Legenda Corinair

Tekst
Autor:Ryk Brown
Z serii: The Frontiers Saga #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: The Frontiers Saga Episode #3: The Legend of Corinair

Copyright © 2012 by Ryk Brown

All rights reserved

Warszawa 2020

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana

w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-42-0

ISBN MOBI: 978-83-66375-43-7

1

Na mostku wciąż panowała napięta atmosfera po bitwie z okrętem wojennym Ta’Akarów, która miała miejsce podczas okrążania niewielkiego księżyca należącego do systemu Przystani. Chociaż obecnie od ostatniej znanej pozycji tego okrętu dzieliło ich dobre trzydzieści minut świetlnych, nadal istniało zagrożenie, że przeciwnik może ustalić ich położenie i wkrótce rozpocząć pościg.

Z tego właśnie powodu Abby co kilka minut aktualizowała założenia skoku awaryjnego. Podczas wydobywania zasobów w pierścieniach stworzyła algorytm, który z łatwością mógł zmieniać parametry translokacji i odpowiednio modyfikować charakterystykę skoku na podstawie kursu i prędkości. Zapewne był on nieco mniej dokładny – nie miała czasu na sprawdzenie wyników – ale ponieważ skoki awaryjne odbywały się na rozległych obszarach, drobne rozbieżności stanowiły niewielkie ryzyko, szczególnie na tak krótkich dystansach. Wolałaby oczywiście być bardziej dokładna w swoich obliczeniach, ale w obecnej sytuacji ważniejsza była szybkość niż precyzja. Jako naukowiec nie była zadowolona z tego rozwiązania – przecież translokacje nadświetlne wymagały dokładnych obliczeń, ale jako żona i matka, która desperacko chciała wrócić do swojej rodziny, zdołała przezwyciężyć niechęć do uproszczeń.

Tug i Jalea wyszli z sali odpraw i mieli właśnie opuścić mostek, gdy za nimi pojawił się Nathan.

– Może chciałbyś zostać i to zobaczyć – powiedział do Tuga. – Abby! – zawołał, przechodząc na tylną część mostka. – Komandor porucznik Taylor twierdzi, że jesteśmy gotowi wykonać skok na bezpieczniejszą pozycję, znajdującą się poza systemem.

– Tak, kapitanie. Chodzi w przybliżeniu o tę samą pozycję, z której pierwotnie wykonaliśmy skok, plus minus kilkaset kilometrów.

– Bardzo dobrze. Przygotuj się do skoku – rozkazał Scott, przepuszczając Jessicę, by zajęła pozycję przy konsoli taktycznej.

– Czy mam wyłączyć ekran widokowy? – zapytała Cameron, siadając za sterem.

Nathan spojrzał na Tuga, który stanął obok niego.

– Poczekaj – odpowiedział Cameron, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.

Kobieta wyglądała na zaskoczoną.

– Kapitanie?

Nathan zignorował ją i zwrócił się do Tuga.

– To jest graficzna prezentacja systemu – wyjaśnił, wskazując główny wyświetlacz na środku konsoli taktycznej. – Oto nasza obecna pozycja, około trzydziestu minut świetlnych od Przystani. Wykonamy skok, który przeniesie nas tutaj.

Nathan przesunął palcem prawie do krawędzi mapy i stuknął nim w ekran, aby wskazać określone miejsce.

– To około dwóch dni świetlnych od Przystani.

Tug spojrzał uważnie na ekran, pojmując bez problemu sens uproszczonej prezentacji.

– Rozumiem. I stanie się to za chwilę? – Na jego twarzy był widoczny wyraźny sceptycyzm.

– Tak, rozumiem cię. Już sześć razy wykonaliśmy skok, a nawet teraz nie mogę w to uwierzyć. – Nathan odwrócił się do Abby, znajdującej się przy konsoli sterowania skokiem po prawej stronie mostka. – Doktor Sorenson, czy moglibyśmy…

– Rozpoczynamy wykonanie skoku – odpowiedziała spokojnie.

– Lepiej byłoby, gdybyś zamknął oczy – poradził Nathan Tugowi.

Tug zignorował jednak jego sugestię, chcąc być świadkiem całego wydarzenia. Wpatrywał się w główny ekran, który zajmował przednią połowę pomieszczenia i rozciągał się ponad fotelami dowódcy i pilota. Zaledwie chwilę po tym, jak fizyk zainicjowała skok, z emiterów rozmieszczonych na całym kadłubie zaczęły się rozprzestrzeniać fale jasnoniebieskiego światła. Wydawało się, że poruszały się one jakby w poprzek kadłuba, a każda z nich próbowała się połączyć z innymi. Gdy fale światła zetknęły się ze sobą, ich blask niezmiernie wzrósł i szybko przekształciły się w oślepiający biały błysk. Chwilę później, po jego ustąpieniu, gwiazdy nieznacznie się przesunęły.

Tug przetarł oczy, ponieważ błysk skoku sprawił, że wciąż miał powidoki. Kilkakrotnie szybko zamrugał. Na ekranie coś się zmieniło. Dla większości ludzi gwiazdy wyświetlane na ekranie widokowym nadal wyglądałyby tak samo, jednakże człowiek, który spędził wśród nich dużo czasu, siedząc w fotelu niewielkiego myśliwca, zauważał nawet najmniejszą zmianę.

Tug mruknął coś w swoim ojczystym języku. Nathan mógł tylko zgadywać, co to znaczy: „O mój Boże” lub „Jasny gwint!”.

Tug spojrzał na wyświetlacz taktyczny, szukając ikony, która oznaczała ich nową pozycję. Stało się tak, jak powiedział Nathan – znajdowali się w odległości dwóch dni świetlnych od Przystani. Tug jeszcze raz spojrzał na gwiazdy widniejące na wyświetlaczu.

– To absolutnie niewiarygodne. Nic dziwnego, że Ta’Akarowie chcą zdobyć pana okręt, kapitanie – zwrócił się do Nathana.

– Dzięki, że mi o tym przypomniałeś – odpowiedział Scott. Słowa wypowiedziane przez Tuga przerwały moment zauroczenia i spowodowały, że Nathan powrócił do rzeczywistości. – Kaylah, jakieś kontakty?

– Żadnych, kapitanie – odpowiedziała podporucznik przy konsoli czujników. – Obszar jest czysty. W rzeczywistości dzięki obrazowaniu bezpośredniemu wydaje się, że jeszcze nie pojawiliśmy się w tym systemie.

– Proszę? – Zdziwienie Nathana nie wynikało stąd, że nie zrozumiał słów Kaylah, ale po prostu nie spodziewał się takiego stwierdzenia.

– Światło musi wędrować dwa dni, żeby tu dotrzeć – wyjaśniła Cameron. – Przyzwyczajenie się do takich zjawisk zajmuje trochę czasu.

– Masz rację – zgodził się Nathan.

Tug rozumiał to aż zbyt dobrze i już analizował różne opcje.

– Kapitanie, czy zdaje sobie pan sprawę z zalet taktycznych, jakie zapewnia ta technologia? Nie tylko mógłby pan w sposób zupełnie zaskakujący pojawić się w miejscu docelowym, ale także uciec, zanim nadeszłaby pomoc. A jakie otwierają się przed nami możliwości rozpoznania…

– Nie popadajmy w samozachwyt – ostrzegł Nathan. – Na razie nie jesteśmy w nic zaangażowani. W tym momencie po prostu testujemy różne możliwości.

– Ale, kapitanie…

– Ten napęd to eksperymentalny prototyp. Jest wiele rzeczy, których jeszcze nie potrafi. I jak dotąd wiemy bardzo niewiele o tym, co faktycznie może. Więc róbmy wszystko po kolei, dobrze?

– Oczywiście, kapitanie. – Tug odzyskał panowanie nad sobą.

– Rozlokuj się ze swoją rodziną w kwaterach. To był ciężki dzień – kontynuował Nathan.

Tug rozejrzał się po mostku, a następnie znów spojrzał na gwiazdy widoczne na ekranie.

– Niesamowite – mruknął, wciąż zdumiony. Skinął głową Nathanowi. – Kapitanie, gdybym był potrzebny, wie pan, gdzie mnie szukać.

– Dziękuję.

Tug wrócił na tył mostka, a następnie wyszedł razem z Jaleą. Nathan patrzył, jak odchodzą, zastanawiając się nad tym, czego Tug był po raz pierwszy świadkiem, a także nad jego reakcją w języku, którego Nathan nie rozumiał. Uzmysłowił sobie, że jeśli w tym rejonie kosmosu zamierzają spędzić znacznie więcej czasu, być może będzie musiał przynajmniej odrobinę poznać jego język.

Cameron wstała z fotela nawigatora i weszła na górny poziom obejmujący tylną połowę mostka.

– Co teraz zrobimy? – zapytała.

– Nadal potrzebujemy bezpiecznego miejsca do przeprowadzenia napraw.

– Najlepiej takiego, które będzie bezpieczniejsze niż Przystań – odpowiedziała Cameron z nutką sarkazmu.

– Przecież mamy molo – zażartował Nathan.

– Tak, i stertę kamieni – odpowiedziała Cameron. – Przypomniało mi to jednak o jednej sprawie: co zrobimy z tymi wszystkimi pracownikami, którzy zostali na pokładzie?

Wyraz twarzy Nathana wyraźnie wskazywał, że nie wziął pod uwagę tego problemu.

– Nie wiem. Chyba powinienem z nimi porozmawiać. Czy możesz ich wszystkich powiadomić i zgromadzić w sali odpraw, powiedzmy za trzydzieści minut? – zwrócił się do Jessiki.

– Jasne – odpowiedziała i odwróciła się, by wyjść.

– Jak myślisz, długo tu pozostaniemy? – zapytała Cameron.

– Prawdopodobnie przez jeden dzień nic się nam nie stanie – przyznał – ale szczerze mówiąc, będę szczęśliwy, jeśli jak najszybciej znajdziemy się w odległości kilku lat świetlnych od Przystani.

***

Nathan i Jessica weszli do głównej sali odpraw, znajdującej się na pokładzie poniżej sekcji dowodzenia. Była wystarczająco duża, aby pomieścić pięćdziesiąt osób w pięciu rzędach, i wydawała się obecnie niemal pusta w porównaniu z tym, co tu się działo prawie miesiąc wcześniej, podczas prowadzania instruktażu zapoznawczego. Teraz gościła tylko garstkę nieznajomych – w rzeczywistości obcych z kosmosu, którzy zostali uwięzieni na pokładzie okrętu i nie mogli wrócić do swoich domów.

 

Josh i Loki siedzieli z tyłu pomieszczenia, stopy oparli na fotelach znajdujących się przed nimi. Ci dwaj piloci roztrzaskanego i niesprawnego kombajnu, wciąż znajdującego się na pokładzie startowym „Aurory”, wydawali się dobrze bawić, pomimo tego, przez co przeszli przez ostatnie kilka godzin. Marcus – siedzący obok nich brygadier zespołu wydobywczego – nie był w tak pogodnym nastroju.

Pozostali trzej mężczyźni i dwie kobiety siedzieli z dala od reszty. Byli oni kontraktowymi pracownikami na podstawie umowy z zespołem wydobywczym, których Tobin zatrudnił podczas ich krótkiego pobytu w systemie Przystani. Okazało się, że nie byli obecnie zainteresowani nawiązywaniem kontaktów z ekipą techniczną pracodawcy. Wszyscy wydawali się po prostu bardzo zmęczeni po przepracowaniu długiej zmiany, nie wspominając już o tym, że widzieli, jak ich koledzy giną z rąk Ta’Akarów, próbujących przejąć okręt. Niektórzy z nich wciąż mieli na sobie krew tych, którzy zginęli podczas rzezi.

Nathan pojawił się na platformie znajdującej się z przodu pomieszczenia. Zdecydował się stanąć przed podium zamiast na nim, nie zawracając sobie głowy systemem nagłośnienia. Osób, do których miał się zwrócić, było tylko kilka, dlatego uznał, że bliższy kontakt będzie odpowiedni. Mimo wszystko zastanawiał się jednak, czy nie byłoby lepiej zorganizować tego spotkania w sali odpraw na pokładzie powyżej, wydawała się bardziej odpowiednia do tego celu.

– Witam wszystkich. Nazywam się Nathan Scott i jestem kapitanem tego okrętu. Przede wszystkim chciałbym przekazać wyrazy współczucia każdemu z was, który w wyniku niedawnych walk stracił rodzinę lub przyjaciół. Chętnie wam pomożemy, nie wahajcie się zadawać pytań.

– Czy może nas pan zabrać do domu? – zapytał jeden z mężczyzn.

– Myślę, że to zależy od tego, gdzie znajduje się ten dom – powiedział Nathan.

– Oczywiście chodzi o Przystań – odparł tamten.

Marcus potrząsnął głową z cierpkim grymasem na ogorzałej twarzy.

– Przystań nie jest niczyim domem. Chyba że ktoś ma problem z głową – zachichotał.

– Myślałem, że większość z was była pracownikami kontraktowymi, zmuszonymi do wykonywania obowiązków wbrew swojej woli.

– To nie jest do końca prawda, kapitanie – wyjaśnił mężczyzna. – Chociaż nie chcieliśmy tam być, zgodnie z prawem byliśmy zobowiązani do spłaty długów wobec wierzycieli.

Nathan wyglądał na zakłopotanego. Nie rozważał wcześniej możliwości, że którykolwiek z pracowników chciałby wrócić na Przystań.

– Możecie nas odwieźć z powrotem, prawda? – kontynuował mężczyzna.

– Cóż, tak, chyba możemy. Po prostu nie mogę zagwarantować panu bezpiecznego powrotu na powierzchnię. – Nathan poczuł, że wszystkie oczy są na niego zwrócone. – Proszę zrozumieć, w okolicy wciąż znajduje się okręt wojenny Ta’Akarów. Tak się nam przynajmniej wydaje. Obrazy, które obecnie widzimy, są sprzed dwóch dni.

– Przepraszam – to było pierwsze słowo Josha, odkąd Nathan wszedł do pomieszczenia i zaczął mówić. Z twarzy innych można było wyczytać, że zadaje to pytanie w imieniu ich wszystkich. – Kapitanie, co ma pan na myśli, mówiąc „sprzed dwóch dni”?

– Cóż, chodzi o to, że jesteśmy teraz oddaleni o dwa dni świetlne od Przystani.

– Co? – zdumiał się Marcus. – To niemożliwe. Nie czułem, żebyśmy użyli nadświetlnej. A nawet gdyby tak było, nie ma mowy, żebyśmy się tak szybko tu pojawili. Do diabła, nie minęła przecież nawet godzina od zakończenia strzelaniny!

– Otóż to! – nagle uświadomił sobie Josh. – A jak, do cholery, uszkodziliście krążownik Ta’Akarów?

Nathan zdał sobie sprawę, że rozmowa zaczyna podążać w niewłaściwym kierunku. Ton Josha i Marcusa, choć prawdopodobnie niezamierzony, był nieco oskarżycielski.

– To trochę skomplikowane – odparł Scott, mając nadzieję, że uniknie konieczności opowiadania o wszystkich szczegółach. Niestety, po wyrazie twarzy zgromadzonych mógł stwierdzić, że nie zamierzają się tak łatwo poddać. Co gorsza, pracownicy, którzy wcześniej nie traktowali przyjaźnie swoich przełożonych, wyglądali teraz, jakby mieli się z nimi zjednoczyć. Nathan spojrzał na Jessicę, licząc na jej wskazówkę, co powinien powiedzieć lub zrobić, aby uspokoić całą grupę.

– Mógłbyś im powiedzieć – oznajmiła. – Wkrótce i tak się dowiedzą.

– A zatem – zaczął Nathan – mamy urządzenie nazwane przez nas „napędem skokowym”, które pozwala dosłownie przeskakiwać do innego miejsca w kosmosie. W pojedynczym skoku możemy przemieścić się maksymalnie o dziesięć lat świetlnych. Gdy tylko Josh i Loki wrócili na pokład, po prostu wykonaliśmy skok. – Nathan spojrzał na ludzi, słuchających go z otwartymi ustami.

Nie wiedząc, co jeszcze powiedzieć lub zrobić, Nathan wykonał dłonią gest symbolizujący okręt skaczący z prawej na lewą.

– Bzdury – rzekł Marcus po chwili ciszy.

Josh zareagował zupełnie inaczej.

– Cholera! – krzyknął.

– Dlaczego tylko dwa dni świetlne? – zapytał Loki.

– Szczerze mówiąc, po prostu staraliśmy się kupić trochę czasu, dopóki nie wymyślimy, co powinniśmy zrobić dalej – przyznał Nathan. Z wyrazu ich twarzy mógł wywnioskować, że nie nadążają za nim. – Zrozumcie, nie jesteśmy stąd.

– Bez żartów – zachichotał Josh.

– A skąd dokładnie jesteście? – Marcus spojrzał podejrzliwie na Nathana.

– Z dość daleka. – Nathan wziął głęboki oddech. – W rzeczywistości jesteśmy z systemu Sol, z planety zwanej Ziemią.

Na twarzach słuchaczy odmalował się szok, może z wyjątkiem Marcusa, który wydawał się nie dowierzać.

– Ziemia? Nawet jeśli istniała, czy nie znajdowała się jakieś sto tysięcy lat świetlnych stąd albo coś koło tego? Powiedział pan, że możecie przeskakiwać tylko o dziesięć lat świetlnych. Czyli co, wykonaliście tysiąc skoków, aby dostać się do Przystani? – Marcus się roześmiał. Cała historia, napęd skokowy i wszystko inne brzmiało dla niego niedorzecznie.

– Jak się tu dostaliśmy, to już inna historia. Taka, której naprawdę nie chciałbyś teraz poznać.

– Kapitanie – przerwał jeden z pracowników – jeśli pan tu przeskoczył, to czy nie można po prostu wrócić do miejsca początkowego i nas wypuścić?

– Nie ma mowy, żebym wrócił na Przystań – oświadczył Marcus. – Możecie mnie podrzucić gdziekolwiek, ale nie na tę skałę.

– Przecież byłeś tam z własnego wyboru – ludzie zaczęli szydzić z Marcusa, najwyraźniej nie bojąc się gniewu, dzięki któremu brygadzista niegdyś utrzymywał ich w ryzach.

– Byłem tam, bo chodziło o pieniądze – odpowiedział Marcus. – Które, nawiasem mówiąc, były całkiem niezłe. Ale jak myślisz, kogo właściciel po dzisiejszym dniu będzie winić za utratę kombajnu i połowy załogi? – Marcus pokręcił głową. – Na pewno nie wrócę. Nie po tym wszystkim. A wy powinniście być na tyle sprytni, żeby zrobić to samo.

– Tak, moglibyśmy wykonać skok i pozwolić wam odejść – zaczął Nathan, decydując się na chwilę zignorować Marcusa. – Ale nie mogę zagwarantować, że Ta’Akarowie pozwolą wam bezpiecznie dotrzeć do celu. Prawdę mówiąc, raczej wątpię.

– Dlaczego pan tak sądzi, kapitanie? – chciał wiedzieć Marcus.

Jessica wstała z fotela znajdującego się przy ścianie, wyczuwając wzrost napięcia. Zrobiła krok do przodu, a język jej ciała przekazał Marcusowi zamiar powstrzymania go, gdyby przesadził. Gdy Nathan miał właśnie odpowiedzieć, Tug i Jalea weszli do sali odpraw.

– To przeze mnie – oznajmił Tug pewnym głosem.

– A kim ty, do diabła, jesteś? – zapytał Marcus, odwracając się, by spojrzeć na Tuga i Jaleę.

– Jestem przywódcą Karuzari.

– Terrorystów?

– Oni nie są terrorystami, Marcusie – wyjaśnił Josh, przewracając oczami. – To bojownicy o wolność.

– Nie obchodzi mnie, dzieciaku, jak ich nazywasz. Wciąż są z nimi kłopoty. I to takie, z którymi nie chciałbym mieć do czynienia. A gdybym był tobą… – Marcus nagle przerwał w połowie zdania, gdy przyszło mu coś do głowy. – Zaczekaj chwilkę – powiedział, wskazując palcem Nathana. – Czy to ten okręt, o którym słyszeliśmy? Ten, który pojawił się znikąd i pomógł im uciec z Kazahooie?

Marcus ponownie rozejrzał się po pokoju, a jego umysł pędził.

– Tak, to by tłumaczyło wszystkie uszkodzenia okrętu, prawda? To by również wyjaśniało, dlaczego ci dranie Ta’Akarowie przybyli na Przystań, aby was odszukać. Cholera. Z drugiej strony, może i tak bezpieczniej byłoby wrócić na Przystań – podsumował brygadzista, drapiąc się po głowie.

– On może mieć rację, kapitanie – rzekł Tug. – Być może dla wszystkich będzie bezpieczniej, jeśli jak najszybciej opuszczą ten okręt.

– Beze mnie – oświadczył Josh. – Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, kapitanie, zostanę tutaj. Myślę, że i tak będzie pan potrzebować kogoś do pilotowania tego promu.

Trącił kumpla łokciem.

– Tak, proszę wziąć pod uwagę również mnie – dodał Loki z pewnym wahaniem.

Ta propozycja zaskoczyła Nathana. Pomysł uzupełnienia załogi o osoby cywilne nie przyszedł mu do głowy. Mimo że nieco niezwykły, nie był pozbawiony sensu. Nathan miał jednak pewność, że jego szefowa sztabu się na to nie zgodzi. Na pewno zacytuje odpowiednie przepisy na poparcie swoich zastrzeżeń.

– Dziękuję – odpowiedział raczej automatycznie, zaskakując nawet samego siebie. – Możliwe, że skorzystam z waszej oferty.

Zaskoczyło to również Jessicę, a wyraz jej twarzy odzwierciedlał narastające w niej wątpliwości.

– Faktycznie – kontynuował Nathan – jeśli któryś z was zechce nam pomóc, chętnie rozważę każdą ofertę.

– Nathanie, co ty, do cholery, wyprawiasz? – mruknęła pod nosem Jessica, która wyobraziła sobie reakcję Cameron.

– Kapitanie – odezwał się jeden z pracowników – obawiam się, że nikt z nas nie mógłby panu zbytnio pomóc w osiągnięciu celów, jakiekolwiek by one były. Być może jednak dałoby się nas zostawić na kolejnym świecie, który pan odwiedzi.

Nathan był nieco zaskoczony.

– Nie chcesz wracać na Przystań?

– Jestem zmuszony zgodzić się z naszym byłym przełożonym. Jeśli rzeczywiście Ta’Akarowie uważają, że współpracuje pan z Karuzari, prawdopodobnie potraktują nas w ten sam sposób jak ich. Zgadzam się, że wątpliwe jest, by pozwolili nam wrócić na Przystań bez przeszkód.

– A co z twoją umową?

– Warunki umów stają się nieważne z powodu naszej śmierci lub niemożności wykonywania obowiązków w całości lub w części z przyczyn niezależnych od nas. – Pracownik wyszczerzył zęby. – Osobiście uważam, że obecną sytuację można interpretować jako przyczynę niezależną od nas – dodał.

– Niech zgadnę: byłeś prawnikiem?

Mężczyzna skinął głową.

– Bardzo dobrze. Jeśli tego właśnie wszyscy sobie życzycie, pozwolimy wam opuścić okręt przy najbliższej okazji.

– Kapitanie, jeśli jest coś, w czym moglibyśmy być użyteczni, z przyjemnością to zrobimy – dodał mężczyzna.

– Jeśli mógłbym coś zasugerować, kapitanie – wtrącił Tug – to mamy dość dużą ilość molo, które należy oczyścić i przygotować, by upewnić się, że będzie zdatne do spożycia. Być może ci dobrzy ludzie mogliby nam pomóc w tym dość pilnym zadaniu.

Podczas zamieszania trwającego przez ostatnie kilka godzin Nathan zupełnie zapomniał, że istnieje również problem związany z brakiem pożywienia. Spojrzał więc na mężczyznę, który przemawiał w imieniu pracowników, czekając na jego odpowiedź na propozycję Tuga.

– Oczywiście, kapitanie. Z chęcią pomożemy.

– Dziękuję. – Scott popatrzył na Marcusa.

– O co chodzi? – zapytał brygadzista.

– A ty?

– Niech pan mnie źle nie zrozumie, kapitanie. Cieszę się, że będę mógł pomóc. Ale praktycznie jedynymi moimi mocnymi stronami są upijanie się, wrzeszczenie i walka. Jeśli potrzebujesz czegoś takiego, jestem do twoich usług. Ale na pewno nie będę bojownikiem o wolność.

– Marcusie, jesteś dość solidnym mechanikiem – zauważył Josh – a ktoś musi nam pomóc przy promach. Do diabła, możesz być szefem mojej załogi.

– I przyjmować od ciebie rozkazy? – Marcus parsknął. – To mało prawdopodobne, dzieciaczku.

Nathan postanowił zakończyć dyskusję. Był zadowolony, że wszyscy doszli do jakiegoś porozumienia.

– Myślę, że powinienem was ostrzec. Samo przebywanie na tym okręcie stanowi pewne ryzyko. Nie szukamy wprawdzie kłopotów, ale jak dotąd kłopoty są wszystkim, co znaleźliśmy.

– Na okręcie z mitycznego świata, wyposażonym w magiczny napęd skokowy i goszczącym przywódcę bojowników o wolność? – zaśmiał się Marcus. – Czyż moglibyśmy mieć jakiekolwiek problemy?

***

– Co ty wyprawiasz? – syknęła Jessica, gdy wyszli z sali odpraw i ruszyli korytarzem.

 

– Mów ciszej – uspokoił ją Nathan.

– Cameron się wścieknie – kontynuowała Jessica.

– Ja tylko wynająłem prom i załogę, która ma nim lecieć. To nie jest tak, że poprosiłem ich wszystkich, by zaciągnęli się do floty czy coś w tym rodzaju.

– Nathan, nie możesz po prostu pozwolić, żeby ci ludzie mieli dostęp do okrętu. Nic o nich nie wiemy. Cholera, nie znamy nawet imion większości z nich.

– Czy powinienem ci przypomnieć, że połowa tych ludzi po prostu narażała dla nas życie?

– Próbowali tylko ocalić własne tyłki.

– Jak rozumiem, Josh i Loki zgłosili się na ochotnika – bronił się Nathan, przechodząc przez właz do następnego korytarza.

– Nastolatkowie w skafandrach kosmicznych? Proszę, daj mi spokój. Po prostu szukali zabawy.

– Bez względu na to wykonali swoją robotę. I mają rację, że będziemy potrzebować tego promu i pilotów. Dobrze o tym wiesz.

Jessica wiedziała, że nie będzie w stanie go przekonać. Nathan był impulsywny i podejmował decyzje w mgnieniu oka. Lubiła to w nim, a nawet podziwiała go pod pewnymi względami. I do tej pory jego styl dowodzenia się sprawdzał. Ale choć podobało jej się jego bezpośrednie podejście, obawiała się, że tym razem może to zajść za daleko.

– W porządku, możesz sobie zatrzymać tę dwójkę na sterydach – zgodziła się. – Ale przynajmniej pozwól mi kontrolować tych ludzi. Mogę ich wszystkich wyposażyć w komunikatory. Dzięki temu będę mogła śledzić każdy ich ruch.

– Co? – Nathan nie był pewien, czy spodobał mu się ten pomysł, ponieważ wydawał się w pewien sposób nieuczciwy.

– Mogę połączyć ich imiona z numerami identyfikacyjnymi określonych komunikatorów i dzięki temu śledzić ich przemieszczanie się po całym okręcie. Da się nawet zaprogramować system, żeby mnie ostrzegał, jeśli któryś pojawi się we wrażliwym obszarze. Oczywiście mogę ich przypisać tylko do kanałów pomocniczych, aby nie narobili kłopotów w kanałach dowodzenia.

– No nie wiem, Jess.

– Daj spokój, Nathanie. Nie mam tylu ludzi, żeby ich upilnować. A z tego, co wiemy, może być wśród nich szpieg Ta’Akarów.

Nathan zatrzymał się na dole rampy prowadzącej na pokład dowodzenia.

– Fakt, nie przyszło mi to do głowy. – Był trochę zawstydzony, że pomimo wszystkiego, co się wydarzyło, nadal nie myślał w takich kategoriach.

– Oczywiście, że nie. Właśnie dlatego mnie zatrudniłeś, pamiętasz?

– Bardzo dobrze. Rozdaj zestawy komunikacyjne – zgodził się i zaczął wchodzić po rampie.

– Zaraz to zrobię.

– Nie, wyślij kogoś innego – sprzeciwił się. – Poproś też, aby zanotowano wszystkie umiejętności każdej z osób na wypadek, gdybyśmy ich potrzebowali.

– W porządku. Ale dlaczego nie ja? – zapytała, idąc za nim.

– Mamy kolejne spotkanie, tym razem z Cameron – wyjaśnił. – Potrzebuję cię tam, żebyś mnie przed nią obroniła.

***

– Myślę, że powinniśmy wezwać doktor Chen – powiedziała Cameron, podążając za Nathanem do sali odpraw. – Powinna cię uznać za niezdolnego do dowodzenia z powodu choroby psychicznej lub jakiejś wady umysłowej.

– Hmm, niezła szydera. Powinienem to przewidzieć – odparł Nathan, kierując się do biurka. Spodziewał się, że Cameron źle zareaguje na pomysł wykorzystania miejscowych do pomocy w przycinaniu molo. Miał jednak nadzieję, że przynajmniej wyrazi sprzeciw w bardziej profesjonalny sposób. Wiedział, że przekonanie jej zajmie trochę czasu.

– Cóż, faktycznie straciłeś rozum.

– Też tak powiedziałam – mruknęła Jessica, opadając na kanapę.

– Jak mogłeś założyć, że uzupełnienie załogi o cywilów, czyli po prostu obcych ludzi, będzie dobrym pomysłem?

– Boże, co się z wami dzieje? – Nathan usiadł na fotelu za biurkiem kapitana. – Poprosiłem ich tylko, żeby pokroili trochę molo, a wy zachowujecie się, jakbym dał im klucze do broni nuklearnej!

– Po prostu jesteś zbyt ufny, Nathanie – stwierdziła Cameron.

– Słuchajcie, wszyscy wiemy, że nie ma sposobu, abyśmy z tak niewielką załogą, jaka nam pozostała, mogli skutecznie obsłużyć okręt. Cam, nie stać nas nawet na jedną pełną zmianę. A poza tym większość załogi w ciągu ostatniego tygodnia spała w sumie mniej niż jedną noc. Do diabła, niedługo w każdym dziale będziemy musieli stosować wachty jednoosobowe, bo inaczej ludzie padną ze zmęczenia.

– Ale ci ludzie nie są w ogóle przeszkoleni…

– Dlatego nie planuję ich wykorzystywać w obszarach krytycznych. Mogę być narwany, ale wbrew powszechnej opinii, która krąży wśród kobiet znajdujących się obecnie w tym pomieszczeniu, nie jestem głupi. – Nathan patrzył nie na Cameron, która stała przed nim, ale starał się nawiązać kontakt wzrokowy z Abby, która przed chwilą przyszła i usiadła obok Jessiki, na przeciwległym końcu kanapy. – Ciebie, Abby, nie miałem na myśli.

– Nathanie… – Cameron próbowała kontynuować spór, ale przerwała, gdy podniósł rękę.

– Decyzja została podjęta, pani komandor porucznik – ostrzegł bardziej oficjalnym tonem.

Cameron, podobnie jak Jessica, była nieco zaskoczona. Nathan zazwyczaj nie zwracał się do ludzi, używając ich szarży, nie mówiąc już o osobach będących teraz w pomieszczeniu. Wzięła głęboki oddech i z trudem przełknęła ślinę, a gdy się opanowała, wypuściła powoli powietrze.

– Czy teraz możemy rozpocząć nasze spotkanie? – zapytał Nathan mniej oficjalnym tonem.

Cameron usiadła na jednym z dwóch foteli naprzeciwko biurka.

– Tak jest.

– Zwołałem was, abyśmy mogli podjąć pewne decyzje – zaczął Scott.

– Kapitanie, nie jestem członkiem waszego personelu – zauważyła Abby.

– Teraz już jesteś – wyjaśnił. – Ponieważ napęd skokowy jest obecnie naszym jedynym środkiem podróży międzygwiezdnej, każda strategiczna decyzja dotyczy również ciebie.

– Ale przecież jestem cywilem.

– I tak zostanie. Nie powołuję cię do służby. Chciałbym tylko, żebyś mogła wyrażać swoje opinie podczas wszelkich dyskusji, które mogą obejmować użycie napędu skokowego.

– W porządku.

– A co z działem medycznym i inżynieryjnym? – zapytała Cameron, wciąż zła na Nathana.

– Doktor Chen ma cały czas pełne ręce roboty i poza poinformowaniem o stanie gotowości swojego oddziału niewiele miałaby do dodania w tej dyskusji.

– A Władimir?

– Będzie tu za chwilę. – Nathan odchylił się na oparcie, biorąc głęboki oddech i próbując się zrelaksować po raz pierwszy, odkąd wrócił na pokład z powierzchni księżyca.

Cameron widziała, że jego zmęczenie staje się coraz większe, ponieważ poziom adrenaliny w organizmie zaczynał spadać.

– Co tam się stało? – zapytała zaskakująco współczującym tonem.

– Wpadliśmy w zasadzkę – wyjaśniła Jessica.

– Gdy Tobin przyjechał po nas, sprowadził ze sobą oddział szturmowy Ta’Akarów – powiedział Nathan.

– Nigdy nie ufałam temu chudemu gnojkowi – dodała Jessica.

– Zaskoczyliby nas zupełnie, gdyby nie Władimir i Jessica.

– Musieli was zaatakować w tym samym czasie, w którym uderzyli na nas – domyśliła się Cameron. – Dostali się na pokład na jednym z promów przewożących towar. Myśleliśmy, że to ludzie wracający z księżyca.

– Tak, to oczywiste, że Tobin był w to wszystko zamieszany – odpowiedział Nathan.

– A co z Jaleą i Tugiem? – zapytała Cameron. – Myślisz, że oni też w tym uczestniczyli?

– Wątpię. Danik zginął podczas ataku, a Tug stracił żonę.

– Boże! – wykrzyknęła Cameron.

– Na szczęście zdążyliśmy unieszkodliwić pozostałą trójkę – pochwaliła się Jessica.

– Naprawdę?

– Tak, powinnaś była to widzieć. Kapitan unieszkodliwił jednego z nich bez mrugnięcia okiem.

Cameron spojrzała na Nathana z niedowierzaniem. Wiedziała, że na powierzchni toczyła się jakaś bitwa, ale do tej pory nie miała pojęcia o jej rozmiarach.

– Zgadza się, byłem tak samo zaskoczony, jak ty teraz – przyznał Nathan.

– Zaskoczony czym? – zapytał Władimir, wchodząc do pokoju.

– Niczym szczególnym – powiedział Nathan, nie bardzo chcąc jeszcze raz przeżywać to wydarzenie. – Usiądź, proszę.

Władimir chwycił fotel, odsunął go od biurka i przesunął w kierunku ściany, aby siedzącym na kanapie Jessice i Abby nie zasłaniać widoku.

– Zanim zaczniemy, chciałbym, abyście wszyscy wiedzieli, jak bardzo doceniam świetną robotę, którą wykonaliście. Chciałbym móc powiedzieć, że już prawie skończyliśmy, ale obawiam się, że dopiero rozpoczynamy. – Nathan spojrzał na twarze obecnych, z których każda wykazywała oznaki stresu i zmęczenia. Nawet Władimir, który zwykle był uśmiechnięty, wyglądał na znokautowanego. A biedna Cameron, która zawsze wyglądała jak idealny żołnierz, obecnie sprawiała wrażenie, jakby spała w mundurze, i to bardzo krótko.

– Gdy kapitan Roberts uczynił mnie dowódcą, jego ostatnim rozkazem był powrót na Ziemię przy użyciu napędu skokowego. W tamtym czasie nie rozumiałem znaczenia jego prośby, ale pojąłem to nieco później. Doktor Sorenson, proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale ta konkretna jednostka jest nie tylko jedynym prototypem, ale w ogóle rezultatem wszystkich badań w odniesieniu do tego projektu, których wyniki są obecnie przechowywane w bazie danych na pokładzie tego okrętu. Nigdzie na Ziemi nie ma żadnych dowodów, które w jakikolwiek sposób ujawniłyby, że ten projekt kiedykolwiek istniał. W rzeczywistości, poza badaczami, którzy zostali zatrudnieni na tym prototypie, tylko garstka ludzi była świadoma jego istnienia. To tylko potwierdza, jak bardzo ważny był ten projekt z punktu widzenia bezpieczeństwa Ziemi.