Pierścienie Przystani

Tekst
Autor:
Z serii: The Frontiers Saga #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Tak jest – potwierdził oficer.

– Pilot, lecimy w kierunku Przystani. Rozpędźmy się najpierw do maksymalnej szybkości, a potem zacznijmy stopniowo zwalniać. Chcę, żebyśmy sprawiali wrażenie jednostki, która właśnie wyszła z nadświetlnej.

– Tak jest, kapitanie. Ostre przyspieszenie do maksymalnej prędkości.

Cameron zaczęła wstukiwać polecenia na konsoli pilota, a tymczasem z głośników dobiegało ostrzeżenie oficera łączności. Amortyzatory inercyjne „Aurory” nadal nie były w pełni sprawne, więc Nathan musiał przytrzymać się konsoli taktycznej, żeby nie upaść, gdy główne silniki szybko osiągnęły maksymalny ciąg. Okręt zaczął gwałtownie przyspieszać, a Nathan z trudem dotarł do fotela dowódcy.

– Kiedy dolecimy do Przystani? – zapytał, siadając.

– Za jakieś sześć godzin.

Z powodu niedoboru kadry Cameron musiała jednocześnie pełnić funkcję pilota i nawigatora oraz oficera wykonawczego. Nathan zaoferował się pomóc jej z nawigacją, ale jeżeli sytuacja tego nie wymagała, Cameron wolała robić to sama. Choć nie sposób odmówić było Nathanowi talentu do pilotażu, jego umiejętności nawigacyjne pozostawiały wiele do życzenia.

Po krótkim okresie przyspieszenia okręt osiągnął maksymalną prędkość.

– Zero siedemdziesiąt pięć c – oznajmiła Cameron. – Wyłączam główne silniki. Rozpoczynam decelerację.

Cameron uruchomiła przednie silniki hamowania. W ciągu najbliższych pięciu godzin miały one zredukować szybkość „Aurory” na tyle, aby okręt pochwyciła studnia grawitacyjna gazowego olbrzyma, wokół którego orbitowała Przystań. Załoga mogła już bez przeszkód chodzić po pokładzie.

– Świetnie. Odwołać ostrzeżenie przed przeciążeniami.

– Wlatujemy do układu, kapitanie – oznajmiła podporucznik Yosef.

– Miejmy nadzieję, że plan zadziała – mruknął pod nosem Nathan.

*

Sekcja medyczna, choć nadal pełna pacjentów, przynajmniej znów była czysta i uporządkowana. Chaos ostatnich dni wreszcie ustąpił ładowi, a doktor Chen i garstka ochotników zdołała wrócić do normalnego trybu pracy. Lekarka trzykrotnie zwiększyła pojemność ambulatorium, zarządzając opróżnienie sąsiednich kabin mieszkalnych i wykorzystanie ich jako sal dla poszkodowanych. Jednak nawet z pomocą wolontariuszy i całego dostępnego sprzętu kontrolowanie stanu zdrowia wszystkich pacjentów pozostawało sporym wyzwaniem. Chen kazała nawet wymontować część biomonitorów z kombinezonów kosmicznych, aby wykorzystać je do opieki nad rannymi.

Pomimo wysiłków młodej medyczki w ciągu ostatnich dwóch dni zmarły trzy osoby. Jednej z nich nie dawano szans, obrażenia były zbyt poważne. Ale pozostali dwaj pacjenci mieli dobre rokowania, a zabiła ich infekcja, której nie dało się powstrzymać z powodu braku lekarstw. Do czegoś takiego nie doszłoby w szpitalu z prawdziwego zdarzenia.

Nathan odwiedzał doktor Chen i jej pacjentów co najmniej raz dziennie, zwykle pod pretekstem wizyty kontrolnej. Ale ona wiedziała, że nie chodzi o ranę w nodze – przychodził sprawdzić, co z załogą. Miała świadomość, że dowódca „Aurory” nadal czuje się winny wszystkich obrażeń, a tym bardziej śmierci tych, których nie udało się wyleczyć. Musiała przyznać, że początkowo sama go obwiniała, ale kiedy rozpowszechniono informacje o wydarzeniach z ostatnich dni, zrozumiała, że zrobił, co tylko mógł w niesamowicie trudnych okolicznościach. Podobnie jak większość załogi, wiedziała, że to nie jego wina. Wiedziała również, że Nathan nie wybaczy sobie jeszcze przez jakiś czas.

Dlatego nie zdziwiła się ani trochę, kiedy znów wkroczył do głównej sali ambulatorium, zatrzymując się przy łóżkach, aby z każdym zamienić kilka słów. Podejrzewała, że jest bardzo zapracowany i nie powinien spędzać tu czasu. Bez wątpienia miał inne, ważniejsze obowiązki. Ale, z drugiej strony, niewykluczone, że potrzebował tych wizyt tak samo jak pacjenci, jeśli nie bardziej.

Nie pierwszy raz widziała takie zachowanie. Na Ziemi spędziła trochę czasu jako wolontariuszka w szpitalu polowym niedaleko granicy obszaru, o który toczyły wojnę dwa skłócone narody. Choć po odkryciu Arki Danych ludzkość osiągnęła globalne zjednoczenie, na planecie pozostało kilka regionów kontrolowanych przez plemiona, które zamieszkiwały je od stuleci. Grupa około pięćdziesięciu żołnierzy została zaatakowana przez wrogów, a dowódca jednostki również spędzał mnóstwo czasu w szpitalnych salach, odwiedzając rannych. Zawsze miał wyraz twarzy podobny do miny Nathana.

Zaczekała, aż kapitan zakończy obchód. Wykorzystała jego wizytę jako pretekst do zrobienia sobie przerwy. Usiadła w pokoiku gospodarczym, po przeciwnej stronie od wejścia, i obserwowała go przez uchylone drzwi. Miała kilka torebek orzechów i suszonych owoców, które przegryzała od czasu do czasu. Od kilku dni nie usiadła do normalnego posiłku i nie tyle sypiała, co ucinała sobie krótkie drzemki.

Pełen obchód zajął Nathanowi prawie pół godziny. Nie wiedziała, czy zaglądał do sąsiednich sal, ale zakładała, że owszem.

– Jak noga? – zapytała, kiedy wszedł do pokoju gospodarczego.

– Praktycznie zdrowa – pochwalił się i podskoczył w ramach eksperymentu. – Już nie utykam, tylko od czasu do czasu czuję pulsujący ból.

– Utrzyma się pewnie jeszcze przez kilka dni. To efekt uboczny serum regenerującego tkankę kostną.

– A pani jak się trzyma?

– Bywało lepiej, ale znajduję czas na przekąski i drzemki. A kiedy w końcu ustabilizujemy stan wszystkich pacjentów, odpocznę dłużej. Do tego czasu jakoś dam radę. – Upiła kilka łyków wody z butelki. – A co słychać na mostku?

– Właśnie o tym chciałem porozmawiać. Lecimy na księżyc zwany Przystanią.

– To wyjaśnia przyspieszenie. Następnym razem moglibyście dać nam więcej czasu na przygotowanie. My tutaj potrzebujemy kilku minut, a nie paru sekund – skarciła go.

Nathan poczuł się winny.

– Przepraszam, nie pomyślałem.

– A po co w ogóle tam lecimy?

– Żeby zdobyć trochę żywności i innych zapasów. Przyszedłem zapytać, czy potrzebujecie czegoś konkretnego.

– Przydałby się drugi lekarz – rzuciła pół żartem, pół serio.

– Z tego, co słyszałem o Przystani, ta opcja raczej odpada.

Doktor Chen wzruszyła ramionami.

– Prawdziwym jedzeniem też nie pogardzimy. Poprosiłabym o leki i tym podobne, ale wolę nie podawać pacjentom substancji niewiadomego pochodzenia.

– Żywność jest na pierwszym miejscu. Kupimy tyle, ile się da.

– Przy okazji proszę zadbać, żeby wszyscy, którzy odwiedzą ten księżyc, poddali się po powrocie badaniom. Nie chcemy sprowadzić na pokład nieznanych chorób.

To była kolejna rzecz, która nie przyszła Nathanowi do głowy. Każda taka sytuacja stanowiła dla niego przypomnienie, jak bardzo nie nadaje się do dowodzenia.

– No tak, zajmę się tym.

*

Choć na pokładzie nie pozostały już żadne zestawy lunchowe, Nathan i Władimir codziennie spotykali się na posiłek. Traktowali to jako pretekst do oderwania się od natłoku zajęć, a Nathan korzystał z okazji, by wypytać o postępy w naprawach bez zmuszania kolegi do sporządzania raportów. Choć Rosjanin był uzdolnionym inżynierem, napisanie choćby kilku zdań szło mu jak krew z nosa. Oczywiście trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, ile miał pracy.

Do tego czasu zostały im tylko orzechy i suszone owoce, a nawet te należało oszczędnie rozdzielać. Jednak Cameron, która okazała się całkiem zaradna jako oficer wykonawczy, odkryła, że kapsuły ratunkowe zaopatrzono w liofilizowane racje żywnościowe. Nie należały one do najsmaczniejszych, ale wystarczyło zalać je gorącą wodą, by uzyskać sycące danie. A ponieważ „Aurora” posiadała co najmniej pięćdziesiąt kapsuł i jedynie szczątkową załogę, to rozwiązanie mogło załatwić im trochę czasu. Nathan nie pozwolił ogołocić wszystkich kapsuł – w końcu kiedyś mogły się przydać – więc użyto kombinezonów kosmicznych, aby dostać się do kapsuł ratunkowych w przedniej, wciąż zdehermetyzowanej części okrętu. Dopóki nie skończą napraw, i tak nikt nie mógł ich użyć.

– Co dzisiaj w menu? – Nathan podniósł pakiet z posiłkiem, który Władimir rzucił na stół. Cokolwiek to było, nie wyglądało zbyt apetycznie.

– Jakieś kluski, podobno z mięsem – powiedział Rosjanin, po czym postawił między nimi niewielkie naczynie z wrzątkiem. Nathan oderwał wieczko pojemnika i wlał do środka trochę wody.

– Wszystko będzie lepsze od orzechów i suszonych owoców – stwierdził z przekonaniem, starannie mieszając.

– Miejmy nadzieję. Na pewno nie będzie smakować gorzej niż tamte batony proteinowe.

– No to jak idą naprawy? – To było pytanie, od którego Nathan zawsze zaczynał, bo odpowiedź z reguły zajmowała większość ich krótkiej przerwy na posiłek.

– Powolutku do przodu. Naprawiamy wszystko, co się da, ale część systemów jest tak poważnie uszkodzona, że trzeba by wyprodukować nowe podzespoły. Mamy w hangarze kilka drukarek komponentów i obrabiarek, ale jeszcze ich nie zainstalowaliśmy. Przynajmniej odzyskaliśmy napęd i silniki manewrowe, a większość dział jest sprawna. Nawet te, które nie zostały wcześ­niej podłączone. To zasługa Danika i Alleta.

– Kogo?

– Dwóch rebelianckich inżynierów – wyjaśnił Władimir. – Jak ich nazywacie, Karuzari? Są bardzo dobrzy. Teraz pracują w torpedowni, może niedługo zadziałają autoładowniki na lewej burcie. Wyrzutnie na prawej są poważnie uszkodzone i przez jakiś czas nie da się z nich korzystać.

– Ech, nie miałem racji – powiedział Nathan, krzywiąc się po pierwszym kęsie dania z torebki. – Owoce i orzechy są lepsze.

– Hej, przynajmniej tu jest mięso – zaprotestował Władimir, zajadając się mieszanką. – Chociaż nie umiem rozpoznać, z czego.

– Więc mówisz, że tamci są dobrzy?

 

– Och tak! Nawet zwiększyli wydajność przesyłu energii do dział. Podnieśli szybkostrzelność o dziesięć procent! Wycisnęliby z nich jeszcze więcej, ale są ważniejsze rzeczy. – Władimir na chwilę przestał napychać usta makaronem. – Wiesz co, nasze systemy wydają im się bardzo proste.

– Cholera, to naprawdę paskudne – stwierdził Nathan. Nie miał pewności, czy da radę dokończyć posiłek.

– Przestań się mazać, jedzenie to jedzenie. Słuchaj, lecicie na powierzchnię Przystani, tak?

– Taki jest plan.

– I co tam będziecie robić?

– Postaramy się o jedzenie i zapasy, a przy okazji zbierzemy informacje. A co?

– Chyba ja też powinienem polecieć.

– Czemu?

– Tobin mówił, że tam kwitnie czarny rynek. Może znajdę jakąś ciekawą technologię? Coś, co by nam się przydało.

– Myślisz, że to możliwe? – Nathan wcześniej na to nie wpadł.

– Warto się rozejrzeć. Przydałoby nam się wiele rzeczy.

– Nie jesteś zbyt zajęty?

– Najważniejsze rzeczy już działają – upierał się Rosjanin – a moi ludzie poradzą sobie beze mnie.

– Aha, no dobrze. Nie widzę przeszkód.

– Chciałbym też zabrać Danika i Alleta. Pomogliby mi namierzyć przydatne technologie. Poza tym to był pomysł Danika.

– Nie jestem pewien, czy możemy wziąć ich obu. Na statku Tobina jest miejsce tylko dla siedmiu pasażerów, a Jessica chce lecieć z obstawą. Ale zgadzam się, że to dobry pomysł. Może uda się zabrać jednego.

– Miałeś rację, Nathan – przyznał Władimir.

– Że warto zabrać jednego z buntowników? To przecież twój pomysł.

– Że te kluski są paskudne.

*

– Sypiasz tutaj? – zapytała Jessica, zauważając poduszki i koc na kanapie gabinetu Nathana. – Przecież masz kabinę.

– Ale za daleko, na pokładzie C. Łatwiej przekimać się tutaj.

– Miałam na myśli kabinę kapitańską, parę kroków stąd.

Nathan z przerażeniem pokręcił głową.

– Nie, za wcześnie na to – zaprotestował.

– Mięczak – mruknęła i opadła na kanapę. Podobnie jak reszta, niewiele spała przez ostatnich kilka dni.

– Dla ciebie komandor Mięczak, podporuczniku.

– Właśnie o tym chciałam porozmawiać. Nie sądzisz, że szef działu bezpieczeństwa powinien mieć stopień co najmniej porucznika?

– Po co? Chcesz być następna w łańcuchu dowodzenia, jeśli zginiemy ja i Cam?

– Gdzie tam! Po prostu chcę podwyżki.

– Zaczekajmy i zobaczmy, jak długo utrzymasz się na stanowisku.

– Co to niby miało znaczyć?!

– O czym rozmawiacie? – zapytała Cameron, która właśnie weszła do gabinetu.

– O niczym. Jak daleko jesteśmy? – odpowiedział Nathan.

– Trzy godziny lotu od Przystani.

– Miałyście okazję zrobić sobie przerwę i coś zjeść? – Nathan odniósł wrażenie, że żadna z kobiet nie opuściła mostka od ich ostatniego spotkania kilka godzin wcześ­niej. – Zjedzcie coś obie. A tego makaronu z mięsem nawet nie ruszajcie, dobrze radzę – dodał, siadając za biurkiem. – Macie jakieś przemyślenia odnośnie do listy zakupów?

– Żywność jest oczywiście na szczycie listy – zaczęła Cameron. – Jeden z techników od systemów podtrzymywania życia zasugerował, żebyśmy oprócz tego poszukali przypraw. Zanim się zaciągnął, pracował jako kucharz. Skoro mamy gotować lokalne jedzenie, warto mieć też tutejsze przyprawy.

– No tak. Doktor Chen wspomniała, że na powierzchni mogą istnieć choroby, na które nasz układ odpornościowy nie jest gotowy. Zaleciła ostrożność i badania kontrolne po powrocie. Więc tak sobie pomyślałem, że trzeba by sprawdzić wszystkie produkty, które zabierzemy na pokład.

– Zgadzam się – powiedziała Cameron.

– Dała mi też listę farmaceutyków, za którymi warto się rozejrzeć – dodał Nathan. – Antybiotyki, leki przeciwbólowe, tego rodzaju podstawowe rzeczy. W ambulatorium mieliśmy standardowe zapasy na czas pokoju, ale rannych jest tylu, że te środki są na wyczerpaniu. Dwóch ludzi umarło z powodu braku antybiotyków.

– Naprawdę myślisz, że znajdziemy coś, co będzie bezpieczne w użyciu? – zastanowiła się Cameron.

– Oni są ludźmi, tak jak my, więc pewnie mają podobne lekarstwa. Zresztą ich technologia jest pod niektórymi względami bardziej zaawansowana, więc może medycynę też mają bardziej rozwiniętą.

– Miejmy nadzieję – mruknęła Jessica.

– No nie wiem – zaoponowała Cameron. – To brzmi ryzykownie.

– Doktor Chen też jest sceptycznie nastawiona. Prawdę mówiąc, musiałem ją przekonać do tego pomysłu. Ale nie wiemy, jak długo będziemy z dala od Ziemi ani kiedy następny raz nadarzy się taka okazja.

– Coś jeszcze? – zapytała Cameron, robiąc notatki na datapadzie.

– Tak. Władimir chce lecieć z nami i poszukać na czarnym rynku przydatnych technologii.

Jessica, która do tej pory niezbyt uważnie przysłuchiwała się rozmowie, zaprotestowała:

– Hej, to chyba nie najlepszy pomysł. Może być niebezpiecznie, tym bardziej że Władimir niezbyt się nadaje na takie akcje. Jest zbyt przyjacielski i gadatliwy, wiesz?

– Chce zabrać rebelianckich inżynierów w roli przewodników. Ma do nich wielkie zaufanie.

– To też mi się niezbyt podoba – ostrzegła Jessica. – Niewiele z nimi rozmawiałam. Jeśli są choć trochę podobni do swojej koleżanki, nie ufam im.

– Może masz rację – przyznał Nathan – ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to dobry pomysł. Dzięki znajomości lokalnej oraz naszej technologii będą nieocenieni. Chyba opłaca się zaryzykować.

– A w ogóle wystarczy dla nich miejsca? – zapytała Cameron.

– No cóż, Tobin mówił, że statek pomieści siedmiu pasażerów. Może darujemy sobie część obstawy?

– Nie ma mowy – powiedziała Jessica. – Wolę zabrać marines niż jakichś podejrzanych buntowników.

Nathana trochę zdziwiła taka opinia o rebeliantach, choć rozumiał punkt widzenia Jessiki. Znała się na takich sprawach, więc wolał słuchać jej rad.

– Dobrze, zatrzymaj swoich dwóch ludzi. Każę Władimirowi zabrać tylko jednego.

W tym momencie rozległ się sygnał komunikatora.

– Kapitanie, tu mostek – odezwał się oficer łączności.

– Słucham.

– Mamy wiadomość z Przystani, sir. Centrum kontroli lotów.

– W porządku, wezwijcie na mostek Jaleę i Tobina. Zaraz przyjdę. – Rozłączył się. – Więc jak, ustalone? – Jessica z rezygnacją wzruszyła ramionami, a Cameron tylko skinęła głową. – Świetnie. Zobaczmy, czego chcą.

Nathan, Cameron i Jessica wkroczyli na mostek. Oficer łączności odtworzył wiadomość przez głośnik.

– „Volander”, tu centrum kontroli lotów, zgłoście się.

Wiadomość powtarzała się z identyczną intonacją, co sugerowało, że jest zapętlonym nagraniem. Nathan już miał odpowiedzieć, gdy na mostek weszli Tobin i Jalea.

– Kapitanie, może lepiej ja z nimi porozmawiam – wtrącił się Tobin.

Nathan spojrzał na Jaleę, która kiwnęła głową, i na Jessicę, która wzruszyła ramionami.

– Dobrze.

Tobin podszedł do stanowiska łączności i zaczekał, aż oficer otworzy kanał.

– Kontrola lotów, tu „Volander”.

– „Volander”, czemu nie odpowiedzieliście od razu? – w głosie kontrolera dało się słyszeć zniecierpliwienie, które niepokoiło stojących tuż obok Nathana i Jessicę.

– Przepraszam, ale w trakcie podróży nasza antena uległa uszkodzeniu.

– „Volander”, proszę podać cel przylotu.

– Chcemy pozyskać surowce z pierścieni i kupić zapasy od tutejszych kupców.

– Przyjąłem. Będziecie potrzebowali lokalnej ekipy?

– Tak, będziemy.

– Rozumiem. Proszę podać swój limit, a my przydzielimy wam miejsce.

– Zaraz go wyślemy. Bez odbioru. – Tobin zwrócił się do kapitana. – To powinno załatwić sprawę.

– Kto to jest „Volander”? – zapytała Jessica.

– Statek, który pierwotnie korzystał z kodu wprowadzonego przeze mnie do transpondera. Zaginął wiele miesięcy temu.

– O jaki limit pytali? – chciał wiedzieć Nathan.

– O maksymalną ilość urobku, jaką zamierzamy wydobyć z pierścieni. Na jej podstawie oblicza się opłatę uiszczaną przy odlocie. Standardowa ilość to kilkaset tysięcy ton.

– To chyba sporo – zauważył Nathan.

– Jeśli podamy za małą liczbę, zrobią się podejrzliwi. A jeśli za dużą, trudno będzie tyle zapłacić – ostrzegł Tobin.

Nathanowi nie podobał się ten układ. Był pewien, że Tobin zarobi na tym więcej, niż chciał przyznać, ale stwierdził, że nie ma sensu poruszać tego tematu, przynajmniej na razie. Spojrzał na Jessicę, która chyba myślała tak samo, sądząc z jej miny.

– Dobrze. Podaj ilość, jaką uznasz za stosowną.

– Przekaż kontroli lotów, że nasz limit wydobycia to trzysta tysięcy ton – rzucił Tobin do oficera łączności, po czym zwrócił się do Nathana. – Wydobycie, przetworzenie i sprzedanie takiej ilości nie powinno potrwać dłużej niż dwa dni.

– Można później zwiększyć ilość, jeśli będzie trzeba?

– Tak, choć to pewnie wzbudziłoby podejrzenia.

– Przysłali wytyczne nawigacyjne, sir – zameldował oficer łączności.

– Proszę je wysłać do stanowiska nawigatora, podporuczniku.

Cameron usiadła przy konsoli, żeby wytyczyć kurs.

– Przydzielili nam gęsty fragment pierścienia, kapitanie, niezbyt daleko księżyca. To chyba niezłe miejsce na kryjówkę.

– Świetnie. Lećmy, Cam. – Nathan odwrócił się w kierunku Tobina. – Więc jak to się odbędzie? Teraz sprowadzisz na pokład robotników?

– Bez obaw, kapitanie. Bardzo mała część statków przylatuje tu z własnym sprzętem i górnikami. Na Przystani jest mnóstwo ekip do wynajęcia. Sprowadzą tu swoje jednostki i robotników. Statek wydobywczy będzie zbierał surowce i wyładowywał je w hangarze, gdzie zostaną posortowane i spakowane. To powszechna praktyka, przylatują tu jednostki z całego kwadrantu. Pierścienie obfitują w cenne metale i lód wodny. To rzadkie i wyjątkowe połączenie, jak wkrótce sami się przekonacie.

Nathan pokiwał głową na znak, że rozumie.

– Wszystko wprowadziłaś do komputera? – zapytał Cameron.

– Kurs wytyczony i gotowy.

– Ja siądę za sterami. Ty idź odpocząć i coś zjeść. Pod moją nieobecność będziesz dowodziła, więc możliwe, że to twoja ostatnia przerwa na długi czas.

– Dobrze. Wezmę prysznic i zjem obiad – powiedziała Cameron i wyszła.

– Niezły pomysł – zgodziła się Jessica. – Chyba zrobię to samo.

– Prawdę mówiąc – wtrącił się Tobin – tam, dokąd lecimy, zbytnia higiena może przyciągać uwagę. Zalecam, aby wszyscy, których zabieram na powierzchnię, powstrzymali się od kąpieli.

– Dobrze wiedzieć – powiedział Nathan.

– Jeśli to już wszystko, pójdę przygotować statek – oznajmił Tobin. Odczekał chwilę, a kiedy nikt nie zaoponował, odwrócił się i wyszedł.

Nathan popatrzył na Jaleę, która milczała przez cały ten czas.

– Twoim zdaniem poszło jak należy?

Z początku zrobiła zdezorientowaną minę, ale zaraz domyśliła się, o co mu chodzi.

– Tak się tutaj załatwia sprawy – zapewniła go. – Dopóki nie będziemy przyciągać uwagi, nie spodziewam się komplikacji.

Nathan pokiwał głową. Jalea podążyła za Tobinem.

– Chciałabym być tak mocno przekonana, że wszystko pójdzie gładko – mruknęła Cameron, kierując się do wyjścia. – Dobra, chodźmy stąd, Jessica. Zjedzmy coś.

– To będzie długi i śmierdzący lot – powiedziała Jessica.

*

– Spróbujmy tych racji, które wyjęli z kapsuł – zaproponowała Jessica, kiedy dogoniła Cameron na korytarzu. Podobnie jak wszyscy, miała dosyć orzechów i suszonych owoców. Zaraz jednak zauważyła, że Cameron ma poważniejszy wyraz twarzy niż zwykle. – Co cię gryzie?

– Martwi mnie wasza wyprawa.

– Niepotrzebnie. Lądujemy, robimy zakupy, zadajemy kilka kluczowych pytań i dupa w troki. Zwykła wycieczka – zapewniła Jessica.

– Nie o ciebie się martwię, tylko o Nathana, albo raczej jego i Jaleę. Nie podoba mi się, że ona ma na niego wpływ. Nie ufam jej.

– Wiadomo, a kto jej ufa?

– Nathan – powiedziała Cameron.

– Wcale nie. A przynajmniej nie w takim stopniu, jak myślisz. On tylko udaje naiwnego, a w rzeczywistości zna się na ludziach.

– No wiem. Ale też często działa bez namysłu. Z tego, co słyszałam, Przystań nie jest miejscem dla impulsywnych osób.

– Bez obaw. Będę go pilnować. – Cameron nie odpowiedziała. – Mówię poważnie, Cam. Od tego jestem, prawda? Nie leci sam. Będzie miał w obstawie dwoje ludzi z operacji specjalnych, marine i byłego żołnierza. – Cameron spojrzała na Jessicę, nie rozumiejąc. – Och, nie wiedziałaś? Władimir przez cztery lata służył w piechocie, zanim wstąpił do akademii. Więc sama widzisz, że nie ma powodu do obaw. W razie kłopotów Przystań nie będzie wiedziała, co ją trafiło!

 

Cameron nie wiedziała, jak bardzo Jessica pali się do pracy w terenie, więc trochę zdziwił ją ten entuzjazm.

– Tylko nie pozwól, żeby szlajał się bez eskorty albo, co gorsza, sam na sam z Jaleą. Nadal jej nie ufam.

– Załatwione. Nie spuszczę kapitana z oczu dwadzieścia cztery na siedem – zażartowała Jessica. – Chwila, w zasadzie to ile godzin ma tutejsza doba?

Cameron zatrzymała się.

– Mówię poważnie, podporuczniku – powiedziała, patrząc Jessice prosto w oczy, poirytowana jej lekceważącym podejściem. – Masz za nim chodzić jak cień. Zrozumiano? – rozkazała.

Przez chwilę obie kobiety w milczeniu mierzyły się wzrokiem, aż wreszcie odezwała się Jessica:

– Możemy już iść?

W kąciku ust Cameron pojawił się cień uśmiechu. Odwróciła się i ruszyła korytarzem w kierunku stołówki.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?