaczęły się schody…

Andrzejek myślał i myślał, i na koniec wymyślił koperty.

Odczytałem to jednoznacznie.

Masz tu kasę i kup sobie, co uważasz, a tak ogólnie to spierdalaj.

Brzydko, ale nie dało się inaczej.

Dopiero wtedy zwróciłem uwagę na to, że moja matka zawsze dostawała koperty.

Zatem frajer też jej nie znał. Albo – co też prawdopodobne – poleciała na kasę.

Okej – pomyślałem sobie – chcącemu nie dzieje się krzywda, ma, co chciała. Tylko szkoda, że nie zastanowiła się, czy inni (czytaj: ja) tego chcieli.

„Boże, daj mi siłę, abym mógł zmienić to, co mogę, i cierpliwość, aby znieść to, czego nie zmienię”. Gdzieś wyczytałem taką mądrość i postanowiłem się do niej zastosować. Wkrótce okazało się, że potrzebuję o wiele więcej cierpliwości niż siły.

– Czy ja wiem, czy się nie starałem? – Damian przeciągnął się. – Staraliśmy się razem z kumplem. To był dopiero gość.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?