Świt WolnościTekst

Autor:Ryk Brown
Z serii: The Frontiers Saga #4
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: The Frontiers Saga Episode #4: Freedom’s Dawn

Copyright © 2012 by Ryk Brown

All rights reserved

Warszawa 2020

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana

w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-54-3

ISBN MOBI: 978-83-66375-55-0

1

Komendant Dumar spoglądał przez pancerne okna centrum operacyjnego znajdującego się na drugim piętrze. Słabnące żółte światło zachodzącego słońca przebijało się z trudem przez dym pochodzący z wielu zniszczonych, wciąż płonących obszarów miasta. Większość budynków po drugiej stronie bulwaru została unicestwiona w wyniku bombardowania, które miało miejsce tego dnia. To było naprawdę niewiarygodne, że chociaż tyle pobliskich gmachów zostało zrujnowanych, budynek centrum wyglądał na nieuszkodzony. Był to faktycznie dowód na celność takarańskiej broni.

Nie tylko ten dom uniknął zniszczeń w wyniku ataku okrętu „Yamaro”. Większość konstrukcji wciąż istniała. Niektóre były uszkodzone, a inne w ogóle nietknięte. Gdy Dumar rozejrzał się po okolicy, wyglądało to tak, jakby jakaś ogromna istota przeszła przez dzielnicę, miażdżąc budynki przy każdym nieostrożnym kroku, jaki wykonywała, przemierzając rozległą metropolię.

Jego miasto, Aitkenna, było stolicą Corinair i siedzibą nie tylko globalnego rządu, ale także całego systemu Darvano, do którego należała ta planeta. Komendant Dumar mieszkał w tym miejscu od trzydziestu lat. Poznał tu swoją przyszłą żonę i założył rodzinę. Jego dom leżał zaledwie kilka kilometrów stąd na wschód. Szkoła, w której uczyły się jego dzieci, znajdowała się niedaleko. W rzeczywistości znaczna część jego miasta zniknęła. Życie ludzi na tym świecie już nigdy nie będzie takie samo. Również życie jego rodziny zmieni się raz na zawsze. Chociaż wszystkie te działania przynosiły korzyść imperium, zasmuciło go, że zniszczenia były tak wielkie.

Niestety, pozostawał jednym z nielicznych, którzy przeżyli. Nie pierwszy raz był świadkiem tak całkowitego lekceważenia ludzkiego życia i obawiał się, że podobna sytuacja znów się kiedyś powtórzy. Jego dom nie został zniszczony. To już zostało potwierdzone. Tak jak podejrzewał, nikt z jego najbliższej rodziny nie został ranny w tym ataku.

Wziął głęboki oddech i westchnął, zastanawiając się, ilu jego ludzi może powiedzieć to samo o swoich domach i rodzinach. Wiedział, dlaczego ten budynek i jego dom nie były celem. Centrum operacyjne zarządzające wszystkimi takarańskimi jednostkami przeciwpartyzanckimi, działającymi potajemnie na tym świecie, zostało oznaczone jako „chronione” w systemach kierowania ogniem „Yamaro”. Nadzorując na Corinair wszystkie działania Ta’Akarów skierowane przeciw partyzantom, był ponadto pewien, że jego dom również znalazł się na tej liście. Żałował tylko, że jego ludzie nie mogli skorzystać z podobnego przywileju. Gdyby jednak każdy z domów jego personelu został oszczędzony, połączenie faktów byłoby tylko kwestią czasu i mogłoby doprowadzić do przedwczesnego ujawnienia jego jednostek. Wcześniejsze ostrzeżenia, które otrzymał, ledwo wystarczyły, aby podjąć niezbędne środki zapobiegawcze.

Dla każdego, może z wyjątkiem szczególnie wnikliwego obserwatora, atak wydawałby się losowy. W rzeczywistości zostały jednak zniszczone wcześniej zdefiniowane cele. Dla mieszkańców Corinair stanowiło to bezlitosną karę za akty buntu popełnione przez tych obywateli planety, którzy niewątpliwie byli wyznawcami Zakonu. Przy odrobinie szczęścia powinna być wystarczająca.

Dumar był od dawna dowódcą sił przeciwpartyzanckich stacjonujących na tej planecie oraz na dwóch innych zaludnionych światach systemu Darvano. Przez cały ten czas szkolił ludzi, rekrutował lojalistów spośród ludności cywilnej i manipulował lokalnymi informatorami, aby zapewnić sobie odpowiednie kontakty. Wreszcie nadszedł moment, do którego długo przygotowywał się on i jego podwładni. Chociaż nienawidził tego, co musiał zrobić, wiedział też, że nie ma wyboru. Gdyby nie wykonał zadania, z pewnością zrobiliby to jego ludzie. Poza tym, gdyby dać im wolną rękę, mogliby nie być tak humanitarni jak on – zwłaszcza że na pewno chcieliby się wykazać. On nie musiał. Służył już imperium i swojemu królowi, za co otrzymał znaczne wyróżnienie i był z tego dumny.

Jego król. Te słowa brzmiały fałszywie, niezależnie od tego, czy były wypowiadane na głos, czy w myśli. Caius nie był królem. Królowie byli dostojnymi mężami pełnymi odwagi, honoru, mądrości, a przede wszystkim miłosierdzia. Tych cech Caius nie posiadał ani nie rozumiał. Ten człowiek był tylko formalnym następcą tronu Takary. Prawdziwym królem okazał się natomiast jego ojciec, podobnie jak wcześniej dziad i pradziad. Dzięki ich mądrości powstał dobrowolny sojusz planet całej gromady Pentaura. A przecież na początku była to tylko niewielka liczba walczących ze sobą kolonii, pospiesznie powstałych w następstwie wielkiego zła, które prawie zniszczyło całą ludzkość – a przynajmniej tak mówiły legendy. To dzieło zjednoczenia zostało zrealizowane przed panowaniem Caiusa, który w swojej arogancji przypisał je sobie, aby nakarmić własne ego.

– Komendancie – zameldował się młody porucznik – otrzymaliśmy wiadomości od naszych zespołów z portu kosmicznego.

– Co takiego nam przekazali? – Dowódca odwrócił wzrok od płonących ruin, by spojrzeć na swojego podwładnego.

– Jak podejrzewano, był to sztab dowodzenia „Yamaro”, a także jego kapitan.

Dowódca odwrócił się w stronę dużego ekranu zamontowanego na przeciwległej ścianie. W sali znajdowało się wielu pracowników, którzy zajmowali się swoimi zadaniami, gromadzili informacje, sporządzali oceny, kontaktowali się z informatorami i jednostkami polowymi. Jego zespół, w przeciwieństwie do imperium, któremu służył, był wzorem skuteczności.

Transmisja wideo na żywo z portu kosmicznego pokazywała widok z tłumu. Komendant widział dużą platformę wypełnioną miejscowymi dygnitarzami, z których wielu rozpoznawał. Za nimi, nieco z boku, stało dwunastu członków sztabu dowodzenia „Yamaro”, a także jego kapitan.

– Sir Augustine de Winter – powiedział to w taki sposób, jakby słowa pozostawiały nieprzyjemny posmak w ustach.

– Zna go pan, komendancie?

– Wiem, kim jest – uściślił Dumar. – To kolejny pompatyczny arystokrata takarański o wątpliwych umiejętnościach i męstwie.

Młody porucznik wiedział, że lepiej nie komentować pogardy swojego dowódcy dla tak zwanych „arystokratów” pochodzących z takarańskiego społeczeństwa. Podobnie jak większość prawdziwych wojowników, również on nie miał szacunku dla arystokracji, której przedstawiciele starali się uchodzić za honorowych i szlachetnych dowódców. Takich ludzi jednak w rzeczywistości nie interesował honor ani patriotyzm. O wiele bardziej dbali natomiast o własne interesy. To oni byli jednym z wielu powodów, dla których poprosił o ten przydział. Dzięki temu mógł kiedyś zakończyć swoją długą i zaszczytną służbę wojskową bez konieczności przejmowania się podobnymi głupcami.

– Wygląda na to, że przekazują więźniów władzom Corinair, sir – zakończył porucznik.

– Tak, to się nie spodoba dowództwu. Jestem tego pewien – odpowiedział komendant. – Czy udało się nam nawiązać kontakt z „Yamaro”?

– Nie, sir, nie możemy się z nim połączyć, odkąd kilka godzin temu ogłoszono kapitulację.

– Czy okręt wciąż znajduje się na orbicie?

– Tak jest. Wydaje się jednak, że wszystkie systemy zostały wyłączone, ponieważ nasze skany ujawniły jedynie minimalny poziom zasilania, pozwalający tylko na podtrzymywanie życia. Wciąż jest też przy nim okręt wroga, który, jak się już dowiedzieliśmy, nazywa się „Aurora”.

– A reszta załogi „Yamaro”?

– Uważamy, że nadal jest na pokładzie. Ponad godzinę temu przestaliśmy niestety odbierać dane telemetryczne. Wcześniej czujniki jednak wykazywały, że około dwustu osób zostało zgromadzonych w dwóch głównych ładowniach, a ponad dwadzieścia innych jest przetrzymywanych w areszcie.

Komendant Dumar przyglądał się transmisji wideo w czasie, gdy jeden z nieznajomych, mający na sobie mundur o nieznanym kroju, wszedł na podium, a jego ręka została wysoko wzniesiona przez któregoś z miejscowych dygnitarzy. Ta czynność sprawiła, że zgromadzony tłum zaczął głośno krzyczeć i skandować, jednak komendant nie mógł zrozumieć słów.

– Co oni mówią? – zapytał swojego porucznika.

– Na-Tan. Śpiewają „Na-Tan”. To imię faceta z Legendy Początków – przypomniał dowódcy – tego, który powinien…

– Poruczniku, wiem, kim jest Na-Tan – przerwał komendant. Podobnie jak wszyscy ludzie pod jego dowództwem, był dobrze zorientowany w Legendzie Początków, aby lepiej zrozumieć swoich potencjalnych wrogów.

 

– Oczywiście, sir.

Dowódca wpatrywał się w twarz osoby o imieniu Na-Tan, dobrze widoczną na ekranie podczas zbliżenia kamery.

– Wydaje się, że jest trochę za młody, żeby być już legendą, nie sądzisz?

Porucznik wiercił się niespokojnie, niepewny, co powinien odpowiedzieć.

– Tak myślę, sir.

Porucznik odczekał kilka sekund, po czym nieco się odprężył.

– A inne komórki? Czy też się zgłosiły? – zapytał komendant.

– Wszystkie osiem komórek z naszego kontynentu zgłosiło, że są gotowe do operacji. Wciąż czekamy na wiadomości od innych.

– Dobrze, poruczniku. Chyba więc nadszedł czas, żebyśmy zasłużyli na wypłatę. Wyślij wiadomość do zespołów w porcie kosmicznym. Powiedz, żeby rozpoczęli odpowiednie działania. Następnie wyślij sygnał do wszystkich komórek. Również mają zaczynać.

– Tak jest, sir – odpowiedział porucznik i zasalutował.

Komendant zauważył na ekranie, że młody nieznajomy w mundurze wszedł na podium, jakby chciał za chwilę przemówić. Chociaż ten świat doświadczył już zła, komendant wiedział, że za chwilę sytuacja stanie się jeszcze gorsza.

***

Na dachu Centrum Dowodzenia Przeciwpartyzanckiego stało pięć statków powietrznych typu Kalibri. Pozostawały na biegu jałowym, ich wentylatory kanałowe pracowały cicho nad głowami ludzi, podczas gdy łopaty wirników były ustawione w położeniu neutralnym. Pracownicy szybko wsuwali długie kapsuły pasażerskie do ładowni dwóch z pięciu jednostek, podczas gdy inna grupa techników umieszczała w pozostałych pakiety z bronią.

– Andre, czy naprawdę jesteś na to przygotowany? – Jeden z ośmiu ciężko uzbrojonych i dobrze opancerzonych komandosów stojących przy platformie startowej znajdującej się na dachu drażnił przyjaciela. Szykowali się do wejścia na pokład pozostałych dwóch pojazdów, które nadal były standardowo skonfigurowane i miały otwarte, puste wnęki ładunkowe.

– Przygotowywałem się do tego przez dziesięć długich lat, przyjacielu – odpowiedział Andre i przerzucił broń szturmową przez ramię, by przypiąć ją do uprzęży na piersi.

– Czy myślisz, że po tym, jak się to skończy, będziemy mogli wrócić na Takarę?

– A dlaczego nie? – Andre wzruszył ramionami. – Jeśli wszystko pójdzie dobrze, nie będziemy już potrzebni na tym kawałku skały.

– A jeśli coś się nie uda?

– Wtedy prawdopodobnie będziemy martwi, przyjacielu! – roześmiał się Andre. – Tak czy inaczej, zakończymy pobyt w tym piekielnym miejscu.

– Co? Nie będziesz tęsknić za żoną i dziećmi?

– Masz na myśli moją kłótliwą jędzę i wrzeszczące bachory? – stwierdził Andre z wyraźną pogardą. – Przy odrobinie szczęścia już leżą pogrzebani w gruzach.

– Biedny Andre. Nie każdy dostaje tak atrakcyjną żonę – zażartował jego kumpel, gdy zbliżali się do swojego statku.

– Tutejsze kobiety nie szanują swoich mężczyzn. Nie wiedzą, gdzie ich miejsce.

– To nie Takara, przyjacielu. A te kobiety też nie są z Takary – przypomniał mu mężczyzna, gdy usiadł na podłodze w drzwiach po lewej stronie statku.

– Jestem tego boleśnie świadomy – wykrzyknął Andre, również siadając. – Ty to masz szczęście. Zostałeś przyłapany na zdradzie swojej małpy, więc cię po prostu zostawiła. Miałeś farta.

– To nie było szczęście, przyjacielu – opowiedział mężczyzna, stukając się palcem wskazującym w głowę.

Andre wyciągnął rękę i trzykrotnie uderzył w osłonę kabiny pilota, sygnalizując, że są gotowi.

– Bobby, kiedyś jeszcze będziemy siedzieć nad brzegiem jednego z mórz śródlądowych Takary, popijać koktajle i zabawiać się z prawdziwymi kobietami. A potem przypomnimy sobie to, co było, i będziemy się z tego śmiać.

Andre odchylił się do tyłu na tyle, żeby jego uprząż została zablokowana i przymocowana do maszyny, dzięki czemu mógł bezpiecznie pozostać na miejscu podczas manewrowania w trakcie lotu. Co prawda było to trochę niewygodne i nieco ograniczało ruchy, ale przynajmniej zabezpieczało przed wypadnięciem ze statku powietrznego.

Pojazd prowadzący – ten, który przenosił zasobnik z bronią – wystartował jako pierwszy, a zaraz po nim dwa wyposażone w puste kapsuły pasażerskie.

Andre zobaczył, jak dach centrum dowodzenia ucieka w dół, obraca się w prawo o dziewięćdziesiąt stopni, a następnie przyspiesza w kierunku zachodzącego słońca. W ciągu kilku sekund centrum dowodzenia stało się jednym z wielu budynków – niektórych zrujnowanych, a innych nieuszkodzonych. Szybko przemieszczali się nad zniszczeniami spowodowanymi przez okręt potężnego imperium. Widział ludzi walczących ze sobą. Agentom bez trudu udało się nastawić przeciw sobie nawzajem nadmiernie emocjonalnych mieszkańców Corinair. Wiadomość o znaku, którego świadkami były legiony wyznawców na całym świecie, wykonała za nich dużą część pracy. Lojaliści starli się z wyznawcami jeszcze przed rozpoczęciem bombardowania. Po jego zakończeniu nastroje ludzi bez wątpienia wymkną się spod kontroli przy byle okazji. Wkrótce rząd światowy upadnie, a żołnierze Andre będą mogli wkroczyć i raz na zawsze przejąć kontrolę nad wszystkim. Wreszcie będą mogli zmienić ten świat w lustrzane odbicie samej Takary. Aby to osiągnąć, jego zdaniem wystarczyłoby po prostu przeprowadzić eksterminację ludności.

Patrzył na mieszkańców Corinair biegających na dole jak świnie poszukujące resztek jedzenia. Żałował, że gdy przelatywał nad ich głowami, nie mógł strzelać, żeby trochę poćwiczyć.

***

Skandowanie narastało, gdy coraz więcej osób przyłączało się, by powtarzać okrzyki „Na-Tan, Na-Tan, Na-Tan!”. Nathan ze znużeniem pomachał do tłumu. Nie miał pojęcia, co zrobić.

– Sądzę, że czekają na twoje przemówienie – podpowiedziała mu Jalea, którą ledwo było słychać przez narastający hałas.

Na myśl o zwróceniu się do wiwatujących tłumów Nathan poczuł ciarki na plecach. W tym momencie wróciły do niego wspomnienia wszystkich przemówień politycznych ojca. Był zdumiony, że Dayton Scott potrafił mówić do tłumów tak, jakby rozmawiał z sąsiadem. Teraz Nathan zaczął żałować, iż nie zwracał na to większej uwagi.

– Co mam im, do cholery, powiedzieć? – zwrócił się do Jessiki.

– Czyżby brakowało ci słów? – odparła. – To coś nowego.

– Bądźmy poważni, Jess. Ci ludzie myślą, że jestem bohaterem lub kimś w tym stylu. Co mam powiedzieć tysiącom osób, które są przekonane, że jestem jakąś legendą?

– Powiedz, co chcesz. Recytuj słowa ulubionej piosenki. Czy ma to, do cholery, jakieś znaczenie? Przecież i tak nie mogą cię zrozumieć.

– Dzięki, ależ mi bardzo pomogłaś.

– O rany, Nathanie. Zacznij po prostu improwizować. Jesteś w tym dobry. Pamiętaj tylko, że to, co powiesz, może zmienić bieg historii tej planety. – Jessica uśmiechnęła się do niego figlarnie. – Więc bez przesady.

Nathan posłał jej drwiący uśmiech wdzięczności i odwrócił się twarzą do wiwatujących ludzi. Już miał otworzyć usta, wciąż nie wiedząc, co powiedzieć, gdy w tyle tłumu zauważył jakieś zamieszanie. Dwóch mężczyzn uderzało w twarz ofiarę. Gdy zaczęła upadać, dwaj inni przyszli jej z pomocą. Pierwszy z nich ją chwycił, a drugi zaczął walczyć z napastnikami. Chwilę później do walki dołączyło więcej osób, a wiwaty zaczęły się przeradzać w okrzyki złości.

Lokalni dygnitarze, stojący na podium obok Nathana, również zauważyli zamieszanie, a na ich twarzach pojawiło się zaniepokojenie. Kilku uzbrojonych funkcjonariuszy ochrony spróbowało rozdzielić walczących, ale po chwili oni także zaczęli wymieniać z nimi ciosy.

Nathan usłyszał, że komunikatory ochroniarzy stojących obok niego na podium przekazują doniesienia o problemie.

– Co się dzieje? – zapytał Jaleę.

– Nie jestem pewna – odparła. Była tak samo zdezorientowana jak on.

– Nie podoba mi się to – oznajmiła Jessica i odwróciła się do Enrique, byłego partnera do zadań specjalnych. Obecnie piastowała stanowisko szefa ochrony „Aurory”, a Enrique był jej zastępcą.

– Uważnie obserwuj więźniów – poleciła.

Enrique natychmiast przekazał rozkazy dwóm marines strzegącym więźniów. Popatrzył w ich kierunku i wykonał ledwo zauważalny gest, który oznaczał „bądźcie czujni”.

Rozległ się strzał. Mimo że zauważono niewiele więcej niż świst i błysk jasnego światła, który pojawił się gdzieś pośrodku bójki, to wystarczyło. Jessica rozpoznała dźwięk wystrzału z broni energetycznej.

– Użyli broni!

Tłum spanikował i zaczął się rozpraszać we wszystkich kierunkach. Ci, którzy pozostali, uczestniczyli już w walce. W wyniku napaści lub reakcji tłumu, który próbował uciec przed niebezpieczeństwem, co najmniej kilka osób leżało na ziemi.

Po chwili Enrique, dwaj żołnierze piechoty morskiej i Jessica trzymali broń automatyczną służącą do walki w zwarciu. Wszystkie osoby znajdujące się wcześniej na podium zaczęły uciekać. Większość z nich została bezpiecznie wyprowadzona w kierunku dwóch oczekujących statków transportowych, w których uruchamiano już silniki, przygotowując się do szybkiego odlotu.

Jessica ugięła kolana, była spięta i gotowa do walki. Enrique i dwaj żołnierze przyjęli podobne pozycje. Więźniowie przykucnęli jeszcze bardziej, niektórzy nawet położyli się na ziemi. Zauważyła, że tak zachowali się wszyscy oprócz de Wintera. Wyglądało na to, że akurat on próbuje się rozeznać w sytuacji, jakby szukał jakiejś okazji.

Enrique również to dostrzegł i zanim Jessica zdążyła cokolwiek powiedzieć, wolną ręką docisnął arystokratę do płyty lotniska.

– Tylko spróbuj się ruszyć, dupku!

Wyższy rangą oficer ochrony z Corinair zaczął coś wykrzykiwać do Nathana i jego grupy w swoim ojczystym języku. Nathan rozejrzał się, niepewny, co ochroniarz próbuje im przekazać. Zobaczył pięciu uzbrojonych strażników, którzy podbiegli do więźniów, aby się upewnić, że nie uciekną.

– Co on mówi? – Nathan nie zwrócił się z tym pytaniem do nikogo konkretnego.

– Chce, żebyśmy opuścili podium i wsiedli do jednego z transportowców – wyjaśnił Tug.

– Dokąd mamy lecieć? – Jessica starała się przekrzyczeć tłum. Spojrzała za siebie i zobaczyła uzbrojonych strażników ustawiających się za więźniami, jakby chcieli ich zabrać. – Ej! – wrzasnęła, obracając broń. – Co oni robią?

Dwóch najbliżej stojących ochroniarzy w odpowiedzi na agresywny ruch Jessiki szybko wycelowało w nią lufy. Tug wyciągnął rękę, położył dłoń na jej karabinie i docisnął go w dół, aby się upewnić, że strażnicy nie będą traktować Jessiki jako bezpośredniego zagrożenia.

– Jestem pewien, że po prostu zabierają ich do miejsca, w którym będą bezpieczni – odpowiedział. – Nie są już naszym zmartwieniem.

Jessice wcale się to nie spodobało. Czuła, jakby sprawy wymknęły się jej spod kontroli. Wokół panował chaos. Co najmniej sto osób walczyło w odległości nie większej niż dziesięć metrów, a jedyną rzeczą oddzielającą Ziemian od uczestników zamieszek była słaba barierka. Co gorsza, przynajmniej jedna osoba w tej grupie była uzbrojona.

Dowódca nadal wykrzykiwał do nich w niezrozumiałym języku i wskazywał maszyny transportowe, znajdujące się kilkanaście metrów dalej.

– Chce, żebyśmy wsiedli do transportowca po lewej stronie – przetłumaczył Tug. – Mówi, że to dla naszego własnego bezpieczeństwa.

– Dokąd nas zabierają? – zapytał Nathan, wciąż starając się zrozumieć sytuację.

– Każde inne miejsce jest lepsze niż to tutaj w tej chwili! – stwierdziła Jessica, podniósłszy się sprawnie. Szybko poprowadziła ich w stronę transportowca.

Wiedziała, że najlepiej będzie, jeśli jak najprędzej zejdą z podium. Przekazała pozostałym, żeby szli za nią. Uzbrojeni strażnicy wzmocnili barykadę, tworząc ścianę z funkcjonariuszy między rozjuszonym tłumem a dygnitarzami. Pozostali na miejscu wystarczająco długo, aby Jessica i inne osoby z Aurory również mogły się wydostać. Minutę później wszyscy znaleźli się na rampie wejściowej pierwszej z dwóch maszyn transportowych. Jessica chwyciła za ramię dowódcę odpowiedzialnego za ochronę i pociągnęła go do siebie w taki sposób, by na nią spojrzał.

– Nikt nie wsiądzie do tego transportowca, dopóki się nie dowiemy, dokąd, do diabła, lecimy! – powiedziała mu. Nie obchodziło jej, że tamten nie zrozumie ani słowa. Była całkiem pewna, że jej mowa ciała przekazuje intencje.

W tym momencie wkroczyła Jalea i tonem świadczącym o wiele większym szacunku do oficera przetłumaczyła słowa Jessiki. Dowódca odpowiedział, nie ukrywając irytacji.

– Chcą zabrać wszystkich do lokalnego centrum dowodzenia – wyjaśniła Jalea. – Najwyraźniej nie jest to jedyne miejsce, w którym dochodzi do takich walk.

– Może na razie przerwijmy jednak tę wyprawę i wróćmy na okręt? – zdecydowanym głosem zasugerowała Jessica. Ostatnią rzeczą, na którą miała ochotę, było oddanie się w ręce grupy ludzi, których dopiero co poznali, tym bardziej, że tamci byli uzbrojeni.

 

– Nie możemy jeszcze wrócić – nalegał Nathan. – Dopiero tu dotarliśmy!

– Nie jesteśmy bezpieczni!

– Jess, nie byliśmy bezpieczni już po pierwszym skoku! Dlaczego teraz miałoby być inaczej? Poza tym musimy przynajmniej poszukać pomocy medycznej dla Cameron.

Jessica wiedziała, że Nathan ma rację, chociaż jej się to nie podobało. Jednak szefowa sztabu była również jej przyjaciółką.

– Powinniśmy więc przynajmniej poprosić Tuga, żeby zabrał prom z powrotem na okręt. Mamy tylko jeden i nie możemy sobie pozwolić, żeby w całym tym chaosie został zniszczony.

– Pełna zgoda – odpowiedział Nathan.

– Myślę, że byłoby lepiej, gdybym został z tobą – sprzeciwił się Tug. – Mógłbym pomóc ci lepiej zrozumieć ten świat i jego mieszkańców.

– Z tym również się zgadzam – rzekł Nathan.

– Słuchajcie, ktoś musi stąd odlecieć promem – nalegała Jessica.

– Marcus może pilotować – zasugerowała Jalea.

– Naprawdę? Marcus? – Jessica spojrzała na nią z niedowierzaniem. Chociaż nie miała pojęcia, czy Marcus naprawdę potrafi pilotować prom, podejrzewała, że Jalea zasugerowała to tylko po to, by zapewnić sobie stałą obecność na powierzchni planety. Jessica odniosła wrażenie, że Jalea ma jak zwykle własny plan.

– Prom jest w większości zautomatyzowany – wyjaśnił Tug. – Nawet moja córka mogłaby nim latać.

– No cóż, mam więcej zaufania do twojej córki niż do Marcusa – odpowiedziała Jessica.

– A co z Jaleą? Jest pilotem, prawda? – Jessica chciała sprawdzić reakcję Jalei. Miała rację – wyraz twarzy Jalei świadczył, że ten pomysł jej się nie spodobał.

– Ona też powinna zostać – nalegał Tug. – Posługuje się kilkoma najpopularniejszymi językami tego świata.

– Ty również mówisz w corinairiańskim, prawda? – skomentował Nathan, przypominając sobie, że odkąd pojawili się na powierzchni planety, Tug już kilka razy coś przetłumaczył.

– Tak, ale nie tak dobrze jak Jalea.

Chociaż myśl o umieszczeniu Marcusa za sterami podczas drogi powrotnej na okręt sprawiała, że Jessica dostała dreszczy, jednak decyzja o pozostawieniu Tuga razem z nimi na powierzchni miała sens. Jessica nie wierzyła, że Jalea będzie się starać dokładnie tłumaczyć, a poza tym nie chciała, żeby została sama na pokładzie „Aurory” bez jakiejkolwiek kontroli. Podejrzewała, że Jalea chowa jeszcze jakąś sztuczkę w rękawie, a jeśli tak było, wolała mieć ją na oku.

W przeciwieństwie do niej Tug był zupełnie kimś innym. Niejednokrotnie udowodnił, że jest godny zaufania, zwłaszcza podczas błyskawicznej ucieczki z farmy molo na Przystani. Marcus również zasłużył na zaufanie, a także potwierdził swoją użyteczność w trakcie walki.

Nathan spojrzał na Jessicę.

– I co o tym myślisz? – zapytał, mając nadzieję na jej aprobatę.

– Dobrze – zgodziła się. – Enrique, zabierz swoich żołnierzy z powrotem na prom i powiedz Marcusowi, żeby wrócił z wami. Możecie odebrać nas później, gdy to wszystko się skończy.

– Poważnie? – zapytał, nieprzekonany, że Marcus jest idealnym kandydatem na pilota.

Nie czekał jednak na odpowiedź, ponieważ ją znał.

– Ludzie, ruchy – rozkazał, odwracając się i kierując w stronę wahadłowca.

Dowódca ochrony nadal nalegał, aby jak najszybciej wsiąść do transportowca, i wydawało się, że odetchnął z ulgą, gdy w końcu zaczęli się zbliżać do statku. Nathan przyjrzał mu się z bliska. Maszyna miała około dziesięciu metrów długości, a w najgrubszym miejscu cztery metry szerokości. Była także wyposażona w duże drzwi, które otwierały się tuż za pilotami po obu stronach. Wyglądała niezbyt atrakcyjnie, jak nieco spłaszczony cylinder, który lekko zwężał się i zaokrąglał na każdym z końców. Pojazd stał na czterech parach przysadzistych, ciężkich kół, a jego cztery duże wentylatory kanałowe obracały się z niesamowitą prędkością. Nathan założył, że łopaty wirników musiały pozostawać w neutralnym położeniu, ponieważ nie odczuł żadnych turbulencji, gdy przechodzili pod nimi.

Jednostki pomalowano na czarno, nie miały praktycznie żadnych identyfikatorów oprócz kilku cyfr i liter po bokach. Na kadłubie, pomiędzy oknami kokpitu a głównymi drzwiami, było jednak namalowane coś w rodzaju godła.

Gdy wspinali się po krótkiej rampie, światła na spodzie zaczęły rytmicznie błyskać. Załoga naziemna odsunęła się, aby uniknąć podmuchów. Gdyby ci piloci byli podobni do tych, którzy służyli w ziemskiej flocie, wystartowaliby tak szybko, jak to możliwe – zwłaszcza w podobnych okolicznościach.

Pomimo prędkości, z jaką obracały się wirniki wentylatorów kanałowych, pojazd wydawał się niezwykle cichy. Gdy tylko ostatni pasażer wszedł na pokład, a dowódca załogi wrócił do środka, łagodny warkot wirników uległ jednak drastycznej zmianie i rozległ się na niskiej częstotliwości. Było to spowodowane zmianą kąta nachylenia łopat.

Transportowiec uniósł się szybko, sprawiając, że wszyscy zostali mocno dociśnięci do swoich foteli. Nathan jako pilot niejednokrotnie doświadczał gwałtownych startów, ale tempo, w jakim te maszyny osiągały wysokość, sprawiało, że wydawało się, iż są bardziej rakietami niż statkami powietrznymi.

Nie więcej niż kilka sekund później transportowiec równie szybko przestał się wznosić i gwałtownie skręcił w lewo, by obrać nowy kurs. Nathan wyjrzał przez wciąż otwarte drzwi i zauważył, że dowódca załogi aktywował elementy sterujące włazem. Mała rampa służąca do wsiadania schowała się pod spodem, a duże boczne drzwi zostały zamknięte. Na powierzchni widział tłum oraz funkcjonariuszy ochrony, którzy starali się stłumić to, co teraz wyglądało na co najmniej kilkanaście oddzielnych bitew. Kilka mniejszych statków przemknęło tuż pod nimi i wylądowało obok obszaru ogarniętego zamieszkami. Na powierzchnię lotniska wysypali się uzbrojeni strażnicy.

Nathan dostrzegł liczne słupy dymu unoszące się nad miastem. Mógł tylko sobie wyobrazić zniszczenia spowodowane bombardowaniem tego świata przez „Yamaro”. U podstawy każdej z tych kolumn dymu znajdował się stos gruzów, szalejący ogień lub dymiący krater… I oczywiście ciała.

Hałas znacznie ucichł, gdy drzwi się zatrzasnęły. Dowódca załogi sprawdził je, a następnie usiadł z powrotem na swoim fotelu, skierowanym do tyłu i znajdującym się tuż za pilotem. Przez okna Nathan widział drugi transportowiec lecący po prawej i nieco za nimi. Zauważył, że inni założyli słuchawki, więc poszedł w ich ślady.

– Dokąd lecimy? – zapytał, używając zestawu komunikacyjnego.

– Do jakiegoś centrum dowodzenia – odpowiedziała Jalea, po czym zaczęła rozmawiać z dowódcą załogi w lokalnym dialekcie. – Mówi, że do Centrum Zarządzania Kryzysowego – przekazała po kilku chwilach.

– Powiedz mu, że musimy porozmawiać z ich przywódcami – polecił Nathan.

– Naprawdę? – zapytała Jessica, gdy Jalea przekazała słowa Nathana dowódcy załogi. – „Zabierz mnie do swojego przywódcy”? Czy tego chcesz?

– Mówi, że premier jest najwyższym rangą urzędnikiem państwowym, o którym wiadomo, że przeżył – przetłumaczyła Jalea.

– W takim razie chcemy z nim porozmawiać – przekazał Nathan.

– Jest w innym transportowcu – wyjaśniła Jalea. – Najwyraźniej był to ten mężczyzna, który przedstawiał cię tłumom. Też leci do centrum dowodzenia.

Nathan przewrócił oczami z rezygnacją, a następnie ponownie zwrócił uwagę na widok za oknem. Obok przeleciały cztery maszyny i zajęły pozycje tuż przed statkiem. Były mniejsze i miały tylko po trzy wentylatory. Te małe pojazdy były solidnie uzbrojone w broń energetyczną, umieszczoną w wieżyczce zamocowanej pod dziobem, a także w zasobniki rakietowe wystające z obu stron tuż za kokpitem. Poza uzbrojeniem wydawały się pod względem konstrukcji identyczne z innymi jednostkami, które transportowały funkcjonariuszy ochrony.

– To zapewne musi być eskorta – zauważyła Jessica.

Dla Nathana dziwne było, że w ogóle potrzebowali uzbrojonej eskorty.

***

Gdy grupa zwiadowcza „Aurory” przybyła na Corinair, Marcus zdecydował się pozostać na promie, mimo że pozostali wysiedli. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnął, było stanięcie przed ryczącym tłumem niczym jakiś celebryta, zwłaszcza że nie więcej niż kilka godzin wcześniej zestrzelił jednostkę przechwytującą za pomocą pospiesznie zmontowanej broni umieszczonej z tyłu promu. Z łatwością mógł sobie wyobrazić, że tamten pilot po przymusowej ewakuacji nadal musiał być wściekły.

Patrzył z konsternacją, jak wszystko na zewnątrz zaczyna się sypać. Minęło nie więcej niż kilka minut, a już wydawało się, że cała planeta wymknęła się spod kontroli. Wszędzie, gdzie tylko spojrzał, ludzie walczyli o coś. Sam kiedyś brał udział w bójkach barowych, ale z czasem stwierdził, że są zbyt niebezpieczne. Gdy więc zamieszki nasiliły się, zaczął się zastanawiać, czy ponownie nie zamontować przetestowanej już wcześniej broni – po prostu na wszelki wypadek, gdyby niebezpieczeństwo wzrosło. W obawie, że może to przyciągnąć nadmierną uwagę, zdecydował się jednak nic nie robić. Zamiast tego po prostu wycofał się w głąb statku, gotów zamknąć właz, gdyby pojawiły się kłopoty. Poczuł ulgę, gdy Enrique i dwaj marines stanęli przy tylnej rampie.