Śpiąca królewna

Tekst
Z serii: Lew Archer
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Śpiąca królewna
Śpiąca królewna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 23,98  19,18 
Śpiąca królewna
Śpiąca królewna
Audiobook
Czyta Masza Bogucka
3,99 
Szczegóły
Śpiąca królewna
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
24,99  17,74 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Wybiegłem na pustą ulicę jakieś dziesięć, może dwanaście minut po jej wyjściu. Wsiadłem do samochodu i objechałem kwartał ulic. Żadnych przechodniów, ani śladu Laurel Russo.

Dopiero gdy dojechałem do Wilshire, zdałem sobie sprawę, że to strata czasu. Wróciłem do siebie i odszukałem w książce telefonicznej Thomasa Russo. Mieszkał na skraju Westwood, niecałe sześć kilometrów ode mnie. Zapisałem sobie jego adres i numer telefonu.

Sygnał w słuchawce zabrzęczał kilkanaście razy, rytmiczny i ochrypły jak przedśmiertne rzężenie, aż w końcu ktoś odebrał telefon.

- Dom państwa Russo, Tom Russo przy aparacie.

- Mówi Lew Archer. Pan mnie nie zna, ale dzwonię w sprawie pańskiej żony.

- Laurel? Czy coś jej się stało?

- Jeszcze nie. Ale niepokoję się o nią. Zabrała z mojego mieszkania tabletki nasenne.

W jego głos wkradła się podejrzliwość.

- Pan jest jej mężczyzną?

- Ja? Nie, pan.

- Więc co ona robiła w pańskim mieszkaniu?

- Chciała do pana zadzwonić. A kiedy pan ją odtrącił, wyszła z moimi proszkami nasennymi.

- Jakimi?

- Nembutal, trzy czwarte grana.

- Ile ich było?

- Około czterdziestu. Wystarczająco dużo, żeby się zabić.

- Wiem – odparł Russo. – Jestem farmaceutą.

- Czy uważa pan za prawdopodobne, że ona je zażyje?

- Nie wiem. – Ale w jego cichym głosie pojawił się cień strachu.

- Czy pańska żona próbowała się kiedyś zabić?

- Nie wiem, z kim właściwie rozmawiam. – Odpowiedź oznaczała, że prawdopodobnie próbowała samobójstwa. – Pan jest z policji czy coś w tym rodzaju?

- Jestem prywatnym detektywem.

- Pewnie wynajęli pana jej rodzice?

- Nikt mnie nie wynajął. Spotkałem pańską żonę na plaży w Pacific Point. Przygnębiła ją ta historia z ropą i poprosiła mnie, żebym ją podrzucił do Los Angeles. Kiedy pan ją odtrącił...

- Niech pan tego w kółko nie powtarza. Ja jej nie odtrąciłem.

Powiedziałem tylko, że nie przyjmę jej z powrotem, chyba że tym razem naprawdę jest gotowa się postarać. Nie wytrzymałbym kolejnego łatania dziury i następnego zerwania. Ostatnie o mało mnie nie zabiło.

- A ją?

- Jej nie zależy na mnie tak, jak mnie na... Chwileczkę, przecież ja panu zdradzam rodzinne sekrety!

- Niech mi pan zdradzi więcej, panie Russo. Do kogo jeszcze mogłaby zadzwonić albo pójść?

- Musiałbym się nad tym dobrze zastanowić, a teraz nie mam czasu. Mam nocną zmianę w aptece. Już powinienem tam być.

- Który to sklep?

- Save-More w Westwood.

- Wpadnę tam. Zrobi mi pan wykaz ludzi, z którymi mogłaby próbować się skontaktować?

Russo obiecał, że się postara.

Pojechałem Wilshire prawym pasem, wypatrując Laurel pośród przechodniów na chodniku. Zaparkowałem na parkingu przed apteką i wszedłem przez bramkę do środka. W świetle jarzeniówek sklep wydawał się sztuczny i nierzeczywisty jak stacja kosmiczna.

Kilkunastu młodych ludzi kręciło się między półkami – chłopcy ufryzowani na Jana Chrzciciela, dziewczęta zrobione na matkę Whistlera z jego obrazu – surowe czarne suknie do samej ziemi, białe chusty zakrywające zebrane do tyłu włosy. Mężczyzna w oszklonej budce w głębi sklepu był w wieku pośrednim między nimi a mną.

W jego czarnych włosach, ani długich, ani krótkich, srebrzyła się przedwczesna siwizna. Śnieżnobiały kitel powodował, że jego głowa wydawała się oddzielona od tułowia, jak gdyby unosiła się swobodnie w białym świetle jarzeniówek. Na kościstej twarzy wyraźnie rysowała się czaszka, niczym obleczona skórą starożytna rzeźba z brązu.

- Pan Russo?

Obrzucił mnie bystrym wzrokiem i wyszedł na otwartą przestrzeń pomiędzy szklaną budką a kasą.

- Czym mogę panu służyć?

- Jestem Archer. Żona się nie odezwała?

- Nie, proszę pana. Na wszelki wypadek zawiadomiłem Izbę Przyjęć w Hollywood i kilka innych szpitali.

- A więc według pana żona ma skłonności samobójcze?

- Coś o tym kiedyś wspominała, dawno temu. Laurel nigdy nie była zbyt szczęśliwa.

- Mówiła, że kiedy zadzwoniła do pana, telefon odebrała kobieta. Obrzucił mnie smutnym spojrzeniem ciemnobrązowych oczu; tak patrzy wierny pies na swojego pana.

- To była sprzątaczka na dochodne.

- Pracuje u pana wieczorami?

- Prawdę mówiąc, to moja kuzynka. Została po godzinach i przygotowała mi kolację. Mam powyżej uszu jadania w restauracjach.

- Od jak dawna pan i Laurel jesteście w separacji?

- Tym razem jakieś dwa tygodnie. Ale nie jesteśmy w separacji, nie w sensie prawnym.

- Gdzie ona mieszka?

- Głównie u przyjaciół. No i z rodzicami i z babką w Pacific Point.

- Przygotował mi pan ten wykaz, o który prosiłem? Znajomych i krewnych?

- Owszem. – Podał mi kartkę i nasze oczy znów się spotkały. Jego wydawały się mniejsze i twardsze. – Pan naprawdę chce się tym zająć, mam rację?

- Z pańskim pozwoleniem.

- Można wiedzieć dlaczego?

- Bo uciekła z moimi proszkami. Mogłem ją powstrzymać, ale byłem na nią zły.

- Rozumiem. – Ale jego wzrok powędrował gdzieś w dal nad moim ramieniem. – Dobrze pan zna Laurel?

- Nie za bardzo. Poznałem ją dziś po południu. Ale chyba dobrze wyczuwam jej nastrój, jeśli pan rozumie, o czym mówię.

- Tak jak wszyscy. – Nabrał głęboko powietrza i wypuścił je z głośnym westchnieniem. – Na tej liście są głównie krewni. Laurel nigdy mi nie opowiadała o swoich chłopakach... myślę o czasach sprzed naszego ślubu. A o ile wiem, miała tylko jedną prawdziwą przyjaciółkę, Joyce Hampshire. Chodziły razem do szkoły, gdzieś w Orange. Prywatnej szkoły. – Wrócił spojrzeniem do mojej twarzy; oczy miał zamyślone, czujne. – Joyce była na naszym ślubie. Ona jedna uważała, że Laurel powinna zostać z mężem... to znaczy ze mną.

- Od dawna jesteście małżeństwem?

- Od dwóch lat.

- Dlaczego żona pana zostawiła?

- Nie wiem. Ona sama nie potrafiła mi tego wyjaśnić. Coś się popsuło... nasze uczucia pękły. – Jego wzrok powędrował ku butelkom i pudełkom na półkach za przepierzeniem: lekarstwa do wyboru, do koloru, w nieskończonych ilościach.

- Gdzie znajdę Joyce Hampshire?

- Ma mieszkanie niedaleko stąd, w Greenfield Manor. To w Santa Monica.

- Mógłby pan zadzwonić i uprzedzić ją, że być może do niej wpadnę?

- Mogę. Myśli pan, że powinienem zawiadomić policję?

- To nic nie da. Mamy za mało materiału, żeby się wzięli do roboty. Ale niech pan zadzwoni, jeśli pan chce. A skoro już o tym mowa, niech pan zawiadomi dyżurną pomoc dla niedoszłych samobójców.

Podczas gdy Russo zajął się telefonem, przejrzałem wystukany na maszynie wykaz nazwisk.

Joyce Hampshire, Greenfield Manor;

William Lennox, El Rancho (dziadek);

Sylvia Lennox, Seahorse Lane, Pacific Point (babka);

Jack Lennox z żoną, Cliffside, Pacific Point (ojciec i matka Laurel);

Kapitan Benjamin Somerville z żoną, Bel-Air (jej wuj i ciotka).

Starałem się zapamiętać tę listę.

Tymczasem Russo rozmawiał przez telefon:

- Nie pokłóciłem się z nią. W ogóle jej dzisiaj nie widziałem. Nie mam z tym nic wspólnego, daję słowo.

Odłożył słuchawkę i wrócił do mnie.

- Chyba mógłby pan porozmawiać z Joyce stąd, chociaż nie wolno mi udostępniać tego telefonu.

- I tak wolę z nią pogadać osobiście. Rozumiem, że Laurel się do niej nie odezwała?

Russo potrząsnął głową, nie spuszczając wzroku z mojej twarzy.

- Dlaczego mówi pan o niej po imieniu?

- Dlatego, że pan o niej mówi tak samo.

- Ale podobno pan jej prawie nie zna. – Był nieco wytrącony z równowagi.

- Bo nie znam.

- To skąd całe to pana zainteresowanie? Nie twierdzę, że nie ma pan do tego prawa. Ale skoro pan jej nie zna, to ja tego po prostu nie rozumiem.

- Mówiłem panu, że w pewnym sensie czuję się odpowiedzialny.

- Ja też – przyznał, zwieszając ciemną głowę. – Teraz już wiem, że popełniłem błąd, kiedy zadzwoniła wieczorem i powiedziała, że chce wrócić do domu. Powinienem jej kazać wracać natychmiast.

Należał do tych ludzi, którzy gniew i podejrzliwość łatwo zwracają przeciwko sobie. Na jego przystojnej twarzy malowało się rozczarowanie, jakby czuł, że na własne życzenie pozbawił się młodości.

- Czy uciekała już wcześnej, panie Russo?

- Bywaliśmy już w separacji, jeśli o to panu chodzi. I zawsze to ona odchodziła.

- Czy ma problemy z narkotykami?

- Nic poważnego.

- To znaczy?

- Zażywa za dużo barbituranów. Zawsze miała kłopoty ze snem czy, ogólnie rzecz biorąc, z nerwami. Ale nigdy nie przedawkowała. – Przetrawił tę ewentualność z na wpół przymkniętymi powiekami, jakby nie mógł spojrzeć prawdzie w oczy. – Wydaje mi się, że ona po prostu blefuje. Chce mnie nastraszyć.

- Mnie wystraszyła, bez dwóch zdań. Czy kiedy zadzwoniła do pana, wspominała coś o samobójstwie?

Russo nie odpowiedział od razu, ale jego czaszka pod cienką skórą uwydatniła się jeszcze bardziej.

- Coś tam mówiła.

- Może pan sobie przypomnieć, co dokładnie?

Odetchnął głęboko.

- Powiedziała, żebym pozwolił jej wrócić do domu, jeśli chcę ją jeszcze zobaczyć żywą. I czekać na nią. Ale nie mogłem tego zrobić, musiałem tu przyjechać i...

- Zobaczyć ją żywą? – wpadłem mu w słowo.

- Tak powiedziała. Wtedy nie potraktowałem tego poważnie.

- Ja to traktuję bardzo poważnie. Ona jest w ciężkim szoku, a jednak myślę, że chce, żebym ją odnalazł.

 

Podniósł wzrok.

- Skąd panu to przyszło do głowy?

- Zostawiła uchylone drzwiczki do szafki z lekarstwami. Nie próbowała uciec z tymi proszkami... w każdym razie nie za bardzo. – Podniosłem jego listę nazwisk. – A co z tą jej rodziną? Bel-Air, El Rancho i Seahorse Lane... to bardzo drogie okolice.

Russo z powagą pokiwał głową.

- Są bardzo bogaci. – Pochylił ramiona, co miało oznaczać: A ja jestem biedny.

- Czy jej ojciec to ten sam Jack Lennox, do którego należy ta platforma wiertnicza? Ta, z której wycieka ropa?

- Właścicielem jest jej dziadek, William Lennox. Jego spółka posiada wiele szybów naftowych.

- Zna go pan?

- Spotkaliśmy się raz. W zeszłym roku zaprosił mnie na zebranie rodzinne w El Rancho. Mnie, Laurel i całą resztę familii. Ale skończyło się wcześnie i nie mieliśmy okazji zamienić ani słowa.

- Czy Laurel jest z nim w dobrych stosunkach?

- Kiedyś była, zanim wziął sobie nową kobietę. Dlaczego pan pyta?

- Mam wrażenie, że przede wszystkim przygnębiła ją ta historia z ropą. Ona chyba bardzo przeżywa tragedię ptaków.

- Wiem. To dlatego, że nie mamy dzieci.

- Mówiła to panu?

- Nie musiała. Ja chciałem mieć dzieci, ale ona nie czuła się jeszcze gotowa do macierzyństwa. Łatwiej było jej się zajmować ptakami. Ale teraz cieszę się, że jesteśmy bezdzietni.

W jego głosie zabrzmiała zgryźliwość, niekoniecznie podświadoma. Nasza rozmowa uświadomiła mu chyba, że jego perspektywy życiowe się kończą.

- Zna pan rodziców Laurel... Jacka Lennoxa i jego żonę?

- Znam. Jego zdjęcie było dziś na pierwszej stronie „Timesa“.

- Widziałem. Czy pojechałaby do nich, czy raczej do swojej babki, Sylvii?

- Pojęcia nie mam, co mogła zrobić. Od dwóch lat usiłuję zrozumieć Laurel, ale nigdy nie potrafiłem przewidzieć, gdzie ją poniesie.

- A kapitan Somerville i jego żona, z Bel-Air... czy oni są jej bliscy?

- To jej wujek i ciotka. Przypuszczam, że kiedyś byli w dobrych stosunkach, ale ostatnio raczej nie. Nie jestem najlepszym źródłem tego typu informacji. W gruncie rzeczy niewiele wiem o tej rodzinie. Ale odkąd stary zmienił swoje domowe układy, wszyscy się skłócili. Laurel bardzo to przeżywała.

- Dlaczego?

- Ona nie znosi kłopotów, jakichkolwiek kłopotów. Zawsze cierpi, kiedy ludzie kłócą się czy awanturują w jej obecności. Nie wytrzymuje nawet zwyczajnej domowej sprzeczki.

- A często się sprzeczaliście?

- Nie, raczej nie.

Do lady obok mnie podeszła kobieta w receptą w ręku. Na nogach miała wysokie czarne boty, a na głowie żółtą perukę. Pojawienie się klientki najwyraźniej było aptekarzowi na rękę. Wziął od niej receptę i z ulgą skierował się do swojego okienka.

- Żegnam! – zawołałem za nim.

Zawrócił i nachylił się ku mnie, żeby nikt nie usłyszał tego, co ma mi do powiedzenia.

- Jeżeli spotka się pan z Laurel, niech pan jej powie... niech pan ją poprosi, żeby wróciła do domu. Nie stawiam żadnych warunków. Po prostu chcę, żeby wróciła. Niech pan jej przekaże moje słowa.

W jego szklanej budce odezwał się telefon. Russo odebrał, słuchał przez chwilę, wreszcie potrząsnął głową.

- Wiesz, że nie mogę teraz przyjechać. A tutaj nie chcę ich widzieć. Ta praca to wszystko, co mam. Poczekaj chwilę.

Wrócił do mnie, blady i roztrzęsiony.

- Rodzice Laurel są w moim domu. Ja się nie mogę stąd ruszyć, a nie chcę, żeby przyjeżdżali do sklepu. Poza tym ja nie potrafię rozmawiać z tymi ludźmi. Wyświadczyłby mi pan wielką przysługę, panie Archer, gdyby pojechał pan tam i porozmawiał w nimi w moim imieniu. Pan ją widział ostatni. To niedaleko stąd. Z przyjemnością zapłacę panu za fatygę, ile pan uzna za stosowne.

- W porządku. Policzę panu sto dolarów. Jego twarz wydłużyła się.

- Tylko za to, że pan z nimi porozmawia?

- Podejrzewam, że będę musiał zrobić coś więcej. Sto dolarów to moja dniówka.

- Nie mam tyle przy sobie. – Zajrzał do portfela. – Teraz mogę dać panu pięćdziesiąt.

- Zgoda. Wierzę, że zapłaci mi pan resztę.

- Czy zrealizuje pan wreszcie moją receptę, czy będziecie tak gadać do rana? – wtrąciła się kobieta w żółtej peruce.

Russo przeprosił ją najmocniej, znacząco skinął mi głową i wrócił do telefonu.

Wsiadając do samochodu, czułem, że mając za klienta męża Laurel, jestem bardziej uprawniony do tego, co robię. U kogoś takiego jak on, człowieka, który – jak przypuszczałem – przebił się do kasty ludzi interesu dzięki ukończeniu studiów farmaceutycznych, wydanie pieniędzy, nawet jeśli sytuacja go do tego zmusiła, świadczyło o prawdziwym zatroskaniu.

Jadąc przez Westwood, zapytałem się w duchu, skąd właściwie wzięła się moja troska o jego żonę. Odpowiedź nie nasuwała się sama. Laurel należała do ludzi, z którymi wiąże się swoje utajone lęki, swe nieuświadomione żale.

Miałem wrażenie, że jej oczy obserwują mnie z ciemności jak duch kobiety, która umarła. Albo duch ptaka.

Rozdział 5

Była to podupadająca okolica, zamieszkana przez ludzi z klasy średniej. Kryte stiukiem domy z płaskimi dachami, wzniesione w latach dwudziestych, spoglądały na siebie po przeciwnych stronach ulicy, niczym warownie na dawno zapomnianym polu bitwy. Budynek Toma Russo odróżniał się od pozostałych tym, że stał przed nim teraz nowy czarny cadillac.

Zza kierownicy wysiadł olbrzymi facet.

- Pan jest Archer?

Potwierdziłem.

- Jack Lennox – przedstawił się. – Ojciec Laurel.

- Poznałem pana.

- O, to my się znamy?

- Rano widziałem pańskie zdjęcie w gazecie.

- Rany boskie, to było zaledwie dziś rano! Mam wrażenie, że już minął tydzień. – Ponuro pokiwał głową. – Powiadają, że nieszczęścia chodzą parami. Z doświadczenia wiem, że to prawda.

Marudził tak od niechcenia, ale wyczuwałem, że za tą fasadą jest pełen pytań i wątpliwości. Po ojcu Laurel trudno było oczekiwać czegoś innego. Zbliżył się do mnie i powiedział cicho:

- Jak widzę, mój zięć – ostatnie słowo wymówił z wyraźnym niesmakiem – nie ma ochoty się z nami spotkać. Niech mi pan wierzy, że jest to uczucie wzajemne. Dobrze się stało, że wysłał emisariusza. Tyle że niezupełnie rozumiem, jaka jest pańska rola w tej sprawie.

- Jestem prywatnym detektywem – wyjaśniłem i dodałem, nieco naciągając fakty: – Tom Russo wynajął mnie, żebym odnalazł pańską córkę.

- Nie sądziłem, że tak mu na niej zależy.

- Zależy mu. Teraz jednak nie mógł opuścić apteki. A ponieważ jestem ostatnim człowiekiem, który widział pańską córkę, zgodziłem się przyjechać i porozmawiać z państwem.

Lennox ujął mnie za łokieć. Poczułem napięcie przepływające z niego w głąb mojego ciała, jak gdyby zamknął obwód elektryczny.

- Pan ją widział ostatni? Jak mam to rozumieć?

- Uciekła z mojego mieszkania z pełną fiolką nembutalu. –

Spojrzałem na zegarek. – Nieco ponad godzinę temu.

- A skąd ona się wzięła u pana?

- W jego głosie zabrzmiała złowróżbna nuta. Uścisk na moje ramię wzmógł się.

Strząsnąłem jego rękę.

- Spotkałem ją na plaży w Pacific Point. Poprosiła, żebym ją podwiózł do zachodniego Los Angeles, co też zrobiłem. A potem chciała zadzwonić ode mnie do męża.

- Co zaszło między Laurel a jej mężem?

- Nic takiego. Właśnie wychodził do pracy, więc nie mógł po nią przyjechać. Teraz, oczywiście, ma wyrzuty sumienia, ale ja go nie winię. Pańska córka była przygnębiona, jeszcze zanim wyjechaliśmy z Pacific Point.

- Przygnębiona? Czym?

- Przede wszystkim wyciekiem ropy. Wyciągnęła z niej ptaka, który potem padł.

- Niech mi pan tego oszczędzi. Ludzie teraz wszystko zwalają na tę katastrofę. Myślałby kto, że to jakiś cholerny koniec świata.

- Dla pańskiej córki to mógł być koniec świata. Jest niezwykle wrażliwa, a zdaje się, że już od jakiegoś czasu żyła na krawędzi.

Potrząsnął głową. On sam wyglądał, jakby był na skraju załamania nerwowego, i tak naprawdę to nie miał ochoty, żebym mu opowiadał o córce.

- Czy zauważył pan u niej skłonności samobójcze? – zapytałem.

- Nic mi o tym nie wiadomo.

- A kto może wiedzieć?

- Niech pan spyta jej matkę.

Wprowadził mnie do domu, jak gdyby należał do niego. Kiedy na chwilę znaleźliśmy się obok siebie w jasno oświetlonym korytarzu, wymieniliśmy szybkie spojrzenia. Twarz miał ogorzałą od słońca; spod burzy falujących kasztanowych włosów, które nie zaczęły się jeszcze przerzedzać na czole, spoglądały na mnie nieprzeniknione niebieskie oczy. Ale w tych oczach można się było doszukać śladów zadufania, a w zarysie ust – zepsucia. I oczy, i usta zdradzały też cień przestrachu, jak gdyby czuł pierwsze oznaki nadciągającej starości. Z pewnością był już dobrze po pięćdziesiątce, choć wyglądał o wiele młodziej.

Jego żona czekała w salonie wraz z kuzynką Toma – tą, o której Russo mówił mi w aptece. Siedziały w fotelach naprzeciwko siebie, a ich sztywne pozy świadczyły, że już od dawna nie mają sobie nic do powiedzenia.

Młodsza, kuzynka Toma, miała na sobie jasnoniebieski obcisły kombinezon, który aż nadto uwydatniał jej figurę. Wyglądała jak zwierzę w potrzasku. Kiedy jednak uśmiechnąłem się do niej półgębkiem, zrewanżowała mi się tym samym.

- Jestem Gloria – przedstawiła mi się. – Gloria Flaherty.

Starsza z kobiet wyglądała tak, jak pewnie wyglądałaby Laurel, gdyby dożyła jej wieku. Wciąż zdradzała ślady niepospolitej urody, ale jej twarz od nosa do kącików ust żłobiły świadczące o przebytych cierpieniach bruzdy, a czarne cienie pod oczami nasuwały wrażenie, że właśnie uratowano ją z pożogi. We włosach miała pasma siwizny.

Uniosła dłoń w czarnej rękawiczce i złożyła ją bezwładnie w mojej dłoni.

- Pan Archer? Nic z tego wszystkiego nie pojmujemy. A pan? Czy to prawda, że Laurel ma skłonności samobójcze, jak twierdzi jej mąż?

- Niewykluczone.

- Ale dlaczego? Co takiego się stało?

- Właśnie miałem panią o to zapytać.

- Ale ja właściwie od kilku dni z nią nie rozmawiałam. Laurel mieszka u swojej babki. Lubi korzystać z jej kortu tenisowego. Uważa, że to dla niej dobra terapia.

- Czy pani córka wymaga terapii, pani Lennox?

- Użyłam tego słowa w bardzo ogólnym sensie. – Obejrzała się, popatrzyła znacząco na kuzynkę i wróciła spojrzeniem do mnie. – W tych okolicznościach wolałabym nie rozmawiać na ten temat.

Gloria zrozumiała aluzję i wstała.

- Dokończę sprzątanie kuchni. Mogę komuś coś zaproponować? Lennoxowie skrzywili się i pokręcili głowami. Już sama myśl, że mieliby coś zjeść albo wypić w domu Toma Russo, była dla nich przerażająca. Niczym kosmonauci, sztucznie utrzymywani na obcej planecie, mieli się na baczności, pełni pogardy dla nieprzyjaznego środowiska i jego niewiarygodnych mieszkańców.

Kiedy kuzynka zniknęła w kuchni, pani Lennox wstała i zaczęła krążyć po ograniczonej przestrzeni przed wygaszonym kominkiem. Wysoka i zbyt chuda, poruszała się z nerwową gracją nastolatki. Pomachała dłońmi w rękawiczkach przed twarzą.

- Co za perfum używa ta kobieta? Pachną jak „Północ w Long Beach”.

- Nie obrażaj Long Beach – sprostował jej mąż. – To porządne nafciarskie miasteczko.

Przypuszczałem, że usiłują narzucić rozmowie lekki ton, ale ich słowa miały wagę ołowiu. Pani Lennox odwróciła się do mnie.

- Myśli pan, że ona tu z nim mieszka?

- Wątpię. Tom mówi, że to jego kuzynka. A co ważniejsze, on chyba naprawdę kocha pani córkę.

- To dlaczego się nią nie opiekuje?

- Wygląda na to, pani Lennox, że nie jest to takie proste.

Na chwilę pogrążyła się w zadumie.

- To prawda. Zawsze tak było. Laurel jest zupełnie nieobliczalna.

Miałam nadzieję, że małżeństwo...

- Zapomnij o jej małżeństwie! – wpadł jej w słowo mąż. – Przecież widać, że to właściwie fikcja. Nie żyją ze sobą od tygodni. Russo twierdzi, że nie chce rozwodu, ale on tylko gra na zwłokę, żeby dostać w łapę. Już ja znam takich typków.

- Możliwe, że się pan co do niego myli – stwierdziłem. – Wygląda na to, że zależy mu na niej wcale nie mniej niż panu.

- Co pan powie? No to wbij pan sobie do głowy, że ja jestem jej ojcem. I wypraszam sobie porównywanie mnie z tym... aptekarzem. To oburzające.

W obecnym nastroju oburzało go pewnie wszystko. Rumieniec, który zalał jego twarz, ustąpił miejsca szarości. Jego żona obserwowała tę zmianę barw jak dobrze sobie znane sygnały. Pomimo pewnej rezerwy w oczach nachyliła się nad nim i położyła mu dłonie na ramionach.

 

- Uspokój się, Jack. Czeka nas pewnie długa noc. – Odwróciła się do mnie. – Mąż żyje w wielkim napięciu. W zaistniałych okolicznościach rozumie pan chyba dlaczego.

- Nie rozumiem natomiast, w jakim celu państwo tu przyjechali, pani Lennox – odparłem.

- Sądziliśmy, że może zastaniemy tu córkę. Jej babka mówiła, że Laurel wspominała o powrocie do Toma.

- A zatem pani się o nią martwi?

- Martwię się o nią przez całe życie... jej życie.

- Zechce mi pani wyjaśnić dlaczego?

- Żebym to ja mogła!

- To znaczy, że pani nie może czy nie chce?

Znowu spojrzała na męża, jak gdyby w oczekiwaniu na kolejny sygnał. Na jego twarzy wystąpiły różowe plamy. Potarł ją ręką, ale nie wpłynęło to na zmianę jego cery. Za to kiedy się odezwał, w głosie zaszła wyraźna zmiana.

- Laurel bardzo wiele dla nas znaczy, panie Archer. Jest naszym dzieckiem, jedynym dzieckiem, jakie mamy i będziemy mieli. Gdyby coś jej się stało... – Wzruszył ramionami i opadł bezwładnie w fotelu.

- A co, pańskim zdaniem, mogłoby jej się stać?

Nie odpowiedział. Stojąca nad nim żona patrzyła na niego tak, jak gdyby próbowała odczytać jego myśli. Zwróciłem się więc do nich obojga:

- Czy córka próbowała kiedyś popełnić samobójstwo?

- Nie – zaprzeczył ojciec.

Ale matka przytaknęła:

- Owszem, w pewnym sensie.

- Za pomocą lekarstw?

- Tego nie wiem. Ale kiedyś zastałam ją z rewolwerem ojca w jego gabinecie. Grała w rosyjską ruletkę.

Lennox zaczął się kołysać na boki, jak gdyby był przywiązany do fotela rzemieniami.

- Nigdy mi o tym nie mówiłaś.

- Nie mówiłam ci o wielu rzeczach. Nie było takiej potrzeby... aż do dzisiaj.

- Więc zatrzymaj je jeszcze dla siebie, dobrze? To nieszczególny moment na czyszczenie stajni Augiasza. – Podniósł się i stanął do mnie plecami, górując nad żoną. – Co będzie, jeśli stary się o tym dowie?

- A co ma być?

- Wiesz dobrze, że w grę wchodzi spadek po ojcu. Tej kobiecie wystarczy byle pretekst, żeby go nas pozbawić. A my chyba nie zamierzamy jej go oddać lekką rączką, dobrze mówię?

Uniósł rękę na wysokość twarzy żony i przyłożył otwartą dłoń do jej policzka; ściśle rzecz biorąc, nie można by powiedzieć, że ją spoliczkował, ale pieszczotą to też nie było. Zabrzmiało to jak cichy klaps i chyba nią wstrząsnęło.

W każdym razie wstrząsnęło mną. Lennoxowie należeli do tych par, które nie potrafią zjednoczyć się we wspólnej sprawie. W ich małżeństwie cała energia przepływała od jednego do drugiego jak prąd zmienny, który paraliżuje i obezwładnia.

Kobieta zaczęła popłakiwać, z suchymi oczami. Mąż próbował ją pocieszyć, mrucząc coś i głaszcząc ją, ale szlochanie nie ustawało, jak czkawka.

- Przepraszam cię – wydukała pomiędzy chlipnięciami. – Ja nigdy nie robię tego, co trzeba. Marnuję ci tylko życie.

- Nie opowiadaj bzdur. No już, uspokój się.

Odprowadził ją do samochodu i wrócił do drzwi frontowych.

- Archer?

Czekałem na niego w korytarzu.

- Czego pan chce?

- Jeżeli jest pan rozsądny i wie pan, co to skrupuły, zatrzyma pan to wszystko dla siebie.

- To znaczy co?

- Kłopoty z moją córką. Nie chcę, żeby pan o tym rozpowiadał.

- Muszę zdać relację panu Russo.

- Ale nie musi mu pan mówić o wszystkim, co pan tu usłyszał.

Zwłaszcza o tym, co zaszło między mną a żoną.

- Chodzi panu o spadek po ojcu?

- Właśnie. Popełniłem niedyskrecję. Chciałbym, żeby pan był bardziej dyskretny.

Obiecałem, że się postaram.