Śpiąca królewna

Tekst
Z serii: Lew Archer
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Śpiąca królewna
Śpiąca królewna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 23,98  19,18 
Śpiąca królewna
Śpiąca królewna
Audiobook
Czyta Masza Bogucka
3,99 
Szczegóły
Śpiąca królewna
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
24,99  17,74 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 6

Poszedłem do kuchni. Gloria stała przy zlewie i wycierała naczynia. Czarne włosy miała związane po bokach sznurówkami. Obrzuciła mnie przez ramię szybkim pogodnym spojrzeniem.

- Nie powinien pan tu wchodzić. Straszny tu bałagan.

- Nic takiego nie widzę. Czyściutko, aż miło.

- Trochę się przyłożyłam – przyznała. – Wprawiam się przed powtórnym zamążpójściem.

- Wybrała już pani tego szczęściarza?

Odwróciła się do mnie, z talerzem w jednej ręce i ścierką do naczyń w drugiej.

- Prawdę mówiąc, tak. Rewelacyjny facet. To ja mam szczęście, nie on.

Polerowała talerz, jakby był symbolem jej przyszłości. Jej wiara i energia miały w sobie coś wzruszającego.

- Pozwoli pani, że złożę gratulacje?

- Jasne, gratulacje przyjęte. Już byśmy byli po ślubie, ale chcemy to załatwić, jak należy. Dlatego oprócz pracy zawodowej wzięłam to dodatkowe zajęcie u Toma. Robiłabym to za darmo, ale Toma stać na to, żeby mi płacić.

Teraz, kiedy rodzice Laurel nie mogli nas słyszeć, ta pełna życia, otwarta dziewczyna odzyskała chęć do rozmowy.

- Gdzie pani pracuje? – zapytałem.

- W kuchni, w Centrum Medycznym. Uczę się na dietetyczkę.

Harry, kiedy pracuje, też zajmuje się gastronomią. Ale teraz jest bez pracy. Marzy nam się, że pewnego dnia otworzymy własną knajpkę.

- Mam nadzieję, Glorio, że wam się uda.

- Uda się. To łebski facet i ma właściwe podejście do ludzi.

Nawet Tom go lubi.

- Dlaczego „nawet”?

- Tom w ogóle nie przepada za ludźmi. Flaherty’ego – to był mój pierwszy – po prostu nie znosił. Tych, których lubi, można by policzyć na palcach jednej ręki. – Uniosła lewą dłoń z rozczapierzonymi palcami. – Po tym, jak stracił matkę, i to w taki sposób, kiedy był jeszcze małym dzieckiem, stał się podejrzliwy wobec wszystkich. Moja matka nie może się nadziwić, że mając tak kiepski start, Tom doszedł do tego wszystkiego. Myślę, że duża w tym zasługa starego pana Russo. Można mieć do niego pewne zastrzeżenia, to prawda, ale zawsze był dla Toma bardzo dobrym ojcem.

Widocznie uznała, że za dużo mówi, bo wróciła do naczyń. Zadowolony z chwilowej ciszy, zastanawiałem się nad tym, co mi powiedziała. Tom za młodu stracił matkę, a teraz groziła mu utrata żony. Tych dwóch strat na pozór nic nie łączyło, ale teoretycznie istniała taka możliwość. Zawisła ona w jasnej kuchni niczym podwójny cień, spowodowany awarią oświetlenia.

- Co się stało z matką Toma?

- Ciotka Allie umarła – odpowiedziała Gloria po dłuższej chwili. –

To się zdarzyło tak dawno temu, że nie pamiętam. Pamiętam tylko, że przez jakiś czas mieszkaliśmy tutaj wszyscy razem, w tym domu. – Z nostalgią rozejrzała się po kuchni, jakby należała do niej. – Ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Matce zaproponowano pracę, a pan Russo uważał, że powinna ją przyjąć.

- Czy pan Russo mieszka tu z Tomem?

- Już nie. Tom przejął od niego dom, kiedy pobrali się z Laurel.

Pan Russo wyprowadził się do domu spokojnej starości w Inglewood. Nie była to dla niego łatwa decyzja, ale on zawsze chciał, żeby ten dom należał kiedyś do Toma.

- A w jaki sposób Tom i Laurel się poznali?

- Weszła kiedyś do apteki, a on z miejsca się w niej zakochał. Kiedy powiedziała, że za niego wyjdzie, uważał się za najszczęśliwszego człowieka pod słońcem.

- Pani jednak tak nie uważała?

Potrząsnęła głową, a jej związane włosy zatrzepotały jak szczątkowe skrzydełka.

- Nie mam nic przeciwko Laurel, choć Bóg świadkiem, że ma ona swoje problemy. Czasami jednak odnoszę wrażenie, że wżeniając się w tę rodzinę, Tom wziął na siebie zbyt wiele. Są tak strasznie bogaci, a my na wszystko musimy zapracować. Tom ma jedynie pracę w cudzej aptece i ten stary dom, który spłaca ojcu, nic więcej.

- No i Laurel.

- Zakładając, że ją ma.

- Czy wie pani, o co właściwie im poszło?

- Tom nigdy ze mną nie rozmawia na ten temat. Jest bardzo skryty.

- Ale pani zna ich oboje. Widywała ich pani razem.

- Jasne.

- Więc jak się między nimi układało?

- Trudno powiedzieć. Niewiele ze sobą rozmawiali. Ale każde z nich wiedziało, że to drugie zawsze jest pod ręką, jeśli mnie pan rozumie. Według mnie oni się kochają. Harry też tak uważa.

- Harry ich zna?

- Pewnie, że tak. – Jej szczera twarz wskazywała, że jest gotowa powiedzieć więcej. Nagle jednak zamilkła, jakby coś sobie przypomniała. Po chwili dorzuciła, na pozór bez związku: - Tom jest bardzo zazdrosny o Laurel. Myślę, że nigdy w życiu nie spojrzał na inną dziewczynę.

- Ile on ma lat?

- Trzydzieści jeden. Jest starszy ode mnie o cztery lata.

- I oprócz Laurel nigdy nie miał innej dziewczyny?

- O ile wiem, nie. Przez krótki czas ja byłam jego dziewczyną. Nie taką naprawdę, nasz związek przypominał raczej relacje między bratem a siostrą, ale chodziliśmy ze sobą. Uczyłam go tańczyć i tak dalej, ale oboje wiedzieliśmy, że nic więcej z tego nie będzie. On po prostu chciał się dowiedzieć, jak należy się zachowywać w towarzystwie porządnej dziewczyny.

- I jak sobie radził?

- Bardzo dobrze. Tylko że był trochę sztywny i trzymał się na uboczu. Wciąż taki jest. Chyba nawet ani razu mnie nie pocałował. – Jej ciemne oczy, spokojne i ufne, napotkały mój wzrok. – Proszę mnie dobrze zrozumieć, on czekał na Laurel. Była jego przeznaczeniem, tą jedną jedyną.

- Wobec tego dlaczego zerwali?

- Oni ze sobą nie zerwali. Ona tylko od czasu do czasu wraca do swojej rodziny albo pomieszkuje u przyjaciół.

- Na przykład u Joyce Hampshire?

- Właśnie. To serdeczne przyjaciółki, od lat. Gdybym to ja była żoną Toma, pewnie robiłabym tak samo. On stale ma te swoje okresy, kiedy nie odzywa się do nikogo. Zawsze tak było. A Laurel ma własne kłopoty... tego akurat nie muszę panu tłumaczyć. Ale daję głowę, że znów będą razem.

- Mam nadzieję. Podziękowałem jej i wyszedłem.

Rozdział 7

Greenfield Manor, gdzie mieszkała Joyce Hampshire, było szeregiem jednopiętrowych podmiejskich domków, otoczonych murem z imitacji suszonej w słońcu cegły. Kiedy podchodziłem do bramy Joyce, wyszedł z niej szczupły młody człowiek; w trenczu i nasuniętym na oczy kapeluszu wyglądał jak szpieg.

W padającym z patio świetle mignęła mi jego twarz. Wcale nie była taka młoda – czas i kłopoty wyryły na niej takie samo piętno jak na mojej. Odwrócił się szybko, jakby nie chciał, żebym go rozpoznał albo zapamiętał.

Nacisnąłem dzwonek do drzwi Joyce. Widocznie czekała tuż za nimi, bo otworzyła natychmiast.

- Kotku! – powiedziała, rozkładając szeroko ramiona.

Całkiem przystojna kobieta, choć wszystko w niej było jakby rozmazane - miękkie włosy rozmyte przez padające od tyłu światło, oczy zamglone zwątpieniem, a figura niewyraźna z powodu nadmiaru ciała.

- Przepraszam, to „kotku” nie było skierowane do pana. Spodziewałam się kogoś innego.

- Nic nie szkodzi.

- Ale to takie krępujące.

- Nie dla mnie. – Przedstawiłem się. – Tom Russo uprzedził panią telefonicznie o mojej wizycie.

- Oczywiście. Proszę wejść, panie Archer.

Wprowadziła mnie do salonu, w którym królowały ciężkie stare meble i pamiątki po niezbyt udanych wojażach – popękana muszla, wypolerowana deska z sekwoi, ozdobiona jakimś wierszem, litrowy kufel z emblematem Hofbrau... pozbawione związku wspomnienia, które nie układały się w życie.

Usiedliśmy obok siebie na czarnej skórzanej sofie. Moja obecność coraz bardziej ją krępowała. Odsunęła się nieco i obciągnęła sukienkę, zakrywając pulchne różowe kolana.

- Nie wiem, w jaki sposób mogłabym pomóc. Nie widziałam Laurel co najmniej od tygodnia.

- Myślałem, że mieszka u pani.

- Mieszkała, przez kilka dni. Ale w zeszłym tygodniu przeprowadziła się do babki. Rozmawiał pan z Sylvią Lennox?

- Jeszcze nie.

- Powinien pan to zrobić. Ona nie widzi świata poza Laurel i prawdopodobnie zna ją najlepiej. To jej jedyna wnuczka.

- Gdzie mieszka Sylvia Lennox?

- Na plaży w Pacific Point, niedaleko rodziców Laurel.

- Ale Laurel woli mieszkać u babki?

- Przynajmniej od czasu do czasu. Niespecjalnie przepada za rodzicami. A i oni mają z nią krzyż pański.

- O ile się orientuję, znacie się od dawna?

- Praktycznie od zawsze. Chodziłyśmy do tej samej szkoły, od pierwszej klasy.

- Co to za szkoła?

- River Valley, prywatna szkoła w El Rancho. Tam mieszkała jej babka, dopóki nie opuściła męża.

- Czyli że w rodzinie nastąpił rozłam?

- Bez dwóch zdań. Sylvia wyprowadziła się od męża, a jej miejsce zajęła inna, dużo młodsza, kobieta. Laurel nie może patrzeć, jak jej dziadkowie niszczą swoje małżeństwo. Lubi ich oboje, a oni ją, więc w całej tej sytuacji jest rozdarta. Reszta rodziny uważa, że stary zwariował, wiążąc się w takim wieku z młodą kobietą. Ale oczywiście nikt nie ośmieli się powiedzieć tego głośno.

- Dlatego, że to on jest właścicielem spółki naftowej?

Pokiwała głową.

- Właściwie całe życie rodziców Laurel upływa w oczekiwaniu na spadek.

- A Laurel?

- Nie, jej nie zależy na pieniądzach. Nie jest samolubna. Choć gdyby taka była, pewnie lepiej by na tym wyszła.

- A właściwie jaka ona jest? Nie mam jasnego obrazu.

- Zależy, kogo pan pyta. Nigdy nie była zbyt szczęśliwa i nie cieszyła się popularnością wśród nauczycieli. Wie pan, jacy są nauczyciele. Jak ktoś im raz podpadnie, to potem czepiają się go o wszystko.

 

- A o co się czepiali?

- Na początku o nic takiego. Gadanie na lekcjach, nieodrabianie prac domowych... takie tam drobiazgi. Czasami chodziła na wagary.

- A później?

- Później było gorzej. Wolałabym o tym nie mówić, naprawdę.

Mógłby pan sobie wyrobić z gruntu fałszywy obraz. W głębi duszy Laurel była naprawdę słodka. Poważna dziewczyna, dobra przyjaciółka. Ileśmy czasu przegadały razem... właściwie to była podstawa naszej przyjaźni. No i miałyśmy ze sobą kupę śmiechu.

- Mówi pani o niej w czasie przeszłym, panno Hampshire. Wystraszyła się nieco.

- Naprawdę? Nie miałam takiego zamiaru. Ale faktem jest, że odkąd dorosłyśmy, nie widywałyśmy się już tak często... zwłaszcza odkąd wyszła za Toma Russo. On chyba chciał ją mieć tylko dla siebie. A ja, oczywiście, też mam swoje sprawy. – I jakby zażenowana, że wypadło to nieco dwuznacznie, dorzuciła szybko: - Na przykład dużo podróżuję.

- Ale zeszły tydzień spędziła u pani?

- Tylko kilka dni.

- Czy mówiła, dlaczego wyprowadziła się od Toma? Potrząsnęła blond fryzurą.

- To nie tak. W gruncie rzeczy chciała do niego wrócić. Ale powiedziała, że najpierw musi doprowadzić do porządku swoje nerwy.

- O co właściwie jej chodziło?

- Mówiła, że mieszkanie w tamtym domu działa jej na nerwy.

Podobno miała tam koszmarne sny. Tłumaczyłam jej, że pewnie zrzuca winę na dom za swoje inne problemy.

- Jakie?

- W przeciwieństwie do Toma, nie chciała mieć dzieci. Mówiła, że nie chce, aby jej dzieci żyły na takim świecie.

- Co konkretnie miała na myśli?

- Nie wiem. Pewnie chodziło jej o to, że jest brutalny, okrutny. –

Uniosła ręce i wykonała w powietrzu kilka ciosów karate, jak gdyby chciała obrazowo przedstawić okrutną naturę tego świata. – Mówiła o tym na okrągło.

- Czy Tom Russo źle ją traktował?

- Nic takiego nie słyszałam. W swoim mniemaniu traktował ją pewnie całkiem dobrze. Powiedziałabym, że postawił ją na piedestale.

- Kobietom niekoniecznie to odpowiada.

- Wiem coś o tym – odparła, uśmiechając się do swoich myśli. –

Stawiają cię na piedestale i zostawiają, żebyś zarosła kurzem. Ale z Laurel było inaczej. Tom Russo naprawdę ją uwielbiał.

- Więc dlaczego go zostawiła? Bo denerwował ją dom?

Joyce wstała i spojrzała na mnie.

- Powiem panu, co ja o tym wszystkim sądzę. Moim zdaniem Laurel zostawiła go dlatego, że taka jest jej natura. Ona nie potrafi wytrzymać z nikim i z niczym. Nie ma za grosz wiary w siebie, właściwie to ona siebie nie lubi. Uważa, że jest nic niewarta.

- Niewarta Toma?

- Niewarta tego, żeby żyć. To naprawdę porządna dziewczyna, głęboko uczuciowa. – Po raz pierwszy Joyce wydobyła swoje własne uczucia z artezyjskich głębin; cała jej postać nabrała wreszcie ostrości.

– Mimo wszystko uważam, że jest naprawdę świetna. Ale gdyby pan jej posłuchał, miałby pan wrażenie, że rozmawia z największą grzesznicą pod słońcem.

- A nie jest?

- Popełniała błędy, jak wszyscy. Ale nie mnie ją sądzić. Nikt z nas nie jest bez grzechu. – Rozejrzała się po pokoju, jak gdyby zalęgły się w nim prześladujące ją duchy jej grzeszków.

- Mogłaby mi pani podać jakieś przykłady jej błędów? Speszyła się.

- No... jak jeszcze byłyśmy w szkole River Valley, uciekła z jakimś chłopakiem do Vegas. A kiedy skończyła im się forsa, zażądali okupu od jej rodziców.

- Zażądali okupu?

- Udali, że została porwana, i wyciągnęli od nich tysiąc dolarów za jej zwrot. Słyszałam, że wzięli pieniądze, po czym spłukali się co do grosza w kasynie. A potem ojciec sprowadził ją do domu.

- Ile miała wtedy lat?

- Pewnie z piętnaście. To było w pierwszej klasie liceum.

- Pamięta pani, kim był ten chłopak?

- Na nazwisko miał chyba Sherry. Chodził do starszej klasy i właściwie go nie znałam. Nie wrócił już do szkoły. Laurel zresztą też nie. Rodzice zapewnili jej prywatną naukę w domu, aż w końcu mogła pójść na studia.

- I nie miała więcej chłopców?

- Miała kilku na studiach, później zresztą też. Ale żaden dłużej z nią nie został. Jak mówiłam, Laurel jest trudna. Potrzebowała kogoś, na kim można się oprzeć, kogoś wiernego. Takiego jak Tom.

- Słyszałem, że poznali się w aptece.

- To prawda. Tak się złożyło, że akurat z nią wtedy byłam. Laurel poszła zrealizować receptę. Na jej widok Tom tak zbaraniał i tak się zdenerwował, że wydanie lekarstw zajęło mu z piętnaście minut. Kiedy wreszcie wyszłyśmy, szedł za Laurel przez cały sklep i dalej, aż na parking. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie ta jego śmiertelna powaga. W tym swoim białym kitlu był taki blady i spięty, że wyglądał jak jakiś średniowieczny fanatyk. Laurel mówiła mi, że potem wydzwaniał do niej codziennie – wziął jej nazwisko i adres z recepty – no i kilka miesięcy później byli już po ślubie.

- Jest pani pewna, że nie spotkali się wcześniej?

- Oczywiście. Laurel wcale go nie znała. Zresztą mówiła, że nigdy przedtem nie była w tej aptece. To Save-More w Westwood.

- Na co była ta recepta?

- Chyba na środki nasenne... jakieś barbiturany.

- Dużo ich zażywa?

- Tak, niestety tak. W zeszłym tygodniu nawet się o to pokłóciłyśmy. Wcinała seconal, jakby to były orzeszki ziemne. A potem spała jak zabita.

- Czy pani zdaniem ona dąży do samounicestwienia? Kobieta zastanowiła się nad odpowiedzią; jej zamyślona twarz była bez wyrazu.

- W pewnym sensie tak. Ale nie wiem, do czego pan zmierza.

- Będę szczery, skoro jest pani jej przyjaciółką...

- Staram się być. Chociaż czasami nie jest to proste. Nie czuję się najlepiej z tym, co panu powiedziałam.

- Wyświadczyła jej pani przysługę. Dziś wieczorem Laurel zabrała z mojej apteczki fiolkę nembutalu. Nie mam pojęcia, dokąd z nią poszła ani co zamierza z nią zrobić.

Jej oczy pociemniały i rozszerzyły się.

- Czy coś ją wytrąciło z równowagi?

- Kilka rzeczy. Po pierwsze, rozlana ropa koło Pacific Point. Ona to traktuje bardzo osobiście... pewnie dlatego, że jej rodzina jest w to zamieszana. Próbowała uratować ptaka, który wpadł w ropę, ale jej się nie udało. Prosiła mnie, żebym ją odwiózł...

- Do mnie? – wtrąciła Joyce, mile zaskoczona.

- Do męża. Kiedy jednak zadzwoniła do niego ode mnie, nie chciał po nią przyjechać. Zdaje się, że musiał wyjść do pracy, ale ona potraktowała to jako ostateczną odprawę. Zaraz po tym zabrała moje proszki i uciekła. Boję się o nią.

- Ja też – przyznała spokojnie.

- Czy próbowała już kiedyś popełnić samobójstwo?

- Nie, nie sądzę. Ale przebąkiwała o tym.

- Jako o czymś, co mogłaby zrobić?

- Tak. Chyba tak.

- Mówiła, w jaki sposób?

- Zdaje się, że wspominała o proszkach, ale to było dawno, zanim wyszła za mąż. Nieraz mówiła mi, jak miło byłoby zasnąć i już nigdy się nie obudzić.

- Tłumaczyła dlaczego?

- Jej umysł pracował tak, że nie potrzebowałaby szczególnego powodu. Nie była szczęśliwa. Jakaś jej część zawsze chciała umrzeć - dodała głucho.

- To brzmi prawie jak epitafium.

- Nie chciałam, żeby tak wyszło. – Zacisnęła pięści i wzdrygnęła się teatralnie, jakby chciała strząsnąć z siebie przygnębiającą myśl. – Jestem pewna, że ona żyje. Na pewno wzięła pańskie proszki, żeby się dobrze wyspać.

- Po nich mogłaby się wyspać za wszystkie czasy. Joyce, gdzie powinienem jej szukać?

- Naprawdę nie wiem. Czy miała przy sobie pieniądze?

- Wątpię. Myślałem, żeby spróbować u jej wuja w Bel-Air. Jak mu tam... Somerville?

- Kapitan Benjamin Somerville. To kapitan marynarki w stanie spoczynku, który poślubił siostrę jej ojca. Ma zastrzeżony numer telefonu, ale dam panu jego adres.

Spisała go z książki adresowej i odprowadziła mnie do drzwi.

- Od dawna zna pan Laurel?

- Poznaliśmy się dziś po południu, na plaży.

Nie zapytała mnie, jak do tego doszło, i całe szczęście. Kto wie, czy nie powiedziałbym jej, że szedłem za Laurel dokładnie tak samo, jak Tom Russo w białym kitlu szedł za nią z apteki na parking.

Rozdział 8

Ciemność panująca w Bel-Air była tak gęsta, że można by się o nią oprzeć. Przez chwilę krążyłem po okolicy, aż w końcu znalazłem skrzynkę na listy z białym napisem: „Kpt. Mar. Woj. Benjamin Somerville (w st. spocz.)”. Skrzynka była podziurawiona kulami.

Skręciłem w asfaltowy podjazd. Dom i budynki gospodarcze rozsiadły się na szczycie wzgórza tak, że nic nie zasłaniało widoku nieba. Nad głową widziałem gwiazdy, a poniżej miasteczko, wyglądające jak pole ogrodzone światłem i obsiane gwiazdami.

W dużym parterowym domu nie dostrzegłem żadnych świateł. Zastukałem do drzwi, a po chwili czekania zapukałem ponownie. Z drugiej strony dobiegł stłumiony odgłos kroków. Nad moją głową zapalił się reflektor i rozbłysły wszystkie światła wokół domu.

Zabezpieczone łańcuchem drzwi uchyliły się na dziesięć centymetrów i z czarnej twarzy spojrzały na mnie ciemne oczy.

- Pan tu czego?

- Chciałbym się zobaczyć z kapitanem Somerville’em.

- Nikogo nie ma – odparł Murzyn monotonnym, bezbarwnym głosem.

- Pan jest.

- Jestem. Ale ja pana nie znam.

I najwyraźniej nie chciał mnie poznać. Zacząłem mu szczegółowo wyjaśniać, kim jestem i skąd się tu wziąłem, ale przerwał mi i kazał się wylegitymować. Pokazałem mu moją licencję przez szparę między drzwiami a futryną.

Nawet wtedy nie wpuścił mnie do środka. Zdjął łańcuch, wyszedł na zewnątrz, zamknął drzwi i sprawdził, czy zatrzask zaskoczył. W ręku trzymał klucze, które wsunął do kieszeni. Wybrzuszenie jego drugiej, obciążonej kieszeni wskazywało, że ma w niej rewolwer.

Był to wielki facet, mniej więcej w moim wieku. Z jego twarzy nic nie dało się wyczytać. Miał na sobie spłowiałą niebieską koszulę i spodnie, przywodzące na myśl mundur. Zauważyłem, że lewą rękę ma chyba sparaliżowaną, a dłoń na wpół zaciśniętą. Mówił niskim, beznamiętnym głosem.

- Dziś wieczorem nie było tu siostrzenicy kapitana Somerville’a. Wiem, bo w tym czasie nie opuszczałem domu. Podobno zatrzymała się u babki w Pacific Point.

- Wyszła stamtąd dziś rano. Myśli pan, że mogłaby się pojawić tutaj?

- Kiedy była mała, bywała tu bardzo często. Ale teraz już nie.

- A kapitan Somerville?

- Człowieku, on tu mieszka. To jego dom od prawie trzydziestu lat.

- Chodzi mi o to, gdzie jest teraz?

- Tego nie wolno mi ujawnić. Od paru dni dzwonią tu różni z pogróżkami.

- W związku z wyciekiem ropy?

- O to się rozchodzi. Kapitan jest w firmie wiceprezesem zarządu.

Więc oczywiście wszystko spada na niego, chociaż jest czysty jak łza.

- Zauważyłem, że ktoś podziurawił wam skrzynkę na listy.

- Zgadza się. Niektórzy, dla poprawy nastroju, muszą sobie postrzelać do cudzej własności.

- Czy to kolejny protest przeciwko katastrofie na platformie?

- Nie zatrzymali się, żeby to wyjaśnić. Przyjechali na motocyklach. Po mojemu to świerzbiały ich ręce, żeby sobie do czegoś postrzelać. – Rzucił okiem na drogę, odwrócił się i oszacował mnie wzrokiem. – Ale pan tu nie przyjechał na pogaduszki o chłopakach na motorach.

- Zaciekawiło mnie to. Kiedy tu byli?

- Zeszłej nocy. Wjechali z fasonem na wzgórze, wystrzelili kilka serii i odjechali z rykiem silników. Kapitana tu w tym czasie nie było. Akurat wtedy oglądałem go w telewizji. Kapitan Somerville i młody pan Lennox – znaczy się, ojciec Laurel – występowali w wiadomościach o dziesiątej i wyjaśniali ludziom, o co chodzi z tą ropą.

- A jak to tłumaczyli?

- Głównie tak, że to zrządzenie boskie. – Jeśli nawet dosłyszałem cień ironii w głosie Murzyna, to nie dopatrzyłem się tego na jego twarzy. – Mówili, że raz na jakiś czas przyroda płata nam figle, a my możemy tylko po niej posprzątać.

- Czy to nie za surowa ocena przyrody?

- A skąd ja mam wiedzieć? – Głęboko odetchnął wonnym nocnym powietrzem. – Ja tylko pilnuję domu kapitana i poza tym nic nie wiem.

Ale wyglądał i mówił jak ktoś, kto wie o wiele więcej.

- Od dawna pan tu pracuje, panie...?

- Smith. Nazywam się Smith. Pracuję dla niego od dwudziestu pięciu lat, odkąd razem z kapitanem przeszliśmy w stan spoczynku, a nawet dłużej. Podczas jego ostatniego rejsu służyłem mu jako osobisty steward. Byliśmy razem pod Okinawą. Tam właśnie kapitan stracił okręt. A ja zarobiłem to. – Prawą dłonią dotknął sparaliżowanej lewej ręki.

 

Zapowiadało się na to, że uraczy mnie całym arsenałem wojennych wspomnień. Żeby tego uniknąć, spytałem szybko:

- Czyli że zna pan Laurel od dziecka?

- Z przerwami, że tak powiem. Kiedy była malutka, znałem ją lepiej niż potem. Po wojnie jej rodzice zamieszkali w Palisades. – Wskazał w dół, w stronę morza. – I podrzucali ją tutaj, kiedy potrzebowali niańki. Była słodziutka jak aniołek, ale czasami bywała też niesforna.

- A co takiego robiła?

- Uciekała, tak jak teraz panu. Bywało, że szukałem jej całymi godzinami. Gdyby robiła to tylko dla draki, nie byłoby sprawy. Ale nie. Potwornie się czegoś bała. Pewnie pan myśli, że ja nic, tylko ją biłem. A ja w życiu nie podniosłem na smarkulę ręki. Lubiłem ją. – Jego głos i oczy złagodniały.

- To czego się tak bała?

- Prawie wszystkiego. Nie znosiła najmniejszych kłopotów... jak ktoś w sprzeczce podniósł na kogoś rękę albo głos.... A jak ptak wpadł na szybę w oknie i się zabił, dygotała przez pół dnia. Pamiętam, kiedyś rzuciłem kamieniem w kota przybłędę. Nie chciałem go trafić, tylko wystraszyć, żeby sobie poszedł. Ale trafiłem i zawył. Panna Laurel zobaczyła to, zniknęła i przesiedziała w ukryciu do wieczora.

- Gdzie się chowała?

- Miała kilka kryjówek. Ciągle je zmieniała, żebym się nie połapał. Pomieszczenie za garażem. Kotłownia od basenu. Szopa na rupiecie. To tylko przykłady.

- Proszę mi je pokazać, dobrze?

- Teraz, po nocy?

- Ona może nie dożyć do rana.

Przyjrzał mi się uważnie.

- Pan naprawdę sądzi, że mogła się zadekować gdzieś tutaj?

- Nie można tego wykluczyć. W chwilach silnego wstrząsu ludzie czasami powracają do zachowań z dzieciństwa.

Pokiwał głową.

- Wiem, co pan ma na myśli. Sam tak robiłem.

Zaprowadził mnie do garażu za domem i otworzył drzwi. Stały w nim trzy samochody – kilkuletni continental, nowy ford i półtonowy pick-up GMC. Na czwarty pojazd nie było już miejsca. Doszedłem więc do wniosku, że kapitan Somerville chyba jednak jest w domu.

Laurel nie było ani w żadnym samochodzie, ani w narzędziowni, ani w umywalni na tyłach garażu. Smith wziął latarkę i zeszliśmy w dół wzgórza, trącając głowami niedojrzałe pomarańcze na drzewach. Otworzył szopę.

Zbudowano ją z nieheblowanego drewna sekwoi, które po latach wyblakło od słońca. W środku walały się nagromadzone przez lata rupiecie: stare meble, półki ze spłowiałymi książkami, zakurzone walizki, oblepione zagranicznymi nalepkami, zardzewiała szafka na akta, narzędzia ogrodnicze, środki owadobójcze i trutka na szczury. Laurel nie było. Szukając jej, Smith omiótł latarką najciemniejsze zakamarki.

Na chwilę zatrzymał promień światła na drewnianym kufrze marynarskim, pomalowanym na niebiesko; czerwonymi literami ktoś wypisał na nim przez szablon nazwisko i stopień wojskowy kapitana, a także nazwę okrętu marynarki wojennej, „Canaan Sound”. Potem Smith przesunął latarkę na zdjęcie w pogiętej czarnej ramce, wiszące nad kufrem – przedstawiało mężczyznę w kapitańskiej czapce, uśmiechającego się zza popękanego zakurzonego szkła.

- Tak wyglądał kapitan, zanim stracił swój okręt – powiedział.

Oświetlał zdjęcie, dopóki mu się przyglądałem. Kapitan był przystojny i pewny siebie, ale jego lekko uśmiechnięte usta nie szły w parze z zuchwałym spojrzeniem.

- Jest pan pewien, że kapitana nie ma w domu? – spytałem, kiedy wyszliśmy na zewnątrz.

- Skąd taki pomysł?

- Bo oprowadza mnie pan po całej posiadłości, ale do domu nie chce mnie pan wpuścić.

- Takie mam rozkazy. Nikt nie ma prawa wstępu do domu. Ruszyliśmy wyłożoną płytami chodnikowymi ścieżką do kotłowni. Znajdująca się w środku pompa dyszała niczym maratończyk przed metą. Pomimo hałasu usłyszałem odgłos pierzchającego zwierzątka.

Smith przekazał mi latarkę i wyciągnął z kieszeni rewolwer. Na oko była to trzydziestkaósemka z pięciocentymetrową lufą.

- Co pan chce zrobić?

- Słyszę tam szczura. Niech go pan spróbuje oświetlić. Pociągnął drzwi niesprawną ręką. Z kotła padały migoczące światełka. Skierowałem latarkę na betonową podłogę; na mgnienie oka przeszył mnie strach, że będzie tam Laurel i Smith ją przypadkiem zastrzeli.

W świetle latarki błysnęły oczka szczura. Zwierzak popędził do kanału ściekowego, zanim tam jednak dotarł, obok mnie zagrzmiał huk wystrzału. Szczur padł w czerwonej plamie, drgnął konwulsyjnie i znieruchomiał.