Więcej niż tysiąc słówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE DAY WE MET

Copyright © Roxie Cooper, 2019

First published by Ebury Press in 2019

All rights reserved

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Marta Syrko/Trevillion Images

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-688-6

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Z dedykacją dla Amandy, Sashy i Vicky,

które wywróciły moje życie do góry nogami,

a później pomogły mi je poukładać na nowo

CZĘŚĆ I

You Do Something to Me

To, jak na mnie działasz

Rozdział 1

Piątek, 13 października 2006

STEPHANIE

Nie jestem przesądna.

Nie należę do ludzi, którzy nadkładają drogi z powodu czarnego kota albo łapią się za guzik na widok kominiarza – dla mnie to strata czasu. Wszechświat raczej nie przejmuje się nami na tyle, by popsuć dzień komuś, kto ośmielił się przejść pod drabiną, albo dlatego, że trzynasty dzień miesiąca wypadł akurat w piątek. Niektórzy strasznie się jednak z tego powodu nakręcają.

Jeśli ma nas spotkać coś złego, to tak się stanie, niezależnie od dnia, miesiąca czy układu planet.

Zegar w samochodzie przeskakuje na siedemnastą trzy. Jestem już spóźniona.

Jedziemy prawie godzinę i z pewnością zaraz będziemy na miejscu. A przynajmniej taką mam nadzieję, bo dłużej już nie zniosę ciężkiego milczenia. Na szczęście radio gra dostatecznie głośno, by atmosfera wydawała się nieco mniej krępująca. Wokalista Aerosmith właśnie śpiewa, że nie chce nic przegapić.

Głowa obija mi się o zagłówek, gdy tak kluczymy krętymi wiejskimi drogami. Matt zawsze jeździ za szybko tym swoim błękitnym bmw Z3. To jego samochód Jamesa Bonda i lubi się nim popisywać przy każdej możliwej okazji.

– Posłuchaj, nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało – odzywa się nagle, nie odrywając wzroku od drogi. Silnik samochodu wchodzi na nieco wyższe obroty.

Wsuwam dłonie między skrzyżowane nogi i odwracam się w jego stronę. Na szczęście mam na nosie okulary przeciwsłoneczne; czuję się mniej odsłonięta, kiedy ktoś, z kim się kłócę, nie może zobaczyć moich oczu. W przeciwnym razie mam wrażenie, że czyta we mnie jak w otwartej księdze.

– W takim razie co miałeś na myśli? – zwracam się do niego. Mój ton wyraźnie sugeruje, że nie zadowoli mnie żadna odpowiedź. – Bo wydaje mi się, że traktujesz mnie jak dziecko. Wszyscy mnie tak traktujecie i mam już tego dosyć.

– Przykro mi, jeśli tak to zabrzmiało, naprawdę nie taka była moja intencja – odpowiada ze spokojem, przez co jeszcze bardziej czuję się jak rozkapryszony dzieciak. – Po prostu się o ciebie troszczymy, to wszystko.

– Nawet kota można zagłaskać na śmierć! – burczę. – Doprowadzacie mnie do szału. Musicie mi po prostu zaufać.

Słucha mnie ze wzrokiem utkwionym w drogę. Po kilku sekundach kiwa głową i pospiesznie na mnie zerka.

– Masz rację. Jestem nadopiekuńczy, ponieważ kocham cię i martwię się o ciebie. Nie sądziłem, że aż tak źle to odbierasz.

Wyciągam rękę i kładę na jego zaciśniętej na kierownicy dłoni.

– Wiem – odpowiadam łagodnie, nachylając się ku niemu. – I przepraszam. Jestem trochę… podenerwowana.

Matt odkłada moją dłoń z powrotem na kolano, delikatnie ją przy tym ściskając.

Mój narzeczony. Jego roziskrzone błękitne oczy – to na nie pierwszego dnia zwróciłam uwagę. Wielkie, troskliwe, ze zmarszczkami w kącikach, gdy się uśmiecha. Włosy Matta mają naturalny odcień jasnego blondu, tak samo jak moje. Ludzie często nam mówią, że wyglądamy na Szwedów i że będziemy mieli śliczne dzieci, gdy nadejdzie odpowiedni czas. Matt nosi potarganą fryzurę w stylu Davida Beckhama, ostatni krzyk mody.

– Na pewno już nigdy nie powiem, żebyś odstawiła alkohol! – odzywa się i spogląda na mnie łobuzersko. Z sytuacji takich jak ta najlepiej jest wyjść z humorem.

– Nie musisz się o mnie martwić – zapewniam. – Nie zamierzam pić. Od kwietnia nie miałam w ustach ani kropli.

Naprawdę aż tyle minęło? Jakie to dziwne, że raptem pół roku wcześniej wiedliśmy szalone, zabiegane życie w Londynie. Teraz mieszkamy w sennej wiosce w Cambridgeshire, dwa kroki od domów mojego taty i siostry. Naprawdę sennej. Niełatwo jest się do tego przyzwyczaić, mając dwadzieścia sześć lat.

Sama nie wiem, jak to się stało, że zgodziłam się spędzić weekend na warsztatach artystycznych i fotograficznych w eleganckim wiejskim pensjonacie oddalonym o godzinę drogi od miejsca, gdzie mieszkamy. Dawna Stephanie byłaby wściekła.

Muszę jednak przyznać, że jesienią jest tu naprawdę pięknie. Mieszkałam w Londynie od osiemnastego roku życia, ale dzieciństwo spędziłam na wsi i czuję się tutaj jak w domu. Wieś kojarzy mi się z mamą. Wszystko mi się tu podoba: kolory, rześkie powietrze, a nawet dźwięki. Chciałabym wziąć ślub właśnie jesienią, ale Matt upiera się przy lecie z wielu różnych powodów – dla mnie zupełnie nieistotnych – takich jak lepsze zdjęcia, preferencje gości, którzy ponoć wolą letnie wesela, bo można je urządzić z większą pompą. Tak więc w przyszłym roku, w sobotę czternastego lipca 2007 roku, zostanę panią Stephanie Bywater.

Kiedy wjeżdżamy do wioski i samochód gwałtownie zwalnia, robi mi się niedobrze. Może to z nerwów. Mijamy piękne domy z dębami w ogrodach i w końcu widzimy po prawej drogowskaz z nazwą Heathwood Hall.

– Poradzisz tu sobie przez cały weekend, skarbie? – upewnia się Matt, ruchem głowy wskazując tabliczkę.

– Mam nadzieję – odpowiadam entuzjastycznie, chociaż boję się jak diabli. Przez ostatnie pół roku nie zostawałam sama dłużej niż na kilka godzin.

– Nie bądź dla siebie zbyt surowa – radzi mi narzeczony. – Ten weekend ma ci się pomóc zrelaksować i odnaleźć na nowo.

Dobrze, że dzięki okularom przeciwsłonecznym nie może zobaczyć, jak moje oczy napełniają się łzami.

Nie płacz. Nie teraz.

– A poza tym – ciągnie – ten kurs wydaje się wprost stworzony dla ciebie. Sztuka, fotografia i cała reszta. Dawniej to uwielbiałaś.

– Tak, nie mogę się już doczekać na „całą resztę”! – Śmieję się. – Co będziesz robił, kiedy nie będzie mnie w domu?

– Jutro umówiłem się na rugby. W niedzielę pójdę na siłownię. Powinienem wziąć się za siebie. Nigdy nie jest za wcześnie, żeby zacząć rzeźbić sylwetkę przed ślubem – odpowiada ze śmiechem, po czy zdejmuje lewą rękę z kierownicy i pręży biceps. Pod cienkim materiałem podkoszulka z długim rękawem wyraźnie odznacza się zarys mięśnia, po którym dla żartu przeciągam palcami.

– Szczęściara ze mnie – szepczę. – Och! To już tutaj!

Gdy skręcamy w stronę Heathwood Hall, rozlega się tykanie kierunkowskazu. Drogę przed nami, w szpalerze starych dębów okrytych czerwonymi, pomarańczowymi i żółtymi liśćmi, oświetla popołudniowe październikowe słońce. Ściągam okulary i patrzę na wyłaniający się zza horyzontu budynek. Na ulotce opisano go jako dziewiętnastowieczną posiadłość w stylu jakobińskim. Okna frontowe wychodzą na pagórkowaty krajobraz, a najbardziej rzucającym się w oczy elementem jest śliczny taras z fontanną.

Matt parkuje tuż przy recepcji, która mieści się z boku budynku, i wyciąga z bagażnika moje rzeczy.

– Posłuchaj – mówi, obejmując mnie w pasie. – Baw się dobrze i przywołaj dawną Stephanie, w której się zakochałem. Kocham cię.

– Ja też cię kocham – odpowiadam, przysuwając się do niego.

Matt obejmuje dłońmi moją twarz, uśmiecha się przez chwilę i cmoka mnie w czoło.

– Do zobaczenia w niedzielę. Dzwoń, gdybyś czegoś potrzebowała. – Wraca do samochodu. – I nie rozrabiaj!

– Ja? Nigdy w życiu! – odkrzykuję.

Okazuje się, że tata zarezerwował mi Apartament Gwiaździsty, najdroższy w całym obiekcie. Jest zdecydowanie zbyt elegancki i za duży dla jednej osoby, ale doceniam starania ojca. Przez bity kwadrans siedzę na łóżku z czterema kolumienkami, nie zdjąwszy nawet płaszcza, i wpatruję się w ogień, po czym dochodzę do wniosku, że czas się ruszyć.

Wskakuję pod prysznic, licząc na to, że się odprężę i nabiorę odwagi do wzięcia udziału w obowiązkowych powitalnych drinkach w barze, po których ma się odbyć kolacja. Naprawdę nie wiem, czy sobie poradzę. Ile razy można prowadzić z ludźmi te same bzdurne pogawędki? Wszyscy będą mnie pytać, jak się tu znalazłam, bo przecież zawsze trzeba mieć jakiś powód.

Gdy tylko wychodzę spod prysznica, czuję, że zbliża się atak paniki. W ciągu ostatnich miesięcy stały się dla mnie chlebem powszednim. Poznałam mnóstwo sposobów radzenia sobie z nimi, ale żaden nie okazał się skuteczny. Najgorsze jest to, że przychodzą znienacka. Lęk zaczyna podchodzić do gardła niczym papierosowy dym w zapyziałym barze, a wtedy nie ma już odwrotu. Nie warto nawet próbować normalnie oddychać, bo to tylko pogarsza sprawę.

Zaciskam palce na krawędzi umywalki tak mocno, że aż bieleją mi kostki, i z uporem wpatruję się w rozmazane odbicie w zamglonym lustrze, koncentrując się na oddychaniu. Wilgotne włosy mam odgarnięte do tyłu, przez co pozbawiona makijażu twarz wydaje się jeszcze bledsza i bezlitośnie obnażona. Skóra, już i tak rozgrzana po prysznicu, zdaje się płonąć. Pod wpływem strachu ciało pokrywa lepka warstwa potu. Czuję, jak powietrze ulatuje mi z płuc w błyskawicznym tempie, niczym z wypuszczonego z rąk balonu. Przedstawiam sobą żałosny widok. Nie umiem nawet wyjechać z domu na dwie noce, żeby nie rozpaść się na kawałki.

 

Kiedy wreszcie odzyskuję nad sobą kontrolę i zaczynam suszyć włosy, postanawiam zadzwonić do Matta i poprosić, żeby po mnie przyjechał.

Nie dam tu sobie rady.

Po policzkach spływają mi wielkie, gorące łzy, kiedy biegam po pokoju, gorączkowo szukając telefonu. W końcu go znajduję, ale nie ma zasięgu. Chcę tylko wrócić do domu. Biorę kilka głębokich wdechów, chwytam płaszcz, wkładam buty i wychodzę z pokoju, żeby znaleźć miejsce, z którego będę mogła zadzwonić.

Zbiegając po krętych drewnianych schodach, kilka razy prawie się przewracam. Po dotarciu na dół pędzę prosto w stronę recepcji.

I właśnie wtedy go zauważam.

Rozdział 2

JAMIE

Ogień w palenisku trzaska i syczy z szaleńczym zapałem. W miejscach takich jak to często widuje się podobne kominki – wielkie i imponujące. Stojąc przed ogniem, czuję siłę żaru kontrastującą z lodowatym przeciągiem, który bierze się nie wiadomo skąd.

Wpatruję się w wiszącą nad kominkiem tabliczkę, gdy nagle dobiega mnie odgłos kroków. Właśnie wtedy ją dostrzegam.

Wpada do recepcji. Patrzymy na siebie przez krótką chwilę.

Później przenoszę wzrok z powrotem na tabliczkę, ale wyczuwam obecność tej kobiety, kiedy przechodzi obok. Obserwuję ją kątem oka. Szuka czegoś po kieszeniach, zerka na telefon i wyciera nos przy stanowisku recepcji. Głoś­no wzdycha. Nie jestem pewien, czy potrzebuje pomocy, czy po prostu jest nie w sosie i lepiej ją zostawić w spokoju.

– W recepcji nikogo nie ma. Ja też czekam – odzywam się wreszcie, starając się być pomocnym.

– Aha. Dzięki, zaczekam – odpowiada cicho, zwracając się w moją stronę. Zakłada długie blond włosy za uszy i mocniej otula się płaszczem. Widać, że płakała. Jej duże zielone oczy przepełnia smutek. Stoi z ramionami skrzyżowanymi na piersi, lekko zmarszczonym czołem i wzrokiem wbitym w podłogę.

– Zgadzasz się z tym? – mówię do niej.

– Co proszę? – Jest lekko zdezorientowana.

– Zgadzasz się z tym stwierdzeniem? – pytam ponownie, ruchem głowy wskazując na wiszącą nad paleniskiem tabliczkę. Dziewczyna unosi wzrok. Na dużym kawałku ciemnego, rzeźbionego drewna złociste litery układają się w napis:

Przeznaczenie spotykamy zazwyczaj wtedy, gdy próbujemy je przechytrzyć.

Na jej twarzy pojawia się cień uśmiechu.

– Nie – odpowiada. – A ty?

– Jasne, że tak. Nie wierzysz w przeznaczenie?

– Nie bardzo. Kiedyś pewnie tak, gdy byłam dzieckiem. Ale teraz już nie.

– Smutno to zabrzmiało.

– No cóż, widocznie jestem urodzoną cyniczką. – Wzrusza ramionami.

– Nie uważasz, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu? Wolisz wierzyć w zbiegi okoliczności? – pytam.

Dziewczyna przez chwilę w zamyśleniu wpatruje się w napis. Ciszę mąci jedynie trzask ognia w kominku.

– Właściwie to w nic nie wierzę – mówi wreszcie. – Chociaż bardzo mi się podoba ta tabliczka.

Uśmiecham się.

– Doprawdy? A co konkretnie?

– Misterne wykonanie. Gładkie linie – odpowiada, wskazując na dolną część. – Za to tutaj… Jak można wyrzeźbić w drewnie takie piękne róże? Niesamowite.

– Rzeczywiście – przyznaję. – Mnie podoba się jej asymetria. Wyobrażam sobie, że w czasach jej powstania był to dość niekonwencjonalny pomysł. Dzięki temu wydaje się jeszcze bardziej oryginalna.

– Tak! – zgadza się ze mną, uśmiechając się entuzjastycznie. – Spójrz na to zdobienie w środku. Przypomina celtycki wzór albo węzeł.

– Aha! – mruczę, spoglądając na wyrzeźbione w drewnie linie, które oplatają napis jak winorośl i spotykają się na górze, tworząc kręty wzór przypominający labirynt. – Te splecione więzy symbolizują w sztuce miłość, zaangażowanie i przyjaźń.

Dziewczyna przytakuje, ale widzę, że wyłącznie z grzeczności.

– Nie kupujesz tego, co? Nadal nie wierzysz w przeznaczenie? – pytam, puszczając do niej oko.

– Przejrzałeś mnie! – odpowiada ze śmiechem, zerkając w stronę recepcji.

– I chcesz się jak najszybciej wymeldować? – zgaduję.

– Owszem. To znaczy nie. Trochę tak. Nie mogę złapać zasięgu, a muszę zadzwonić po kogoś, żeby mnie odebrał.

– Stąd na pewno nigdzie się nie dodzwonisz. Istny koszmar – wzdycham. – Na tym terenie jest tylko jedno miejsce, gdzie można złapać zasięg. Mam ci je pokazać?

– Byłoby super, dzięki! – mówi z wdzięcznością.

Wyprowadzam ją z budynku i schodzimy razem po schodach.

– Dzięki za pomoc – odzywa się. – Mam nadzieję, że cię nie wykorzystuję? Chciałeś się wymeldować czy dopiero dotarłeś?

– Przyjechałem aż z Manchesteru.

– Właśnie próbowałam umiejscowić twój akcent. Obstawiałam Leeds, ale jestem beznadziejna w dialektach.

– Leeds?! – wykrzykuję z udawanym oburzeniem. – Teraz żałuję, że w ogóle zaoferowałem ci pomoc!

Śmieje się, kiedy docieramy na oświetlony taras. Prowadzę ją w stronę dużej, bogato zdobionej fontanny; kamienne liście i róże przystrajają kręgi, oplatając je niczym węże. Na szczycie fontanny umieszczono postać młodej kobiety z fletem w dłoni. Jej sukienka wiruje, ręce unoszą się w tańcu.

– Wow! Ale cudo – zachwyca się dziewczyna, patrząc na fontannę. – Na pewno pięknie wygląda, kiedy jest włączona.

– Oto twój hotspot. Sprawdź, czy masz zasięg.

Sięga do kieszeni i wyjmuje z niej telefon. Po chwili blask ekranu rozświetla jej twarz.

– Miałeś rację! Jedna maleńka kreska! – cieszy się. Wybiera czyjś numer i przykłada telefon do ucha.

Zaczynam się czuć jak intruz i powoli wycofuję się w kierunku recepcji.

– Jakie to typowe! – woła dziewczyna, a ja ponownie odwracam się w jej stronę. – Zadaję sobie tyle trudu, żeby do niego zadzwonić, i natykam się na pocztę głosową. Za chwilę spróbuję jeszcze raz.

– Mam zaczekać z tobą? – pytam. – Jestem ciekaw, czy ci się uda.

– Jeśli chcesz – odpowiada, siadając na brzegu fontanny z twarzą zwróconą w stronę wzgórz, których zarys majaczy w ciemności. Przysiadam się do niej.

– No to zostajesz czy wyjeżdżasz?

– Dobre pytanie! – Śmieje się łagodnie. – Nie mam pojęcia. – Przeciąga dłońmi po włosach, po czym składa ręce na kolanach. – Jestem tu dopiero od paru godzin, ale możliwe, że wyjadę jeszcze dzisiaj.

– Okej. Przyjechałaś sama?

– Tak. Właściwie to nie. Miałam wziąć udział w war­sztatach. Związanych ze sztuką. Ale chyba nie dam rady – dodaje cicho, sprawdzając telefon.

– Dlaczego?

Przez chwilę nic nie mówi, siedzi tylko ze wzrokiem wlepionym w kamienną posadzkę i postukuje czubkami butów jeden o drugi.

– Miałam ostatnio trochę problemów. Pół roku temu przeszłam coś w rodzaju załamania nerwowego i próbuję teraz dojść do siebie.

– Och, rozumiem. Przykro mi.

Posyła mi uprzejmy uśmiech w rodzaju: Bo i cóż innego miałbyś na to powiedzieć?

– W takim razie czego ci brakuje?

– Nie bardzo rozumiem – odpowiada, marszcząc brwi.

– Jeśli nie układa się komuś w życiu, to zazwyczaj dzieje się tak dlatego, że potrzebuje albo pragnie czegoś, czego akurat nie ma. Jak to wygląda u ciebie?

Dziewczyna wpatruje się w ciemność, zastanawiając się nad odpowiedzią. Światło płynące z hallu oblewa jej twarz łagodną poświatą.

– Naprawdę nie mam pojęcia – mówi wreszcie, kręcąc głową. – Mam wszystko, na czym mi zależy: wsparcie bliskich, świetną pracę, w przyszłym roku wychodzę za mąż…

– Moim zdaniem jest różnica pomiędzy tym, czego pragniemy, a tym, co posiadamy, i sami powinniśmy ustalić, na czym ta różnica polega.

– Może po prostu jestem rozpieszczona i powinnam bardziej doceniać to, co mam – stwierdza ostro.

– Raczej nie. Wydaje mi się, że w twoim życiu sporo się ostatnio dzieje, a ty nie doszłaś z tym wszystkim do ładu. Ale to się zmieni. Na pewno.

– Może i tak – mówi, a później się śmieje, wkładając ręce do kieszeni płaszcza, żeby je ogrzać.

– Co cię tak śmieszy? – pytam, również się uśmiechając.

– Po prostu przypominasz mi kogoś, kto powiedziałby dokładnie to samo.

Figlarnie mrużę oczy, na co ona znowu reaguje śmiechem, więc zmieniam temat.

– No więc o co chodzi z tymi warsztatami?

– Dawniej uwielbiałam sztukę, głównie fotografię, i dlatego bliscy zafundowali mi ten kurs. Pewnie myśleli, że pomoże mi się odnaleźć.

– Moim zdaniem powinnaś zostać. Sztuka leczy duszę.

– Naprawdę tak uważasz? – dziwi się, przechylając głowę. – Nie wyglądasz mi na artystę. Zawsze uważałam ich za ludzi dość ekstrawaganckich, a ty wyglądasz…

– No jak?

Lustruje mnie uważnym spojrzeniem. Obawiam się, że wyglądam na zaniedbanego; nie goliłem się od kilku dni, a ponieważ mam ciemny zarost, zaczyna on niebezpiecznie przypominać brodę.

– Normalnie – odpowiada w końcu.

Śmieję się.

– No cóż, ty też nie wyglądasz na „załamaną”. Pierwsze wrażenie bywa zwodnicze, co?

– Chyba tak – przyznaje z uśmiechem. – A ty co tutaj robisz?

– Spędzam weekend ze znajomymi. Może po prostu się z tym prześpij, a decyzję podejmiesz jutro?

W tym momencie zaczyna dzwonić jej telefon. Wyjmuje go z kieszeni i zerka na wyświetlacz, po czym znowu przenosi wzrok na mnie.

– Chyba powinnaś odebrać. Uroczo mi się z tobą rozmawiało. A tak przy okazji, jestem Jamie – mówię szybko, wycofując się w kierunku recepcji.

– Stephanie – odpowiada z uśmiechem, po czym odbiera połączenie.

W sali jest pełno sztalug, pędzli, farb akrylowych i kawałków węgla. Wstawiono też kilka grzejników, pewnie po to, by modelka albo model, którzy będą nam pozować, nie zamarzli na śmierć. Grzejniki hałaśliwie wydmuchują rozgrzane powietrze.

– Dzień dobry! Nazywam się Jamie Dobson i będę prowadził te warsztaty…

Uczestnicy patrzą na mnie ze zniecierpliwieniem, chcąc jak najszybciej przystąpić do pracy. Kiwają z uznaniem głową, gdy oznajmiam, że mam dwadzieścia osiem lat, dyplom akademii sztuki Central Saint Martins, odbyłem prestiżowe staże u znanych artystów i wielokrotnie wystawiałem swoje prace w galeriach sztuki. A później na tyłach sali dostrzegam ją; uśmiecha się do mnie.

– Czyli postanowiłaś zostać – stwierdzam, podchodząc do niej, gdy tylko skończyłem się przedstawiać.

Kręci ze śmiechem głową.

– Co mam powiedzieć? Namówiłeś mnie.

Przez kilka następnych godzin rysujemy najpierw przedmioty ustawione w kompozycję, później owoce i wreszcie modelkę.

– Proszę, nie patrz na to. Jestem beznadziejna w rysowaniu ludzi – mówi Stephanie, próbując zasłonić sztalugi, gdy przechadzam się po sali.

– Wcale nie. Podoba mi się, w jaki sposób wykorzystałaś światło. Dobra robota!

– Masz na myśli to zaciemnienie wokół krzesła? Ale przecież nie na tym polegało zadanie, prawda?

– W sztuce chodzi przede wszystkim o zinterpretowanie tego, co widzisz, a nie narysowanie idealnego nosa czy dłoni – wyjaśniam. – Poza tym cieniowanie jest istotnym elementem rysunku ołówkiem i węglem.

Wyciągam rękę i zatrzymuję palec centymetr od jej szczęki.

– Kiedy rysujesz twarz, nie kreślisz linii – wyjaśniam, przesuwając palcem równolegle do zarysu jej twarzy. Stephanie nie spuszcza ze mnie spojrzenia swoich zielonych oczu. – Rysowanie polega w dużej mierze na przedstawianiu tego, czego nie widzimy.

Śmieje się łagodnie.

– Chyba nie do końca rozumiem.

– Czasami zaczynasz dostrzegać różne rzeczy dopiero wtedy, gdy narysujesz to, co znajduje się wokół nich… Nagle widzisz to, co kryje się w cieniu. Rozumiesz?

– Tak – szepcze.

– Jamie, czy mógłbyś spojrzeć na tę dłoń? Chyba schrzaniłem sprawę! – woła jakiś mężczyzna z drugiego końca sali.

Zerkamy na siebie raz jeszcze, a później przechodzę do pozostałych kursantów i zostawiam Stephanie szukanie cieni, które mogłaby narysować.

Po całym dniu warsztatów marzę tylko o tym, by wyjść na dwór i zaczerpnąć świeżego powietrza. Uwielbiam uczyć, ale to ciężki kawałek chleba. Wychodzę przed budynek i dostrzegam postać siedzącą pod ogromnym dębem. Uśmiecham się, gdy ponownie rozpoznaję Stephanie.

 

– Zapozuj mi! – woła, kierując w moją stronę obiektyw aparatu.

Zatrzymuję się z rękami w kieszeniach, przenoszę ciężar ciała na jedną nogę i wlepiam spojrzenie w dal – to wszystko, na co mnie stać w kwestii modelingu.

– Jak mi poszło, złociutka? – odkrzykuję z manchesterskim akcentem, nieudolnie naśladując Liama Gallaghera.

– Wspaniale! Następny przystanek – Mediolan! – woła do mnie, gdy do niej podchodzę.

– Mogę się przysiąść? – pytam, wskazując puste miejsce na ławce.

– Ależ proszę. – Wyjmuje z uszu słuchawki od iPoda i chowa do kieszeni płaszcza.

– Cieszę się, że postanowiłaś zostać.

– Ja też. Nie było tak źle, jak się spodziewałam. A poza tym rozpiera mnie duma.

– I słusznie. Powinnaś być z siebie dumna.

– Jak mogłeś przede mną zataić, że prowadzisz te cholerne warsztaty?

Odwracam się do niej ze śmiechem.

– E tam. – Wzruszam ramionami. – To nie było ważne. Zdecydowanie bardziej odpowiadała mi rola fajnego nieznajomego, przed którym się otworzyłaś. Może wcale byś nie została, wiedząc, że jeszcze się spotkamy.

– A kto powiedział, że jesteś fajny?

– Jako artysta muszę być fajny! Nie, w zasadzie masz rację. Jestem tylko maniakiem sztuki, któremu nie udało się zostać prawdziwym artystą. Chociaż, szczerze mówiąc, wolę się trzymać na uboczu.

– Co takiego?! Daj spokój! – piszczy, wymierzając mi kuksańca. – Znam twoje osiągnięcia. Sam się nimi chwaliłeś.

– Może i tak – przyznaję ze śmiechem. – Słuchaj, może byśmy się czegoś napili? Mógłbym zorganizować butelkę wina i jakieś koce. To wymarzona noc na patrzenie w gwiazdy.

Stephanie spogląda w niebo, z każdą minutą coraz ciemniejsze, i przez chwilę nic nie mówi.

– Stephanie?

– Hm? Tak, przepraszam. Chętnie napiję się wina, ale tylko kieliszek. Nie chcę mieć jutro kaca.

– Zgoda! – Zrywam się z ławki, ruszam w stronę recepcji, a później odwracam się do niej i wołam: – Wolisz czerwone czy białe?

– Białe! Nie znoszę czerwonego!

– To tak jak ja! – odkrzykuję.

Udaje mi się wypożyczyć dwa wielkie kraciaste koce, jakie często widuje się w pensjonatach. Owijamy się nimi, a Stephanie odgarnia włosy do tyłu, zostawiając wokół twarzy kilka luźnych pasm. Wymuszam na niej obietnicę, że nikomu nie powie o tych kocach, ponieważ to by zrujnowało moją reputację „twardego faceta z północy”, zresztą i tak przyniosłem je dla niej.

Nie możemy się nagadać ani przestać się śmiać. Pochodzimy z dwóch różnych światów – ja uczyłem się w publicznym ogólniaku, ona kształciła się prywatnie – ale łączy nas miłość do sztuki, literatury i muzyki. Oboje nie cierpimy Queen – zespołu, nie monarchini.

– Uwielbiam Bohemian Rapsody – mówi Stephanie – ale fenomenu reszty utworów nie pojmuję. Dla mnie to po prostu mnóstwo niepotrzebnego krzyku i emocji.

Tak jak przewidziałem, niebo jest bezchmurne, a gwiazdy widać jak na dłoni.

– Czy mogę cię zapytać o to, co się właściwie stało parę miesięcy temu? Bo teraz sprawiasz wrażenie całkiem poukładanej.

Stephanie wzrusza ramionami.

– To długa historia. Po prostu trochę się pogubiłam.

– Cóż za wieloznaczność. Brawo! – żartuję, unosząc kciuk, i puszczam do niej oko.

– Jestem mistrzynią wieloznaczności, nie uważasz?

– Zdecydowanie tak. A jak na to zareagowali twoi bliscy?

– Trudne pytanie.

– Dlaczego?

– Nie lubią rozmawiać na niewygodne tematy. Starają się omijać je szerokim łukiem.

– Zawsze tak było?

– Nie – przyznaje, upijając spory łyk wina. – Lepiej opowiedz mi o swoich krewnych. Rodzicach, rodzeństwie?

– Jestem jedynakiem. Mama nadal mieszka w Manchesterze. Tata odszedł, gdy byłem mały. Ostatnio widziałem go, gdy miałem dziesięć lat.

– Och, tak mi przykro.

– Jest, jak jest.

– Jego strata – rzuca lekko, starając się nadać rozmowie nieco pogodniejszy ton. – Powiedz mi coś o sobie.

– Nie bardzo jest o czym opowiadać. Większość czasu spędzam w szkole, a w wolnych chwilach maluję. Urządziłem sobie pracownię w garażu.

– To wspaniałe, że tworzysz sztukę – stwierdza entuzjastycznie. – No to jakie masz marzenie?

– Marzenie?

– Tak.

Przez chwilę zastanawiam się nad odpowiedzią, ze wzrokiem utkwionym w niebo.

– Chciałbym być zawodowym artystą i z tego się utrzymywać. Mój najlepszy kumpel, Cal, jest projektantem. Na razie prawie na tym nie zarabia, ale na pewno w końcu się wybije. Przynajmniej wypuszcza swoje prace w świat. Moja żona, Cal i ja przyjaźnimy się od czasów studiów.

– Och, to musi być cudowne mieć żonę, która rozumie sztukę – zauważa Stephanie. – Jak ma na imię?

– Helen. I rzeczywiście tak jest! Ona wprost uwielbia to, czym się zajmuję.

– Nie wątpię. Od dawna jesteście razem?

Uśmiecham się.

– Odkąd oboje mieliśmy po osiemnaście lat.

– Naprawdę? Niesamowite!

– Poznaliśmy się w Saint Martins. Helen jest znakomitą graficzką i pracuje w agencji reklamowej w Manchesterze.

– Czyli wybrała bardziej komercyjną ścieżkę kariery?

– Tak, ma zdecydowanie więcej oleju w głowie niż ja. Obawiam się, że jestem klasycznym typem romantycznego artysty.

– Od dawna jesteście małżeństwem?

– Od trzech lat. I nie mamy jeszcze dzieci. Wszyscy zawsze o to pytają – dodaję, przewracając oczami.

– Nie ma co się spieszyć. Sama też nie planuję jeszcze dzieci – wyznaje, upijając łyk wina.

– No to… – daję jej kuksańca w ramię – o czym ty marzysz? Pierścionek z wielkim brylantem na palcu sugeruje, że jesteś zaręczona. Planujecie huczne weselisko?

– Tak, w lipcu przyszłego roku – odpowiada, unosząc dłoń do twarzy. Brylant migocze w świetle dobiegającym z budynku.

– Czy właśnie o takim ślubie zawsze marzyłaś?

– Na pewno będzie pięknie. Uroczystość organizujemy we wspaniałym zamku mniej więcej godzinę drogi stąd, z fosą i całą resztą. Matt go wyszukał i doszedł do wniosku, że to miejsce doskonale nadaje się na ślub.

– Jak się poznaliście?

– To było jakieś cztery lata temu, kiedy jeszcze mieszkałam w Londynie. Na imprezie. Szczerze mówiąc, przechodziłam wtedy trudny okres, ale zdałam sobie z tego sprawę dopiero później – wyjaśnia, owijając się szczelniej kocem. – Matt był ze mną przez cały ten czas. Pracuje w naszej rodzinnej firmie jako kierownik sprzedaży. Zresztą ja też tam pracuję, tylko w promocji.

– I jesteś szczęśliwa?

– Oczywiście! – odpowiada, patrząc na mnie jak na wariata. – Mam pierścionek, ustaliliśmy datę ślubu, zaprosiliśmy setkę najbliższych krewnych i przyjaciół…

– Dlaczego tylko setkę?

– A poza tym – ciągnie ze śmiechem – Matt jest świetnym facetem. Kiedy na mnie patrzy, widzi bezpieczeństwo, stabilizację, przyszłą żonę i matkę swoich dzieci.

– Na pewno widzi też to, co ja: mądrą, zabawną, inteligentną, piękną młodą kobietę.

– Nie – zaprzecza szybko, kręcąc głową. – Matt na mnie patrzy, ale mnie nie widzi. A to różnica. – Odwraca wzrok, jakby nie wiedziała, gdzie podziać oczy.

– Rzeczywiście – przyznaję jej rację.

Przez chwilę oboje milczymy. Stephanie znowu na mnie spogląda. W tym momencie coś między nami przeskakuje, serca zaczynają bić odrobinę szybciej. Nasze twarze dzielą centymetry, ale wydaje się, że to prawdziwa przepaść. Jak zawsze w takich chwilach, sekundy ciągną się w nieskończoność. Rozmawialiśmy wiele godzin, a teraz nagle nie pada między nami ani jedno słowo. Słyszę tylko gwałtownie przyspieszone oddechy. Przysuwamy się do siebie jeszcze bliżej, czuję na ustach delikatne muśnięcie jej warg i w tym momencie oboje odskakujemy od siebie jak oparzeni.

Cisza wciąż trwa, tyle że teraz jest przepełniona napięciem i zażenowaniem.

– Jezu! Przepraszam! – mówię, odstawiając kieliszek na trawę i zdejmuję z nóg koc.

– Nie, to ja przepraszam! – odpowiada szybko Stephanie. – Boże, co to, u diabła, było?

– Nie mam pojęcia. Pewnie po prostu wypiliśmy trochę za dużo – kłamię. Żadne z nas nie czuje się pijane, ale muszę coś powiedzieć, bo nie mam pojęcia, co się właśnie wydarzyło. – Lepiej już pójdę.

Wstaję z ławki, robię kilka głębokich wdechów i odsuwam się od niej.

– Jasne. Idź, ja tu jeszcze chwilę zostanę.

– Na pewno? – pytam, przeczesując włosy palcami.

– Tak – odpowiada i przyciąga kolana do klatki piersiowej.

– No dobra. Pewnie zobaczymy się jutro przed wyjazdem.

– Dobranoc, Jamie.

W nocy udaje mi się przespać najwyżej parę godzin.

Co to, kurwa, było?

Ten prawie pocałunek.

Co też mi strzeliło do głowy? Co nam strzeliło do głowy? Nigdy, przenigdy nie zrobiłem nic podobnego. Na szczęście w porę się zatrzymaliśmy. Nie powinienem był dopuścić, żeby sprawy między nami zaszły tak daleko, ale świetnie się bawiłem. Chciałem ją po prostu lepiej poznać. Ma w sobie coś takiego…