Odbiorę ci wszystko

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Odbiorę ci wszystko
Odbiorę ci wszystko
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Odbiorę ci wszystko
Audio
Odbiorę ci wszystko
Audiobook
Czyta Andrzej Ferenc
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wszystko jest bliskie, wszystko oddalone.

Wszystko człowiekowi jest wypożyczone.

Wszystko do mnie należy i wszystko będzie mi zabrane,

wkrótce wszystkie rzeczy będą postradane.

Drzewa i chmury, i grunt, po którym stąpam.

Pär Lagerkvist,

Najpiękniej jest o zmierzchu (fragment)

PROLOG – CLARA

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1988

– Samochód uderzył w lustro wody z ogromnym impetem. Byłam zdziwiona, gdy po otwarciu oczu stwierdziłam, że nadal żyjemy. Nigdy nie leciałam samolotem, ale wydaje mi się, że tak właśnie musi wyglądać katastrofa lotnicza. Sekundę czy dwie po uderzeniu w wodę wszystko ucichło, a ja pomyślałam, że nic nam się nie stanie, będziemy się unosić na powierzchni zupełnie jak w łodzi, aż ktoś w końcu przyjdzie i nas uratuje. Ale potem woda zaczęła się wlewać do środka przez te otwory od wentylacji i w ogóle ze wszystkich stron i pojęłam, że nikt nie zdąży nas ocalić.

Ojej, przepraszam, powinnam była zacząć od początku... Czyli tak: była środa, zachorowała nasza nauczycielka od robót ręcznych i puścili nas wcześniej do domu. Mogłam wrócić do taty, bo to u niego mieszkam. Ale Magne, mój ojczym, powiedział mi jakiś czas temu, że może byśmy któregoś dnia pojechali razem do szpitala i odwiedzili mamę. Operowali ją niedawno na jakieś tam takie kobiece sprawy. Świetnie się składa, bo mam akurat wolne, pomyślałam wtedy. I poszłam do gospodarstwa, w którym mieszkają mama i Magne.

Ojczym ucieszył się na mój widok. Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy szutrową drogą biegnącą przy ich gospodarstwie. Wyjechaliśmy na szosę i skręciliśmy w stronę szpitala. Gdy zbliżaliśmy się do Storagjelet, zza chmur wyszło słońce, promienie były bardzo ostre i nas oślepiły.

Trochę trudno mi to sobie przypomnieć, bo wszystko stało się tak szybko.

Ale pamiętam, że w jednej sekundzie wjeżdżaliśmy w zakręt, a już w następnej wypadliśmy z trasy. Musieliśmy jechać za szybko i za blisko skraju szosy. Zdążyłam właściwie tylko krzyknąć, a potem uderzyliśmy w wodę. Magne odpiął mój pas i zawołał, że mam opuścić okno i uciekać tamtędy. Myślałam, że zrobi to samo, ale gdy się odwróciłam, on nadal siedział na fotelu kierowcy, tkwił tam po prostu, wyprostowany i tak jakby zesztywniały, nie mam pojęcia dlaczego. Wydostałam się z auta i spróbowałam otworzyć drzwi od swojej strony, ale nie dało rady, były jak zamknięte na klucz. Opłynęłam więc auto dookoła, chwilę to trwało. Samochód zaczął tonąć, szarpałam z całych sił drzwi od strony Magnego, ale i one były zablokowane, zaczęłam walić w okno, coś do niego wołać, ale on tylko tam siedział, a auto tonęło, było coraz głębiej i głębiej. W końcu musiałam popłynąć do brzegu.

Woda okazała się dużo zimniejsza, niż się spodziewałam, byłam cała sztywna, ledwie udało mi się wydostać na brzeg. W końcu usiadłam na jakimś kamieniu, trzęsłam się i płakałam. Właściwie to nie wierzę w Boga, ale nigdy nic nie wiadomo, więc się chwilę pomodliłam. Ale Magne nie wypłynął i dotarło do mnie, że to się już nie stanie, że nigdy go więcej nie zobaczę. Ojej, przepraszam, nie powinnam płakać, ale to takie straszne, że on mi pomógł, a ja tak po prostu pozwoliłam mu utonąć. Biedna mama, biedny Magne.

– Dziękuję, Claro – mówi policjant, wskazuje skinieniem głowy butelkę napoju pomarańczowego i drożdżówkę na stole, chce, żebym jadła i piła, ale mnie się robi niedobrze na sam widok żółtego budyniu o konsystencji galarety.

Ten policjant jest całkiem w porządku, choć zastanawiam się, czy to jeden z tych, co niczego nigdy nie zrozumieją.

Patrzę przez okno na ludzi, parkują samochody na chodniku i idą do przychodni lekarskiej sąsiadującej przez ścianę z urzędem gminy, w którym teraz jesteśmy.

Po drugiej stronie ulicy widzę sklep. Szkołę. I dom starców. Nad budynkami pną się w niebo góry, nie wiem, czy nas tu strzegą, czy więżą.

W oddali leży fiord.

– Resztę tej historii już znam – mówi policjant. – Nie powinnaś się obwiniać, postąpiłaś bardzo dzielnie, wydostając się z auta i próbując ratować Magnego. Najważniejsze, że żyjesz i że wszystko już będzie dobrze.

CZĘŚĆ 1

1 – Haavard

Cokolwiek miałbyś zrobić, nie rozwódź się.

Przestrogę tę wygłosił kiedyś przy piwie mój rozwiedziony kolega, w tle leciał mecz Premier League. Rozwód jest drogi jak jasna cholera, powiedział. To jakby się dać obedrzeć ze skóry. Wyobraź sobie największą twoim zdaniem możliwą katastrofę ekonomiczną i pomnóż straconą sumę przez dwa. Nie, lepiej przez trzy! Tyle mniej więcej kosztuje rozwód.

No i co robić, daję sobie jakoś radę, trzymam się tego, co mam.

Trzaskają głośno drzwi – w ten właśnie pasywno-agresywny sposób ma mnie w zwyczaju budzić Clara. Przez łopoczące białe firanki dostrzegam jej wysoką, szczupłą sylwetkę na przylegającym do sypialni tarasie.

Clara ma swoje przyzwyczajenia. Uwielbia stać tam każdego poranka przez minutę albo dwie w tej samej pozie rodem z Titanica, którą przyjmuje, gdy jesteśmy na zachodnim wybrzeżu i płyniemy promem.

Ostatnie dni były wręcz napastliwie gorące, powietrze aż drgało, takie lato zaskakuje po długiej, mroźnej zimie oraz wiośnie, której właściwie nie było. Dzieci w szkole i ludzie na ulicy, w sklepie, w całym mieście mówią o zimie, która dopiero co minęła, wiośnie, która nigdy nie przyszła, i niezwykłości tych wczesnych afrykańskich upałów.

Ja jestem nimi zachwycony. Niech tylko Clara doprowadzi do końca ten swój projekt ustawy, to wreszcie pojedziemy do Kilsund. Moi rodzice nie robią się młodsi, poza tym trzeba zainaugurować sezon w domku wakacyjnym.

– Wstawaj – mówi Clara, wróciwszy do sypialni. – Bo się spóźnicie do szkoły.

To my odpowiadamy w tym tygodniu za odwożenie dzieciaków z sąsiedztwa i zobowiązałem się, że wezmę to na siebie.

Wciąż czuję w ustach gorzkawy posmak IPA. Przesadziłem chyba wczoraj o parę butelek, ostatnio coraz gorzej znoszę alkohol.

Oczy mam nadal zamknięte, udaję, że śpię. Clara od zawsze się na mnie irytuje, że nie jestem takim rannym ptaszkiem jak ona. Co wcale nie znaczy, że zaniedbuję odwożenie dzieciaków do szkoły, gdyż przeważnie to ja tego pilnuję.

– Haavard? – mówi moja żona, szturchając mnie kolanem w udo. Właściwie całkiem boleśnie.

– Co ty wyprawiasz? – pytam z pretensją w głosie. – Znęcasz się nade mną?

Clara wzdycha.

– Mam o ósmej ważne spotkanie, muszę niedługo wychodzić.

– Mnie natomiast czeka całonocny dyżur – mamroczę.

– Nie tylko ty ratujesz ludzkie życie – oświadcza Clara.

Siadam na łóżku, stawiam stopy na podłodze, ziewam.

– Dzieci już jadły?

– Właśnie kończą.

Clara idzie do łazienki, uznawanej przez nią za jej prywatny pokój kąpielowy, by nałożyć swoją ministerialną maskę. Budzi się we mnie przekora, zrywam się więc i wyprzedzam ją biegiem. Nie zamykam nawet drzwi, podnoszę klapę sedesu i sikam, starając się robić przy tym jak najwięcej hałasu.

Moja żona stoi na progu łazienki, nie mówiąc ani słowa.

Czemu łazi po domu długo po tym, jak już powinna była wyjechać, i marudzi, że ma mało czasu i że to ja powinienem się spieszyć? Dlaczego musi mnie kontrolować i nade mną sterczeć, zupełnie jakbym nie nawykł do bycia sam na sam z dziećmi? Przecież to jej właściwie nigdy nie ma w domu.

Odkąd pracuje nad tym projektem ustawy, zaczęła dzwonić w dni, kiedy planuje przyjść do domu na obiad, a nie odwrotnie.

Wychodzę z łazienki, pogwizdując.

Clara wmaszerowuje do środka, nawet na mnie nie patrząc, i zatrzaskuje drzwi.

Ubieram się i schodzę na dół.

Chłopcy siedzą przy stole. Jak zawsze rozczulam się, widząc ich w piżamach. Mięknę na widok ich wąziutkich barków, włosów Nikolaia, które po nocy sterczą na wszystkie strony, loczków na karku Andreasa.

Ale w następnej chwili dostrzegam, że jedzą płatki czekoladowe. I do tego jeszcze, niech to szlag, obaj siedzą pochyleni nad iPadami.

– Przecież się umawialiśmy, że jemy je tylko w weekendy – mówię, wskazując na opakowanie z płatkami. – Doskonale o tym wiecie. To opakowanie jest pewnie zdrowsze od zawartości.

– Mama nam pozwoliła – wołają chłopcy chórem.

Wyjmuję z szafki paracetamol, popijam tabletkę mlekiem prosto z kartonu.

– A co mówi babcia o iPadach?

– Że to idiotyzm! – wrzeszczą znów chóralnie.

– Nie. Że dostaniecie od nich kwadratowych oczu.

Chłopcy pożerają czekoladowe płatki zalane mlekiem, które przybrało jasnobrązową barwę, kłócąc się jednocześnie o jakąś grę o nazwie Fortnite, na którą zapewne są jeszcze za mali.

Dołącza do nas Clara.

– Płatki czekoladowe? – pytam, unosząc brwi. – Poważnie?

– Nie chcą jeść niczego innego. Ty spałeś, a ja przecież musiałam ich czymś nakarmić.

– Rany boskie – mamroczę.

Chłopcy, nadal w piżamach, zrywają się od stołu i wybiegają z kuchni.

– Halo! – krzyczę za nimi. – Gdzie się wybieracie? Wracać mi tu! Ale już!

Po chwili rzeczywiście wracają, niosąc w rękach gałązki bzu. Mam ochotę na nich nakrzyczeć za nagłą ucieczkę od stołu i połamane krzewy, ale tłumię w sobie złość, nasi synkowie są tacy słodcy i tacy z siebie dumni.

 

– Jeden dla mamy, drugi dla taty – mówi Nikolai, Andreas zaś posyła nam bezzębny uśmiech. – Nie kłóćcie się już.

– Już nie będziemy – odpowiadam. – Serdeczne dzięki, jesteście kochani.

Wyciągam z szuflady jeden z moich przyniesionych z pracy skalpeli i zaczynam przycinać gałązki. Przy drugiej z kolei wąskie ostrze wyślizguje mi się nagle z rąk i jakimś cudem udaje mi się wbić je sobie w czubek palca.

– Kurwa! – krzyczę.

– Te skalpele naprawdę nie powinny leżeć porozrzucane po całym domu, tyle razy ci już mówiłam – odzywa się Clara.

– Dzięki – syczę. Krwawię jak zarzynane prosię.

– Tato, co się stało? – pyta Nikolai.

– Niech to szlag – mówię, po czym biorę się w garść. – Nic takiego, zaciąłem się w palec.

– Boli?

– Troszkę. Dobrze, że jestem lekarzem i mogę sam to sobie zszyć – odpowiadam, siląc się na wesołość. Chłopcy nie wydają się przekonani.

– Mógłbyś chociaż raz trochę uważać? – pyta Clara, jak zawsze pełna empatii. Jest taka za każdym razem, gdy ja albo któryś z chłopców robimy sobie krzywdę, zupełnie jakby to była dla niej oznaka słabości.

Oglądam palec, odrywam z rolki kawałek papierowego ręcznika i owijam go wokół rany, próbuję być tatą twardzielem.

– Pamiętaj tato, że nie wolno przeklinać – mówi Andreas.

– Nic ci nie będzie? – pyta Nikolai.

– No to na razie – rzuca Clara, przemierzając kuchnię i korytarz szybkim krokiem. Dopiero gdy słyszę, jak trzaskają za nią drzwi, mogę odetchnąć i posłać synkom szczery uśmiech.

Oto nasze małżeństwo. Oto co się z nami stało.

2 – Clara

Minister sprawiedliwości Anton Munch praktycznie nigdy nie kontaktuje się telefonicznie ze swoimi podwładnymi ani nie zaprasza ich osobiście na spotkania. Zazwyczaj to Vigdis, jego sekretarka, dzwoni do mnie z pytaniem, czy mogłabym przyjść do jego gabinetu. Właśnie odebrałam od niej telefon.

Vigdis zadaje to pytanie uprzejmym tonem, mimo że ma ono charakter wyłącznie retoryczny.

Masz przyjść i już. Natychmiast.

– Już idę – odpowiadam także tym razem, wstaję i poprawiam kostium, zapisuję dokument, nad którym pracowałam. Moje trzecie dziecko. Projekt ustawy zmieniającej norweskie prawo. Sygnatura Prop. 220 L. Siedemdziesiąt osiem stron tekstu. Jedenaście rozdziałów. Wstęp, uzasadnienie celowości, opis aktualnie obowiązujących przepisów, ich ocena wraz z komentarzem. Na końcu uwagi. A potem już sam projekt tekstu nowej ustawy.

Zwieńczony absurdalną, standardową formułką: „My, Harald, Król Norwegii”.

Nowa ustawa nakładałaby na pracowników wszystkich instytucji, szpitali, urzędu ochrony praw dziecka, przedszkoli i gabinetów lekarskich obowiązek bezwzględnego informowania organów ścigania w razie podejrzenia stosowania przemocy bądź seksualnego wykorzystywania dzieci.

W dotychczasowym prawodawstwie o obowiązku informowania wspomina się tylko mgliście, duży nacisk kładąc za to na obowiązek dochowania tajemnicy zawodowej.

Ale teraz wszystko się zmieni.

Projekt jest już w zasadzie gotowy. Jeszcze tylko dopieszczam, poleruję i szlifuję tekst, zupełnie jakby był jakąś rzeźbą, staram się, by wszystko pięknie lśniło.

Chlubię się tym, że potrafię unikać mglistego, niejasnego języka, cechującego wiele produkowanych przez nas, prawników, tekstów, w których przecinek goni przecinek, a wtrącenie – kolejne wtrącenie, aż robi się z tego kompletnie nieczytelna, mętna woda, rzecznicy prasowi rwą sobie włosy z głowy, próbując przygotować z tego jakiś komunikat dla mediów, a zastępy zewnętrznych konsultantów pobierają rok po roku sute honoraria za nieprzynoszące żadnych widocznych rezultatów kursy tak zwanego języka dla ludzi, które się dla nas organizuje.

Chcą języka dla ludzi, to będą go mieli.

Przemierzam korytarze w drodze do sekcji politycznej. Obcasy moich butów stukają o parkiet. W naszej, urzędniczej części gmachu ministerstwa chodzi się po linoleum, lecz tu, w tych świętych sferach niedostępnych dla zwykłych śmiertelników, mają podłogi z drewna tekowego z eleganckimi czarnymi fugami oddzielającymi od siebie poszczególne klepki.

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy po wejściu do sekcji politycznej, to ten idiotyczny wypchany niedźwiedź polarny stojący na tylnych łapach, zastrzelony podobno na kościelnych schodach na Svalbardzie. Stoi wyprostowany i gapi się tępo przed siebie. Sięgam mu głową zaledwie do przednich łap.

Od dłuższego czasu współpracuję z ministrem bezpośrednio, z pominięciem zwyczajowej służbowej ścieżki. W ostatnich miesiącach zaczęłam się coraz bardziej zbliżać do Muncha, i – co za tym idzie – również do mojego celu.

Wszystkie wątpliwości i pytania moich przełożonych zostały wyjaśnione w ciągu kilku ostatnich dni. Projekt, zanim będzie wniesiony do Stortingu, ma być co prawda jeszcze poddany dyskusji na posiedzeniu rządu, ale jeśli ma się zielone światło od ministra, to jest to właściwie formalność.

Pracując w ministerstwie, szybko można wyczuć, czy nowy szef to naturalny typ przywódcy, czy też nie. Munch piastuje stanowisko już od roku i czas ten wystarczył nam w pełni, by zdiagnozować go jako pozera, choć osobiście żywię wobec niego cieplejsze uczucia niż moi koledzy, właśnie ze względu na ten projekt.

Punkt kulminacyjny nastąpił tydzień temu, gdy rozmawialiśmy o ustawie w jego biurze. Minister rozparł się w fotelu, splótł dłonie na karku i oświadczył:

– Okej, Claro. Robimy to.

Siedział wtedy, podobnie jak teraz, za ogromnym brązowym biurkiem, do którego kazał dopasować półki na książki.

Wiszące w gabinecie obrazy wyrzucił na śmietnik dzień po przejęciu kluczy. Wstawił sobie za to kolosalny telewizor z płaskim ekranem i ozdobił całą sekcję mnóstwem modeli śmigłowców i pojazdów uprzywilejowanych, który to fakt uwielbiają podkreślać dziennikarze w każdym poświęconym mu artykule.

Lśniący tekowy stół, misa z owocami, białe filiżanki do kawy, telewizor, segregatory za jego plecami, kaktusy przyznawane za gafę tygodnia przez tabloid „Se og Hør”, stosy dokumentów, nic z tego nie wygląda szczególnie ciekawie ani charakterystycznie. Mimo to człowiek siedzący za biurkiem piastuje jedno z najważniejszych stanowisk w kraju.

– Wejdź – mówi, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

– Cześć, Claro – odzywa się inny głos i dopiero teraz dostrzegam Ernsta Wolla, który siedzi po drugiej stronie stołu konferencyjnego, wciśnięty właściwie w kąt.

Całe kierownictwo polityczne naszego ministerstwa stanowią mężczyźni. Woll jest z nich wszystkich najbystrzejszy, jako jedyny ma doświadczenie prawnicze. Przypadło mu największe biuro i ma najwyższy nieformalny status.

Wcześniej na czele ministerstwa stał minister wspierany przez sekretarza stanu. Obecnie zaś mamy całą bandę sekretarzy i politycznych doradców. Wszyscy oni rywalizują o względy ministra sprawiedliwości, każdy chce być tym, który pracuje najciężej i najbardziej się stara.

Gdy jest się na stanowisku politycznym, cały czas trzeba udowadniać, że ma się tam coś do roboty, co w praktyce oznacza, iż należy się mieszać absolutnie do wszystkiego. To z kolei sprawia, że sekretarze stanu nieustannie opóźniają wszystkim pracę, przydzielając nonsensowne zadania urzędnikom, którzy powinni zajmować się czymś zupełnie innym.

Sam minister jest kimś w rodzaju symbolu, reprezentanta opowiadającego o naszej pracy w mediach i na Facebooku, sekretarze stanu chodzą natomiast na zebrania, wiszą nad urzędnikami i podejmują wiele decyzji o charakterze politycznym.

Mimo to udało mi się, jak wspomniałam, zaangażować Muncha w sprawę mojego projektu. Wolla zaś udawało mi się unikać. Do teraz.

– Nie zabierzemy ci zbyt wiele czasu – mówi Woll.

– Nigdzie mi się nie spieszy – odpowiadam.

– Słuchaj, Claro – zaczyna Munch, w końcu podnosząc wzrok znad komórki. – Nasz projekt został poddany dyskusji na posiedzeniu rządu...

Zapada cisza.

– Tak? – pytam i dociera do mnie, że to zupełnie inne spotkanie, niż się spodziewałam. Moi rozmówcy zerkają po sobie. Munch wydaje się speszony. Woll wzrusza ramionami, widać, że chce to już mieć za sobą.

– No i cóż... musimy na jakiś czas go odłożyć – oświadcza w końcu Munch.

– Co masz na myśli? – pytam, głos mam zachrypnięty. – Ministrowie przeczytali przecież i zatwierdzili mój wniosek o rozpatrzenie tego punktu?

– Takie rzeczy się zdarzają, przecież wiesz. Projekt był kontrowersyjny. Mamy koalicyjny rząd. Wielu ministrów jest zdania, że taka ustawa byłaby zbyt radykalna. A ja mam inne sprawy, które muszę teraz przepchnąć.

– Ale ta ustawa to najważniejsze, co zrobisz przez wszystkie spędzone tu lata – mówię. – Czy wiesz, co ona oznacza dla najbardziej bezbronnych członków naszego społeczeństwa?

Woll wydaje za moimi plecami krótki, cichy rechot.

– Raz na wozie, raz pod wozem. Sprawa jest już przesądzona – wchodzi mi w słowo, a w jego głosie słyszę nutę mściwej satysfakcji, niczym złośliwe warknięcie.

Tak to już jest. Wszystko się kręci wokół władzy.

Wszystko można wynegocjować. Wszystko można wymusić.

– Minister wyczerpał już temat. Dziękujemy, że przyszłaś – rzuca Woll, po czym wstaje. Zostaję ministerialnie wyrzucona za drzwi.

Munch wgapia się w komórkę, nie patrzy mi w oczy.

Odwracam się, właściwie trochę zaskoczona, że moje ciało nadal mnie słucha, idę do drzwi, mijam biurko sekretarki Muncha, mijam gigantyczną misę z owocami, dwa razy większą niż wszystkie misy w naszym wydziale.

Mijam niedźwiedzia, który, mimo że dawno zdążyłam już przywyknąć do tego dość niesamowitego elementu dekoracji, nagle mnie przeraża.

Mijam kolekcje modeli śmigłowców i pojazdów uprzywilejowanych, opuszczam część budynku, w którym urzęduje sekcja polityczna, ruszam przez korytarze.

W końcu wracam do swojego biura, zamykam drzwi, opieram się o nie plecami i osuwam na podłogę, gdzie zamieram z podciągniętymi pod brodę kolanami.

Haavard nazywa mnie królową śniegu. Sam beczy przy byle okazji.

Ja za to nie płakałam chyba od tamtego dnia przed trzydziestoma laty i nie mam zamiaru teraz zaczynać. Muszę jednak zasłonić twarz dłońmi, przycisnąć palce do oczu. Próbuję uspokoić oddech, ale mi się nie udaje.

Gdy skończyłam trzynaście lat, rok po wypadku, zaczęłam nocować sama w chacie na górskich pastwiskach. Po trzy czy cztery noce z rzędu. Gotowałam sobie na kuchni z fajerkami, potem zamykałam chatę i wracałam do domu.

Pewnego razu uparłam się, że wejdę na szczyt Trollskavlen. Trasa była długa i ciężka, ale tata wyjaśnił mi, którędy wspinał się tam w młodości, obejrzałam sobie wszystko na mapie i byłam pewna, że dam radę. Z pewnością bym zresztą dała, gdyby czystego, lazurowego nieba, które rozciągało się nad moją głową, kiedy wychodziłam z domu, nie zasnuły nagle ciemne chmury.

Gdy do szczytu zostało mi zaledwie kilkaset metrów, spłynęła ku mnie gęsta mgła.

Najpierw straciłam z oczu sam szczyt. Potem już w ogóle nic nie widziałam.

Wszystko było białe.

Wyjęłam kompas i mapę, ruszyłam w kierunku, który wydawał mi się właściwy. W końcu doszłam do stromego zbocza, po którym – jak doskonale pamiętałam – wspięłam się wcześniej. Odwróciłam się, położyłam na brzuchu i zaczęłam powoli schodzić, aż w pewnym momencie utknęłam, z rozpostartymi rękoma i nogami, niczym Spider-Man, w połowie wysokości, nie będąc w stanie ruszyć się w górę ani w dół.

Tata opowiadał mi, że czasem tak kończą w górach owce. Włażą na porośniętą trawą półkę skalną, z której nie potrafią zejść, i stoją na tej zielonej półce pośrodku czarnej skały, żałośnie becząc.

Zdarza się, że takie owce pozwalają się wciągnąć na górę, pod warunkiem że ktoś je na czas znajdzie. Zdarza się jednak, że trzeba je po prostu zastrzelić.

Wtedy to ja tak utknęłam. Miałam do pokonania kilka dobrych metrów i nie potrafiłam znaleźć miejsca, o które mogłabym oprzeć stopę.

Po chwili zaczęłam się ostrożnie zsuwać, kawałek po kawałeczku. Przytrzymując się tu i tam, gdzie się dało.

Pokonałam tak z metr albo dwa. A potem odpadłam od skały.

Uderzyłam w ziemię i leżałam kilka dobrych minut, łapiąc powietrze i próbując ustalić, czy coś sobie złamałam.

Tak samo czuję się teraz, gdy siedzę na podłodze w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości i Bezpieczeństwa Publicznego trzydzieści lat później.

 

Tyle zainwestowałam w ten projekt ustawy, był dla mnie ważniejszy niż cokolwiek innego.

A teraz tamci dwaj mi go zabrali, zniszczyli, nie mając nawet pojęcia, co robią.

Inne książki tego autora