Więcej niż tysiąc słówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ściskając w ręce torebkę, cierpliwie czekam na powrót Jamiego, gdy nagle czuję na ramieniu czyjś dotyk. Nie przestając się uśmiechać – pewnie zakradł się do mnie od tyłu – odwracam się na pięcie.

– Stephanie? Tak nam się właśnie zdawało, że to ty! Co u ciebie?

Mogę mieć tylko nadzieję, że Sam Chaplin i jego żona Liz są zbyt pijani, by dostrzec malującą się na mojej twarzy panikę.

– Och! Ekhm, witajcie! – jąkam się. – U mnie wszystko w porządku, a u was?

– Wspaniale! Przyjechaliśmy tu na weekend z okazji rocznicy ślubu – wyrzuca z siebie Liz. Ogromna natapirowana fryzura to punkt centralny jej stylizacji. Na tym właśnie polega problem z dorastaniem na wsi: wszyscy się tu znają i wtykają nos w nie swoje sprawy. – Czyżby Matt zafundował wam podobny wyjazd? Romantyk z niego! – dodaje, puszczając do mnie oko.

– Nie – zaprzeczam z udawanym śmiechem – przyjechałam tu z przyjaciółką.

Liz przekrzywia głowę na bok.

– Och, rozumiem! – wydaje z siebie przesadnie entuzjastyczny okrzyk.

– Babski wypad – dodaję.

W tym momencie widzę zmierzającego w naszą stronę Jamiego. Nie odzywaj się do mnie, proszę. Serce zaczyna mi walić coraz szybciej i mocniej do momentu, aż nie jestem w stanie zebrać myśli.

– Powiedz mi, Liz – odzywam się na tyle głośno, by Jamie mnie usłyszał – od jak dawna jesteście małżeństwem? Znacie się z moim tatą od dobrych dwudziestu lat!

Zerkam na niego kątem oka, gdy przechodzi obok i idzie prosto na górę, nawet na nas nie patrząc. Oddycham z ulgą i całkowicie się wyłączam, gdy Liz wygłasza pięciominutowy monolog o tym, jak przeprowadziła się do naszej wioski.

– Przyjaciółka pewnie się zastanawia, gdzie zniknęłam. Muszę uciekać! Od rana będziemy się byczyć w spa! Cudownie było was oboje zobaczyć – mówię, wchodząc schodami na górę.

– Wszystko dobrze? – pyta Jamie, gdy tylko staję w drzwiach pokoju. – Domyśliłem się, że wolałabyś mnie nie przedstawiać.

– Tak, bardzo ci dziękuję. – Podchodzę do okna. Mam bzika na punkcie ich otwierania, nawet gdy na dworze jest mróz. Uchylam je tylko trochę, ale to i tak wystarczy, żeby wpuścić do środka trochę jesiennego powietrza.

– Na szczęście jesteśmy już sami – zauważa.

Owszem, jesteśmy. Całkiem sami. Wyobrażałam to sobie przez cały rok; fantazjowałam, śniłam, poświęcałam długie bezsenne noce na myślenie o tym, co wtedy zrobię. I gardziłam sobą z tego powodu. Mogliśmy teraz zrobić wszystko i nikt by się o tym nie dowiedział.

Tylko że ja bym wiedziała i musiałabym dalej żyć z tą świadomością.

Uśmiecham się blado, podchodzę do łóżka i przysiadam na dłoniach tak, jak to robiłam, będąc nastolatką. Jamie zbliża się do mnie i zajmuje miejsce tuż obok.

– Wytrąciło cię to z równowagi, prawda? Spotkanie z tymi ludźmi – mówi.

Nie ośmielam się na niego spojrzeć, ze strachu przed tym, że mogłabym utonąć w jego oczach.

– Przypomniałam sobie o tym, co robimy, i o ludziach, których…

Odwracam się w jego stronę. Nawet nie muszę kończyć zdania. Zresztą jak miałabym to określić? Oszustwem? Zdradą? Oboje wiemy, dokąd to wszystko zmierza. Czy raczej zmierzało, dopóki nie wpadłam na państwa Chaplinów.

Jamie wyciąga mi rękę spod uda i delikatnie ją ściska.

– Nie musimy nic robić. Uwielbiam na ciebie patrzeć. Plan był taki, że przyjedziemy tutaj i nadrobimy zaległości przy wspólnej kolacji, i tak właśnie się stało – mówi z uśmiechem. – Tak pewnie będzie lepiej.

– Tak, chyba masz rację – odpowiadam, czując jednocześ­nie dumę i wstyd.

Siedzimy przez chwilę w milczeniu, oswajając się z naszą wspólną decyzją. Nie możemy już się z niej wycofać.

– Czas do łóżka – mówi Jamie, wstając. – To znaczy na kanapę!

Spoglądam w tamtą stronę. Kanapa jest krótka, a on wysoki, więc na pewno nie będzie mu wygodnie.

– Słuchaj, prześpij się na łóżku. Poradzimy sobie.

Jamie omiata wzrokiem wielkie małżeńskie łóżko, na którym wciąż siedzę.

– Jesteś pewna?

– Tak, spokojnie się na nim zmieścimy. Możemy ułożyć pośrodku kilka poduszek, jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej – żartuję.

– Nie trzeba; liczę na to, że zdołasz utrzymać ręce przy sobie.

Łoże z czterema kolumienkami wygląda imponująco. Niektóre łóżka z baldachimem są brzydkie i przytłaczające. To jest proste i śliczne. Kolumienki z ciemnego drewna są rzeźbione, podobnie jak masywny zagłówek. W każdym innym pomieszczeniu takie łóżko wyglądałoby sztucznie, ale do tego pasuje wprost idealnie.

Myślałam, że będziemy spać w osobnych pokojach, więc spakowałam kusą różową piżamkę. Kiedy wychodzę z łazienki, Jamie rozpaczliwie próbuje na mnie nie patrzeć, przechodząc obok. Co prawda nigdy nie śpię w biustonoszu, ale tej nocy postanawiam go nie zdejmować. Mój towarzysz wychodzi z łazienki po pięciu minutach, w samych bokserkach. Staje w drzwiach i przebiera palcami, wyraźnie skrępowany.

Dobry Boże, doprawdy nie wiem, gdzie podziać oczy. Mam ochotę podziwiać każdą część jego ciała, ale nie ośmielam się tego zrobić. Zaczynam mówić coś kompletnie bez sensu.

– Przepraszam cię, Steph. Mam tylko bluzę, w której tu przyjechałem, albo koszulę. Mogę nałożyć którąś z nich, jeśli chcesz?

– Ależ nie! Nie przejmuj się tak! – mówię, jakby cała ta sytuacja była zupełnie normalna. Mój głos brzmi jednak bardziej piskliwie niż zwykle.

Kładę się na plecach po prawej stronie łóżka, a Jamie zajmuje miejsce obok. Wyłączam lampkę nocną i w pokoju zapada całkowita ciemność.

W głowie kłębią mi się myśli z gatunku: Co ty, do cholery, wyprawiasz? Przecież to Jamie, dlaczego się na niego nie rzucisz? Sama nie wiem. To by było po prostu niewłaściwe.

Czuję, jak wyciąga rękę pod kołdrą i zaczyna szukać mojej dłoni, którą położyłam sobie na brzuchu. Bierze ją i układa między nami, więc teraz trzymamy się za ręce. Delikatnie głaszcze kciukiem grzbiet mojej dłoni. Stykamy się ramionami i pomimo ciemności wiem, że głowę ma zwróconą w moją stronę. Jego płytki oddech delikatnie owiewa mi twarz, lecz po chwili staje się coraz głębszy i bardziej rytmiczny. Dopasowuję do niego własny oddech i oboje odpływamy w sen.

*

Gdy się budzę, Jamie na szczęście bierze prysznic. Wspólne wylegiwanie się w łóżku nie wyszłoby nam na dobre. Nie mam pojęcia, która może być godzina – na dworze z pewnością jest już jasno. Przez zasłonę sączy się smużka światła, dzięki której dostrzegam zarysy większości przedmiotów znajdujących się w pokoju.

Dopada mnie lekka paranoja na myśl o tym, że przytuliłam się w nocy do Jamiego albo zrobiłam coś równie żenującego.

– Dzieńdoberek! – słyszę jego tubalny głos. Wychodzi z łazienki już całkiem ubrany.

– Cześć. – Uśmiecham się promiennie. – Dobrze spałeś?

– Jak niemowlę, chociaż przez całą noc ściągałaś ze mnie kołdrę.

– Nieprawda!

– Więcej z tobą nie śpię – mówi i zaczyna się śmiać. – Już prawie ósma. Może zjemy śniadanie w pokoju, żeby znowu nie wpaść na Państwa Wścibskich, a później wyjdziemy na dwór i zrobimy trochę zdjęć?

– Brzmi cudownie!

Stoimy na parkingu po spędzeniu najlepszych dwudziestu godzin w życiu i obojgu nam brakuje słów, by wyrazić, jak było wspaniale.

– No to do zobaczenia za rok – mówię. Brzmi to jak stwierdzenie, chociaż właściwie jest pytaniem. Czuję się doszczętnie załamana samą koniecznością rozstania.

Jamie się uśmiecha.

– Za rok o tej samej porze.

– Mam coś dla ciebie. – Wyjmuję z torebki niewielką białą kopertę z czarnymi inicjałami J.D.

– Co to takiego? – pyta, biorąc ode mnie list.

– Drobiazg, który chciałam ci dać. Nie przejmuj się, to nie żadne wyznanie. Po prostu przeczytaj to sobie od czasu do czasu.

Jamie zaczyna otwierać kopertę.

– Nie! – Przykrywam jego dłoń swoją ręką. – Możesz to zrobić dopiero po moim odjeździe.

– Dobrze. – Wkłada kopertę do kieszeni zimowego palta. – Trzymaj się, Stephanie. – Przytula mnie i wsuwa mi ręce we włosy, a ja obejmuję go w pasie. Stoimy tak przez chwilę. Żadne z nas nie ma ochoty tego przerywać. W końcu Jamie robi krok do tyłu i całuje mnie w policzek, delikatnie muskając dłońmi moją szyję. Nasze usta dzielą centymetry.

A później podchodzi do samochodu, wsiada i odjeżdża.

Kiedy zajmuję miejsce w swoim aucie, nawet nie próbuję powstrzymywać łez, które zaczynają płynąć mi po twarzy. Lepiej teraz niż w domu, gdzie musiałabym się z nich tłumaczyć Mattowi. Czuję się potwornie rozdarta. Powtarzam sobie szeptem, raz za razem: Nie możesz go mieć, on należy do innej. Ale to i tak nie robi różnicy, ponieważ przez ostatnie dwadzieścia godzin Jamie należał do mnie, a ja do niego. W tym równoległym wszechświecie należeliśmy do siebie. Teraz jednak muszę wrócić do rzeczywistości, chociaż wcale mi się to nie podoba.

Wracam do domu, zatrzymuję się na podjeździe i wyłączam silnik. Dopadają mnie wyrzuty sumienia. Nie mam ochoty wchodzić do środka. A jeśli Matt już o wszystkim wie? Przez ostatnią godzinę ćwiczyłam w myślach odpowiedź na pytanie o to, co robiłyśmy: Och, cudownie było się znowu zobaczyć. Nie mogłyśmy się nagadać. Ona ma teraz dwoje dzieci; starsze właśnie poszło do przedszkola.

Stek kłamstw.

Kiedy wreszcie wchodzę do domu, Matt krząta się po kuchni.

Uśmiecham się do niego promiennie.

– Cześć! – Mój wzrok od razu przyciąga stojący na kuchennej wyspie bukiet kwiatów – fioletowych, czerwonych i różowych goździków. Nadal są owinięte w celofan i przechylają się na jedną stronę. – Czym sobie na nie zasłużyłam? – pytam, ruchem głowy wskazując na bukiet.

– Chyba nie muszę mieć powodu, żeby kupić kwiaty włas­nej żonie, prawda? – pyta ze śmiechem, a później podchodzi i przytula mnie w zupełnie inny sposób niż Jamie ledwie godzinę wcześniej. – Jak się udał babski weekend?

 

– Wspaniale się było znowu spotkać. Nie mogłyśmy się nagadać. Zaniosę rzeczy na górę.

– Myślałem, że się gdzieś przejdziemy.

– Jasne, daj mi dwie minuty – mówię, wchodząc po schodach, i czuję się jak najgorsza żona na świecie. Popołudnie spędzamy, spacerując po jednej z sąsiednich wiosek.

Dzień jest zimny i wietrzny, wchodzimy więc do pubu i siadamy przy kominku. Matt opowiada mi o wieczorze spędzonym z kolegami na grze w pokera, którego ostatnio bardzo polubili. Kupili sobie nawet profesjonalne żetony i naprawdę ich to wciągnęło. Staram się zachowywać normalnie, ale myślami jestem miliony kilometrów stąd. Czuję się, jakbym grała, chociaż już sama nie wiem, przed kim.

Wracamy do domu tuż przed zmierzchem. Postanawiam zafundować sobie kąpiel z bąbelkami. Zanurzam się w wodzie, otoczona świecami, które wypełniają łazienkę słodkim waniliowym zapachem, i rozmyślam o weekendzie: o tym, co właściwie oznaczał i co zrobiłam.

Nie mogę tak traktować Matta. Jest dobrym człowiekiem i nie zasłużył sobie na takie zachowanie. Powinnam się wycofać, zanim sprawy zajdą za daleko. Będę musiała zapomnieć o Jamiem. Całe szczęście, że wpadłam wieczorem na Chaplinów.

Był to zimny prysznic, którego bardzo potrzebowałam.

Siedzę przy toaletce i wpatruję się w swoje odbicie. Auto­destrukcyjna część mnie, którą tak dobrze znam, patrzy na mnie z lustra. Mam mokre włosy i twarz pozbawioną choćby grama makijażu. Oto ja. Oto ona.

Słyszę dobiegające z torebki piknięcie telefonu. Wyjmuję go i widzę, że dostałam wiadomość od Jamiego. Na sam jej widok wstrzymuję oddech. Przesuwam palcem w prawo, żeby ją otworzyć. W SMS-ie znajduje się link do nagrania na YouTubie i pojedynczy symbol buziaka. Szybko zakładam słuchawki.

Klikam na link i odpalam teledysk, który oglądałam wcześniej setki razy. Zawsze mi się podobał. Seksowny, zmysłowy, a do tego jeszcze te zapadające w pamięć dźwięki gitary, nietuzinkowy głos wokalisty i piękny tekst. Słowa Wicked Game Chrisa Isaaka dźwięczą mi w głowie, chłonę każde z nich z osobna. Wpatruję się jak zahipnotyzowana w wykonawcę flirtującego na plaży z Heleną Christensen. Mam ochotę zadzwonić albo napisać do Jamiego i powiedzieć mu, jak bardzo podobał mi się nasz weekend i jak żałuję, że go nie pocałowałam.

Nie mogę tego jednak zrobić.

Otwieram nową wiadomość, wklejam do niej link i wysyłam. Nie wiem, czy Jamie lubi tę piosenkę, ale mam nadzieję, że za każdym razem, gdy usłyszy utwór You Do Something To Me Paula Wellera, pomyśli o mnie.

Rozdział 8

Wtorek, 6 stycznia 2009

JAMIE

Czasami patrzę na nią, szczególnie wtedy, gdy jest zajęta którąś z codziennych czynności, na przykład nalewaniem wina do kieliszka, i zadaję sobie pytanie: jak ja ją traktuję? Jest całkowicie nieświadoma faktu, że związałem się z inną kobietą. Czy to w ogóle możliwe? Czy można mówić o związku, jeśli spotkało się z kimś zaledwie trzy razy? Nie robimy nic złego pod względem fizycznym, ale jeśli chodzi o emocje, to przekroczyliśmy wszelkie granice.

Nie potrafię przestać o niej myśleć. Poczucie winy jest tak przytłaczające, że czasami nie pozwala mi oddychać.

Zawsze wyobrażałem sobie mężczyzn, którzy postępują w podobny sposób, jako aroganckich, żałosnych, pewnych siebie dupków, ani przez chwilę niezastanawiających się nad tym, jak się czują ich biedne, niczego nieświadome, pokrzywdzone żony. Sądziłem, że chwalą się tym przed swoimi równie beznadziejnymi kolegami, opowiadają im o potajemnych schadzkach i zaśmiewają się przy tym w głos. Rezerwują pokoje w hotelach, wymyślają fałszywe powody, dla których muszą wyjechać z domu, i zdejmują obrączki, kiedy są z tą drugą. Napawają się romansem.

Czy rzeczywiście jestem lepszy od nich? A Stephanie? Na pewno tak, ale jednocześnie… Niewiele się od nich różnimy.

Nie uprawialiśmy ze sobą seksu. Całowaliśmy się tylko raz. Po prostu uwielbiamy być razem. Czy tak jest lepiej, czy wprost przeciwnie, jeszcze gorzej? Czy ma to jakiekolwiek znaczenie, że wykazaliśmy się nieco większą klasą i zachowaliśmy swoją relację w tajemnicy? Czy liczy się to, że zacząłem coś do niej czuć? Nadal okłamuję żonę. Wciąż jestem niewierny.

Zdrada.

Nieważne, jak to nazwiemy.

Nie potrafimy tego przerwać.

Helen zasługuje na coś lepszego niż to… Niż ja. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, co pomyśleliby o mnie znajomi, gdyby się dowiedzieli. Nasi wspólni przyjaciele, z którymi spędziliśmy tak wiele wieczorów w pubie, śmiejąc się, uczestnicząc w quizach, rozmawiając o bzdurach i na ważne życiowe tematy. Jak by mnie ocenili? Doskonale znam odpowiedź na to pytanie. Wiem też, że jestem ostatnią osobą, którą podejrzewaliby o romans.

Lepiej niż ktokolwiek inny znam ból spowodowany zdradą. Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy ojciec wyprowadził się z domu i zostawił mamę dla innej kobiety. Miał z nią romans od ośmiu miesięcy, a jedynym powodem, dla którego w końcu się przyznał, było to, że wszyscy na osiedlu i tak wiedzieli o jego zdradzie; bał się, że ktoś mamie o tym doniesie. Takim właśnie tchórzem okazał się ojciec.

Miałem wtedy zaledwie dziesięć lat. Siedziałem na łóżku i słyszałem, jak rodzice godzinami się kłócą. W naszym domu awantury toczyły się codziennie. Tata był tynkarzem i pracował od świtu do nocy, a później najchętniej szedł do baru i upijał się z kolegami. Mieszkaliśmy w maleńkiej szeregówce na szemranym osiedlu w Manchesterze, gdzie każdy ma przezwisko i nikt nie robi sobie nadziei na lepszą przyszłość. Mama pracowała w szkolnej stołówce, a tata miał awanturniczy charakter – wiedziałem to już jako dziecko. Lubił się wywyższać i ranić ludzi wokół siebie. Drażnił innych mężczyzn, za to kobiety go kochały. Nigdy nie miałem z nim bliskich relacji, rzadko się mną zajmował. Pamiętam za to jego rysunki; miał talent do ilustrowania, szkoda, że nic z nim nie zrobił.

Po tym, jak nas zostawił, nie wolno mi się było z nim widywać. Przez kilka lat mieszkał na naszym osiedlu z „tą kobietą” i zaliczył kilka niezbyt udanych prób spotkania się ze mną. Mama zawsze mi powtarzała, że nie mam czego żałować, bo ojciec w końcu i tak machnie na mnie ręką. Miała rację. Po około dwóch miesiącach przestał zabiegać o spotkania. Byłem rozczarowany, że nie postarał się bardziej, ponieważ tęskniłem za nim i czasami go potrzebowałem. Może i nie był najlepszym tatą pod słońcem, ale był mój.

W końcu wyprowadził się gdzieś na południe. Więcej już o nim nie słyszałem. Wszyscy twierdzili, że jestem „wykapanym tatą” – obaj mieliśmy błękitne oczy.

Mama dochodziła do siebie przez wiele lat. Zdrada ojca podkopała jej pewność siebie, poza tym była wykończona pracą i opieką nade mną. Przez długi czas zachowywałem się z tego powodu jak wredny dupek.

A teraz robię dokładnie to samo co on. Dobija mnie sama myśl, że mógłbym skrzywdzić Helen tak, jak ojciec skrzywdził mamę. Jednocześnie nie mam siły tego zakończyć. Właśnie dlatego muszę mieć nad tym kontrolę.

Jedno spotkanie w roku.

Ja po prostu chcę, żeby Stephanie była obecna w moim życiu.

Kiedy podjeżdżamy pod dom rodziców Helen, przypominam sobie swoją pierwszą wizytę u przyszłych teściów. Miałem wtedy osiemnaście lat i nigdy wcześniej nie byłem w tak wspaniałym domu. Elegancki to mało powiedziane.

Wszyscy mieszkańcy tej ulicy mieli przystrzyżone żywopłoty i nienagannie utrzymane ogródki. Nie było tu samochodów bez kół, placów zabaw ze zjeżdżalniami zabazgranymi graffiti ani kolesi popijających piwo z puszek i moczących nogi w dziecięcych basenikach. Kiedy Helen odebrała mnie z przystanku autobusowego, starałem się ukryć zdenerwowanie, gadając o egzaminach, ale ona od razu się domyśliła, w czym rzecz.

– Nie denerwuj się – powiedziała. – Moi rodzice nie mogą się doczekać, kiedy cię poznają.

Ich dom przypominał muzeum. Wszystko tam lśniło, stało na baczność i pachniało środkiem czyszczącym. Wyglądało nieskazitelnie. Wszędzie stały wazony ze sztucznymi kwiatami. Zupełnie inaczej niż u nas. Nie mieliśmy pieniędzy na podobne zbytki. Nasz dom był lekko obskurny, panował w nim bałagan i chaos.

Pamiętam, jak powiedziałem mamie, że po skończonym posiłku mama Helen od razu zdjęła obrus – prawdziwy obrus! – i wypolerowała mahoniowy stół po tym, jak potraktowała go specjalnym sprejem. Mama, która co prawda miała podobny preparat, ale trzymała go pod zlewem i używała wyłącznie od święta, zrobiła zaskoczoną minę i zapytała, czy mają też suszarkę bębnową.

Nadal trochę się stresuję, odwiedzając teściów. Zawsze będę miał w sobie coś z tamtego onieśmielonego nastolatka, który nie czuł się wystarczająco dobry dla ich córki.

– Pyszny ten boeuf Stroganow, Judy! – rozpływam się w zachwytach.

– Dziękuję, Jamie. Specjalnie poszłam wczoraj po mięso do rzeźnika. Mają same najlepsze kawałki. Mogę wam trochę kupić – proponuje.

Nie miałbym pojęcia, co zrobić z takim mięsem, ale doceniam gest. Helen zerka na mnie i zaczyna się śmiać, a ja się do niej przyłączam. Potrafię gotować proste potrawy, ale Stroganow to dla mnie za wysokie progi.

– Jak się udał rejs, Davidzie? Helen mówiła, że świetnie się bawiłeś – zagajam.

David, tata Helen, jest emerytowanym lekarzem; pasjonuje się żeglarstwem i łodziami. Miły z niego facet, chociaż należy do osób, z którymi trudno złapać kontakt. Podczas rozmowy z nim mam wrażenie, że traktuje mnie jak powietrze. Nigdy nie widziałem go w niezobowiązującym stroju. Zawsze ma na sobie koszulę, jakiś sweter i materiałowe spodnie.

– Było wspaniale, prawda, Judy? – mówi, odkładając nóż i widelec, żeby w pełni się skoncentrować na wypowiedzi. Judy przytakuje z entuzjazmem. – Włoska Riwiera jest naprawdę olśniewająca. Po prostu olśniewająca. Powinniście się tam wybrać.

– Podoba mi się ten pomysł – odzywa się Helen.

– Nie wiem, czy mnie to kręci – wyznaję i od razu wiem, że nie należało tego mówić.

– Co cię nie kręci? – fuka David. – Oglądanie niesamowitych zachodów słońca? Zwiedzanie pięknych miejsc?

Wszyscy na mnie patrzą. Podłożyłem się na całego.

– Nie, to wszystko brzmi świetnie! Po prostu nie chciałbym tak długo kisić się na łodzi. Pewnie od razu nabawiłbym się choroby morskiej.

David kręci głową, zanosząc się kpiącym śmiechem.

– Słyszałaś, Judy? Choroby morskiej!

– Tato! – upomina go stanowczo Helen. – Nie wszystkim to musi odpowiadać. Nie zdecydowaliśmy się jeszcze, dokąd pojedziemy w tym roku na wakacje.

– Słyszałem, że coraz więcej Brytyjczyków spędza je w kraju. Mamy tu sporo pięknych miejsc. Chętnie odwiedziłbym Kornwalię, podobno też jest zachwycająca – mówię. I tak miałem o tym porozmawiać z Helen.

– Kornwalia? – śmieje się moja żona. – Skarbie, nie po to pracuję po pięćdziesiąt godzin tygodniowo, żeby spędzać urlop w kraju.

David kiwa ze zrozumieniem głową, jakbym właśnie zasugerował, żebyśmy spędzili dwa tygodnie w strefie działań wojennych.

– Musicie się stąd wyrwać. Jedźcie za granicę, Jamie! – przyłącza się do nich Judy.

– Po prostu myślę o pieniądzach i wydatkach, które czekają nas w tym roku. – Nie potrafię tego taktowniej ująć w obecności rodziców żony bez wykrzyczenia im prosto w twarz: Czy nie powinniśmy zacząć oszczędzać na dziecko?!

– Cóż, myślę, że zasłużyłam sobie na porządne wakacje – stwierdza Helen. – I na pewno nie pogardziłabym spędzeniem dwóch tygodni na statku z basenem.

– Ja też bym nie pogardził – bronię się. – Po prostu wolę robić inne rzeczy.

Przez resztę wieczoru przysłuchuję się rozmowom całej trójki na tematy, które kompletnie mnie nie dotyczą. Po kolacji proponuję, że wypoleruję stół, a gdy to robię, myślę o mamie. Oboje z Helen mamy jeszcze trochę rzeczy do zrobienia przed następnym dniem, zatem wracamy do domu stosunkowo wcześnie.

Od samego początku jedziemy w ciszy, a to nigdy nie zwiastuje niczego dobrego.

– Co się dzieje? – pyta Helen.

– Nic. Co masz na myśli? – odpowiadam, wjeżdżając na dwupasmówkę.

– Dziwnie zabrzmiało to, co mówiłeś o wakacjach.

– Wcale nie. Naprawdę chciałbym pojechać do Kornwalii. Co w tym dziwnego?

– Serio?

– Wydawało mi się, że chcesz mieć dziecko, Helen. Nie będziemy mogli sobie na nie pozwolić, jeśli pojedziemy na drogie wakacje. A poza tym ciągle powtarzasz, że powinniśmy rozbudować dom. Nie starczy nam pieniędzy na wszystko. Musimy zdecydować, na czym zależy nam najbardziej, i do tego dążyć. Mam wrażenie, że marzy ci się wszystko naraz, a ja nie jestem w stanie ci tego zapewnić. Przykro mi, ale nie da się mieć wszystkiego.

 

– Dałoby się, gdybyśmy mieli większe dochody.

– Ale nie mamy – odpowiadam napiętym głosem, wiedząc, dokąd zmierza nasza rozmowa.

– Mówiłam ci o możliwościach, jakie stwarza moja firma. Musisz się tylko zgłosić i wykorzystać swój talent. To naprawdę dobrze płatna praca, zapewniająca dodatkowe korzyści i prestiż…

– Nie, Helen.

Przez chwilę nic nie mówi, tylko wygląda przez okno.

– Dlaczego nie?

– Bo ja już mam pracę. Ostatnim razem, gdy o tym rozmawialiśmy, powiedziałem ci dokładnie to samo.

– Wiem o tym, skarbie. I wracam do tego tematu wyłącznie dlatego, że masz wielki talent i chciałabym, żeby ktoś go docenił, zapłacił ci za to godziwe pieniądze i zapewnił dodatkowe korzyści.

– Uczę dzieci, lubię to, co robię, i każdego lata byczę się przez sześć tygodni! Jakich więcej korzyści miałbym potrzebować? – pytam ze śmiechem.

– Mam na myśli wymierne korzyści na przyszłość – odpowiada Helen, kładąc szczególny nacisk na słowo „wymierne”.

– Na przykład jakie? – Zaczynam się irytować.

– Skoro planujemy dzieci, to powinniśmy myśleć przyszłościowo. Pracujesz w szkole, odkąd skończyłeś studia, i czerpiesz z tego satysfakcję, ale mógłbyś dużo więcej zarabiać…

Słuchanie Helen wypowiadającej się w tak bezduszny sposób na temat moich umiejętności i pasji potwornie mnie przygnębia. Czy moje zdanie w ogóle się dla niej liczy?

– A co z wolnym czasem, który mógłbym poświęcać wychowaniu naszych dzieci, gdy już będziemy je mieli? Czy to nie jest wymierna korzyść? Poza tym nie mógłbym pracować w twojej firmie. Znienawidziłbym to. Nie tego pragnę od życia.

– Wybacz, że próbowałam ci pomóc – mówi wyraźnie obrażona i odwraca głowę w stronę okna. Nie cierpię milczenia i niedopowiedzeń podczas kłótni.

– Przepraszam. Nie chciałem ci sprawić przykrości. To był długi tydzień. – Wyciągam rękę i ściskam dłoń żony.

– Ja też przepraszam – odpowiada, sięgając po leżącą u jej stóp torebkę. Gdy to robi, natychmiast ogarnia mnie poczucie winy i kładę rękę z powrotem na kierownicy.

Kupiłem jej tę torebkę pod choinkę. Była droga, a ja zrobiłem to z dwóch powodów: po pierwsze, wiedziałem, że będzie nią zachwycona (i faktycznie była), a po drugie, miałem okropne wyrzuty sumienia po tym, jak kilka miesięcy wcześniej spotkałem się ze Stephanie. Liczyłem na to, że poczuję się trochę lepiej, kupując żonie wymarzony prezent (nie zadziałało). Helen przesuwa palcami po zmatowionej czarnej skórze, czule dotyka metalowych ćwieków i błyszczącego srebrnego zapięcia.

– Dziękuję, kochanie! Jest prześliczna! – pisnęła w bożo­narodzeniowy ranek i cmoknęła mnie w policzek, a później zajęła się podziwianiem swojego prezentu. Obfotografowała torebkę ze wszystkich stron i wrzuciła zdjęcia na Facebooka z komentarzem: Spójrzcie tylko, co dostałam od swojego niesamowitego mężusia pod choinkę! Szczęściara ze mnie!!! Czuję się teraz bardzo kochana. Dostała sto pięćdziesiąt cztery lajki.

W Boże Narodzenie zaczynamy bardziej doceniać swoją drugą połówkę. Może dlatego, że spędzamy z nią więcej czasu. Godzinami łazimy po sklepach, myśląc o rzeczach, które mogłyby sprawić jej przyjemność, a później kupujemy wymarzony podarunek. Słuchamy sentymentalnych piosenek, popijając grzane wino przy migoczącej choince, i zastanawiamy się, jak u diabła można było zrobić coś takiego ukochanej żonie.

– Masz rację – odzywam się wreszcie. – Ciężko pracujesz i zasługujesz na przyjemne wakacje. Po prostu martwię się o pieniądze, skoro chcemy się starać o dziecko.

– Oboje zasługujemy na przyjemne wakacje. Ale możemy się przyjrzeć tej całej Kornwalii. Pewnie mają tam jakieś ładne hotele. Nie dam się namówić na biwak! – zastrzega ze śmiechem Helen.

Ja też się śmieję.

– Nawet bym nie próbował! Przepraszam, że byłem ostatnio nieobecny i opryskliwy. Styczeń to zawsze stresujący miesiąc w szkole.

– A jeśli chodzi o pracę… – zaczyna poważnym tonem. – Wspomniałam o niej wyłącznie dlatego, że chcę wszystkiego, co najlepsze dla ciebie, dla nas i dla naszej rodziny.

– Tak, wiem.

– I chociaż szanuję to, że kochasz swoją pracę, to oboje powinniśmy chwytać każdą szansę, by uczynić nasze życie jak najlepszym. W szkole nie masz co liczyć na awans, więc jeśli nie planujesz tam zostać do emerytury, dalej już nie zajdziesz. Mógłbyś zacząć się wspinać po szczeblach kariery gdzie indziej.

– Dociera do mnie to, co mówisz, ale miałbym wtedy poczucie, że się sprzedaję.

– Chyba już czas pogodzić się z tym, że nie zostaniesz pełnoetatowym artystą – stwierdza z przekonaniem – ale nie powinieneś rezygnować ze swojego hobby.

Te słowa są dla mnie niczym cios w brzuch. Czyżby miała rację? Zawsze uważałem, że nie wolno się poddawać, pewnie z powodu swojego pochodzenia. Ale oto żona twierdzi, że powinienem dać sobie z tym spokój. Może i słusznie.

Nic nie odpowiadam. Helen wyraziła swoje zdanie i resztę drogi pokonujemy w milczeniu. Po kilku minutach jesteśmy na miejscu. Dom jest zimny i pogrążony w ciemności. Żona idzie na górę przygotować się do jutrzejszej prezentacji. Przytulamy się i całujemy, a później mówię, że ją kocham, ale muszę jeszcze zrobić parę rzeczy przed zajęciami.

Zimą w garażu panuje ziąb. Pociągam za sznurek i włączam światło. Grzejniki są podłączone do prądu i zaczynają wypluwać gorące powietrze, które szybko wypełnia lodowatą przestrzeń. Rozglądam się po moim atelier i obrazach namalowanych przez ostatnich kilka miesięcy. Czy w ogóle są coś warte? Sam już nie wiem. Wszędzie walają się płótna, półki są zastawione pędzlami i farbami. To moja przestrzeń. Miejsce, gdzie podtrzymuję swoje marzenie przy życiu. Mój wentyl bezpieczeństwa.

Podchodzę do stojącego w kącie pudła; trzymam w nim wszystkie rzeczy związane z warsztatami w Heathwood Hall. Kucam na podłodze i zaczynam je przeglądać; jest sporo formularzy administracyjnych i prac wykonanych przez uczestników kursu; nie lubię ich wyrzucać – poświęcają im przecież tyle czasu. Papier jest zimny w dotyku, powinienem chyba trzymać je w domu.

W końcu odnajduję to, czego szukałem: kartkę, którą podarowała mi Stephanie podczas naszego ostatniego spotkania w październiku zeszłego roku.

Rysunek na pierwszej stronie przedstawia zagraconą pracownię malarską i pogrążonego w pracy mężczyznę przed sztalugą.

Nigdy nie rezygnuj z marzeń – głosi napis pod spodem. I tyle.

Zastanawiam się, czy nie wysłać jej wiadomości, ale nie wiedziałbym, co napisać.

Wyłączam telefon, podkręcam grzejniki i zaczynam szkicować.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?