Aurora CV-01

Tekst
Autor:
Z serii: The Frontiers Saga #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Aurora CV-01
Aurora CV-01
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Aurora CV-01
Aurora CV-01
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,95  23,72 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Prawda była taka, że potrzebował zmiany otoczenia, najlepiej drastycznej. Kiedyś służba wojskowa nawet nie przeszłaby mu przez myśl, ale później perspektywa dołączenia do floty, życia w kosmosie i wracania na Ziemię raz na kilka lat wydała się kusząca. Wystarczająco atrakcyjna, aby pewnego wieczoru, lekko podpity, poszedł z kolegami do punktu werbunkowego i zobowiązał się oddać krajowi dziesięć lat życia, nawet jeśli wiązało się to ze spędzeniem kolejnych czterech lat w szkole wojskowej, zanim opuści planetę.

Szkolenie w akademii szybko minęło, a co więcej, okazało się o wiele ciekawsze niż studia. Trening fizycz­ny i bojowy sprawił Nathanowi sporo frajdy. Nigdy nie uważał się za sportowca, ale radził sobie lepiej, niż mógłby przypuszczać. Nigdy też nie widział w sobie „superżołnierza”, a jednak nie odstawał od pozostałych kadetów.

Najwięcej kłopotu sprawiały mu symulacje. Z początku chodziło w nich po prostu o zyskanie wprawy i wtedy potrafił naprawdę zabłysnąć. Jednak kiedy sprawdzano umiejętność podejmowania decyzji, czuł się niepewnie i trochę nie na miejscu jako dowódca. W kilku symulacjach nie zdołał zareagować dostatecznie szybko, żeby uniknąć katastrofalnych skutków.

Mimo wszystko zdał egzaminy z symulacji dowódczych. Jego współlokator często żartował, że przebrnął przez testy tylko dlatego, że nie opuszczało go szczęście. Nathan miał świadomość, że w docinkach kolegi jest trochę prawdy.

Wreszcie ukończył akademię jako nawigator i pilot. Nie mógł się doczekać przydziału na „Niezawodnego”. Był to najstarszy krążownik floty i choć nigdy nie oddał strzału poza ćwiczeniami, odbył kilka lotów patrolowych i był użytkowany od ponad dekady. Przy załodze liczącej ponad trzysta osób Nathan stałby się po prostu kolejnym nazwiskiem na liście, prawdopodobnie jako rezerwowy pilot albo nawigator na najmniej lubianej ze zmian. I nawet by tego chciał.

– Proszę, proszę – za plecami usłyszał głos brata. – Syn marnotrawny, podporucznik Scott, wrócił do domu, żeby znów siać zamęt.

Eli był starszy o dwanaście lat. Nigdy się nie dogadywali.

– Cześć, Eli. – Nathan uważał na słowa, próbując sobie przypomnieć choć jeden raz, kiedy ich spotkanie nie skończyło się źle. – Co ostatnio porabiasz?

Spróbował zwykłej rozmowy o niczym, w nadziei, że samochód przyjedzie, zanim konwersacja przerodzi się w kłótnię.

– Zabawne, że pytasz, Nathanie. Powinienem spędzać czas z żoną i dziećmi, świętując Dzień Założycieli. A zamiast tego prawie godzinę zajęło mi przekupienie fotografa, żeby skasował dość sugestywne zdjęcia ciebie i tej zdziry, którą dziś posuwałeś.

– Dalej pilnujesz wizerunku medialnego taty?

Gdy tylko te słowa opuściły jego usta, Nathan zdał sobie sprawę, że popełnił błąd. Eli zawsze prag­nął iść w ślady ojca. Niestety, w przeciwieństwie do brata nie odziedziczył po nim uroku osobistego, niezbędnego w życiu polityka, przez co najstarszemu synowi senatora pozostawało uganiać się za ojcem i gasić pożary. Dla Eliego była to gorzka pigułka do przełknięcia, a Nathan sądził, że właśnie to stanowiło źródło konfliktu między nimi.

– Przynajmniej nie próbuję go zniszczyć – warknął oskarżycielsko Eli. – Kim ona była?

– Nie twój zasrany interes.

Eli rozzłościł się.

– Po co w ogóle przyjeżdżałeś, Nate?

– Zaprosili mnie.

„Hmm, sarkazm, kolejny kiepski pomysł” – pomyślał.

– Widzę, że nadal lubisz sprawiać kłopoty.

– Lepsze to, niż włazić ojcu w dupę – odpowiedział Nathan rzeczowym tonem. Kłótnia już się zaczęła, więc stwierdził, że nie ma sensu się hamować.

– Myślałem, że w akademii oduczą cię nawyku szkodzenia.

– Zabawne, że ten nawyk ujawnia się tylko w towarzystwie rodziny.

– Więc może zrobisz nam tę przysługę i będziesz trzymał się z daleka? Albo chociaż zachowuj się jak człowiek do dnia wyborów. Zdołasz poświęcić się tak dla rodziny?

Nathan miał ochotę powiedzieć coś więcej. Znacznie więcej. Prawdę mówiąc, miał wielką chęć rąbnąć Eliego w tę jego arogancką gębę. Jednak wszędzie były kamery, a auto, które miało go raz na zawsze zabrać z tego cyrku, właśnie wjechało na długi, kręty podjazd.

Nathan podszedł do brata, przysunął twarz do jego twarzy i posłał mu nieruchome, lodowate spojrzenie, jakiego nauczył się, stojąc na baczność podczas inspekcji w akademii. Zaskoczony Eli przez chwilę nie wiedział, czego się spodziewać. Nigdy nie widział w oczach Nathana takiej surowości.

Tymczasem Nathan uścisnął bratu rękę.

– Pozdrów ode mnie żonę i dzieci.

Puścił dłoń Eliego i objął go w czymś, co dla postronnych wyglądało jak braterski uścisk. Eli z niedowierzaniem zwiesił ręce wzdłuż tułowia, gdy Nathan szepnął mu na ucho:

– Na razie, dupku.

Puścił nadal wstrząśniętego brata i odsunął się, by na odchodnym uśmiechnąć się jeszcze i pomachać do obiektywów. A potem odwrócił się i wsiadł na tylne siedzenie auta, które właśnie zatrzymało się tuż obok.

„Już nigdy nie będę musiał odgrywać tej szopki”.

2

Dręczony lekkim kacem, Nathan zjawił się przed kompleksem lotniska akademii wczesnym rankiem. Wydarzenia z zeszłego wieczoru przypomniały mu jedynie, jak desperacko prag­nął zostawić dawne życie za sobą i zacząć wszystko od nowa. Dziś miał opuścić Ziemię i nie wrócić przez najbliższych kilka lat – idealny początek nowego życia.

Kompleks był tego poranka nadzwyczaj zatłoczony, ponieważ większość absolwentów północnoamerykańskiego kampusu również wyruszała na nowo przydzielone misje. Przedzierając się przez tłum, zobaczył wiele znajomych twarzy i usłyszał wiele pożegnań. Dla wszystkich były to długie cztery lata. Większość przywiązała się do ludzi ze swojego rocznika.

Absolwenci czekali, aż załadują ich do wielkich, metalowych, zaawansowanych technologicznie skrzynek i wystrzelą w kosmos. To była jednocześnie ekscytująca i przerażająca perspektywa. Ci młodzi mężczyźni i kobiety – z każdego środowiska i każdego zakątka Ameryki Północnej – mieli swoje powody, aby zostawić na Ziemi bliskich i dawne życie. Przeszli wyczerpujące szkolenie oraz morderczy trening fizyczny. Po drodze wielu odpadło i wróciło do domu w niełasce.

A przecież podobne sceny rozgrywały się w kampusach Akademii Floty w Europie i Azji. Każda z tych placówek wypuszczała rocznie kilkuset absolwentów, co mimo wszystko stanowiło zaledwie ułamek liczby, jakiej potrzebowała Ziemia, by stworzyć odpowiednie siły obronne. Jungowie kontrolowali zasoby czterech z sześciu światów centralnych oraz wielu pomniejszych kolonii na obrzeżach.

Pomimo ryzyka każdego roku do akademii garnęły się tłumy ochotników. Ci, których nie przyjęto, służyli planecie w inny sposób: jako siły naziemne, wyszkolone do odparcia ataku lądowego, albo jako robotnicy i technicy budujący okręty niezbędne do ochrony Ziemi. Wszystkich łączyło to samo poczucie celu. Pragnęli bronić swojego rozkwitającego świata, który wyłaniał się z trwającej tysiąc lat ciemności i rozpaczy.

Czekając w kolejce do odprawy, Nathan myślał o swoim współlokatorze w akademiku, Luisie. Przez te cztery lata stali się najlepszymi przyjaciółmi, a Nate podejrzewał, że bez jego wsparcia kumpel nigdy nie ukończyłby szkolenia. Luis dostał przydział na „Nieugiętym” jako taktyk i specjalista od uzbrojenia. Z uwagi na to, że start „Nieugiętego” miał odbyć się dopiero za kilka tygodni, przyjaciel postanowił spędzić czas przed odlotem ze swoją rodziną w Ameryce Południowej.

Nathan zazdrościł mu silnej i zżytej rodziny. Luis pochodził ze stosunkowo wyludnionego i zubożałego regionu, który, w przeciwieństwie do gęściej zamieszkanych obszarów, nie czerpał jeszcze pełnymi garściami z wiedzy zawartej w Arce Danych. Gdyby nie wysiłki werbujących, Luis nie wsparłby wciąż rosnącej floty swoimi wyjątkowymi talentami, a Nathana ominęłaby bardzo ważna przyjaźń.

– Następny! – głos wyrwał Nathana z zamyślenia.

– Podporucznik Nathan R. Scott – zameldował oficerowi w punkcie odpraw i podał swój numer identyfikacyjny. – Następny prom ma mnie zabrać na „Niezawodnego”.

Oficer wstukał do komputera informacje, po czym porównał zdjęcie i opis na ekranie z człowiekiem, którego miał przed sobą.

– Przykro mi, podporuczniku, ale w pańskich rozkazach zaszła drobna zmiana – powiedział wreszcie.

– Słucham? – Choć takie rzeczy się zdarzały, Nathan był zaskoczony.

– Termin odlotu jest ten sam, ale na inną jednostkę. – Oficer z uśmiechem popatrzył na Nathana. – Przydzielono pana na „Aurorę”.

– „Aurorę”? Przecież ona nawet nie została wprowadzona do służby.

– Przyspieszono harmonogram testów. Ma wylecieć ze stoczni za tydzień albo dwa. Pewnie dlatego zmieniono panu przydział. Okręt potrzebuje załogi, a następni absolwenci ukończą akademię dopiero za pół roku.

Nathan nie wiedział, co o tym myśleć. Od kilku tygodni uczył się specyfikacji technicznej „Niezawodnego”. Spędził nawet dodatkowe godziny w symulatorze, aby lepiej wyczuć maszynę. Z kolei o „Aurorze” nie wiedział nic, ponieważ większość informacji nadal była zastrzeżona.

Oficer najwyraźniej zauważył zaniepokojenie na jego twarzy, bo szybko dodał:

– Ja bym się cieszył na pańskim miejscu. „Niezawodny” jest stary i powolny, z trudem wyciągnie połowę prędkości światła. A słyszałem, że napęd nadświetlny „Aurory” pozwala rozwinąć szybkość nawet dziesięciu c. Będziecie podróżować szybciej i dalej niż ktokolwiek inny w ciągu ostatniego tysiąclecia!

– Tak jest – odpowiedział oszołomiony Nathan. Bądź co bądź, chciał oddalić się od Ziemi, a w takim razie nie mógł trafić lepiej.

*

Orbitalna Platforma Montażowa była największą strukturą, jaką skonstruowano w kosmosie od czasów zarazy. Umieszczona na wysokiej orbicie platforma umożliwiała budowę lub naprawę dwóch okrętów jednocześnie. Nathan pamiętał, że powstała ponad dekadę temu, krótko po tym, jak Ziemianie dowiedzieli się o przejęciu układów centralnych przez dynastię Jung. Od tego czasu w stoczni zbudowano sześć okrętów wojennych typu Obrońca, rozpoczynając od „Niezawodnego”.

 

Od tamtej pory jednostki te doczekały się kilku usprawnień, w tym lepszego napędu podświetlnego oraz potężnych dział elektromagnetycznych. Wiele osób chciało wyposażyć je w najnowsze napędy nadświetlne, które stworzono na podstawie projektów znalezionych w Arce Danych, jednak ta kwestia budziła ostatnio na Ziemi spore kontrowersje.

W ramach kompromisu powstały dwie nowe jednostki, „Celestia” i „Aurora”. Obie znajdowały się w ostatnich fazach konstrukcji i miały odbyć dziewicze rejsy w ciągu kilku miesięcy. Nowe okręty typu Odkrywca, choć nadal dobrze uzbrojone, zaprojektowano jako jednostki o przeznaczeniu eksploracyjnym i dyplomatycznym, zdolne w razie potrzeby zapewnić wsparcie defensywne. Wierzono, że nowy typ okrętu wyda się Jungom mniejszym zagrożeniem niż starsze jednostki. Z tego powodu rząd Zjednoczonej Republiki Ziemi był bardziej skłonny wyposażyć je w zdolność podróżowania szybciej od światła.

Dotarcie na orbitę platformy zajęło promowi pasażerskiemu kilka godzin. Nathanowi podróż wydała się trudna i nieprzyjemna. Stare promy nie dość, że były powolne, to jeszcze ciasne, słabo oświetlone i z kiepską wentylacją. A siedzący obok podporucznik nadal pachniał wysokoprocentowym alkoholem, jakim raczył się zeszłego wieczoru, świętując Dzień Założycieli. Jedynym zajęciem Nathana było spoglądanie na Ziemię przez niewielki bulaj. A co gorsza, promów nie wyposażono w płyty wytwarzające sztuczną grawitację, gdyż pasażerowie każdorazowo spędzali w nieważkości nie dłużej niż parę godzin. Pomimo licznych ćwiczeń w zero g Nathan nigdy nie przywykł do uczucia dryfowania. Jego żołądek również. Na szczęście obyło się bez użycia torby na wymiociny. Z ulgą powitał znajome uczucie ciążenia, kiedy prom dotknął podłogi hangaru.

Kiedy wkroczył do obszaru zaokrętowania, zobaczył swój nowy dom, „Aurorę”. Była o jedną trzecią mniejsza niż obrońcy. Z tego poziomu widział tylko górną połowę okrętu, ale od razu rzuciła mu się w oczy smuklejsza konstrukcja. Opuścił kolejkę, by stanąć przy jednym z ogromnych okien, skąd miał lepszy widok.

„Aurora” miała długi, zadarty dziób, od którego linia kadłuba wznosiła się łagodną krzywizną, by mniej więcej w połowie długości opaść, a później znów wystrzelić w górę, aby zrobić miejsce dla obszernej sekcji napędu głównego. Nathan zauważył, że nieproporcjonalnie duża sekcja napędowa wygląda tak, jakby wzięto ją z większej jednostki i doklejono do rufy. Wzniesienie za dziobem w pewnym punkcie stawało się płaskie i przypominało łagodny pagórek o spłaszczonym szczycie. Natomiast „zbocze” po rufowej stronie opadało ostro do miejsca, gdzie umieszczono wejście na pokład startowy.

– Zgłaszacie się do służby?

– Hm? – Nathan odwrócił się i zobaczył, że wszyscy przed nim już wsiedli na pokład.

– Zgłaszacie się do służby, podporuczniku? – powtórzył oficer przy biurku.

– Ach! Tak jest. Podporucznik Nathan R. Scott. – Zasalutował.

– Taaak. Jeden z członków naszej świeżo zawłaszczonej załogi. – Oficer sprawdził coś na ekranie, po czym kontynuował: – Świetnie, podporuczniku Scott. Zakwaterowano pana na pokładzie C, kabina sto czternaście. Radzę zostawić torbę i zgłosić się do kwatermistrza na pokładzie E, żeby odebrać swoje przydziałowe rzeczy. Punkt piętnasta odbędzie się spotkanie organizacyjne w głównej sali odpraw na pokładzie B. Jeśli pan się pospieszy, wystarczy czasu, żeby coś zjeść.

– Tak jest. – Natan odruchowo znów zasalutował, ale oficer zamiast tego wyciąg­nął dłoń.

– Witamy na pokładzie, podporuczniku.

– Dziękuję, sir.

Nathan podniósł swoją torbę i wszedł na rampę prowadzącą na pokład. Umieszczono ją w tubie, która rozciągała się od platformy aż do głównego włazu „Aurory”. Górna połowa tuby była przezroczysta, dzięki czemu Nathan mógł obejrzeć okręt, do którego się zbliżał.

Podobnie jak u większości okrętów floty, spodnia część „Aurory” była grafitowa, a górna jasnoszara, prawie biała. Idąc przez skąpo oświetloną rurę, Nathan widział dziesiątki robotników zawieszonych w przestrzeni kosmicznej. Ubrani w jaskrawoczerwone skafandry, wykonywali różne prace montażowe na zewnątrz okrętu. Oprócz nich zobaczył kilka kapsuł roboczych o wyglądzie wielkich trumien z oknami i ramionami. Umieszczone na długich, przegubowych wysięgnikach, poruszały się wokół kadłuba, przenosząc elementy, które później montowali robotnicy.

Kiedy zbliżył się do końca rampy, zobaczył fragment kadłuba otaczający właz wejściowy. Na lewo od włazu napisano nazwę i numer rejestrowy okrętu: UES „AURORA” CV-01. Nathan przystanął ze wzrokiem wbitym w litery. Czuł, że powinien nacieszyć się tą chwilą.

– Trzeba jej dotknąć – ze środka dobiegł czyjś głos.

– Co proszę? – Nathan zajrzał przez właz i zobaczył starszego chorążego o surowym wyrazie twarzy. Mężczyzna nosił mundur bojowy z naszywką operacji specjalnych na ramieniu oraz pas z kaburą.

– Trzeba dotknąć okrętu od zewnątrz, zanim postawi się stopę na pokładzie – wyjaśnił starszy chorąży. – Żeby pamiętać, czym on jest. Wtedy wydaje się prawdziwszy.

Nathan popatrzył na niego jak na wariata.

– Pan sobie żartuje?

– Gdzie tam! Każdy, kto służy na „Aurorze”, musi dotknąć jej od zewnątrz. To przynosi pecha, jeśli się tego nie zrobi. – Starszy chorąży zrobił pauzę, czekając, aż Nathan posłucha jego rady. – No dalej, ona nie gryzie!

Nathan z ociąganiem dotknął kadłuba tuż pod napisem. Nie wierzył w przesądy, ale pomyślał, że co mu szkodzi. Kadłub był gładki i zimny w dotyku, wciąż idealny i nienaruszony. I, co zaskakujące, kiedy go dotknął, „Aurora” faktycznie wydała mu się bardziej rzeczywista, prawie jak żywa.

– Osiem osób na dziesięć! – rzucił ze śmiechem starszy chorąży do urzędnika przy biurku tuż za włazem. – Mam dziś dobrą passę!

Nathan zmarszczył brwi i wkroczył do środka, mijając śluzę.

– Podporucznik Scott – zameldował urzędnikowi. – Proszę o pozwolenie na wejścia na pokład.

– Głowa do góry, podporuczniku. Przynajmniej pan jej tylko dotknął – powiedział z uśmiechem mężczyzna. – Mnie kazał polizać kadłub.

Nathan rozchmurzył się na tę myśl.

– Którędy do C sto czternaście?

– Najpierw korytarzem w lewo, potem trzeba okrążyć hangar, to na samym końcu. Aha, i witamy na pokładzie.

– Dzięki.

*

Nathan podążał korytarzem obiegającym hangar, co jakiś czas przechodząc przez otwarte włazy w grodziach, które dzieliły okręt na sekcje na wypadek nagłej dekompresji. Korytarz sam w sobie nie był szczególnie wąski – pomieściłby trójkę ludzi idących ramię w ramię – a jednak wnętrze sprawiało wrażenie ciasnego, być może z powodu plątaniny przewodów i rur na ścianach oraz suficie.

W środku „Aurora” była równie monochromatyczna, co na zewnątrz. Ciemnoszare podłogi, jasnoszare ściany. Sufity miały odcień pośredni, choć trudno było to dostrzec przez kłębowisko rur. Mijając kolejne sekcje, Nathan sprawdzał oznaczenia nad włazami i na belkach wspornikowych. Plan okrętu był dość prosty, a Nathan bardzo nie chciał się zgubić pierwszego dnia na pokładzie.

Kiedy był już niedaleko, minął wysokiego, muskularnego faceta, który opierał się o ścianę i flirtował z medyczką o bliskowschodniej urodzie. Mężczyzna rzucił Nathanowi przelotne spojrzenie na wypadek, gdyby ten przewyższał go rangą. Zadowolony, że nie musi salutować, kontynuował rozmowę. Tymczasem Nathan po kilku krokach odnalazł właściwą kabinę i wszedł do środka.

Była niewielka. Z trudem mieściły się tu dwie koje ustawione po przeciwnych stronach pomieszczenia oraz dwie szafki wbudowane w ścianę między nimi. Naprzeciwko drzwi, u stóp koi stojącej najdalej od wejścia, znajdowało się niewielkie biurko z komputerem, a nad nim – duży ekran osadzony w ścianie w taki sposób, aby przypominał okno.

Kadłuby wszystkich jednostek ZSO składały się z kilku warstw, które w sumie miały prawie trzy metry grubości, co skutecznie uniemożliwiało montaż okien. Zamiast nich stosowano ekrany, które stanowiły coś w rodzaju wirtualnych bulajów. Potrafiły wyświetlać widok z dowolnej z kilkuset rozmieszczonych na kadłubie kamer. Co więcej, dało się z nich korzystać jak z terminali komputerowych albo telewizorów. Ekran w kajucie ustawiono na widok domyślny, czyli kosmos tuż poza kadłubem. Nathan wiedział, że to tylko przekaz, ale ostrość obrazu idealnie oszukiwała mózg. Na zewnątrz widział otaczającą okręt kratownicę konstrukcyjną oraz obracającą się w dole Ziemię.

Po kilku chwilach podziwiania widoków Nathan odwrócił wzrok, aby obejrzeć koje. Umieszczono nad nimi dodatkowe schowki, a w ścianie obok każdej znajdował się mniejszy ekran. Wyposażono je również w opuszczane dla prywatności rolety. W razie dekompresji całej sekcji kadłuba mogły one zmienić łóżka w hermetycznie zamknięte miniaturowe schrony, w których dało się przeżyć nawet kilka dni.

Kabina była ciasna, spartańska i ewidentnie zaprojektowana tak, aby nic nie walało się po pomieszczeniu podczas gwałtownych manewrów. A jednak projektanci zrobili, co mogli, żeby dało się tu jak najwygodniej wypocząć.

Nathan zauważył czyjąś torbę na koi przy drzwiach, więc rzucił swoje rzeczy na drugą.

– Ty pewnie jesteś moim nowym współlokatorem! – usłyszał za plecami czyjś tubalny głos.

Odwrócił się i zobaczył ciemnowłosego mężczyznę, którego przed chwilą minął w korytarzu. Gość miał gęste, lekko kręcone włosy i stalowobłękitne oczy. Był od Nathana wyższy i wyraźnie silniejszy.

– Na to wygląda. Nathan Scott – przedstawił się i wyciąg­nął rękę.

– Władimir Kamieniecki – powiedział tamten z rosyjskim akcentem, energicznie ściskając Nathanowi dłoń. – Jestem starszym inżynierem. I specjalistą od systemów komputerowych – dodał z dumą.

– Z tego, co widziałem, w najbliższych tygodniach czeka cię sporo pracy.

– Tak, tak. Doskonale. Ten okręt ma mnóstwo ciekawych systemów – powiedział entuzjastycznie Rosjanin. – Jestem jak dziecko w sklepie ze słodyczami, tak?

– No, wyobrażam sobie.

– Tak, tak, to prawda. Wiesz, że okręt ma aż cztery reaktory na antymaterię? A te silniki, och, są niesamowite!

– Naprawdę?

– Tak! Ale jak zacznę o tym gadać, to już nie przestanę – ostrzegł Kamieniecki. – A ty czym się zajmujesz, Nathan?

– Pilotażem i nawigacją.

– Świetnie! Ja go naprawiam, a ty pilotujesz! – Klepnął nowego kolegę w ramię. – Dobry będzie z nas zespół.

– Pewnie tak – zgodził się Nathan, po czym odwrócił się, żeby rozpakować torbę.

– Nie ma na to czasu, przyjacielu. Musimy zgłosić się u kwatermistrza, bo nie jesteśmy odpowiednio ubrani. – Władimir wskazał na naszywki Akademii Floty, które nadal nosili na rękawach.

Nathan, zgodnie z sugestią współlokatora, zostawił torbę na koi.

– Więc prowadź, kumplu.

– Doskonale! – wykrzyknął tamten, wychodząc z ka­biny.

Nathan podążył za nim korytarzem, a tymczasem rozentuzjazmowany Władimir opowiadał o silnikach „Aurory”.

„Będzie ciekawie”.

*

Główną salę odpraw wypełniał gwar. Najnowsi członkowie załogi „Aurory” rozmawiali, czekając, aż zacznie się spotkanie organizacyjne. Pomieszczenie było spore. Kilka rzędów krzeseł mieściło pół setki osób.

– Baczność! – rozkazał oficer pokładowy.

Wszyscy wstali i wyprostowali się ze wzrokiem wbitym przed siebie, a tymczasem do sali wszedł komandor porucznik Montero – oficer wykonawczy oraz zastępca kapitana.

– Spocznij – rozkazał, podszedłszy do pulpitu. – Mo­żecie usiąść.

Komandor porucznik zrobił pauzę, aby wszyscy zdążyli zająć miejsca. Zlustrował twarze zebranych. Był wysokim, szczupłym mężczyzną o surowym obliczu i ciemnych oczach. Po drodze Władimir powiedział Nathanowi, że Montero słynie z pedantyzmu i przed odprawą pewnie przeczytał kartoteki wszystkich podwładnych.

– Dzień dobry. Jestem komandor porucznik Montero, wasz oficer wykonawczy, i chciałbym powitać wszystkich na pokładzie. „Aurora” jest pierwszym we flocie okrętem typu Odkrywca, co oznacza, że posiada wiele ukrytych usterek, z którymi będzie trzeba się uporać. Jest też jednak najnowocześniejszym projektem opartym na najbardziej zaawansowanych koncepcjach i technologiach, jakie do tej pory odkryliśmy w Arce Danych.

 

Komandor porucznik wziął do ręki pilota i przygasił światła. Na ekranie za jego plecami zamiast logotypu „Aurory” wyświetlił się jej trójwymiarowy model. Kiedy Montero mówił, zmieniały się schematy i ilustracje ukazujące plan okrętu.

– Jak zapewne wszyscy wiecie, jednostki typu Odkrywca zaprojektowano z myślą o zupełnie nowym profilu misji. W przeciwieństwie do swoich poprzedników, których zadaniem było bronić określonego obszaru i prowadzić wymianę ognia, „Aurora” powstała, aby się poruszać. Jest niezwykle szybka i zwrotna. Umie mocno uderzyć, a potem błyskawicznie się wycofać. Jej projektanci podkreślają, że potrafi uciec od kłopotów szybciej, niż się w nie wplątać. Na pierwszy rzut oka to jednostka do zadań eksploracyjno-dyplomatycznych, jednak w rzeczywistości stanowi platformę taktyczną zdolną pełnić niemal każdą rolę na polu walki. Co więcej, będzie pierwszym we flocie okrętem wyposażonym w napęd nadświetlny.

Aż do tej pory pogłoski o nadświetlnych szybkościach okrętów klasy Odkrywca pozostawały niepotwierdzone. Po sali rozeszła się fala szeptów. Dowódca spodziewał się tej reakcji i pozwolił jej wybrzmieć.

– „Aurora” to przede wszystkim lotniskowiec – podjął po chwili – a więc cały projekt podporządkowany jest pokładowi startowemu. Podczas tej odprawy nie zamierzam wnikać w specyfikację techniczną, bo nie wątpię, że w najbliższych tygodniach wszyscy spędzicie mnóstwo czasu, zapoznając się ze szczegółami.

Zapaliły się światła, a naścienny wyświetlacz znów pokazał jedynie logotyp „Aurory”. Komandor porucznik Montero ponownie rozejrzał się po twarzach, oceniając reakcję podwładnych.

– W normalnych warunkach dziewiczy rejs okrętu odbyłby się dopiero za parę miesięcy. Przecież według starego harmonogramu dopiero za kilka tygodni mieliśmy zacząć zbierać załogę. Jednak Dowództwo Floty w swojej nieskończonej mądrości postanowiło przyspieszyć datę startu o dobre dwa miesiące. Czemu? Nie wiem, więc nawet nie pytajcie. Wiem za to, że mamy dwa miesiące roboty do wykonania w dwa tygodnie. A jakby tego było mało, trzeba was w tym czasie jeszcze przeszkolić, żebyście nie rozbili tego cacka podczas pierwszej rundy wokół Układu Słonecznego… A teraz oddaję głos komandorowi podporucznikowi Kaguchiemu, który odczyta wasze przydziały.

Komandor podporucznik Kaguchi, dobijający czterdziestki przysadzisty Japończyk, stanął przy pulpicie i zaczął wyczytywać zebranych. Władimir przyglądał się każdej wywołanej osobie, tak jakby chciał skojarzyć nazwisko z twarzą. Nathan tylko siedział i czekał na swoją kolej.

– Władimir Kamieniecki!

– Tak jest! – zgłosił się Rosjanin.

– Dział inżynieryjny, główny napęd i zasilanie. Proszę zgłosić się do komandora podporucznika Patela.

– Tego chciałeś, co nie? – zapytał szeptem Nathan.

– Tak – odparł Władimir nieoczekiwanie spokojnie.

– Więc chyba jesteś zadowolony? – Nathan był skonsternowany faktem, że jego nowy współlokator nie okazuje emocji.

– Oczywiście.

– A nie wyglądasz.

– Uwierz, w środku jestem bardzo szczęśliwy. W siódmym niebie. – Władimir uśmiechnął się krótko i mrug­nął do Nathana.

– Jessica Nash!

– Tak jest!

– Operacje specjalne i wywiad. Proszę zgłosić się do starszego chorążego Johansena.

Nathan odwrócił się, bo głos kobiety wydał mu się znajomy. Z początku nie mógł odszukać jej twarzy, lecz gdy już miał się poddać, zasłaniający ją podporucznik odchylił się w krześle i odsłonił tę samą brunetkę, którą Nathan spotkał zeszłego wieczoru na przyjęciu. Oczywiście tym razem nie miała na sobie obcisłej sukni wieczorowej, tylko jak wszyscy inni mundur z naszywką „Aurory”.

– O cholera – szepnął Nathan i zgarbił się, żeby go nie zobaczyła.

– Coś nie tak?

– Znam ją.

Władimir popatrzył na podporucznik Nash.

– Znasz tę kobietę? Bardzo piękna. Musisz mnie przedstawić.

Władimir wyprostował się i uniósł dłoń, tak jakby zamierzał do niej pomachać.

– Co ty wyprawiasz? – zaprotestował Nathan, ciąg­nąc go za rękę. – Odbiło ci? Zobaczy nas!

– Mówiłeś, że ją znasz.

– To nie znaczy, że ją znam w sensie „znam”. Rzecz w tym, że ją… no… znam.

– Nathan, błagam, mów z sensem.

– No bo wiesz, spotkałem ją zeszłej nocy na imprezie. Wypiliśmy trochę…

– Ach tak, w takim razie ją znasz! – powiedział Władimir. – No to koniecznie musisz mnie przedstawić.

Nathan zerknął za siebie, żeby sprawdzić, czy ich nie zauważyła. W końcu okręt był duży, więc istniała możliwość, że przy odrobinie szczęścia…

– Nathan Scott!

– Tak jest! – odpowiedział odruchowo.

– Pilotaż i nawigacja! Zgłosić się do kapitana „Aurory”, komandora Robertsa.

Nathan zgarbił się i ostrożnie zerknął w kierunku Jessiki – w samą porę, by dostrzec na jej ustach figlarny uśmieszek.

– To jakieś żarty – wymamrotał.

– Chyba cię nie doceniałem, przyjacielu – szepnął Władimir, klepiąc Nathana po plecach.

– Cameron Taylor!

– Tak jest! – odezwała się kobieta siedząca parę miejsc dalej.

– Pilotaż i nawigacja! Proszę zgłosić się do komandora Robertsa.

Wychylił się zza Władimira, aby się jej przyjrzeć. Była średniego wzrostu, miała brązowe włosy do ramion i ostre rysy. Sprawiała wrażenie zdyscyplinowanej i konkretnej osoby. Choć nie zauważył, by oderwała wzrok od pulpitu, Nathan był pewien, że go widziała. Kiedy znów na nią popatrzył, rzuciła w jego kierunku ukradkowe spojrzenie, oceniając konkurenta.

Kiedy komandor podporucznik skończył odczytywać przydziały, odszedł od pulpitu, aby komandor porucznik Montero mógł dokończyć odprawę.

– Najbliższe dwa tygodnie będą ciężkie. Oprócz przyspieszonego szkolenia będziecie pomagać w przygotowaniu okrętu do lotu. A po ukończeniu szkolenia niektórzy z was awansują na liderów zespołu. Później będziecie jeszcze odpowiedzialni za wyszkolenie następnej grupy absolwentów, którzy opuszczą mury akademii za pół roku. Do tego czasu okręt będzie obsadzony minimalną załogą złożoną ze stu osób zamiast standardowych trzystu, więc przedłużone zmiany nie skończą się po szkoleniu.

Montero zrobił pauzę, wyszedł zza pulpitu i oparł się o niego, aby kolejne zdania nie zabrzmiały tak formalnie.

– Kapitan i ja zdajemy sobie sprawę, że będziemy wiele od was wymagać przez najbliższe sześć miesięcy. Ale przecież jesteście absolwentami Akademii Floty, co oznacza, że należycie do elity. Tylko najlepsi dostają się do akademii, a tylko najlepsi z rocznika otrzymują przydział na jednostkę pokroju „Aurory”.

Ostatnie zdanie dało Nathanowi do myślenia. W akademii poradził sobie nieźle i ukończył ją z trzydziestym drugim wynikiem w grupie pięciuset osób, ale doskonale wiedział, że nie zaliczał się do „najlepszych z rocznika” – tym bardziej biorąc pod uwagę problemy z symulacjami dowódczymi. Osobiście uważał, że nawet przydział funkcji rezerwowego nawigatora nocnej zmiany na „Niezawodnym” byłby w jego przypadku uśmiechem losu. A teraz nagle pojawiała się szansa, by został głównym pilotem najnowszego i najszybszego okrętu w całej flocie. Nie tylko nie czuł, że na to zasługuje, ale wręcz nie był pewien, czy chce takiej odpowiedzialności.

Zaczął podejrzewać, że za tą nagłą zmianą przydziału stoi ojciec. Ale czemu? Co miał nadzieję osiągnąć? Zmusić syna do zaakceptowania odpowiedzialności, o czym prawił mu kazania przez całe życie? A może chciał postawić przed nim niemożliwe zadanie, aby nieunikniona porażka skłoniła go do porzucenia życia w kosmosie i osiedlenia się na Ziemi? To z pewnością uszczęśliwiłoby matkę. Nagle Nathan nie był już taki pewien, czy wypalił jego plan rozpoczęcia wszystkiego od nowa.

Montero wrócił za pulpit i kontynuował:

– Aż do odwołania na okręcie obowiązują godziny służby od ósmej do dwudziestej drugiej. Nie będzie dni wolnych przed lotem próbnym, który odbędzie się za dwa tygodnie. Załoga ma zgłosić się do dowódców odpowiednich działów w celu rozpoczęcia szkolenia. Możecie odejść!

Montero i Kaguchi opuścili salę. Władimir z podekscytowaniem zwrócił się do Nathana.