Sprawa Galtona

Tekst
Z serii: Lew Archer
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sprawa Galtona
Sprawa Galtona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Sprawa Galtona
Sprawa Galtona
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
24,99  18,49 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

LUNA

Biała jej pierś

Jak biała piana,

Gdzie spoczywają mewy,

Ale nie znajdują domu.

Zielone jej oczy

Jak głębia zielona,

Gdzie tworzą się fale.

I gdzie drzemią burze.

I trwożny jestem

Jak żeglarz,

Gdy morze i niebo

Burzyć się poczynają –

Bo dzikie jest jej serce

Jak fala wezbrana:

Uniesie się i odejdzie,

Gdy będę pogrążony we śnie.

– Czy to napisał Antoni Galton? Jest podpisane „John Brown”.

– To jego pseudonim. Nie chciał podpisać wiersza prawdziwym nazwiskiem. Poza tym „John Brown” miał dla niego specjalny sens. Antoni głosił teorię, że nasz kraj przeżywa drugą wojnę domową... wojnę między bogatymi a biednymi. Uważał biednych ludzi za białych Murzynów i chciał zrobić dla nich to, co John Brown zrobił dla niewolników. Wywieść ich z niewoli... w sensie duchowym, rzecz jasna. Antoni nie miał przekonania do przemocy.

– Rozumiem – powiedziałem, chociaż to wszystko brzmiało dla mnie dość dziwnie. – Skąd przysłał pani to pismo?

– Z San Francisco, gdzie ono wychodziło.

– I więcej już nie miała pani od niego wiadomości?

– Nie.

– Mogę zatrzymać te zdjęcia i pismo? Postaram się je zwrócić.

– Jeżeli to ma panu pomóc w odnalezieniu Antoniego...

– Podobno zamieszkał w San Francisco. Ma pani jego ostatni adres?

– Miałam, ale nie ma pan po co tam chodzić.

– Dlaczego?

– Ja tam byłam w rok po jego odejściu z domu. Stara, czynszowa kamienica, skazana na zagładę. Właśnie ją burzono.

– Czy próbowała go pani dalej szukać?

– Chciałam, ale się bałam. Miałam zaledwie siedemnaście lat.

– Czemu nie wróciła pani do szkoły, Cassie?

– Nie miałam specjalnej ochoty. A poza tym pan Galton źle się czuł i ciocia Maria prosiła, żebym z nią została. To właśnie ona opłacała moją szkołę, więc nie bardzo mogłam odmówić.

– Od tamtej pory jest pani tutaj?

– Tak. – Słowo to zostało wypowiedziane z wyraźnym napięciem.

Jakby na dany sygnał, zza ściany rozległ się podniecony głos pani Galton:

– Cassie! Cassie! Jesteś tam? Co ty tam robisz?

– Muszę iść – powiedziała Cassie.

Zamknęła drzwi swojego sanktuarium i odeszła ze zwieszoną głową.

Po dwudziestu kilku latach przeżytych w podobnej atmosferze i na to nie byłoby mnie stać.

Rozdział 5

Na schodach spotkałem córkę doktora. Uśmiechnęła się do mnie nieśmiało.

– To pan jest tym detektywem?

– Tak, to ja jestem tym detektywem. Nazywam się Archer.

– A ja Sheila Howell. Odnajdzie go pan?

– Spróbuję.

– To nie brzmi zbyt obiecująco.

– Bo nie jest.

– Ale zrobi pan, co w pana mocy?

– Czy to aż tak ważne dla pani? Jest pani za młoda, żeby móc znać Antoniego Galtona.

– To bardzo ważne dla cioci Marii. – I dodała w przy pływie uczucia: – Ona potrzebuje kogoś, kto by ją kochał. Ja próbuję, słowo daję, ale po prostu nie potrafię.

– Ona jest pani krewną?

– Niezupełnie. Jest moją chrzestną. Nazywam ją ciotką, bo ona tak chce. Ale nigdy nie zdołałam obudzić w sobie uczuć siostrzenicy.

– Wyobrażam sobie, jak ona musi to utrudniać.

– To nie jej wina, ale ona po prostu nie umie współżyć z ludźmi. Od dawna robi, co jej się żywnie podoba. – Poczerwieniała i zacisnęła usta. – Wcale nie chciałam jej krytykować. Pan pewnie myśli,że jestem straszna, że tak o niej mówię do nieznajomych. Ja jej naprawdę dobrze życzę, wbrew temu, co sądzi mój tata. I jak chce, żebym jej czytała „Pendennisa”, to czytam.

– Brawo. Chciałbym zatelefonować. Czy jest tu gdzieś telefon?

Pokazała mi telefon pod schodami. Był to stary ścienny aparat, którego nikomu nie przyszło do głowy zmienić na nowoczesny. Pod nim, na stoliku, leżała książka telefoniczna Santa Teresa. Poszukałem w niej numeru Sable'a.

Długo zwlekał z podniesieniem słuchawki. W końcu usłyszałem, jak ją podnosi na drugim końcu linii. Odczekawszy jeszcze chwilę usłyszałem jego głos. Ledwie go poznałem. Był jakiś rozmazany, jakby Sable płakał.

– Tu Gordon Sable.

– Mówi Archer. Odjechałeś, zanim zdążyliśmy się ostatecznie dogadać. W takiej sprawie jak ta potrzebuję zaliczki, a także pieniędzy na pokrycie kosztów, co najmniej trzysta dolarów.

W słuchawce coś stuknęło, a potem zaburczało. Ktoś wykręcał numer. Usłyszałem głos kobiecy:

– Centrala? Proszę połączyć mnie z policją.

– Odłóż słuchawkę – rzekł Sable.

– Dzwonię na policję. – Był to głos jego żony, głos histerycznie piskliwy.

– Już wezwałem. Odłóż słuchawkę. Ja teraz rozmawiam.

Usłyszałem odgłos niezręcznie odkładanej słuchawki.

– Jesteś, Sable? – spytałem.

– Tak. Jak się domyślasz, zdarzył się wypadek. – Urwał na chwilę. Słyszałem jego oddech.

– Żona?

– Nie, chociaż jest bardzo wzburzona. Mój służący, Peter, został zasztyletowany. Chyba nie żyje.

– Kto go zasztyletował?

– To nie jest jasne. Niewiele mogę się dowiedzieć od żony. Wygląda na to, że jakiś oprych zadzwonił do drzwi, a kiedy Peter otworzył, dostał nożem.

– Chcesz, żebym przyjechał?

– Jeżeli sądzisz, że to się na coś przyda. Peterowi nic już nie pomoże.

– Będę za kilka minut.

Ale nie udało mi się tak szybko tam dotrzeć. Nie znałem przedmieścia Arroyo Park. Skręciłem w złą stronę na skrzyżowaniu i zabłądziłem w plątaninie krętych ulic. Wszystkie wydawały mi się jednakowe, z domami o płaskich dachach, białymi, szarymi i z nie wypalanej cegły, rozrzuconymi wśród tarasowatych zboczy.

Chwilę jeździłem tymi ulicami w koło, aż wreszcie znalazłem się na szczycie wzgórza nie tego co potrzeba. Droga zmieniła się w parę kolein wiodących na pole, gdzie stała tylko wieża ciśnień. Zawróciłem i zatrzymałem się, żeby zorientować się w sytuacji.

Po lewej stronie, na szczycie odległego o milę wzgórza, dostrzegłem niewyraźnie płaski bladozielony dach, który mi wyglądał na szutrowy dach willi Sable'a. Po prawej, daleko w dole, wąska asfaltowa droga wiła się środkiem doliny jak ciemna rzeka. Między tą drogą a kępą zarośli dębowych buchnął pomarańczowy strzęp płomieni i zgasł. W nieruchome, błękitne powietrze popłynęła strużka czarnego dymu. Poruszywszy się dostrzegłem odblask słońca na metalu. Był to samochód, utkwiony maską w rowie i płonący.

Zjechałem długą drogą w dół i skręciłem na asfaltową szosę w prawo. Z oddali zawodziła syrena straży pożarnej. Dym z płonącego samochodu wił się coraz wyżej i rozpościerał jak wolno rozlewająca się plama nad drzewami. Przyglądając mu się o mało nie przejechałem człowieka.

Szedł w moją stronę z pochyloną głową, jakby w zamyśleniu, krępy, młody, o byczym karku. Zatrąbiłem i nadepnąłem na hamulec. Szedł dalej z uporem. Jedno ramię zwisało mu bezwładnie, a z palców kapała krew. Drugą rękę miał włożoną w rozcięcie prostej flanelowej marynarki.

Podszedł do drzwi od mojej strony i oparł się o nie.

– Podwiezie mnie pan? – Tłuste, czarne kędziory opadły mu na płonące czarne oczy. Jasnoczerwona krew na wargach nadawała mu sprośny wygląd; przypominał umalowaną dziewczynę.

– Rozbił pan samochód?

Chrząknął.

– To niech pan przejdzie na tamtą stronę, jeśli pan może.

– Nic z tego. Wsiadam z tej.

Dostrzegłem u niego złodziejski błysk w oczach, ale i coś gorszego. Sięgnąłem po kluczyki. Uprzedził mnie. W rogu otwartego okna ukazała się lufa krótkiego błękitnawego rewolweru.

– Zostaw kluczyki. Otwórz drzwi i zjeżdżaj.

Kędzierzawy działał i gadał jak zawodowiec albo przynajmniej jak utalentowany amator, z powołaniem. Otworzyłem drzwi i wysiadłem.

Ruchem ręki nakazał, żebym się oddalił.

– No, jazda.

Zawahałem się, oceniając moje szanse.

Pokazał rewolwerem w stronę miasta.

– Zasuwaj, brachu. Nie chcesz chyba sprzeczki ze mną.

Zacząłem iść. Za plecami usłyszałem ryk silnika mego samochodu. Zsżedłem z drogi. Ale Kędzierzawy skręcił w jakiś podjazd, zawrócił i odjechał w przeciwnym kierunku, oddalając się od syren alarmowych.

Kiedy dotarłem na miejsce, ogień był już wygaszony. Straż pożarna zwijała węże na bębny umieszczone z boku długiego czerwonego wozu. Podszedłem do kabiny i zapytałem siedzącego za kierownicą strażaka:

– Macie tu radiotelefon?

– A bo co?

– Zrabowano mi samochód. Myślę, że typ, który mi go zabrał, rozbił właśnie ten, który leży w rowie. Trzeba zawiadomić policję drogową.

– Niech mi pan poda szczegóły, to przekażę.

Podałem numer rejestracyjny i opis swojego samochodu, a także zwięzły rysopis Kędzierzawego. Strażak zaczął przekazywać dane przez radiotelefon. Zlazłem do rowu, żeby się przyjrzeć samochodowi, na który zamieniłem swój. Był to czarny jaguar, mniej więcej pięcioletni. Zjechał łukiem z szosy, żłobiąc głębokie koleiny w poboczu, i nadział się maską na głaz w rowie. Miał przebitą dętkę jednego z przednich kół. Przednia szyba była popękana promieniście, a lakier cały w pęcherzach od ognia. Jedne i drugie drzwi stały otworem.

Zanotowałem sobie numer rejestracyjny i podszedłem bliżej, żeby rzucić okiem na kartę rejestracyjną na kolumnie kierownicy. Karty nie było. Wsiadłem i zajrzałem do schowka na rękawiczki. Był pusty.

Na drodze nade mną zatrzymał się z piskiem opon jeszcze jeden samochód. Wysiedli z niego dwaj miejscowi policjanci i zbiegli w dół wzbijając dwie chmurki pyłu. W rękach mieli rewolwery, na opalonych na brąz twarzach śmiertelną powagę.

 

– Pański wóz? – warknął do mnie pierwszy.

– Nie.

Zacząłem mówić, co stało się z moim, ale nie chciał nawet słuchać.

– Wysiadać! Ręce na wysokość barków, trzymać na widoku.

Wysiadłem z uczuciem, że kiedyś już to przeżywałem. Pierwszy z policjantów trzymał mnie na muszce rewolweru, drugi przetrząsał kieszenie. Robił to bardzo skrupulatnie. Zbadał nawet znalezione tam paprochy. Zakpiłem sobie z tego.

– Tu nie ma żartów. Nazwisko.

Wokół nas zaczęli się gromadzić strażacy. Byłem wściekły i czułem, że się pocę. Otworzyłem usta i użyłem sobie ile wlezie.

– Jestem kapitan Nemo – powiedziałem. – Właśnie wysiadłem na brzeg z nieprzyjacielskiej łodzi podwodnej. Nasze łodzie są napędzane wodorostami. Kadłuby wyrabiamy z prasowanych wodorostów. Prowadźcie mnie więc do najmądrzejszego spośród was. Nie ma chwili do stracenia.

– Szurnięty facet – powiedział pierwszy policjant. – Od razu sobie pomyślałem, że ten nożownik musi być szurnięty. Sam słyszałeś, Barney.

– No. – Barney badał zawartość mojego portfela. – Ma prawo jazdy wystawione na nazwisko jakiegoś Archera, z Zachodniego Hollywood. I legitymację prywatnego detektywa, to samo nazwisko. Ale pewnie fałszywa.

– Wcale nie jest fałszywa. – Mój wygłup narobił mitylko kłopotów. – Nazywam się Archer. Jestem prywatnym detektywem, pracuję dla mecenasa Sable'a.

– Sable'a, powiada. – Policjanci wymienili znaczące spojrzenia. – Oddaj mu portfel, Barney.

Barney podał mi portfel. Wyciągnąłem rękę. Na moim nadgarstku zatrzasnęły się z brzękiem kajdanki.

– A teraz druga rączka – powiedział łagodnie. Byłem przecież szurnięty. – Teraz proszę drugą rączkę.

Zawahałem się. Ale opór na nic by się nie zdał, jeszcze by zrobili ze mnie przestępcę. A ja chciałem, żeby to oni byli przestępcami, żeby ich upokorzyć za ich głupotę.

Podałem drugą rękę bez oporu. Patrząc na swoje skrępowane dłonie zobaczyłem plamkę krwi na jednym z palców.

– Idziemy – rzekł pierwszy policjant. Wrzucił mi portfel do bocznej kieszeni marynarki.

Wpędzili mnie na skarpę i na tylne siedzenie samochodu. Z kabiny wozu strażackiego wychylił się kierowca.

– Nie spuszczajcie go z oka, chłopaki. To cwany facet. Powiedział mi, że mu skradziono samochód, dałem się nabrać.

– My nie – powiedział pierwszy policjant. – My tak umiemy sobie radzić z tymi ptaszkami, jak wy gasić pożar. Nie dopuszczajcie nikogo w pobliże jaguara. Postawcie przy nim kogoś, dobrze? Jak tylko będę mógł, zaraz tu przyślę któregoś z naszych.

– A co on przeskrobał?

– Zadźgał człowieka.

– Jezu, a ja myślałem, że to przyzwoity człowiek.

Pierwszy policjant usiadł na tylnym siedzeniu obok mnie.

– Muszę cię ostrzec, że cokolwiek powiesz, może być użyte przeciwko tobie. Czemuś to zrobił?

– Co?

– Dźgnął nożem Petera Culligana.

– Nikogo nie dźgnąłem.

– Masz krew na ręku. Skąd by się tam wzięła?

– Pewnie z jaguara.

– Znaczy z twojego samochodu?

– To nie mój samochód.

– Diabła tam nie twój. Mam świadka, który widział, jak odjeżdżałeś z miejsca zbrodni.

– To nie byłem ja. To ten, który przed chwilą ukradł mój samochód.

– Nie bajtluj. Możesz bajtlować strażaków. Ja jestem policjant.

– Poszło wam o babkę? – zapytał Barney przez ramię. – Jeżeli poszło o babkę, to da się zrozumieć. Zbrodnia w afekcie i tak dalej. Psia kostka – dodał pogodnie – to nie byłoby nawet morderstwo drugiego stopnia. Za dwa, trzy lata wyszedłbyś na wolność. Nie, Conger?

– Jasne – odparł Conger. – Powiedz od razu prawdę i będziesz miał to z głowy.

Ta zabawa zaczęła mnie już nudzić.

– Nie o babkę. O wodorosty. Jestem miłośnikiem wodorostów. Lubię posypywać nimi jedzenie.

– Co to ma wspólnego z Culliganem?

– On mi wygląda na zupełnie szurniętego – rzekł Barney siedzący na przednim siedzeniu.

Conger pochylił się do mnie.

– Jesteś?

– Co jestem?

– Szurnięty?

– Taa. Żuję wodorosty, a potem orbituję. Wieźcie mnie na najbliższe pole startowe.

Conger spojrzał na mnie z politowaniem. Byłem szurnięty. Ale uczucie litości stopniowo zastąpił wyraz zwątpienia. Conger zaczynał pomału pojmować, że robię z niego balona. Ni stąd, ni zowąd jego twarz pod opalenizną zrobiła się ciemnoczerwona. Leżąca na kolanie dłoń zwinęła się w pięść. Widziałem, jak pod rękawem bluzy grają potężne mięśnie. Podciągnąłem brodę i przygotowałem się do sparowania ciosu. Ale nie uderzył.

Biorąc pod uwagę te okoliczności okazał się przyzwoitym gliną. Gotów byłem go polubić mimo kajdanków, które mi krępowały ręce.

– Jak już mówiłem – powiedziałem – nazywam się Archer. Jestem licencjonowanym prywatnym detektywem, niegdyś sierżantem policji w Long Beach. Kalifornijski kodeks karny zawiera ustęp dotyczący nieuzasadnionego uwięzienia. Nie uważacie, że lepiej byłoby zdjąć te bransoletki?

– Domorosły adwokacina, co? – rzekł Barney z przedniego siedzenia.

Conger nie mówił nic. Siedział długo w bolesnym milczeniu. Wysiłek myślenia wyczyniał nieoczekiwane rzeczy z jego mięsistą twarzą. Działał na niego jak głośny hałas pośród nocy.

Samochód zjechał z szosy i piął się na wzgórze Sable'a. Pod przeszkloną ścianą domu stał drugi radiowóz. Z radiowozu wysiadł Sable, a za nim potężnie zbudowany mężczyzna w cywilnym ubraniu.

Sable był blady i roztrzęsiony.

– Nie spieszyłeś się specjalnie. – A potem spostrzegł kajdanki na moich rękach. – Boże święty!

Potężnie zbudowany mężczyzna wyminął go i szarpnął drzwiczki samochodu.

– Co tu się dzieje?

Conger zmieszał się jeszcze bardziej.

– Nic, szeryfie. Złapaliśmy podejrzanego. Twierdzi, że jest prywatnym detektywem i pracuje dla pana Sable'a.

Szeryf obrócił się do Sable'a.

– To pana człowiek?

– Oczywiście.

Ale Conger już zdejmował mi kajdanki, robiąc to w sposób możliwie dyskretny, jak gdyby liczył, że może nie zauważę, że w ogóle miałem je na rękach. Barney nie odwrócił nawet głowy, kiedy wysiadałem z samochodu. Kark miał czerwony.

Szeryf podał mi rękę. Twarz miał spokojną i wyblakłą, a oczy poruszały się w niej z niespożytą energią.

– Nazywam się Trask. Nie będę przepraszał. Wszyscy popełniamy błędy. Tylko może niektórzy z nas częściej od innych, co, Conger?

Conger milczał.

– A teraz, kiedy już jest po zabawie, może ktoś poda przez radio opis mojego samochodu i człowieka, który go zabrał.

– O jakim człowieku mowa? – spytał Trask.

Powiedziałem mu i dodałem:

– Jeśli nie weźmie mi pan tego za złe, szeryfie, byłoby dobrze, gdyby pan sam porozumiał się z patrolem drogowym. Ten facet pojechał w stronę San Francisco, ale mógł to zrobić tylko dla zmylenia i zawrócić.

– Zaraz się tym zajmę.

Trask ruszył w kierunku swego radiowozu. Zatrzymałem go jeszcze na chwilę:

– Jeszcze jedno. Tego jaguara powinien obejrzeć ekspert. Może jest również kradziony...

– Taa, miejmy nadzieję, że nie.

Rozdział 6

Zamordowany leżał tam, gdzie padł, na skrawku zbryzganego krwią trawnika, około dziesięciu stóp od frontowych drzwi domu Sable'a. Dolną część jego białej marynarki zajmowała plama czerwieni. Zwrócona w górę twarz była szara i nieprzenikniona, jak kamienne rzeźby na grobowcach.

Jeden z policjantów fotografował go kamerą umieszczoną na trójnogu. Był to siwy policjant z długim, wścibskim nosem. Poczekałem, aż przestawi aparat do innego ujęcia.

– Mogę rzucić na niego okiem?

– Pod warunkiem, że go pan nie dotknie. Za chwileczkę skończę.

Kiedy skończył, pochyliłem się nad ciałem, żeby mu się bliżej przyjrzeć. Miał głęboką ciętą ranę brzucha. Na prawej dłoni i wewnętrznej stronie podwiniętych palców też były cięcia. Nóż, który dokonał tego krwawego dzieła, pięciocalowy sprężynowiec, leżał na trawie ukośnie pomiędzy torsem a wyciągniętym prawym ramieniem mężczyzny.

Wziąłem jego rękę – była jeszcze ciepła i miękka – i obróciłem na drugą stronę. Skóra na wytatuowanych knykciach była poszarpana, zapewne o zęby przeciwnika.

– Nielicho musiał walczyć – powiedziałem.

Policjant kucnął obok mnie.

– Tak. Niech pan uważa na te paznokcie. Pod nimi coś jest, może zdrapana skóra. Widział pan ten tatuaż?

– Musiałbym być ślepy, żeby nie widzieć.

– Chodzi o ten tutaj. – Ujął dłoń w swoje ręce i wskazał cztery kropeczki tworzące mały kwadracik między wskazującym a środkowym palcem. – Znak gangu. Pokrył to później zwykłym tatuażem. Wielu dawnych gangsterów tak robi. Widywałem to u zatrzymanych u nas ludzi.

– Jaki to może być gang?

– Nie wiem. Jakiś z Sacramento albo San Francisco. Nie znam się na insygniach gangsterskich północnej Kalifornii. Ciekawe, czy adwokat Sable wie, że miał za pracownika dawnego gangstera.

– Można go zapytać.

Drzwi frontowe były otwarte. Wszedłem i znalazłem Sable'a w salonie. Uniósł osłabłą rękę i wskazał nią fotel.

– Siadaj, Archer. Przepraszam za to, co się stało. Nie mam pojęcia, co im strzeliło do głowy.

– Nadmiar gorliwości. Nie ma o czym mówić. Marny początek, ale ci miejscowi chłopcy zdaje się wiedzą, co robią.

– Mam nadzieję – odparł bez entuzjazmu.

– Co wiesz o swoim zamordowanym służącym?

– Obawiam się, że niewiele. Pracował u mnie zaledwie od kilku miesięcy. Początkowo miał się zajmować moim jachtem. Mieszkał na tym jachcie, póki go nie sprzedałem. Potem przeniósł się tu. Nie miał gdzie się podziać, a nie wymagał wiele. Jak mogłeś zauważyć, niezbyt nadawał się na służącego. Ale tu, na wsi, trudno o służbę, a Peter był chętny, więc pozwoliłem mu zostać.

– Z jakiego pochodził środowiska?

– Był zdaje się niezłym włóczykijem. Wspominał o różnych zawodach, jakich się imał: kucharz na statku, robotnik portowy, malarz pokojowy.

– Jak do ciebie trafił? Przez biuro pośrednictwa?

– Nie. Spotkałem go na molo. Zdaje się, że właśnie przypłynął statkiem rybackim, kutrem z Monterey. Czyściłem okucia mosiężne, zaciągałem pokostem pokład, a on zaproponował mi pomoc, licząc po dolarze za godzinę. Pracował sumiennie, więc go zatrzymałem. Zawsze pracował sumiennie.

Między brwiami Sable'a wystąpiła zmarszczka bólu przypominająca cięcie noża. Domyśliłem się, że musiał lubić zamordowanego. Zawahałem się, nim zadałem następne pytanie:

– Nie wiesz przypadkiem, czy Culligan nie był kiedyś karany?

Zmarszczka na czole się pogłębiła.

– Na miłość boską, nie. Powierzyłem mu swój jacht i dom. Czemu mnie o to pytasz?

– Z dwóch powodów. Bo miał na ręce tatuaż, cztery czarne kropki na skraju błękitnego tatuażu, a tego rodzaju znaczki mają gangsterzy i narkomani. I dlatego, że jego śmierć nosi znamiona gangsterskich porachunków. Jego mordercą jest prawie na pewno człowiek, który zabrał mi samochód, a człowiek ten wyglądał na zawodowca.

Sable wpatrywał się w wypolerowane kamienne płytki mozaikowej podłogi, jakby miała się pod nim zapaść.

– Sądzisz, że Peter Culligan miał powiązania ze światem przestępczym?

– Powiązanie to zbyt łagodne określenie. On nie żyje.

– Zdaję sobie z tego sprawę – odrzekł dosyć ostro.

– Czy nie wydawał ci się ostatnio podenerwowany? Jakby się czegoś bał?

– Nie zauważyłem tego. Nigdy o sobie nie mówił.

– Miewał jakichś gości, oprócz tego ostatniego?

– Nie, nigdy. A przynajmniej ja nic o tym nie wiem. Był samotnikiem.

– Czy mógł użyć twego domu i pracy u ciebie jako czegoś w rodzaju kamuflażu?

– Nie wiem. Trudno powiedzieć.

Przed domem zawarczał silnik. Sable wstał, podszedł do szklanej ściany i rozsunął zasłony. Spojrzałem znad jego ramienia.Sprzed domu odjechała czarna furgonetka i skierowała się w dół.

– Na dobrą sprawę – rzekł Sable – rzeczywiście krył się przed ludzkim wzrokiem. Nie chciał mi szoferować, mówił, że nie ma szczęścia do samochodów. Ale mógł chcieć po prostu uniknąć pokazywania się w mieście. Nigdy nie jeździł do miasta.

– Teraz tam jedzie – powiedziałem. – Ile osób wiedziało, że tu był?

– Tylko moja żona i ja. I oczywiście ty. Nikt inny nie przychodzi mi w tej chwili na myśl.

– Miewaliście jakichś gości spoza miasta?

 

– W ciągu ostatnich miesięcy nie. Odkąd z samopoczuciem Alice zaczęło różnie bywać. To właśnie jeden z powodów, dla których go tu wziąłem. Straciliśmy gospodynię i nie chciałem, żeby Alice była sama cały dzień.

– Jak się teraz pani Sable czuje?

– Boję się, że nieszczególnie.

– Czy ona widziała to zdarzenie?

– Nie sądzę. Ale słyszała odgłosy walki i widziała odjeżdżający samochód. Właśnie wtedy do mnie zadzwoniła. Siedziała na progu na wpół omdlała, kiedy przyjechałem. Nie wiem, jaki to będzie miało wpływ na jej stan emocjonalny.

– Czy mógłbym z nią porozmawiać?

– Proszę cię, nie teraz. Rozmawiałem z doktorem Howellem. Kazał jej dać środek uspokajający. Szeryf zgodził się, że nie będzie na razie składała zeznań. Człowiek ma pewne granice wytrzymałości.

Sable mógł równie dobrze odnieść te słowa do siebie. Ramiona miał obwisłe, kiedy odwrócił się od okna. W ostrym blasku słońca jego twarz była ziemistoszara i nabrzmiała niby gotowany ryż. W przypadkach morderstwa jest zwykle więcej ofiar niż jedna.

Sable musiał wyczytać tę myśl z mojej twarzy.

– Ten wypadek wstrząsnął i mną. Nie może w żaden sposób mieć z nami nic wspólnego. A jednak wstrząsnął nami, i to głęboko. Peter był naszym domownikiem. Był nam bardzo oddany i zakończył życie przed naszym progiem. Dlatego tak jest.

– Co?

Timor mortis – odparł. – Lęk śmierci.

– Mówisz, że Culligan był waszym domownikiem. Znaczy, że u was sypiał?

– Tak, oczywiście.

– Chciałbym obejrzeć jego pokój.

Poprowadził mnie przez wewnętrzny dziedziniec i pokój gospodarski do sypialni na tyłach domu. Stało w niej łóżko, komoda, krzesło i lampa.

– Pójdę zobaczyć, co z Alice – rzekł Sable i wyszedł.

Przejrzałem skąpy majątek Petera Culligana. W ściennej szafie znalazłem parę Levisów, kilka koszul roboczych, buty i lichy granatowy garnitur kupiony w jednym ze sklepów w San Francisco. W górnej kieszonce marynarki znalazłem odcinek kuponu totalizatora. Na komodzie leżał brudny grzebień i maszynka do golenia. Szuflady były prawie puste: parę białych koszul, poplamiony krawat, koszulka gimnastyczna i spodenki w kwiaty, skarpety, chusteczki do nosa i tekturowe pudełko zawierające setkę naboi do automatycznego pistoletu kaliber 9,5 mm. Niecałą setkę, pudełko nie było pełne. Pistoletu nie znalazłem.

Pod łóżkiem leżała walizka Culligana. Był to stary rozepchany, spięty paskami rupieć z płótna, który wyglądał, jakby go kopano na wszystkich stacjach autobusowych od Seattle po San Diego. Rozpiąłem paski. Zamek był popsuty i wieko odskoczyło. Ze środka powiało tytoniem, morską wodą, potem i subtelniejszym i bardziej nieokreślonym zapachem męskiej samotności.

Walizka zawierała szarą koszulę flanelową, granatowy szorstki golf i inne cięższe okrycia robocze. Do korkowej rękojeści rybackiego noża o szerokiej klindze wciąż przyklejone były rybie łuski, niby spłowiałe cekiny. Zmięty zielonkawy smoking przypominał jakieś lepsze czasy.

Legitymacja związkowa, wydana w San Francisco w 1941 roku, świadczyła, że Culligan był opłacającym składki czynnym członkiem nie istniejącego już Związku Kucharzy Okrętowych. W walizce był też list zaadresowany do Pana Petera Culligana, Poste Restante, Reno, Nevada. Culligan nie całe życie był samotnikiem. List napisano na różowawym papierze niewyrobionym pismem. Brzmiał on:

Kochany Pete!

Słowo „kochany” jest właściwie nie na miejscu po tym wszystkim, co przez Ciebie wycierpiałam, ale to już przeszłość i niech pozostanie przeszłością. Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę. Ale żeby Ci w tym pomóc, powiem jasno: nigdy w całym Twoim życiu nic nie docierało do Twojej świadomości, póki to życie nie dało Ci w kość. A więc nie, nie kocham Cię już. Patrząc na to wszystko wstecz, nie wiem, jak mogłam Cię w ogóle kochać, pewnie byłam zaślepiona. Gdy myślę o wszystkim, co przez Ciebie przecierpiałam, o pracach, które traciłeś, bójkach, piciu i w ogóle. Na pewno mnie nie kochałeś, więc nie próbuj mnie bujać. Nie, nie, co się stało, już się nie odstanie. Mam sobie jedno do wyrzucenia: że trwałam przy Tobie. Miałam wiele powodów, żeby od Ciebie odejść. Co z Ciebie był za człowiek. Że też masz jeszcze odwagę do mnie pisać. Nie wiem, skąd zdobyłeś mój adres. Pewnie od któregoś ze swoich sprzedajnych przyjaciół, ale ja się ich nie boję.

Jestem szczęśliwą żoną cudownego człowieka. On wie, że byłam przedtem zamężna. Ale nie wie o nas. Jeżeli masz w sobie chociaż krztynę przyzwoitości, trzymaj się z dala ode mnie i nie pisz żadnych listów. Ostrzegam Cię, nie rób mi poruty. Bo i ja Tobie mogłabym zrobić porutę, dwa razy większą. Wspomnij L.Bay.

Z życzeniami wszelkich sukcesów w Twoim nowym życiu (mam nadzieję, że naprawdę zarabiasz tak wiele, jak twierdzisz)

Marian.

Pani Ronaldowa S. Mathesonowa (zapamiętaj to sobie). Ja miałabym do Ciebie wrócić? Wybij to sobie z głowy. Ronald jest bardzo ważnym dyrektorem. Nie wykłuwałabym Ci tym oczu, gdyby nie ten wycisk, jaki przez Ciebie dostałam, wiesz to dobrze. Nie mam o to żalu, ale zostaw mnie, proszę, w spokoju.

Na kopercie nie było adresu zwrotnego, ale był stempel pocztowy San Mateo, Kalifornia. Daty nie mogłem odcyfrować.

Włożyłem wszystko z powrotem, zamknąłem walizkę i wsunąłem nogą pod łóżko.

Wyszedłem na dziedziniec. Z pokoju po drugiej stronie dochodziły jakieś jęki ni to kobiety, ni zwierzęcia. Sable musiał mnie wypatrywać. Jęki zabrzmiały głośniej, kiedy rozsunął szklane drzwi, i ucichły, kiedy je za sobą zamknął. Wyszedł mi na spotkanie z twarzą lekko zielonkawą w odbitym od listowia blasku.

– Znalazłeś coś szczególnego?

– Miał w szufladzie pudełko naboi do pistoletu. Ale pistoletu nie znalazłem.

– Nie wiedziałem, że Peter miał broń.

– Może miał i sprzedał. A może morderca mu ją zabrał.

– A co poza tym?

– Znalazłem nić wiodącą do jego eks-małżonki, jeżeli chcesz, bym zbadał jego środowisko.

– Może zostawmy to policji? Trask zna się na rzeczy, a do tego jest moim starym przyjacielem. Nie miałbym sumienia odciągać cię od sprawy Galtona.

– Sprawa Galtona nie wydaje się tak bardzo pilna.

– Może nie. Mimo wszystko sądzę, że na razie powinieneś się jej trzymać. Czy Cassie Hildreth okazała się pomocna?

– Trochę. Nie widzę tu dla siebie nic więcej do roboty. Miałem jechać samochodem do San Francisco.

– Poleć samolotem. Wypisałem ci czek na dwieście dolarów i dam sto gotówką. – Podał mi czek i pieniądze. – Jeżeli będziesz potrzebował więcej, bez wahania daj mi znać.

– Dobrze, ale obawiam się, że to stracone pieniądze.

Sable wzruszył ramionami. Miał gorsze problemy. Jęki za szklanymi drzwiami stały się głośniejsze i chwilami tak przenikliwe, że aż uszy pękały.