Więcej niż tysiąc słówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Następnego dnia się nie widzimy. Stephanie nie jest zapisana na żaden z moich warsztatów.

Po skończonych zajęciach, tuż przed odjazdem, w recepcji jest pełno ludzi. Tłoczą się wokół kominka, a ja wciąż zerkam na wiszącą nad nim tabliczkę, która stała się tematem naszej pierwszej rozmowy. Z uśmiechem na twarzy czekam na swoją kolej, by oddać klucze.

– Jamie?

Odwracam się i widzę Stephanie; wygląda na znacznie szczęśliwszą niż podczas naszego pierwszego spotkania. Jej kości policzkowe są uwydatnione przez uśmiech, nos ma lekko zadarty i delikatnie nim porusza, gdy coś mówi.

Jest piękna.

– Stephanie! Już wyjeżdżasz?

– Tak, Matt na mnie czeka. Chciałam się tylko pożegnać.

– Aha. Okej. – Próbuję uśmiechem zamaskować rozczarowanie, którego przyczyny nie potrafię do końca rozgryźć. – Cóż, wspaniale było cię poznać.

– Ciebie też. – Odwzajemnia uśmiech, nie odrywając wzroku od mojej twarzy.

– Powodzenia we wszystkim. Nie przestawaj rysować, masz do tego talent.

– Nie przestanę. Może wrócę tu w przyszłym roku – mówi, sięgając po torbę, i rusza w stronę głównego wyjścia.

Przez kilka sekund stoję bez ruchu, zastanawiając się nad tym, co jeszcze mógłbym dodać. Kim jestem, żeby udzielać życiowych rad? W szczególności dziewczynie, którą znam raptem dwa dni? Chrzanić to. I tak już nigdy więcej jej nie zobaczę.

– Steph!

Odwraca się, przytrzymując na wpół otwarte drzwi. Podbiegam do niej.

– Chciałem ci tylko powiedzieć…

– Tak? – szepcze.

– Ludzie zobaczą, jaka jesteś naprawdę, jeśli ich do siebie dopuścisz.

Uśmiecha się łagodnie i całuje mnie w policzek.

– Dziękuję, Jamie.

Patrzę, jak schodzi na dół i przemierza parking. Z niebieskiego sportowego kabrioletu wyskakuje blondyn, przytula narzeczoną, a później wkłada jej torbę do bagażnika. Stephanie po raz ostatni zerka na drzwi, za którymi stoję, i wsiada do samochodu.

Rozdział 3

Sobota, 18 sierpnia 2007

STEPHANIE

Przyglądam się swojemu odbiciu w dużym lustrze. To oczywiste, że chcę ładnie wyglądać, ale zależy mi również na tym, żeby strój nie był zbyt obcisły, ponieważ zamierzam się dzisiaj najeść i nie chcę przez cały wieczór wciągać brzucha.

Przesuwając dłońmi po ślicznej rozkloszowanej sukience ozdobionej haftem angielskim, okręcam się na pięcie, żeby sprawdzić, jak będzie wyglądać w tańcu. Zerkam przez ramię na swoje odbicie i spoglądam na zwisające z krawędzi łóżka dwie inne sukienki, które ze sobą przywiozłam. Nigdy nie umiem zdecydować, w co się ubrać. Od lat nie byłam taka opalona, ponieważ dopiero co wróciliśmy z podróży poślubnej do Tajlandii, wybrałam więc trzy sukienki, które w innych okolicznościach gryzłyby się z moją porcelanową cerą. Szmaragdową jedwabną ze stójką, podkreślającą kolor moich oczu, szykowną w żółte kwiaty, którą kupiłam na wyprzedaży, lecz ani razu jej nie nałożyłam, i wreszcie tę, którą mam na sobie.

Widok z piątego piętra hotelu jest spektakularny. Leeds to nowoczesne miasto, ale zachowało swój charakter. Butikowy hotel, w którym się zatrzymaliśmy, powstał w budynku dawnego młyna; zostały w nim stare krokwie na sufitach, drewniane filary pośrodku pokoju i nierówne ściany.

– No, dalej, solenizantko! – odzywa się Matt, wysuwając głowę zza drzwi łazienki. Do sypialni wlatuje zapach dezodorantu, dość przytłaczający w tym upale. – Pospiesz się! Mamy jeszcze zaplanowany spacer przed kolacją.

– Spokojnie, bez nerwów! – Przewracam oczami. – Po prostu trochę mnie zmęczyły te zakupy.

– Mój portfel też ledwo zipie.

Pokazuję mu język i dalej szykuję się do wyjścia.

Właśnie kończę nakładać makijaż. Zielone oczy są moim największym atutem, zazwyczaj podkreślam ich koci kształt eyelinerem. Reszta jest taka sobie. Nie uważam się za piękność. Mam lekko zadarty nos i tak jak Ebony odziedziczyłam figurę po mamie – może nie jesteśmy wychudzone, ale wyglądamy całkiem nieźle. Z wiekiem pewnie będziemy miały problemy z obfitym biustem i pełnymi biodrami, jeśli nie zaczniemy o siebie dbać, ale na tym etapie życia cieszymy się, że je mamy.

Pociągam usta czerwoną szminką, sięgam do kosmetyczki i wyjmuję perfumy.

Zawsze podobały mi się te, które miała mama. Używała ich dokładnie tyle, ile trzeba: dwa psiknięcia po obu stronach szyi i jedno na nadgarstek, którym delikatnie pocierała o przegub drugiej ręki. A później teatralnym gestem rozpylała chmurę zapachu nad głową.

Tę część rytuału lubiłam najbardziej.

Tańczyłam pośród drobinek kwiatowo-owocowego zapachu opadających na moje długie do pasa, złociste włosy nutami jaśminu, moreli, wanilii i piżma. Razem z siostrą pomagałyśmy mamie wybierać sukienki na uroczyste kolacje z tatą. Często gdzieś razem wychodzili.

– Oooo, ta się nie nadaje do tańczenia, moje skarby! – mówiła, kręcąc nosem na wyjętą przez nas z szafy sukienkę, która większości kobiet wydałaby się pewnie odpowiednia. – A może ta? – pytała.

– Tak! – piszczałyśmy w odpowiedzi, a później patrzyłyśmy, jak przebiera się w najpiękniejszą i najbardziej olśniewającą suknię, jaką tylko można sobie wyobrazić, zupełnie jakby była asystentką magika.

Moja niesamowita mamusia.

Zawsze była piękna i pełna życia. Czerwona szminka – jej znak rozpoznawczy – kontrastowała z włosami w naturalnym odcieniu blond. Dlatego ja też jej używam.

To Matt wpadł na pomysł spędzenia weekendu w Leeds z okazji moich urodzin. Nigdy wcześniej nie byłam w tym mieście, ale on stwierdził, że powinniśmy lepiej poznać północną część kraju. Jak dotąd zapuściłam się tylko do Durham, i to jedynie dlatego, że Ebony studiowała tam prawo. Odwiedziłyśmy mnóstwo pubów w Newcastle, lecz ani razu nie zajrzałyśmy do słynnej katedry w Durham, czego teraz okropnie żałuję. Ach, ci studenci!

Przez całą podróż myślałam o Jamiem. Na wspomnienie, jak się oburzył, kiedy posądziłam go o akcent z Leeds, zaśmiałam się pod nosem. Ciekawe, co teraz porabia. Szczerze mówiąc, często o nim myślę.

Jest piękny, ciepły letni wieczór, miasto tętni życiem. Trzymamy się z Mattem za ręce, jak na nowożeńców przystało, i przechadzamy się po starej części miasta zwanej Calls. W okularach przeciwsłonecznych i eleganckich ciuchach wyglądamy naprawdę dobrze.

Matt zaprosił mnie na urodzinową kolację do restauracji mieszczącej się w gmachu dawnej poczty. Z sufitu zwisają wielkie żyrandole. Wzdłuż ścian ciągną się rzeźbione loże, a środek sali zajmują mniejsze stoliki. Lubię panujący w restauracjach gwar, lubię też patrzeć na innych gości. Matt twierdzi, że jestem wścibska, ale ja po prostu obserwuję zachowania innych. Można z nich wyczytać znacznie więcej niż z wypowiadanych słów.

Kiedy zamawiam wino, Matt bawi się komórką.

– Umawialiśmy się na wieczór bez telefonu. Czy możesz go schować? – proszę. Matt zachowuje się, jakby był od niego uzależniony.

– Sprawdzałem tylko Facebooka – odpowiada takim tonem, jakby moja prośba wydała mu się idiotyczna. Wystukuje coś szybko na klawiaturze, po czym chowa telefon do kieszeni. – Teraz cały jestem twój.

Mają tu pyszne jedzenie. Jeden z klientów polecił ten lokal Mattowi i chwała mu za to. Jemy posiłek bez pośpiechu, tak jak lubię.

– Napijemy się czegoś po kolacji? – pytam. – Po tych naszych wakacjach dziwnie będzie zakończyć wieczór bez kieliszka.

– No cóż, Steph – zaczyna poważnym tonem Matt – myślę, że po skosztowaniu piña colady zrobionej przez Kika żaden tutejszy drink cię nie zadowoli.

Wybucham śmiechem.

– Och, jego piña colady były wyjątkowe, prawda? Niewiarygodne, ile składników udało mu się napchać do kieliszka.

– Dwadzieścia procent drinka to był alkohol, a osiemdziesiąt – cholerna dżungla! – odpowiada ze śmiechem Matt. – Nie zapominajmy też o zimnych ogniach. I o porcelanowej kaczce!

– Nieźle się wybawiliśmy.

– Było super. Ale najlepsze przed nami. Następny krok to znalezienie domu.

– Rzeczywiście, nie zaszkodzi przyjrzeć się rynkowi nieruchomości. Jakie to ekscytujące.

– A kiedy twoim zdaniem powinniśmy zacząć myśleć o dzieciach? – pyta rzeczowym tonem, wrzucając do ust kalmara po włosku.

– Dopiero co się pobraliśmy. Czy nie powinniśmy najpierw nacieszyć się sobą? Po co się spieszyć? Poza tym ostatnio naprawdę nieźle sobie radzę, a dziecko to poważna zmiana – mówię, obracając ślubną obrączkę kciukiem lewej dłoni, i staram się nie myśleć o mdlącym uczuciu, które pojawiło się w żołądku.

– Nie musimy się spieszyć, ale to przecież naturalna kolej rzeczy, prawda? – stwierdza Matt. – Jak ci idzie terapia? Tak rzadko o niej mówisz.

– Bo to moja osobista sprawa – odpowiadam szybko. – Ale wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Mąż kiwa głową.

– To najważniejsze. Jaka ona jest?

– Jane? – pytam lekko zszokowana tym, że w ogóle się nią interesuje. Nigdy wcześniej o niej nie rozmawialiśmy.

– Tak. Nosi biały kitel i prosi, żebyś położyła się na kozetce?

– Co takiego? I może jeszcze każe mi opowiadać o matce? – wypalam.

Matt nie odpowiada i wcale mu się nie dziwię. Odwracam wzrok, żałując tego niepotrzebnego komentarza.

– Wybacz, skarbie. Po prostu nie chcę o tym rozmawiać – tłumaczę. – Nie w ten weekend.

– Nie przejmuj się. Nie powinienem był zaczynać tego tematu – odpowiada, biorąc mnie za rękę. – Wszystko w porządku. Na pewno w końcu poczujesz się lepiej. Porozmawiajmy o czymś innym.

Kiedy kelner przynosi główne danie, rozpoczynamy naszą ulubioną zabawę. Zasady są proste: wybieramy jakąś grupę albo parę i w zależności od ich zachowania i przebiegu rozmowy próbujemy odgadnąć, co ich łączy.

 

Na razie Matt wydedukował, że czterej mężczyźni siedzący przy stoliku po naszej prawej są płatnymi zabójcami, którzy mają sprzątnąć hałaśliwą grupkę kobiet po przeciwnej stronie restauracji. Rzeczywiście patrzą na nie niezbyt przyjaźnie. Za każdym razem, gdy któryś z nich otwiera usta, Matt podkłada jakąś kwestię i robi to w tak przezabawny sposób, że aż zachłystuję się winem. Naprawdę potrafi mnie rozśmieszyć do łez.

– A co z nimi? – pytam, wskazując na parę siedzącą po lewej.

Są w podobnym wieku co my. Dziewczyna ma na sobie śliczną różową sukienkę z dekoltem w kształcie serca. Jej ciemne włosy są lekko pofalowane, zapewne od wilgoci w powietrzu, ale wyglądają naturalnie, podobnie jak makijaż. Naprzeciwko niej siedzi facet ubrany w białą koszulkę polo. Ma czarne włosy, kilkudniowy zarost i nosi okulary kujonki w ciemnych oprawkach. Rozmawiają w sposób sugerujący, że łączącej ich więzi nie zrozumie żadna z osób obecnych na sali. Na nikogo nie zwracają uwagi. Nie mogą oderwać od siebie oczu, tylko dziewczyna co jakiś czas spuszcza wzrok i szybko przenosi go z powrotem na chłopaka. Mogłabym na nich patrzeć bez końca.

– On planuje zaciągnąć ją do łóżka – stwierdza Matt.

Mężczyzna sięga po dłoń partnerki. Ich ręce spotykają się w połowie stolika. Palce nie splatają się ze sobą, lecz delikatnie się pieszczą. Niespiesznie. Zmysłowo. Para przez cały czas kokietuje się wzrokiem. Ileż bym dała za to, by dowiedzieć się, o czym tych dwoje rozmawia. Zapalona świeca dodaje intymności całej scenie i zaczynam się czuć niezręcznie, będąc świadkiem tak szczególnej dla nich chwili.

– Na pewno nie – mówię. – Tu chodzi o coś więcej niż seks.

– Mówię ci. – Matt przewraca oczami. – Jeszcze tego wieczoru dobierze się jej do majtek.

– Niewątpliwie tak, ale oni już są parą. Łączy ich coś wyjątkowego. Spójrz tylko!

Mąż gapi się na nich, nie siląc się na subtelność, po czym znowu próbuje mi udowodnić, że ma rację.

– Dopiero co zaczęli się ze sobą umawiać. To może być co najwyżej ich trzecia randka. Później już nikt się tak nie zachowuje.

Naprawdę? Gdy to słyszę, robi mi się smutno. Patrzę na zakochanych i cząstka mnie pragnie się poczuć tak samo jak oni.

Ale może Matt ma rację. Nie wszystkie pary zachowują się w ten sposób. Na przykład my. Oczywiście przeszliśmy etap zauroczenia, ale w naszym przypadku chodziło bardziej o wspólny śmiech, rozmowy do późnej nocy i chęć spędzania ze sobą każdej wolnej minuty. Niektórzy nie tracą głowy dla tej drugiej osoby i to też jest w porządku.

Skąd jednak wiadomo, że są z nią najszczęśliwsi? I czym właściwie jest szczęście?

Często się słyszy: „To był najlepszy dzień w moim życiu. Poślubiłem swoją najlepszą przyjaciółkę”. W dniu ślubu wszystko jest po prostu naj. Wyobrażam sobie tych ludzi, jak szczerzą się od ucha do ucha, nie mogąc uwierzyć włas­nemu szczęściu. Czy właśnie tak to powinno wyglądać? Czy tego rodzaju uczucie nigdy nie wygaśnie? Czy właśnie to jest szczęście? A może z biegiem czasu zamienia się ono w zwykłe zadowolenie? Czy należy się z tym pogodzić, czy raczej walczyć?

– Chyba masz rację – stwierdzam z uśmiechem.

Po pięciu daniach czuję, że zaraz pęknę i chyba nie będę musiała nic jeść przez najbliższy tydzień. Rozsiadam się wygodnie na krześle, zadowolona, że zdecydowałam się na rozkloszowaną sukienkę.

– A teraz czas na prezent! – odzywa się Max i wyjmuje z kieszeni marynarki kremową kopertę.

– Co takiego? – pytam zdziwiona. – Cały ten wyjazd jest dla mnie prezentem. Poza tym będę miała urodziny dopiero za kilka dni.

– To tylko drobny dodatek. Poza tym w zeszłym roku kupiłaś mi na trzydziestkę zegarek, który zapewne kosztował fortunę.

– Przecież to nie zawody, Matt. Wiedziałam, że ci się spodoba, i tylko to się liczy – mówię, spoglądając na jego zegarek z wygrawerowanym napisem: Kocham Cię, M. Twoja S. Matt nigdy go nie zdejmuje.

– Po prostu otwórz! – Uśmiecha się szeroko jak podekscytowane dziecko.

Wyjmuję z koperty broszurę. Wiem, co to jest, gdy tylko dostrzegam zdjęcie obiektu na pierwszej stronie. Oddech więźnie mi w gardle i potrzebuję chwili, by dojść do siebie.

– W zeszłym roku bardzo ci się podobały, więc wysyłam cię tam znowu w październiku – oznajmia z dumą Matt.

– Warsztaty artystyczne w Heathwood Hall…

Staram się nie zwracać uwagi na nerwowe podniecenie, które mnie ogarnia.

– Bardzo ci dziękuję! Wspaniały prezent! – mówię i nachylam się, by go pocałować.

– Poprzednim razem nie mogłaś się ich nachwalić. Przyjemnie było znowu zobaczyć uśmiech na twojej twarzy – zauważa mąż. – Pomimo drobnego uchybienia, które możemy chyba puścić w niepamięć.

– O czym mówisz?

– Mam na myśli to, że piłaś alkohol, chociaż umawialiśmy się inaczej.

– No tak. – Wzdycham. Max domyślił się, że piłam, kiedy przyjechał po mnie do Heathwood Hall i zapytał o to od razu na parkingu. Wyjaśniłam mu, że wypiłam nie więcej niż dwa kieliszki wina i nie byłam nawet lekko wstawiona, lecz i tak czułam się z tym okropnie, szczególnie po rozmowie, którą odbyliśmy w drodze na warsztaty. Na szczęście obiecał, że nic nie powie tacie i Ebony.

Przed wyjściem z lokalu wstępuję jeszcze do toalety. Przy umywalkach spotykam zakochaną dziewczynę ze skręconymi od wilgoci włosami, właśnie myje ręce.

Widzi, że patrzę na nią w lustrze, i uśmiecha się do mnie.

– Śliczna sukienka – mówię. – Pasuje do pani.

– Dziękuję – mówi, szybko zerkając na swój strój.

– Czy to jakaś szczególna okazja? – pytam niedyskretnie.

– Tak – przyznaje, malując usta szminką. – Mamy rocznicę!

– Och! Jak uroczo! – odpowiadam nieco zbyt entuzjastycznie. Ha! Jednak to ja miałam rację. Nawet gdyby chodziło o pół roku, to jednak są w poważnym związku. – Gratuluję!

– Dzięki! W ten weekend mijają dwa lata, odkąd wzięliśmy ślub! – dodaje z szerokim uśmiechem. Jest tak podekscytowana, że prawie zaczyna chichotać.

Z wrażenia opada mi szczęka. Moje samozadowolenie momentalnie przeradza się w zazdrość.

– Wow! To wspaniale. Brawo. Bawcie się dobrze! – mówię szybko, po czym wyskakuję z toalety i proponuję Mattowi, byśmy poszli jeszcze gdzieś na drinka.

Kilka godzin później leżymy w białej, skłębionej pościeli. Otworzyliśmy okna na całą szerokość w rozpaczliwej próbie przewietrzenia pokoju, który czuć seksem i moimi perfumami.

– Skąd wiedziałeś, że jestem tą jedyną? – zwracam się do Matta akurat w chwili, gdy próbuje zsunąć z nas pościel. Latem jest mu wiecznie za gorąco.

– Co masz na myśli?

– Co mnie wyróżniało na tle innych kobiet? – próbuję dociec. – Co takiego we mnie dostrzegłeś?

– Byłaś bardzo zabawna – odpowiada po chwili namysłu.

– Okej, „byłaś” to czas przeszły, a poza tym każdy może być zabawny.

– Cóż, musisz przyznać, że ostatnio przechodziłaś gorszy okres. To nie znaczy, że mniej cię teraz kocham.

– Wielkie dzięki!

– Och, daj spokój! Dlaczego nagle o to pytasz?

– Bez powodu – kłamię. – Po prostu chciałabym wiedzieć.

– Jesteś seksowna, fajna, z poczuciem humoru, urocza – wylicza. – Czy to nie wystarczy? Jestem strasznie zmęczony!

Mądra, zabawna, inteligentna, piękna.

– Tak, dobranoc. – Odwracam się na drugi bok, byle dalej od Matta. Po kilku sekundach rozlega się jego chrapanie.

Nie mogę zasnąć. To zabawne, w jaki sposób działa mózg podczas leżenia w łóżku. Myśli przelatują przezeń niczym błyski w centralce, niezwiązane ze sobą i zarazem połączone, trochę jak w reakcji łańcuchowej.

Podeszłam do niej, gdy siedziała przy toaletce – takiej we francuskim stylu, z trzema lustrami i mnóstwem szuflad – i założyłam jej na szyję krótki naszyjnik z brylantem.

– Kiedy dorosnę, chcę być taka jak ty, mamusiu! – szepnęłam jej do ucha i parsknęłam śmiechem. Zawsze budziła mój zachwyt.

– I będziesz, skarbie. Bardzo cię kocham – odparła, całując mnie w czoło, i ze śmiechem starła z niego ślad szminki.

– Ale kto zostanie moim mężem? Czy pokocha mnie równie mocno jak tatuś ciebie? – zapytałam. Obserwowałam jej twarz odbijającą się we wszystkich trzech lustrach, czekając na odpowiedź.

– Stephanie, skarbie, na pewno będziesz wiedziała, kiedy trafisz na tego właściwego. A wiesz jak? – droczyła się ze mną mama. Chłonęłam każde słowo, nie spuszczając oczu z jej nienagannie pomalowanej twarzy. – Będziesz stała w pokoju pełnym ludzi, pogrążona w rozmowie, a on nie będzie mógł oderwać od ciebie wzroku. Pokocha cię mimo wszystkich twoich wad, bo przecież każdy z nas je ma. Będzie cię kochał za to, że jesteś idealnie niedoskonała. Właśnie taką miłością darzy mnie tata.

Spojrzałam na nią z konsternacją.

– Idealnie niedoskonała? Co to właściwie znaczy? – zapytałam, marszcząc czoło.

Twarz matki złagodniała, uśmiech zbladł.

– To, że jesteś człowiekiem i czasami popełniasz błędy.

– Ale jak on mnie znajdzie?

– Po prostu to zrobi. Każdy z nas ma swoją drugą połówkę, a los dba o to, by te połówki się ze sobą spotkały, czy nam się to podoba, czy nie. Możesz być pewna, że trafisz na tego właściwego – powiedziała, puszczając do mnie oko.

Tylko skąd wiadomo, że to akurat ta osoba, z którą jestem? W wieku dwunastu lat jakoś nie przyszło mi do głowy, by ją o to zapytać.

A teraz jest już za późno, bo ona nie żyje.

Rozdział 4

Piątek, 12 października 2007

STEPHANIE

Docieram do Heathwood Hall późnym popołudniem. Sama i o czasie. Czy to możliwe, że minął rok, odkąd byłam tu ostatnio? Tym razem nie jest tak malowniczo. Szare, deszczowe chmury kłębią się nad wzgórzami, zapowiadając marną pogodę przez cały weekend.

W recepcji kotłują się uczestnicy warsztatów czekający na zameldowanie. Niektórych kojarzę. Przenoszę spojrzenie na wiszącą nad kominkiem tabliczkę. Przeznaczenie spotykamy zazwyczaj wtedy, gdy próbujemy je przechytrzyć.

Czuję, jak ktoś postukuje mnie w ramię. Odwracam się i widzę jego. Wygląda dokładnie tak samo, jak przed rokiem: lekki zarost, lodowato błękitne oczy kontrastujące z ciemnymi włosami i czarna koszula podkreślająca szerokie barki.

– Cześć, Jamie!

Pachnie znajomo, mieszaniną mięty, lawendy i drzewa sandałowego.

– Wróciłaś! – zauważa z uśmiechem, wsuwając dłonie do kieszeni dżinsów. – Wspaniale znowu cię widzieć. Co u ciebie?

– Dzięki, wszystko w porządku! Zaczęłam nawet trochę rysować.

– Naprawdę? – pyta, unosząc brew.

– Tak! – potwierdzam z dumą. – Udało mi się zrobić mnóstwo rysunków cieni i tego, czego nie ma.

Rzeczywiście sporo przez ten rok ćwiczyłam. Tata kupił mi na Gwiazdkę całą masę przyborów malarskich, a ja zrobiłam z nich użytek.

– Widzę też, że wzięłaś ślub. – Ruchem głowy wskazuje na platynową obrączkę zakleszczoną na moim palcu przez pierścionek zaręczynowy.

– Owszem. Pobraliśmy się w lipcu i przez cały dzień lało – zachciało nam się letniego ślubu!

– Cóż poradzić na brytyjską pogodę – odpowiada współczująco.

– No właśnie!

Przez całą rozmowę ani na moment nie spuszczamy z siebie wzroku.

– Powinienem się przygotować do jutrzejszych warsztatów.

Uśmiecham się.

– Jasne. Fajnie cię było spotkać.

Dopiero po jego odejściu policzki przestają mi płonąć, a serce znowu zaczyna bić normalnym rytmem.

*

Zostawiam bagaże w pokoju, schodzę na dół do baru i gawędzę z pozostałymi kursantami, bez przerwy zerkając na Jamiego. Tworzymy niezwykle kulturalne towarzystwo; rozmawiamy o ulubionych dziełach sztuki i o polityce. Czuję się trochę nieswojo i chociaż mam ochotę rzucić się na najbliżej stojącą butelkę wina, to wciąż sączę pierwszy kieliszek.

W końcu ląduję w grupie wygłaszającej kategoryczne opinie na temat twórczości Jacksona Pollocka. Jamie też do niej należy; opowiada o sztuce z żarliwą pasją, wyraża swoje zdanie całym sobą: wymachuje rękami, z roziskrzonym wzrokiem nachyla się w stronę rozmówców, zachęca pozostałe osoby do udziału w dyskusji. I to skutecznie. Przykuwa uwagę. Hipnotyzuje wzrokiem.

Po tym jego krótkim wykładzie wszyscy ruszają w stronę baru po kolejnego drinka, zostawiając mnie i Jamiego samych w kącie pokoju. Nie potrafię przestać się do niego uśmiechać.

– No co? – pyta, odwzajemniając uśmiech.

– Uwielbiasz to, czym się zajmujesz, prawda?

– A ty nie? – dziwi się.

– Nie pałam aż taką pasją do PR-u! – odpowiadam ze śmiechem.

 

– Na pewno jest coś, co zainteresuje cię równie mocno. A gdy już to znajdziesz, musisz się tym zająć.

– Tak po prostu? – Wzruszam powątpiewająco ramionami.

– Tak. – Jamie upija łyk piwa. – A przy okazji, bardzo ładnie dziś wyglądasz.

– Dziękuję. – Zerkam na swój półgolf w panterkę wpuszczony w parę hipsterskich dżinsów. – Nie byłam pewna, czy nie ubrałam się za bardzo w stylu… Shanii Twain?

– Brakuje mi odlotowej bryki, genialnego umysłu i wystrzałowej fryzury, więc nie bardzo mam ci czym zaimponować1.

Oboje się śmiejemy, sięgamy po nasze drinki i wygodnie sadowimy się na kanapie.

– Opowiedz mi o ślubie – prosi Jamie.

– No właśnie! Było tak…

– Jamie, wybacz, że przeszkadzam, ale czy mogę porwać cię na kilka minut? – Bob, kierownik kursu, wyrasta przed nami jak spod ziemi.

Jamie uśmiecha się do mnie i odchodzi, wypowiadając bezgłośne „przepraszam”. I tak jest już późno, wracam więc do pokoju, żeby przygotować się do jutrzejszych zajęć.

Następnego ranka rozsuwam zasłony i moim oczom ukazuje się pochmurny jesienny dzień.

Pierwsze są warsztaty z fotografii. Nauczyciel, Tom, wygłasza krótki wykład, a później idziemy na dwór, żeby cyknąć parę fotek. Te zajęcia naprawdę mi się podobają. Lubię uwieczniać różne ujęcia, momenty zastygłe w czasie. Robiąc zdjęcie drzewa targanego podmuchami wiatru, mam świadomość, że już nigdy go takim nie zobaczę. Fala za każdym razem rozbija się o brzeg w inny sposób. Ale najbardziej lubię podpatrywać ludzi, tak jak tamtą parę w restauracji podczas kolacji z Mattem. Jest coś wyjątkowego w uchwyceniu na kliszy ułamka sekundy, wyrazu twarzy osób spędzających razem czas. Malujących się na nich uczuć: radości, gniewu, smutku, szczęścia, rozczarowania, pożądania. Nie da się zobaczyć tej samej emocji po raz drugi. Sposobu, w jaki marszczy się skóra wokół oczu, ułożenia warg. Za każdym razem wygląda to inaczej.

Zbliżam się do pensjonatu, przed którym rozmawia ze sobą grupka wykładowców. Tom wskazuje na front budynku, opowiadając o czymś.

– Jak ci idzie, Steph? – zwraca się do mnie.

– Świetnie! – odpowiadam, wyciągając z ucha słuchawkę iPoda. – Tak się zastanawiam, czy w ramach naszego projektu możemy również fotografować ludzi?

– Jasne, o ile się zgodzą. Chociaż wydaje mi się, że większość osób jest czymś zajęta.

– Mogę ci pomóc, jeśli chcesz – oferuje się Jamie.

– Zależy mi na kilku naturalnych ujęciach z ciekawą scenerią w tle.

– Jasne, chętnie ci pomogę. Akurat mam wolne pół godziny.

Oddalamy się od pensjonatu, mijając po drodze drzewo, pod którym rok temu mieliśmy swój moment słabości. Zastanawiam się, czy Jamie myśli o tym samym, co ja, i staram się znaleźć jakiś temat do rozmowy, żeby myśleć o czymś innym. Pytam, co u niego, a on opowiada mi kilka zabawnych historii o swoich uczniach, wakacjach w Grecji i o tym, że jego najlepszy przyjaciel, Cal, niedawno ożenił się w Vegas.

– Na dodatek nic mi nie powiedział, drań! No to… Jaki masz pomysł na te zdjęcia? – pyta wreszcie. Wokół nas nie ma żywej duszy.

– Czy mógłbyś popatrzeć na góry? I wyglądać, jakbyś był nimi zachwycony? – proszę ze śmiechem, po czym przykładam aparat do twarzy i głęboko nabieram powietrza. Twarz Jamiego przybiera karykaturalny wyraz szoku. – Trochę przesadziłeś. Czy możesz stonować?

– Wybacz, Mario Testino! – odpowiada ze śmiertelną powagą.

Odwraca głowę i spogląda w stronę wzgórz, a ja dopiero po chwili zwalniam migawkę, podziwiając jego szczękę, która w obiektywie aparatu wydaje się jeszcze mocniej zarysowana. Włosy Jamiego sprawiają wrażenie nieujarzmionych, podobnie jak otaczający nas krajobraz. Są prawie proste, tylko na karku delikatnie się podkręcają. Postawna sylwetka wypełnia środek kadru. Jamie jest ucieleśnieniem wysokiego, ciemnowłosego przystojniaka. Większość kobiet określiłaby pewnie jego wygląd jako lekko niechlujny, ale w seksowny sposób.

Klik!

– Moja mama zawsze powtarzała, że pojedyncze ujęcie jest w stanie przekazać więcej niż cała rozmowa, jeśli tylko trafi się na odpowiedni moment – mówię, dając mu znak, żeby poszedł za mną.

– Całkowicie się z nią zgadzam. To samo z portretami. Wyrażają więcej niż tysiąc słów. Na tym polega ich siła. A więc twoja mama też się tym interesuje?

– O czym mówisz?

– O fotografii? Sztuce?

– No cóż… – Pytanie Jamiego zbija mnie z tropu, co wydaje się dziwne, bo przecież sama zaczęłam ten temat. – Nie. A właściwie tak, interesowała się. Już nie żyje.

– Och, Stephanie, tak mi przykro.

– Nie przejmuj się. Minęło dużo czasu. Miałam trzynaście lat, kiedy to się stało.

– Trudno się pogodzić ze stratą rodzica, będąc dzieckiem, niezależnie od tego, czy umrze, czy po prostu cię zostawi; później nic już nie jest takie samo.

– To prawda.

– Kiedy odszedł mój tata, przez długi czas winiłem za to mamę. Oczywiście niesłusznie, ale byłem wtedy wściekły. Nie miałem rodzeństwa, musiałem sobie z tym wszystkim sam poradzić. Całą złość przelałem na sztukę i tylko dzięki niej przetrwałem. Można powiedzieć, że była moim wentylem bezpieczeństwa. Cały wolny czas spędzałem w sali plastycznej, najchętniej w ogóle nie wracałbym do domu. Godzinami szkicowałem i malowałem. Fascynowało mnie rysowanie ludzi… Portretów.

– Świetnie to rozumiem. Ja uciekłam w muzykę.

– Ach, to dlatego nigdy nie rozstajesz się z iPodem?

– Tak – odpowiadam zaskoczona faktem, że w ogóle zwrócił na to uwagę. – Muzyka daje mi ukojenie, pozwala oderwać się od rzeczywistości. Kiedy byłam nastolatką, często… – W porę gryzę się w język. Nie ma mowy, żebym przyznała mu się do czegoś, o czym nie wiedzą nawet Matt i Ebony.

– Co takiego? – Jamie wygląda na lekko zdezorientowanego.

– Nic, nic – odpowiadam, machając lekceważąco ręką.

Mruży oczy i przygląda mi się podejrzliwie, jakby wiedział, że coś ukrywam, ale ja tylko się uśmiecham.

– Muszę mieć włączoną muzykę, gdy maluję – przyznaje. Idziemy teraz obok siebie. Od czasu do czasu zatrzymuję go, kładąc mu rękę na ramieniu, i robię zdjęcie. – To dla mnie ważne. Podobnie jak malarstwo, muzyka staje się częścią człowieka.

– No właśnie. – Patrzę na niego przez obiektyw aparatu. Stoi ze wzrokiem wbitym w ziemię i z rękami w kieszeniach, włosy opadają mu na kości policzkowe. – Jak teraz wyglądają twoje relacje z mamą?

– Dużo lepiej. Mam okropne wyrzuty sumienia, że tak ją wymęczyłem, będąc nastolatkiem, ale to był trudny czas dla nas obojga. Dopiero później, już jako dorosły, zrozumiałem, ile ją to kosztowało. A jak tobie układa się z ojcem?

– Szczerze mówiąc, nigdy tak do końca nie otrząsnął się po śmierci mamy. Mam wrażenie, że jakaś cząstka niego umarła razem z nią. Mamy dobre relacje, ale to już nie to samo co dawniej.

Jamie kiwa ze zrozumieniem głową. To niezwykłe, jak łatwo rozmawia się z nim na tak trudne tematy.

– Może teraz ja zrobię kilka zdjęć tobie? – proponuje.

– Nie – odpowiadam zdecydowanym tonem. – Lubię robić zdjęcia, ale nie cierpię sama do nich pozować.

– Okej. – Uśmiecha się. – Czy to deszcz? – pyta, spoglądając w niebo. – Zróbmy jeszcze kilka zdjęć i wracajmy do pensjonatu, zanim na dobre się rozpada.

Dzisiejszy wieczór niewiele się różni od poprzedniego. Wdaję się w uprzejmą pogawędkę z uczestnikami war­sztatów, ale to Jamie sprawia wrażenie najbardziej zainteresowanego tym, co mówię. Przez całą kolację czuję, jak na mnie zerka. Ten jego hipnotyzujący uśmiech urzeka jeszcze bardziej w towarzystwie świec i kieliszka – albo dwóch – sauvignon blanc.

Po kolacji wszyscy się rozchodzą, ale nie mam jeszcze ochoty wracać do pokoju i idę do baru po kolejnego drinka.

– Dlaczego jako jedyni w tym towarzystwie mamy mniej niż trzydzieści lat? – żartuje Jamie, podchodząc do mnie.

– Bo sztuka to hobby dla staruszków? – odpowiadam i zaczynam się śmiać.

– Przepraszam cię, złotko, czy moglibyśmy…

Starsza pani ze swoim partnerem wpycha się pomiędzy nas, leciutko podchmielona, i najwyraźniej chce skomplementować mojego towarzysza za wspaniałe warsztaty, w których oboje brali wcześniej udział.

– Oczywiście! Nie krępujcie się!

Chwilę później Jamie zostaje odciągnięty przez parę uczestników razem ze szklanką postawionej mu przez nich whisky; rzuca mi przez ramię bezgłośne: „Ratunku!”. Ze śmiechem unoszę kieliszek w geście toastu, chociaż prawdę mówiąc, czuję ulgę. Pewnie nie powinnam spędzać czasu w jego towarzystwie, będąc na rauszu.