Rebelia Corinari

Tekst
Autor:Ryk Brown
Z serii: The Frontiers Saga #5
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: The Frontiers Saga Episode #5: Rise of the Corinari

Copyright © 2012 by Ryk Brown

All rights reserved

Warszawa 2021

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-63-5

ISBN MOBI: 978-83-66375-64-2

1

Nathan wpatrywał się w duży ekran na przedniej ścianie swojego gabinetu, przeglądając kolejne strony raportów o uszkodzeniach, wygenerowanych przez nowo zainstalowane automatyczne systemy diagnostyczne „Aurory”. Lista awarii mocno go niepokoiła. Napęd skokowy był niesprawny, działał tylko jeden reaktor na antymaterię, płyty grawitacyjne na połowie okrętu podlegały fluktuacjom, a do tego bezużyteczna była połowa wieżyczek z działami elektromagnetycznymi. Oczywiście amunicji wystarczyłoby na jakieś dwie sekundy, więc niesprawne działa stanowiły tu najmniejszy problem. Przynajmniej dysponowali silnikami manewrowymi, więc w razie konieczności mogli poruszać się w ślimaczym tempie po układzie.

Ze skupienia wyrwał go dźwięk dzwonka do drzwi. Właz otworzył się, po jego drugiej stronie stał Tug z typowym dla niego srogim, ale jednocześnie przyjaznym wyrazem twarzy.

– Czy mogę wejść, kapitanie? – spytał wyjątkowo formalnie.

Nathan odpowiedział zapraszającym gestem, wciąż przyglądając się wyświetlanym na ścianie raportom.

– Oczywiście.

– Interesujące dane? – spytał Tug, rzucając okiem na ekran.

– Raporty o uszkodzeniach – odparł Nathan z niesmakiem. Odchylił się w fotelu, wyłączył ekran i odwrócił się w stronę Tuga. – Corinair wydawała się miłym miejscem, prawda? Można znaleźć sobie dobry kawałek ziemi, zbudować dom, zająć się rolnictwem, prowadzić spokojne życie…

– Do czasu, aż wrócą Ta’Akarowie i zajmą system – przerwał mu Tug. – Albo gorzej.

– Co mogę dla ciebie zrobić? – spytał Nathan, którego marzenia ostatecznie się rozwiały.

– Chciałbym coś z panem omówić, kapitanie – zaczął Tug, znów dziwnie formalnym tonem.

– Nazwałeś mnie tak już dwa razy w ciągu dwóch minut. To chyba coś poważnego.

– Wybacz, jeśli to, co powiem wyda się… – Tug przez chwilę szukał odpowiedniego wyrażenia w Ang­la. – Nie na miejscu.

Wyraz twarzy Nathana zmienił się, widać było na niej lekkie zaskoczenie.

– Powiedz śmiało, o co chodzi, Tug.

– Cóż, chodzi o sposób pańskiego dowodzenia. – Tug usiadł naprzeciwko Nathana po drugiej stronie biurka.

– Naprawdę?

– Proszę mnie źle nie zrozumieć – szybko dodał Tug. – Cenię pańską przystępność i to, że jest pan godny zaufania. Nie jestem jednak pewien, czy dobrze się to panu przysłuży w obecnych okolicznościach.

– Jak to? – Nathan miał poczucie, że Tug do czegoś zmierza, ale zaskoczyło go, że tak bardzo owija w bawełnę, zamiast powiedzieć wprost, o co mu chodzi.

– Corinari to świetnie wyszkoleni, bardzo zdyscyplinowani żołnierze. Są też niezwykle lojalni. Na tę lojalność trzeba jednak sobie zasłużyć.

– I uważasz, że moje przyjazne usposobienie nie zaskarbi sobie ich lojalności?

– Spodziewam się raczej, że zaskarbił ją sobie pan poprzez swoje działania – wyjaśnił Tug. – Ale zachowanie jej na dłuższą metę to inna sprawa. Corinari nie tolerują słabości u swoich przywódców.

– Uważasz, że jestem słaby? – spytał Nathan z udawaną urazą.

– Skądże, kapitanie. Wręcz przeciwnie. Ale pańskie „przyjazne usposobienie”, jak sam pan to ujął, może zostać źle zrozumiane przez Corinari.

– Rozumiem. – Nathan nie mógł powstrzymać rozbawienia, widząc, jak niekomfortowo czuje się Tug. – Wezmę to pod uwagę i postaram się nie być tak „przyjazny” na przyszłość. – Uśmiechnął się i zauważył, że Tug wydaje się zamyślony. – Coś jeszcze?

– Obawiam się, że tak. Pańska załoga… wyraźnie się niepokoi.

Nathan zauważył zmiany u tej resztki, która przeżyła. Wydawali się jeszcze bardziej oddalać od siebie i ograniczać towarzystwo do małych grupek, unikając pozostałych. Przypominali drużyny sportowe, które ze sobą nie rozmawiają.

– Tak, zauważyłem to – przyznał.

– Uważam, że przyczyną niepokoju jest ostatni atak Ta’Akarów – stwierdził Tug. – Przypadkiem zdarzyło mi się usłyszeć różne rozmowy. Wygląda na to, że pańska załoga próbuje ustalić, kto jest winny tego, że ich atak się powiódł. Obawiam się, że wynika to z oskarżeń rzucanych przez Jessicę i Władimira. Każde z nich zdaje się obwiniać drugie, nawet jeśli nie bezpośrednio.

– Nie uważam, aby ktokolwiek ponosił tu całkowitą winę.

– Myli się pan, kapitanie. Wina leży po stronie wyłącznie jednego człowieka.

Nathan wpatrywał się przez chwilę w Tuga, czekając na odpowiedź. Gdy nie nadeszła, wzruszył ramionami i dał gestem znać, aby rozmówca kontynuował.

– Obawiam się, że winę ponosi pan, kapitanie.

– Tug, nie przebywałem nawet na pokładzie, kiedy…

– Właśnie – przerwał mu Tug z wyraźnie narastającą frustracją. – Nie było pana na pokładzie. A powinien pan być.

– Próbowałem jedynie zabezpieczyć…

– Kapitanie, rozumiem, co pan robił, i szanuję pańskie oddanie przyjaciołom. Ale musi pan coś zrozumieć. Nie może pan już sobie pozwolić na bycie ich przyjacielem. Przynajmniej nie publicznie. Jest pan teraz kapitanem i tym musi pan być przede wszystkim. Potrzebują przywódcy bardziej niż przyjaciela, podobnie jak Corinari. Jeśli pan ich poprowadzi, pójdą za panem. Jeśli nie, zwrócą się przeciwko panu szybciej, niż może pan sobie wyobrazić.

– Mówi pan, że Corinari mogą się zbuntować? – zdumiał się Nathan. – Jeśli tak, może powinienem przemyśleć kwestię włączenia ich do załogi.

– Kapitanie, proszę nie reagować przesadnie na moje słowa – ostrzegł go Tug. – Musi pan spojrzeć na to z ich perspektywy. Corinari mogą być lojalni, ale stawką jest tu cały ich świat. Może nie wszyscy widzą pana jako legendarnego Na-Tana, ale rozumieją, że pański okręt i jego napęd skokowy to najlepsza szansa dla planety. Jeśli uznają, że nie sprosta pan temu wyzwaniu, zrobią, co muszą, aby się ratować, nawet jeśli uczynią to z wielką niechęcią.

– Co w takim razie powinienem zmienić? – spytał Nathan bardziej wyzywającym tonem, niż zamierzał.

– Kapitanie – westchnął Tug – odkąd się poznaliśmy, działał pan w trybie walki o przetrwanie. Starał się pan desperacko utrzymać okręt w jednym kawałku oraz załogę całą i zdrową. Sprostać każdemu napotkanemu wyzwaniu. Mimo braku doświadczenia pan i pańska załoga doskonale się dotąd spisaliście.

– Ale? – spytał Nathan, świadom, że komplementy Tuga miały złagodzić nadchodzącą krytykę.

– Ale wiele z pańskich dotychczasowych sukcesów opierało się na wyjątkowym szczęściu – stwierdził ostrzegawczo starszy mężczyzna.

Nathana to nie zaskoczyło. Wyjątkowe szczęście dopisywało mu przez całe życie. Gdy tylko znalazł się w tarapatach, jakimś cudem udawało mu się z nich wydostać. Tug nie był pierwszym, który to zauważył, jednak Nathan przez lata zaczął polegać na swoim farcie. Jego rodzice, siostry, a nawet Luis, współlokator w Akademii Floty, ostrzegali go, że kiedyś dobra passa się skończy.

– Tak, zawsze miałem sporo szczęścia – stwierdził.

– A czy zastanawiał się pan, co zrobi, kiedy szczęście w końcu pana zawiedzie? – spytał Tug.

– Nieszczególnie – przyznał Nathan z lekkim zakłopotaniem.

– Kapitanie, znałem ludzi takich jak pan. Może pan to nazwać szczęściem, przeznaczeniem czy instynktem. Nazwa nie ma znaczenia. Ale prędzej czy później zawsze człowieka opuszcza. Niestety, zwykle cierpi nie tylko zawiedziony. – Tug spojrzał Nathanowi prosto w oczy. – Czy jest pan gotów zaryzykować los wszystkich? Naszych światów i własnego? Jest pan gotów ryzykować, opierając się tylko na swoim szczęściu?

– Tug – odezwał się z wahaniem Nathan – obaj wiemy, że nie jestem szczególnie wykwalifikowany do tej roboty.

Po dłuższej pauzie Tug spytał mniej oficjalnym tonem:

– Jak zostałeś kapitanem, Nathan?

– Już wiesz…

– Tak, ale powiedz mi jeszcze raz – przerwał mu Tug.

– Jako ostatni zostałem przy życiu – podsumował skrótowo Nathan.

– Czy nie została także komandor Taylor?

– Byłem najstarszym stopniem oficerem, który pozostał przy życiu – odpowiedział Nathan, nieco zirytowany, że musi się powtarzać.

– Ponieważ twój kapitan awansował ciebie wyżej niż komandor, wówczas podporucznik Taylor.

 

– Owszem.

– A jak myślisz, dlaczego cię awansował?

– Uznał, że mam naturalne zdolności przywódcze – rzekł Nathan, chociaż nigdy nie podzielał opinii kapitana. – Ale wątpię, aby spodziewał się, że zastąpię go tak szybko.

– Był jednak świadomy, że istnieje taka możliwość – naciskał wciąż Tug. – I że jedno z was musiało mieć wyższy stopień od drugiego.

– Tak, ale na potrzeby pilotowania okrętu, a nie dowodzenia.

– Być może. Ale podejrzewam też, że dokonał tego wyboru, bo czuł, że lepiej poradzisz sobie, jeśli dojdzie do tragedii. – Nathan chciał już się z nim kłócić, ale Tug nie dał mu szansy. – Powiedziałeś, że kapitan Roberts był świadomy, gdy formalnie przekazał ci dowodzenie nad „Aurorą”. Gdyby nie uważał, że nadajesz się do tego najlepiej, gdyby uważał, że lepiej sprawdzi się w tej kwestii podporucznik Taylor, zapewne by to powiedział.

Nathan odchylił się w fotelu, przyglądając się Tugowi, i przypomniał sobie to, co kapitan Roberts, którego pochował dopiero wczoraj na planecie pod nimi, powiedział mu ledwie parę tygodni wcześniej. On też lubił stopniowo prowadzić Nathana do konkluzji, zamiast przedstawiać je od razu.

– Wiesz, Tug, przypominasz mi go czasami.

– Słucham?

– Kapitana Robertsa – uściślił Nathan.

– Uznam to za komplement. – Tug przyjrzał się Nathanowi z zaciekawieniem. – Zmierzam do tego, że dysponujesz wyszkoleniem odpowiednim do wykonywania swoich zadań, chociaż brakuje ci doświadczenia. Sytuacja jest trudna, ale nie beznadziejna. – Tug zauważył, że Nathan wciąż się w niego wpatruje. – Mam nadzieję, że cię nie uraziłem, kapitanie.

– Skądże, panie Tugwell – zapewnił go Nathan. – Postaram się na przyszłość zachowywać bardziej jak kapitan.

– Dobrze – odpowiedział mężczyzna, wstając i kierując się do wyjścia. – W takim razie do zobaczenia na odprawie.

– Gdzie pan zyskał tyle wiedzy o dowodzeniu, panie Tugwell? – spytał głośno Nathan. – Raczej nie jako przywódca rebeliantów, a na pewno nie jako rolnik.

– Mam bogatą i barwną przeszłość, kapitanie – odparł Tug z uśmiechem. – Nawet z czasów sprzed milicji na Palee. Kiedyś być może coś panu opowiem.

Nathan odpowiedział uśmiechem. Nie wątpił, że Redmond Tugwell skrywa niejedną tajemnicę, być może nawet przed Jaleą, swoją zastępczynią wśród Karuzari. Nie sądził, aby ktokolwiek miał kiedyś poznać wszystkie sekrety tego człowieka.

***

Nathan zatrzymał się przed wejściem do sali odpraw, gdy zobaczył dwóch strażników Corinari eskortujących podporucznika Willarda z załogi „Yamaro”. Dotarli właśnie na szczyt rampy prowadzącej z głównego pokładu „Aurory” na pokład dowodzenia i szli korytarzem w jego stronę.

– Panowie – przywitał ich Nathan.

Dwaj Corinari zatrzymali się kilka kroków przed kapitanem, oddając mu honory, na co Nathan odpowiedział niedbałym salutem. Salut Corinari wyglądał nieco inaczej niż ziemski, z rękami ustawionymi pod kątem czterdziestu pięciu stopni w stosunku do tułowia i wnętrzem dłoni skierowanym w stronę twarzy, ze schowanym kciukiem. Nathan pomyślał, że gdyby skierowali ręce bardziej w stronę nosów, wyglądaliby, jakby zakrywali jedno oko.

– Dziękuję za przybycie – powiedział do podporucznika Willarda.

– To dla mnie zaszczyt – odparł oficer.

Nathan spojrzał na kajdanki na nadgarstkach podporucznika, tego samego rodzaju jak na rękach takarańskiego żołnierza, którego przesłuchiwali kilka dni wcześniej. Scott wolał sobie o tym nie przypominać.

– Czy to naprawdę konieczne? – spytał jednego ze strażników.

Strażnik spojrzał na partnera, po czym odpowiedział:

– Rozkazy, sir. Pańska szefowa ochrony…

– Zdejmijcie to – przerwał mu Nathan.

– Tak jest, sir – odparł strażnik, natychmiast uwalniając podporucznika Willarda. – Czy mamy nadal go pilnować?

– Zostańcie na zewnątrz – odparł stanowczo Nathan.

– Dziękuję, panie kapitanie – powiedział podporucznik, wchodząc do sali odpraw.

– Nie ma za co. Oczekuję, że pańskie doświadczenie w służbie Ta’Akarów dostarczy nam cennych informacji.

– Pomogę na tyle, na ile będę w stanie.

– Dobrze mówi pan w Angla – stwierdził Nathan, gdy przeszli kilka metrów i dotarli do stołu.

– Moja matka mocno wierzyła w legendy – wyjaśnił gość. – Nauczyła nas języka, żebyśmy znali prawdę.

– Rozumiem. – Nathan szedł dalej wzdłuż rzędu krzeseł, dając Willardowi do zrozumienia, że ma usiąść naprzeciwko miejsca kapitana.

Wszyscy już czekali na jego przybycie. Scottowi przyszło do głowy, że Tug, teraz siedzący na krześle na lewo od miejsca dla kapitana, miał rację. Gdyby do sali wszedł kapitan Roberts, wszyscy stanęliby na baczność z szacunku dla jego pozycji, a przynajmniej zrobiliby tak oficerowie floty. Może rzeczywiście był bardziej ich przyjacielem niż kapitanem.

– Spocznij – powiedział sarkastycznym tonem, siadając.

Jessica rozejrzała się i w końcu zrozumiała aluzję. Było jednak za późno, bo zdążył się rozsiąść i zamierzał zacząć odprawę.

Nathan zrobił krótką pauzę, upewniając się, że wszyscy słuchają.

– Przez ostatnie dwa tygodnie działaliśmy w trybie kontrolowanego sporadycznie chaosu. Oczywiście nie mieliśmy w tej kwestii szczególnego wyboru, ale doprowadziło to do problemów z komunikacją między działami oraz w ogólnym łańcuchu dowodzenia. To się musi skończyć.

– Nathan… – zaczęła mówić Jessica. Nathan spojrzał na nią chłodno. – Przepraszam, sir. Chciałam powiedzieć: „kapitanie”. – Spojrzała na Nathana, zanim uznała, że może kontynuować. – Trochę trudno zachować formalny łańcuch dowodzenia, gdy jest nas dwadzieścia troje.

– Być może, ale wkrótce dołączą do nas posiłki z Cori­nair. Jeśli nie damy im dobrego przykładu, jak możemy oczekiwać, że będą wykonywać rozkazy? – Nathan spojrzał na Jessicę, która skinęła głową, przyznając mu rację. Następnie odwrócił się do Tuga. – Skoro mowa o ochotnikach, jak wygląda sytuacja, panie Tugwell?

– Do tej pory zgłosiło się jakieś cztery tysiące osób. I wciąż ich przybywa, zgodnie z tym, co mówi pan Montrose.

– Jacy ludzie się zgłaszają?

– Bardzo różni. Od zwykłych robotników po fizyków.

– Ktoś z doświadczeniem w kosmosie?

– Niewielu – odparł Tug. – Ale proszę pamiętać, kapitanie, że większość młodych ludzi wcielanych do wojsk Ta’Akarów nigdy nie wraca na ojczyste światy. Myślę, że mniej niż dziesięć procent.

– Mówi pan, że dziewięćdziesiąt procent z nich ginie w walce?

– Czy mogę? – przerwał mu podporucznik Willard.

Nathan skinął głową.

– Niektórzy giną, ale większość po prostu trafia gdzie indziej. Gdy mija czas służby, Ta’Akarowie pozwalają wylądować na najbliższej planecie i szukać tam sobie nowego domu, co nie jest łatwe.

– Urocze – mruknęła Jessica.

– Właśnie tak – zgodził się Tug. – Dlatego niewielu na Corinair ma doświadczenie w walce kosmicznej. Jako że większość rejsów okrętów bojowych kończy się w takarańskim układzie gwiezdnym, sporo rekrutów tam pozostaje. Dzięki temu Ta’Akarowie dostają też tanich robotników do prac, których sami nie chcą wykonywać.

– Wśród załogi „Yamaro” wciąż jest ich przynajmniej dwudziestu – mówił dalej podporucznik Willard. – I zapewne więcej ludzi z innych planet, którzy mogą zgodzić się na służbę po waszej stronie w zamian za obietnicę powrotu do domu. Na dodatek mają doświadczenie w walce na pokładzie okrętu kosmicznego.

– Tak, takarańskiego – wtrąciła się Jessica. Wyraźnie nie podobał jej się ten pomysł.

– Właśnie. – Willard zignorował jej zgryźliwy ton. – Walka dla was byłaby ich wyborem. Dla Ta’Akarów nie.

– Wezmę to pod uwagę – powiedział Nathan. Kątem oka zauważył dezaprobatę na twarzy Jessiki, ale zignorował ją. – Pani doktor – zwrócił się do doktor Chen – jak wygląda stan komandor Taylor?

– Nadspodziewanie dobrze – stwierdziła doktor Chen z oczywistym zdumieniem. – Używane przez nich nanity są niesamowite. Zanim skończą, minie jeszcze kilka tygodni, a potem parę kolejnych, zanim opuszczą jej organizm. Według corinairiańskich lekarzy czeka ją co najmniej miesiąc rekonwalescencji. Na Ziemi, gdyby przeżyła, potrzebowałaby rocznej terapii, a i wtedy zapewne nigdy nie odzyskałaby pełnej sprawności ruchowej i umysłowej.

– Czy nadaje się do przeprowadzania rozmów kwalifikacyjnych? – spytał Nathan.

– Jeśli będą miały miejsce blisko szpitala, aby mogła łatwo wrócić do pokoju, gdy się zmęczy. Przez jeszcze kilka tygodni będzie musiała sporo odpoczywać.

– Dobrze. Tug, proszę przesłać listę zgłoszeń do Cameron. Wciąż jest pierwszym oficerem i chcę, aby to ona wybrała załogę.

– Tak jest.

– Jak inni pacjenci, pani doktor?

– Jacy pacjenci? – spytała doktor Chen. – Cori­nairianie zajęli się wszystkimi. Najcięższe przypadki zabrano na powierzchnię, a resztę ich medycy wyle­czyli na miejscu. Tych na planecie czeka dłuższy wypoczynek, ale dwunastu leczonych na pokładzie będzie gotowych do służby w ciągu kilku dni.

– A co z Joshem?

– On też został na okręcie. Znów będzie wszystkich irytował za dzień lub dwa.

– Dobrze to słyszeć. – Nathan zwrócił się do Jalei, kolejnej osoby po tej stronie stołu. – Jalea?

– Na razie zgłosiło się sześciu Karuzari.

– Ilu może ich być na Corinair?

– Nie wiadomo – odparła. – Wiem, że przynajmniej tylu, ilu uciekło podczas ataku na Taroa. Kilkunastu znajdowało się na planecie w czasie ataku „Yamaro”. Jeśli przeżyli, może jeszcze się z nami skontaktują. Sytuacja na Corinair jest wciąż nieco chaotyczna. Jeden z Karuzari zgłosił nam, że słyszał o jeszcze parunastu w układzie Savoy. Najwyraźniej jeden z naszych werbowników trafił tu po drodze do Savoy kilka miesięcy temu. Jeśli trafił na Ancot, jedyny zamieszkany świat w układzie Savoy, mógł tam znaleźć więcej ochotników.

– Rozumiem.

– Kapitanie – znów przerwał mu podporucznik Willard – „Yamaro” miał dotrzeć do układu Savoy w ciągu około czterdziestu standardowych dni. Powinniśmy zebrać tam grupę rekrutów przed powrotem na Takarę.

– A jeśli „Yamaro” nie zjawi się zgodnie z planem? – spytał Nathan.

– Jeśli spóźni się choćby o kilka dni, miejscowy dowódca wojskowy wyśle patrol na poszukiwanie okrętu, jeśli jakiś będzie dostępny, albo przekaże wiadomość o opóźnieniu na stołeczną planetę, gdzie zostaną podjęte działania.

– Ile zajmuje lot między Savoy a Darvano?

– Około trzydziestu waszych dni, jeśli dobrze liczę. Wciąż nie do końca rozumiem ziemskie jednostki – odparł Willard.

– Zatem jeśli w układzie Savoy znajdzie się jakiś okręt, gdy „Yamaro” się spóźni – podsumował Nathan – dotarcie tu zajmie mu miesiąc. O ile będą mieli powód, aby udać się prosto tutaj.

– Owszem. Standardowy patrol przelatywał zwykle dość blisko układu Darvano. Szukanie tutaj byłoby logiczne na wypadek, gdybyśmy mieli problemy i zawinęli tu do portu.

– Więc mamy około siedemdziesięciu dni, zanim kolejny okręt Ta’Akarów zacznie tu węszyć – stwierdził Nathan.

– Bardziej martwiłbym się o drona komunikacyjnego w drodze na Takarę, kapitanie – przypomniał mu podporucznik Willard.

– Jakiego drona? – spytała Jessica.

– Powiedziałem o tym podporucznikowi Mendezowi – odparł Willard. – Był tam również sierżant Weatherly.

– Dlaczego dopiero teraz o tym słyszę? – spytał Nathan, spoglądając z ukosa na Jessicę.

– Przepraszam, kapitanie – powiedziała. – Sierżantem Weatherlym mocno wstrząsnęło to, co się stało. To była dość krwawa walka, a on i Enrique przez ostatnie kilka tygodnie bardzo się zaprzyjaźnili. Nie przesłuchałam go jeszcze.

– To niedopuszczalne, pani podporucznik – stwierdził Nathan. – Proszę kazać sierżantowi wziąć się w garść. Nikt nie może zatrzymywać dla siebie ważnych informacji, zrozumiano?

– Tak, sir.

– Powiedz więcej o tym dronie – powiedział Nathan do podporucznika Willarda.

– Przechwyciliśmy go, lecąc przez układ. Niesie na Takarę informacje o waszej obecności w układzie. Gdy dotrze do dowództwa, wyślą tu grupę bojową.

– I ile jej zajmie dotarcie tutaj? – spytał Nathan. Nie podobał mu się kierunek, w którym zmierza rozmowa.

– To zależy od jej położenia – wyjaśnił Willard. – Przez większość czasu jest w ruchu i jej kurs zna tylko admiralicja. Jeśli znajduje się w pobliżu, może to zająć zaledwie trzydzieści dni. Jeśli jest zbyt daleko, wyślą okręty bezpośrednio z Takary, co zajmie około stu sześćdziesięciu dni.

 

– Pani podporucznik, proszę porządnie przesłuchać tego człowieka zaraz po zakończeniu spotkania. Chcę wiedzieć wszystko to, co on.

– Tak jest, sir.

– Zakładam, że możemy liczyć na pańską współpracę, podporuczniku Willard.

– Oczywiście, panie kapitanie.

– Sir, czy mogę? – odezwała się Jessica.

Pytanie o pozwolenie było do niej niepodobne. Nathan wiedział, że wynika to z jego bardziej oficjalnego zachowania.

– Proszę.

– Bez urazy dla podporucznika Willarda – zaczęła, kiwając uprzejmie głową w jego stronę – ale radziłabym nie ufać informacjom z żadnego źródła bez niezależnej weryfikacji.

– Słuszna uwaga – przyznał Nathan. – Jak bardzo może pan pomóc w tej kwestii, panie Tugwell?

– Trochę. Czas podróży, moc okrętów, standardowe trasy patroli. Wiemy o tych kwestiach od jakiegoś czasu. Niestety, wielu informacji dostarczonych przez podporucznika Willarda nie będziemy obecnie w stanie zweryfikować.

– Proszę zrobić tyle, ile pan może.

– Oczywiście.

– Podporuczniku Kamieniecki – Nathan zwrócił się do Władimira siedzącego po jego prawej stronie – w jakim stanie jest okręt?

– Obawiam się, że niezbyt dobrym. Mamy jeden sprawny reaktor. Pozostałe trzy będą działać w ciągu kilku dni, więc zasilanie nie stanowi problemu. Silniki manewrowe są sprawne, ale nie w pełni. Będziemy latać, ale w żółwim tempie. Mamy też problemy z podtrzymywaniem życia, płytami grawitacyjnymi, a po strzelaninie hangar jest pokiereszowany, nie mówiąc o szkodach, których dokonał ten szalony pilot. Niemal stopił nam grodzie.

– Co jest nie tak z podtrzymywaniem życia?

– Jeszcze nie wiem. Jakieś problemy z wychwytywaniem dwutlenku węgla. Najgorsze jest to, że nie możemy skakać, jako że przynajmniej sześć emiterów jest uszkodzonych lub zniszczonych. Nie mówiąc o wielkiej dziurze w dziobie.

– Ale wszystko jest do naprawienia, tak? – spytał Nathan.

– W większości tak, ale zajmie to trochę czasu. I nie wiem, co z emiterami, chyba brakuje części do budowy nowych. Na Ziemi nie zdążyli zainstalować urządzeń produkcyjnych.

– O jakim czasie mówimy?

– O ile uda mi się znaleźć albo wyprodukować części, może trzy do czterech miesięcy. Jeśli znajdziemy więcej techników. Przy obecnym stanie osobowym może rok lub więcej.

– Kapitanie – przerwał mu podporucznik Willard – mógłby pan skorzystać z fabrykatorów „Yamaro”.

– Słucham? – spytał Nathan. Willard spoglądał na niego, zmieszany. – Jakich fabrykatorów?

– Wszystkie okręty Ta’Akarów zawierają fabrykatory, produkujące części zapasowe w czasie patroli. Zwykle znajdujemy się daleko od linii zaopatrzenia i musimy być samowystarczalni. Jeśli dostarczy im się odpowiednich specyfikacji i surowców, urządzenia są w stanie wyprodukować dowolne części.

– Ile „Yamaro” ma tych maszyn?

– Cztery. Dwie do większych podzespołów i dwie do mniejszych.

– Umie pan je obsługiwać?

– Niestety nie. Oficerem obsługującym fabrykatory był jeden z arystokratów biorących udział w ataku. Zginął w walce. Ale myślę, że Corinairianie szybko je rozgryzą.

– Myślałem, że są mniej zaawansowani technologicznie niż Ta’Akarowie.

– Technologicznie owszem – wyjaśnił Tug – ale nie pod względem wiedzy. Istniały ograniczenia, z jakiej technologii mogą korzystać, ale nie co do tego, co są w stanie wiedzieć czy rozumieć. Jestem pewien, że podporucznik Willard ma rację. Corinairianie powinni z łatwością obsłużyć takarańskie fabrykatory. Mogą nawet zbudować za ich pomocą kolejne, co znacznie zmniejszyłoby czas potrzebny na naprawy. W dodatku konieczne surowce można będzie znaleźć w układzie Darvano, zwłaszcza w pasie asteroid. Dlatego był tak mocno eksploatowany. I dlatego też Ta’Akarowie przejęli kontrolę nad tym układem.

Nathan przez chwilę się zastanowił.

– Podporuczniku Willard, wcześniej powiedział pan, że „Yamaro” przechwycił drona komunikacyjnego z układu Darvano lecącego na Takarę. W jaki sposób?

– Gdy tylko takarański okręt leci przez znany szlak dronów komunikacyjnych, nadaje sygnał powiadamiający wszystkie urządzenia w okolicy, że chce wymienić się wiadomościami. Gdy dron wykryje sygnał, wychodzi z nadświetlnej i zwalnia na tyle, żeby wymiana danych była możliwa. Przekazując wiadomości poprzez drony międzyukładowe, zmniejszamy potrzebę wykorzystania własnych.

– W takim razie możliwe jest powstrzymanie drona przed dotarciem na Takarę.

– W teorii tak.

– Nikt tego jeszcze nie próbował – dodał zaintrygowany Tug.

– Dlaczego nie? – spytał Nathan.

– Drony komunikacyjne to najszybsze obiekty w kos­mosie – wyjaśnił Tugwell. – Przynajmniej zanim wy się zjawiliście.

– Może więc uda nam się go przechwycić. Skoczymy przed niego i nadamy sygnał.

– Najpierw musielibyście skoczyć za niego – wtrąciła Abby. – Nie można zobaczyć obiektu podróżującego z prędkością nadświetlną, gdy leci w twoją stronę, bo nadlatuje przed światłem, przynajmniej aż do ostatniej sekundy. Ale wtedy będzie już za późno. Gdy nas minie, znów będzie lecieć szybciej niż sygnał, by się zatrzymał, i trzeba będzie znów skoczyć do przodu, by ponownie nadać sygnał zatrzymania.

– Ale gdy nas minie, zobaczymy go? – upewnił się Nathan.

– Tak. Jego światło będzie oczywiście przesunięte ku czerwieni, ale go zobaczymy.

– Więc musimy go znaleźć, wyliczyć jego dokładną prędkość i wtedy skoczyć przed niego. Wtedy nadajemy sygnał stopu, aby go zniszczyć. – Nathan spojrzał po wszystkich zgromadzonych, spodziewając się, że będą równie podekscytowani pomysłem jak on. – To może się udać, prawda?

– W teorii tak – przyznała Abby.

– Mówi pan o naprawdę małym i szybkim celu – ostrzegła Jessica. – Wątpię, aby działa elektromagnetyczne były go w stanie dokładnie namierzyć.

– Możemy go spowolnić?

– Gdy dron wyjdzie z nadświetlnej, automatycznie zmniejszy prędkość o jakieś dziesięć procent, aby umożliwić wymianę sygnałów. Gdyby musiał zmniejszyć ją jeszcze bardziej, ponowne przyspieszenie kosztowałoby go zbyt wiele energii i nie byłby w stanie zatrzymać się, gdy dotrze do celu – wyjaśnił Willard.

– Trzeba strzelić prosto w dziób – zasugerowała Abby.

– Co? – spytała Jessica.

– Jeśli strzelimy, kiedy będzie leciał prosto na nas, to w zasadzie nie będzie już ruchomym celem.

– Owszem, będzie – odparła Jessica. – Poruszającym się w naszą stronę z prędkością zbliżoną do prędkości światła!

– Trzeba tylko być gotowym na zejście z drogi, jeśli się nie trafi – stwierdziła Abby.

– Problem w tym, że przy takiej prędkości nie wystarczy nam czasu na wystrzał i zejście mu z drogi – wyjaśnił Nathan. – A celność naszych dział elektromagnetycznych znacząco spada ze wzrostem odległości, więc strzelanie od tyłu też nic nie da. Poza tym nie mamy do nich amunicji. Wystarczy nam na dwusekundową salwę, czyli kilkaset pocisków, i do tego musielibyśmy strzelać na ślepo.

– Możemy użyć mojego myśliwca – zasugerował Tug. – Dysponuje bronią energetyczną, jest zwrotniejszy i szybszy. I może strzelać ciągłą wiązką bez obaw, że skończy się amunicja. To kwestia zajęcia pozycji za dronem, gdy tylko przeleci obok, i otwarcia ognia.

– Będzie pan miał niewiele czasu – ostrzegł podporucznik Willard. – Po pięciu minutach dron automatycznie wróci do prędkości nadświetlnej.

– A zatem – podsumował Nathan – mamy pięć minut na trafienie drona wielkości autobusu z działa laserowego zamontowanego na myśliwcu przechwytującym. – Wzruszył ramionami. – Bułka z masłem, ale pytanie brzmi, czy to warte ryzyka.

– Jakiego? – spytała Jessica. – W końcu dron nie odpowie ogniem.

– Trzy jednostki lecące z prędkościami zbliżonymi do relatywistycznych w niewielkiej odległości – odparł Nathan. – Proszę mi zaufać, będzie ryzyko.

– Dzięki zniszczeniu drona Ta’Akarowie nie dowiedzą się, że coś dziwnego zdarzyło się w układzie Darvano – stwierdził Willard. – Możemy zyskać tygodnie, a nawet miesiące na przygotowanie obrony.

– Będziemy potrzebować pomocy Corinairian – przypomniał Tug.

– Zostawcie to mnie – odparł Nathan. – Kochają mnie tam.

– Jak pan sobie życzy, kapitanie.

– Czy zostały jeszcze jakieś istotne kwestie do omówienia? – Nathan się rozejrzał. – Dobrze więc. Doktor Sorenson, muszę się później z panią spotkać. Mam pytania dotyczące fizyki i teorii względności.

– Jestem do pańskich usług, kapitanie.

– Nash, Kamieniecki, proszę zostać. Podporuczniku Willard, proszę zaczekać na zewnątrz z wartownikami. Podporucznik Nash wkrótce pana przesłucha.

– Oczywiście.

– Pozostałym dziękuję, możecie się rozejść. – Nathan odchylił się w fotelu, patrząc, jak większość zebranych wychodzi. Odezwał się dopiero, gdy zostało ich troje. Czuł się jak dyrektor liceum, który ma ukarać dwoje krnąbrnych nastolatków. Była to zabawna myśl, bo dawniej to on sprawiał kłopoty nauczycielom. Chociaż nie patrzył im prosto w oczy, zauważył, że Jessica i Władimir spoglądają po sobie. Żadne z nich nie wydawało się mieć pojęcia, dlaczego kazano im zostać. Jessica wyglądała spokojnie jak zawsze, pewna, że nie zrobiła nic złego. Stanowiło to jej mocną stronę, ale czasami zmieniało się w słabość i Nathan zastanawiał się, czy jest świadoma tej cechy swojej osobowości.