Moje młode lata

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright ©Arthur Rubinstein, 1980

Copyright © for the Polish translation by Wanda Waligóra, 2019

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Wysoki Zamek, Kraków 2019

TYTUŁ ORYGINALNY My Young Years

Publikacja na podstawie II wydania książki Moje młode lata z roku 1986 (Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków) w tłumaczeniu Tadeusza Szafara

OPIEKA REDAKCYJNA Jacek Tokarski

REDAKCJA Mariola Będkowska

KOREKTA Katarzyna Szajowska

PROJEKT OKŁADKI I TYPOGRAFIA Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

ŁAMANIE Iwona Tokarska

Wydawnictwo Wysoki Zamek

ul. Dzielskiego 2 lok. 225, 31-420 Kraków

tel. +48 12 411 05 56

e-mail: info@wysokizamek.com.pl

Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: www.wysokizamek.com.pl

ISBN 978-83-953999-3-0

Spis treści

Dedykacja

Dla mojego ojca muzyka była rzeczą najważniejszą

I. Dzieciństwo w Polsce

II. Dojrzewanie w Berlinie

III. O własnych siłach

IV. Anglia. Pierwsza wojna światowa

Posłowie

Słowo od Autora

O autorze

O tłumaczu

Międzynarodowa Fundacja Muzyczna im. Artura Rubinsteina

Ilustracje

Przypisy

Neli, mojej ukochanej żonie od lat czterdziestu,

Która zachęciła mnie do napisania tej książki

I okazywała tyle cudownej wyrozumiałości

dla moich burzliwych młodych lat

Dla mojego ojca muzyka była rzeczą najważniejszą

Dla mojego ojca muzyka była rzeczą najważniejszą. I chodziło nie tylko o aspekt zawodowy, o planowanie i rozwój kariery pianisty, lecz przede wszystkim o muzykę jako taką, ten metafizyczny, zachwycający, podniecający, emocjonujący, tragiczny, komiczny i złożony niewerbalny byt. To muzyka płynęła w żyłach mojego ojca, tworzyła obrazy w jego głowie, inspirowała go oraz trzymała przy życiu przez blisko 96 lat. Znajdowała się w centrum wszystkiego. W moich oczach ojciec istniał w dwóch postaciach: jedną z nich był człowiek, z którym musiałem się układać, jak każde dziecko ze swoim rodzicem. Mój tata. Drugą był człowiek grający na fortepianie. Muzyk skupiał w sobie wszystkie pozytywne cechy mojego ojca w skoncentrowanej, czystej i klarownej formie. Fascynowało mnie, że mogę doświadczać ojca zarówno jako człowieka, jak i pianistę. Oczywiście stanowili jedną, rozpoznawalną osobę, ale kiedy grał, wyrażał się z bezpośredniością i prostotą, pokorą i miłością, które nie zawsze były obecne w jego życiu poza fortepianem.

Ludzie, którzy go znali, nawet niezbyt dobrze, prawdopodobnie widzieli w nim światowca, poliglotę i ekstrawertyka, silnego i pewnego siebie. Widzieli jego urok, ogromny apetyt na życie, dobre maniery, znali jego przezabawne anegdoty. Jego bliscy, zwłaszcza rodzina, wiedzieli, że chociaż posiada te wszystkie cechy, to bywa też w wielu aspektach bardzo niepewny siebie, skupiony na sobie, ambitny, wyjątkowo uparty, a często wręcz nietolerancyjny wobec odmiennych opinii. Był uzależniony od częstych zapewnień o miłości i lojalności — w które nie zawsze wierzył lub których nie przyjmował, nawet kiedy je uzyskał. Z drugiej strony był szalenie szczodry. Szedł przez życie z głębokim entuzjazmem i rozmachem. Miał rozwinięte poczucie humoru i śmiał się zaraźliwie. Był też wyjątkowo temperamentny. Zdarzało się, że wybuchał niespodziewanie i irracjonalnie, a urazę pamiętał i potrafił ją nosić przez dziesięciolecia.

Zapalczywość, która charakteryzowała go w życiu prywatnym, momentalnie znikała w muzyce, z chwilą kiedy zasiadał do fortepianu. Jego gra, chociaż dynamiczna, nie była tak skomplikowana jak on sam. Była bezpośrednia, nie neurotyczna, pozbawiona zbędnych ozdobników i manieryzmów. Potrafił przełożyć swój olbrzymi wachlarz emocji i doświadczeń życiowych na muzykę, bez udziału ego. W służbie kompozytora nabierał pokory. Dzięki poczuciu godności i siły jego gra nigdy nie była sentymentalna, ale nie umiał zagrać żadnej frazy sucho, czysto intelektualnie. Muzyka zawsze płynęła z serca.

Na szczęście potrafił mówić o tym, jak gra i dlaczego w taki właśnie sposób, oraz chciał się tym dzielić. Kochał grać dla innych i był charyzmatycznym muzykiem. Często mawiał, że gdyby nikt nie przychodził na jego koncerty, to płaciłby ludziom, żeby go słuchali. Był świadomy obecności słuchaczy i podchodził do nich z głębokim szacunkiem. Czasem wybierał sobie jedną osobę z publiczności, kogoś zupełnie obcego, żeby zagrać koncert „dla” tej osoby. Nie interesowało go jednak pokazywanie, co potrafi. To nie było: „Chodźcie, patrzcie, zachwycę was”. Raczej chciał powiedzieć: „Zajrzyjcie w moje serce. Dam wam wszystko, co mam”.

To muzyka zawsze odgrywała nadrzędną rolę. Rubato wynikało ze zdrowego rozsądku, nie było nastawione na potencjalny efekt. Harmonie były klarowne i inspirujące, nigdy dziwaczne czy ekscentryczne. Tempo dyktowały charakter i wymagania utworu, nie wrażenie, jakie może wywołać błyskawiczna lub powolna gra. Ojciec mawiał, że fraza zależy od „oddechu”, jakby fortepian śpiewał. Potrafił jakimś sposobem oddać ten obraz, grając, i pod jego palcami instrument śpiewał. Dzięki takiemu podejściu utwory w jego interpretacji płynęły naturalnie, bez gwałtownych, narzuconych zmian. Nie wykonywał delikatnych pasaży w ledwie słyszalny sposób, bo to pozbawiłoby je emocji i znaczenia. Zawsze mocno wciskał palce w klawisze i grał na różnych poziomach forte, ale, jak mówił, „z delikatnością piano” (i wykorzystaniem odpowiedniego pedału), kiedy było to na miejscu. Efektem był pełny dźwięk — jeden ze znaków rozpoznawczych ojca. Jak głosi anegdota, wybitny wiolonczelista Piatigorski zapytany, kto wydobywa najbogatsze tony z wiolonczeli, odpowiedział: Rubinstein.

Ojciec czuł się wyjątkowo silnie związany z historią. Wiedział bardzo wiele o życiu kompozytorów, których utwory grywał. Opowiadał o nich z wielką miłością, a nawet poufałością. Z niektórymi, jak z Szymanowskim, Strawinskim, Albénizem i Poulencem, rzeczywiście się znał lub przyjaźnił. Ale wszyscy — Mozart i Brahms, Chopin i Beethoven, Liszt i Bach, byli obecni w nim, kiedy wykonywał ich utwory. Potrafił bez wysiłku zarówno wkładać w wykonywane utwory swoją własną osobowość, jak i wczuć się w wyobrażony stan umysłu kompozytora.

Mozarta grał więc z iście dziecięcym poczuciem humoru i niewinnością, ale zabarwionymi dojrzalszą złożonością melodii. W Chopinie słychać było jego miłość do Polski, znajomość tańców ludowych oraz ogromną odwagę i ducha Polaków. Podstawą dla interpretacji Chopina było wyczucie elegancji, siły i emocjonalności kompozytora. Ojciec otwarcie sprzeciwiał się tendencji niektórych pianistów do grania Chopina w sposób sentymentalny, lekki i frywolny, z meandrującym rytmem. Dzikie pasaże Beethovena wykonywał z ogromną fizyczną siłą, bo wiedział, czym jest gniew — i własny, i ten Beethovena. Moim zdaniem jednak pod względem temperamentu najbliższy był mu spragniony miłości i niepewny siebie Brahms. Pamiętam, że ojciec potrafił godzinami czytać listy Brahmsa i Clary Schumann. Jego improwizacje brzmiały jak Brahms. Twórczość tego kompozytora współgrała z dużymi dłońmi ojca, jego instynktem i pasją, a także jego zrozumieniem dla bliskiej relacji między pięknem a smutkiem.

Miał talent do przyswajania języków i charakteru miejsc, w których mieszkał i grał, podobnie jak potrafił wejść w serce i duszę kompozytora. Czuł się szalenie dumny z Polski i jego korzenie wybrzmiewały, kiedy grał polskich kompozytorów. Jednak w Hiszpanii stawał się Hiszpanem i grał Fallę, Albéniza i Granadosa z rodowitym iberyjskim ogniem oraz zapamiętaniem. We Francji, która była jego domem przez większą część życia, utożsamiał się z delikatną teksturą i romantyczną naturą francuskiej muzyki — Debussy’ego, Milhauda, Ravela, Poulenca, Francka, Faurégo i Chabriera grał jak Francuz.

Często pytano go, kto jest jego ulubionym kompozytorem albo który utwór najbardziej lubi wykonywać. Niezmiennie odpowiadał: „Najbardziej lubię ten, który właśnie gram!”. I jego zaangażowanie w utwór było tak przekonujące i zaraźliwe, że nie miało się wrażenia, że jeden człowiek interpretuje i prezentuje dzieło innego — pianista i kompozytor zdawali się wspólnie tworzyć jednolite, spontaniczne, naturalne brzmienie.

Ponieważ dla mojego ojca najważniejsza była muzyka i kiedy grał, potrafił pokazać swoją najlepszą stronę, przez całe życie czułem, że przy fortepianie przemawia do mnie w sposób osobisty, głęboki, barwny i bezpośredni. Nieustannie słuchałem, jak ćwiczy w domu. Często z nim podróżowałem i setki razy słyszałem, jak gra przed publicznością lub w studiu nagraniowym. Z tego względu ta wyjątkowa, jednostronna komunikacja — pozbawiona słów, ale intensywna — stanowiła szalenie istotny element naszej relacji. Kiedy dziś, wiele lat po śmierci ojca, słucham nagrań, czuję, jakby ciągle był w pokoju i opowiadał mi o najbardziej intymnych, głębokich oraz istotnych sprawach w sposób, który najłatwiej mu przychodził. Swobodnie, poprzez muzykę.

 

John Rubinstein

I. Dzieciństwo w Polsce

1

Życie zawdzięczam ciotce Salomei. Miałem być siódmym z kolei dzieckiem, urodzonym w osiem lat po najmłodszym z rodzeństwa, rodzice więc absolutnie nie życzyli sobie mego przyjścia na świat i gdyby nie entuzjastyczne perswazje ciotki Salomei Meyer, z pewnością zdołano by zapobiec mojemu wtargnięciu do tej doliny łez i cierpienia.

Rodzice mieszkali w Łodzi, mieście w zaborze rosyjskim. Położona nieopodal Warszawy Łódź była najmłodszym, a mimo to drugim co do wielkości miastem Polski. Mniej więcej w połowie XIX wieku car Mikołaj I, dążąc do stworzenia nowoczesnego przemysłu wełnianego i bawełnianego, zaczął sprowadzać niemieckich mistrzów tkackich ze Śląska; osiedlali się oni w zapadłej mieścinie, która nazwę Łódź nosiła jak na ironię — w pobliżu bowiem nie było żadnej rzeki. Do miasta napływały setki rzemieślników, którzy otwierali warsztaty, budowali wspaniałe fabryki i szybko doprowadzili do rozkwitu przemysłu. Przyciągani obietnicą nowych bogactw, do młodego miasta z całego kraju ściągali Żydzi. Rychło przyswoili sobie niemieckie metody przędzenia wełny i niebawem zaczęli nawet dorównywać mistrzom. Między tymi dwiema grupami doszło wkrótce do zażartego współzawodnictwa; fabryki rosły jak grzyby po deszczu. W mgnieniu oka wyrastały też domy, hotele, teatry, kościoły i synagogi. Dysponując rynkiem zbytu w całej Rosji, a także w znacznej części Azji, Łódź stała się obok Moskwy największym ośrodkiem przemysłowym w cesarstwie.

Rodzima ludność polska nie przejawiała zbytniego zainteresowania tymi ogromnymi możliwościami. Nie pociągał jej świat interesów, ulubionymi zajęciami pozostawały nadal rolnictwo, nauka i sztuka. Pracy w fabrykach poszukiwały jedynie tysiące chłopów. I tak wkrótce — choć brzmi to jak paradoks — Łódź przekształciła się w obce miasto w samym sercu Polski.

Mój dziadek Heyman był jednym z pierwszych, którzy szukali szczęścia w nowym mieście. Powiodło mu się, dochował się też ośmiu córek i dwóch synów; najstarsza była moja matka. Ojciec pochodził z Pułtuska, miasteczka położonego na północ od Warszawy. Założył niewielki warsztat wyrabiający samodziałowe sukno i poślubił moją matkę. W niewielkich odstępach czasu wydali na świat sześcioro dzieci, trzy córki i trzech synów, a potem — w osiem lat później, 28 stycznia 1887 roku — ja, spóźniony i raczej nieproszony gość, zapukałem do furtki życia. Opowiadano mi, że matka miała ogromne trudności z wydaniem mnie na świat, ale nic nie było w stanie przeszkodzić mi w tryumfalnym wkroczeniu do tej doliny łez. Chciano dać mi na imię Leon — przypuszczam, że z jakichś sentymentalnych względów — ale mój brat Ignacy, który liczył sobie wówczas osiem lat, gwałtownie zaprotestował:

— On musi nazywać się Artur — zawołał. — Skoro Artur X. (syn jednego z sąsiadów) tak pięknie gra na skrzypcach, to może i ten mały wyrośnie na wielkiego muzyka!

Tak więc zostałem Arturem.

Zajmowaliśmy obszerne, słoneczne mieszkanie w ładnym domu przy głównej ulicy Piotrkowskiej. Troskę o moje potrzeby cielesne powierzono mamce imieniem Tekla, która była mi bardzo oddana, ale później, jak słyszałem, przyłapano ją na kradzieży i osadzono w więzieniu. Byłem ogromnie przestraszony, czy aby wraz z jej mlekiem nie wyssałem także któregoś z jej haniebnych nałogów, ale przyszłość pokazała, że były to obawy nieuzasadnione: nigdy niczego nie ukradłem — jak na razie!

Moje pierwsze muzyczne przeżycia kształtowało posępne, płaczliwe zawodzenie setek fabrycznych syren budzących robotników o szóstej rano, gdy miasto spowite było jeszcze w ciemność. Wkrótce jednak zacząłem spożywać znacznie przyjemniejszą muzyczną strawę: na podwórzu naszej kamienicy pojawiali się Cyganie, którzy śpiewali i tańczyli ze swymi poprzebieranymi małpkami, a człowiek orkiestra przygrywał im na dziwnych instrumentach. Do tego dochodziły jeszcze monotonne nawoływania żydowskich handlarzy starzyzną, rosyjskich sprzedawców lodów, a także polskich wieśniaczek, śpiewnie zachwalających przyniesione jaja, warzywa i owoce. Uwielbiałem te dźwięki, a choć żadna siła nie mogła mnie skłonić do wypowiedzenia choćby jednego słowa, zawsze gotów byłem śpiewać, a raczej naśladować głosem wszystkie zasłyszane dźwięki, co u nas w domu budziło istną sensację. Sensacja ta rychło jednak przerodziła się w swoisty sport: wszyscy usiłowali uczyć mnie jakichś piosenek. W ten sposób nauczyłem się rozróżniać ludzi według kojarzących mi się z nimi melodii.

— Kto ci dał ciastko? — zapytywała mnie mama.

— A-a-a-a-a-a — śpiewałem w odpowiedzi, a matka z zadowoleniem kiwała głową:

— Aha, rozumiem, to ciocia Lucia…

Kiedy zaś chciałem, aby dano mi kawałek świątecznego mazurka, śpiewałem jakąś znaną melodię mazurkową.

Przez mniej więcej dwa lata bawiła mnie ta rola papugi w ludzkim ciele, aż wreszcie pewne doniosłe wydarzenie zupełnie przeobraziło moje życie. Rodzice nabyli pianino, na którym dwie starsze siostry, Jadwiga i Hela, rozpoczęły naukę gry. Pojawienie się tego boskiego instrumentu wywarło na mnie tak ogromne wrażenie, że odtąd salonik stał się dla mnie rajem. Ponieważ zaś krzyk i płacz stanowiły mój jedyny oręż, posługiwałem się nim do woli, kiedy tylko ktoś usiłował mnie stamtąd przepędzić.

Tak się złożyło, że najstarsza siostra, wówczas już zaręczona, pobierała lekcje gry na pianinie, co miało przydać blasku jej edukacji. Każde słowo, każda uwaga wypowiedziana przez nauczycielkę Jadwigi, korpulentną panią Kijeńską, znajdowały we mnie najuważniejszego słuchacza — a cóż to była za rozkosz patrzeć, jak pani Kijeńska bije siostrę po łapach za zagranie fałszywej nuty! Bywało, że gdy siostra w czasie ćwiczeń popełniała błąd, ja byłem tym, który karcił ją klapsem. Pół żartem, pół serio, nauczyłem się nazw wszystkich klawiszy i odwrócony tyłem do pianina wykrzykiwałem nazwy dźwięków każdego akordu, nawet najbardziej dysonansowego. Opanowanie zawiłości klawiatury stało się już teraz dla mnie dziecinną igraszką, niebawem zaś nauczyłem się wygrywać — najpierw jedną ręką, a potem obiema — każdą melodię, jaka tylko wpadła mi w ucho. Czasem zamiast siostry grywałem z panią Kijeńską utwory na cztery ręce, wtedy to w odpowiednim momencie uroczyście przerywałem, by przewrócić kartkę, udając, że rzeczywiście czytam nuty.

To wszystko nie mogło, rzecz jasna, nie wywrzeć wrażenia na całej rodzinie, w której — trzeba to tu powiedzieć — nikt, nie wyłączając dziadków, wujków i ciotek, nie przejawiał najmniejszych uzdolnień muzycznych. Początkowo robili wrażenie rozbawionych, ale później odkrycie tak przekonywających dowodów mojego talentu wprawiło ich w istne osłupienie. Ojciec miał słabość do skrzypiec — uważał je za instrument bardziej ludzki i znacznie wytworniejszy niż fortepian. Powodzenie kilku „cudownych dzieci” także wywarło na nim pewne wrażenie. Podarował mi kiedyś małe skrzypki, które natychmiast rozbiłem na kawałki, za co oczywiście dostałem lanie. Ojciec próbował raz jeszcze przekonać mnie o wyższości szlachetnego instrumentu strunowego, ale spotkało go zdecydowane niepowodzenie. Instynktownie czułem potrzebę polifonii, harmonii, a nie jednego jedynego, cieniutkiego brzmienia często zresztą nienastrojonych skrzypiec, zawsze niemal uzależnionych od akompaniatora!

To zdumiewające — minęło przecież tak wiele lat — jak wyraźnie zachował mi się w pamięci obraz najwcześniejszego dzieciństwa. Jeszcze dziś mógłbym narysować rozkład naszego mieszkania; dokładnie pamiętam owe ranki i ten straszliwy hałas, jaki wszczynali moi bracia i siostry, zawsze wychodzący do szkoły za późno; matka i służąca przygotowywały dla nich całe stosy kanapek. Zgiełk, bieganina i sprzeczki, zapominanie rzeczy — przywodziło to na myśl wymarsz wojska na wojnę, a potem zalegała absolutna cisza, ja zaś pozostawałem sam na sam z pianinem.

Kiedy miałem trzy i pół roku, moja pasja stała się tak oczywista, że rodzina postanowiła coś z tym moim talentem zrobić. Wuj Natan Follman, który biegle władał językiem niemieckim, napisał do Józefa Joachima, najsławniejszego w owym czasie skrzypka, dyrektora Cesarsko-Królewskiej Akademii Muzycznej w Berlinie, szczegółowo opowiadając mu o mnie i prosząc o radę, jak należy pokierować takimi uzdolnieniami. Profesor Joachim odpowiedział bardzo uprzejmie. Stwierdził, że nie trzeba nic robić, dopóki nie skończę sześciu lat, wówczas zaś wskazane byłoby powierzenie mnie pieczy dobrego pedagoga. „Jeśli uda się Panu przywieźć dziecko do Berlina, z przyjemnością je zobaczę” — napisał także, co w całej rodzinie wywołało niemałe poruszenie: wielki Joachim zainteresował się małym Arturkiem!

Rozważano i roztrząsano najrozmaitsze plany, aż wreszcie zapadło postanowienie wyjazdu do Berlina. Narzeczonym mojej siostry Jadwigi był znakomity młody pośrednik w branży wełnianej, Maurycy Landau — wysoki, przystojny brunet, który zdobył jej serce w niemałym stopniu dzięki temu, że szczodrze obdarowywał mnie kosztownymi zabawkami — i rodzice pragnęli, by ślubna wyprawa najstarszej córki uszyta została w stolicy Niemiec. To była doskonała okazja: matka i siostra mogły zabrać mnie z sobą.

Wyjechaliśmy w parę dni później. Jedyne, co z tej podróży pamiętam, to granicę rosyjsko-niemiecką, na której znaleźliśmy się w środku nocy. Złowieszczy dzwonek wyrwał nas ze snu; matka trwożnie zaczęła mnie uspokajać. Zapanowała chwila ciszy, a potem do przedziału wtargnęło trzech brodatych rosyjskich żandarmów uzbrojonych w pistolety i długie szable; pobrzękując ostrogami, grubiańsko zażądali naszych paszportów. Rosja i Turcja były wówczas jedynymi w Europie państwami, które takich dokumentów wymagały. Byłem przerażony i prawie pewien, że za chwilę poprowadzą nas na szubienicę — obawa ta dręczyła mnie zawsze, ilekroć przekraczałem granicę carskiej Rosji.

W Berlinie zatrzymaliśmy się u ciotki Salomei Meyer, która była moją chrzestną i przyjęła mnie tak serdecznie, że wkrótce poczułem się jak w domu. Jedyne moje wspomnienia z wielkiego miasta to tramwaje i windy, chodniki wykładane mozaiką czarnych i białych kamiennych płyt, czyste ulice i domy, nade wszystko zaś brak znajomych kominów i fabrycznych syren. Dochowało się zdjęcie, na którym jako czteroletni chłopiec stoję z moją ładniutką kuzyneczką Fanny Meyer; zawsze przywodzi mi ono na myśl tę pierwszą wizytę w Berlinie.

Pewnego ranka zaprowadzono mnie do profesora Joachima, który czekał na nas w swoim gabinecie. Wielki mistrz, liczący sobie wówczas około sześćdziesiątki, był słusznego wzrostu i dość mocnej budowy, twarz zaś niemal całkowicie zasłaniały mu szpakowata, artystyczna czupryna, półokrągło strzyżona broda, sumiaste wąsy, bokobrody i bardzo krzaczaste brwi. Nawet ogromne uszy zdobiło obfite owłosienie. Początkowo przeraził mnie głuchy, jakby z głębi trzewi dobywający się głos, ale zaraz otuchy dodała mi dobroć i słodycz jego oczu. Józef Joachim nie zwracał uwagi na siostrę, która szczegółowo opowiadała o moich uzdolnieniach. Zamierzał przekonać się o tym osobiście, a ponieważ podejrzliwie odnosił się do tak zwanych cudownych dzieci, zaczął badać mnie skrupulatnie jak lekarz pacjenta.

Najpierw kazał mi wymieniać nazwy dźwięków wielu złożonych akordów, które uderzał na fortepianie, a potem musiałem w inny jeszcze sposób wykazywać się słuchem absolutnym. Pamiętam, że na koniec kazał mi odegrać piękny drugi temat z „Niedokończonej” Symfonii Schuberta, który uprzednio zagwizdał. Musiałem odszukać właściwe akordy, a potem przetransponować melodię do innej tonacji.

Kiedy w sposób zadowalający wywiązałem się z tych wszystkich poleceń, profesor Joachim uniósł mnie z podłogi, ucałował i poczęstował wielkim kawałkiem czekolady. Później zwrócił się do matki i Jadwigi:

— Ten chłopiec może zostać bardzo wybitnym muzykiem… Na pewno ma talent. Niech słucha dobrego śpiewu, ale nie trzeba go siłą zmuszać do muzyki. Kiedy nadejdzie czas na rozpoczęcie poważnych studiów, proszę przywieźć go do mnie, z przyjemnością będę czuwał nad jego edukacją artystyczną.

 

Pożegnaliśmy się uszczęśliwieni, dziękując mistrzowi za ogromną dobroć. W dwa tygodnie później, kiedy wyprawa Jadwigi była już gotowa, powróciliśmy do Łodzi, gdzie czekało nas gorące przyjęcie. Rodzina w podnieceniu chłonęła opowieści o wspaniałej przyszłości, jaka się przede mną roztacza; opinią Joachima poruszone było również całe miasto, i to tak dalece, że nawet w prasie ukazały się entuzjastyczne relacje z naszej wyprawy do Berlina.

Wrzawa, jaką wszczynano wokół spraw tak błahych, jak wygrywanie przeze mnie nut czy zgadywanie akordów, wydawała mi się bzdurą, zwłaszcza że inne moje bohaterskie wyczyny, takie jak przeskakiwanie trzech schodów naraz czy bieganie szybciej niż inni chłopcy, mijały bez echa.

Kiedy Jadwiga wychodziła za mąż, wyprawiono jej w domu piękne żydowskie wesele. Na przyjęcie wynajęto niewielką kapelę złożoną z czterech czy pięciu muzyków, którzy po zakończeniu ceremonii zaczęli grać. Dźwięki ich muzyki tak mnie podnieciły, że wdrapałem się na stołek i udając dyrygenta, zacząłem gwałtownie wymachiwać rękami. Skończyło się to upadkiem na ziemię, wielkim guzem na głowie i rozkwaszonym nosem. Najwidoczniej nie była mi pisana kariera dyrygenta.