Śpiąca królewnaTekst

Z serii: Lew Archer
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Śpiąca królewna
Śpiąca królewna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 23,98  19,18 
Śpiąca królewna
Śpiąca królewna
Audiobook
Czyta Masza Bogucka
3,99 
Szczegóły
Śpiąca królewna
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
24,99  18,24 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ross Macdonald

Śpiąca królewna

Przełożył Robert Ginalski

Dla Eudory Welty

Saga

Śpiąca królewna

Tłumaczenie: Robert Ginalski

Tytuł oryginału: Sleeping Beauty

Język oryginału: angielski

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Sleeping Beauty © 1973 by Ross Macdonald

Published by agreement with Harold Ober Associates and Graal Sp. z o.o.

Copyright © 2021 SAGA Egmont

ISBN: 9788726262964

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

W środę po południu wracałem do domu z Mazatlán. Kiedy zbliżaliśmy się do Los Angeles, samolot linii lotniczych Mexicana zszedł niżej nad ocean i wtedy po raz pierwszy ujrzałem rozlaną ropę.

Bezkształtna plama, szeroka na kilka, a długa na kilkanaście kilometrów, pokrywała błękitne wody przed Pacific Point. Po zawietrznej sterczała platforma wiertnicza, niczym metalowa rękojeść sztyletu, który dźgnął świat i utoczył z niego czarną krew.

Steward szedł wzdłuż samolotu, sprawdzając, czy pasażerowie są przygotowani do lądowania. Zapytałem go, co stało się z oceanem. Jego dłonie i ramiona wykonały charakterystyczny dla ludzi zza południowej granicy gest, świadczący o beztrosce „angoli“.

- Trysnęła w poniedziałek. – Nachylił się nade mną i spojrzał w dół ponad skrzydłem. – Dzisiaj jest jej więcej niż wczoraj. Proszę zapiąć pasy, señor, za pięć minut lądujemy.

Na lotnisku kupiłem gazetę. Wyciek ropy był wiadomością dnia. Jack Lennox, wiceprezes spółki naftowej, do której należała platforma wiertnicza, przewidywał, że sytuacja zostanie opanowana w ciągu dwudziestu czterech godzin. Sądząc ze zdjęcia, Jack Lennox był przystojnym mężczyzną, ale z tego wcale nie wynikało, że mówi prawdę.

Pacific Point to jedna z moich ulubionych miejscowości na wybrzeżu. Kiedy zmierzałem na lotniskowy parking, plama ropy, zagrażająca miejskim plażom, zawisła na horyzoncie moich myśli niczym przygnębiająca chmura.

Nie pojechałem do domu, do zachodniego Los Angeles, lecz skręciłem na południe, ku Pacific Point. Zanim tam dotarłem, słońce zeszło już nisko. Ze wzgórza nad przystanią zobaczyłem olbrzymią plamę, rozlewającą się po morzu jak przedwcześnie zapadła noc.

Od brzegu dzielił ją niecały kilometr - zdecydowanie pokonała już ciemnobrązowy pas listownic, olbrzymich glonów, stanowiących naturalną zaporę. Łodzie ratownictwa wodnego krążyły tam i siam, spryskując jej brzegi jakimiś chemikaliami. Innych łodzi w zasięgu wzroku nie było. Od strony morza wejście do przystani zagradzała biała plastikowa bariera; krążące nad nią mewy też wyglądały jak wykonane z białego plastiku.

Zszedłem na plażę publiczną i ruszyłem na piaszczysty cypel, częściowo zasłaniający przystań. Na skraju wody stało kilka osób, głównie kobiety i dziewczęta. Wpatrzone w morze, wyglądały, jakby czekały na koniec świata, albo jak gdyby koniec już nastąpił i miały tak zostać w bezruchu na zawsze.

Zaczynał się leniwy przypływ. Na fali szamotał się jakiś czarny ptak z ostrym dziobem. Miał pomarańczowoczerwone oczy, jak gdyby pałające gniewem; nie od razu poznałem, że to perkoz wielki, taki był utytłany ropą.

Jakaś kobieta w białej koszuli i spodniach weszła po uda do wody i wyciągnęła ptaka, przytrzymując mu głowę tak, żeby nie mógł jej dziobnąć. Kiedy wracała, zobaczyłem, że jest młoda i przystojna, a jej ciemne oczy są tak samo pełne gniewu, jak oczy perkoza. Jej wąskie stopy zostawiały na mokrym piasku pięknie ukształtowane ślady.

Zapytałem, co zamierza zrobić z ptakiem.

- Zabrać go do domu i umyć – odparła.

- Boję się, że i tak mu to nie pomoże.

- Jemu pewnie nie, ale mnie może tak.

Poszła dalej, przyciskając szamoczące się czarne stworzenie do białej koszuli. Ruszyłem za nią, po eleganckich śladach jej stóp. Zauważyła to i odwróciła się do mnie.

- Czego pan chce?

- Chciałem panią przeprosić. Nie miałem zamiaru pani zniechęcać.

- Nie ma za co – odparła. – To prawda, że jeśli wpadną w ropę, rzadko wychodzą z tego cało. Ale uratowałam kilka w Santa Barbara.

- Jest pani prawdziwą znawczynią ptaków.

- Staram się, w ramach samoobrony. Moja rodzina siedzi w branży naftowej.

Ruchem głowy wskazała platformę wiertniczą przy brzegu, po czym odwróciła się nagle i odeszła. Patrzyłem, jak idzie szybko plażą na południe, tuląc do siebie perkoza niczym własne dziecko.

Ruszyłem za nią aż do nabrzeża, które ograniczało przystań od południa. Ekipa nafciarzy odsunęła barierę i wpuściła pozostałe łodzie, które podpływały kolejno i cumowały przy pomoście.

Wiatr zmienił kierunek; doleciał mnie zapach unoszącej się na wodzie ropy. Pachniała jak coś, co umarło, ale nie chce odejść.

Na nabrzeżu była restauracja; neon na dachu informował: BLANCHE. OWOCE MORZA. Byłem głodny, więc skierowałem się tam. Po drugiej stronie rozłożystego budynku restauracji walały się beczki z jakimiś chemikaliami, rozmaite maszyny, stosy pierścieni do cembrowania szybów naftowych. Ratownicy wysiadali z łodzi na pomost.

Podszedłem do starszego robotnika w czerwonym kasku na głowie; jego spaloną przez słońce twarz znaczyły głębokie bruzdy. Zapytałem, jak wygląda sytuacja.

- Nam nie wolno mówić na ten temat. Od gadania jest firma.

- Lennoxa?

- Chyba tak się nazywa.

Przerwał nam gruby brygadzista. Kombinezon miał ubabrany czarną ropą, a jego kowbojki na wysokich obcasach były nią całkiem przesiąknięte.

- Pan z prasy?

- Nie. Jestem zwyczajnym obywatelem.

Zmierzył mnie podejrzliwym spojrzeniem od stóp do głów.

- Miejscowy?

- Z Los Angeles.

- Tutaj nie wolno się kręcić.

Trącił mnie grubym brzuchem. Otaczający go mężczyźni nagle znieruchomieli. Wyglądali na twardych, zmęczonych i rozczarowanych facetów, gotowych wyżyć się na wszystkim, co się rusza.

Poszedłem z powrotem do restauracji. Tuż za rogiem czekał jakiś człowiek. Wyglądał na rybaka – wełniana czapka, a pod nią młode oczy błyskające spod burzy włosów.

- Niech pan z nimi nie zaczyna – odezwał się.

- Ani mi się śni.

- Połowa z nich jest z Teksasu, z głębi Teksasu. Dla nich woda to skaranie boskie, bo nie można jej sprzedać po parę dolarów od baryłki. Nie obchodzi ich nic poza tym, że tracą ropę. Mają w nosie i to, co tu żyje w morzu, i mieszkańców tego miasteczka.

- Ropa nadal wycieka?

- A jasne, że tak. Myśleli, że ją zatrzymali już w poniedziałek, kiedy się to wszystko zaczęło. Bo na początku to waliło jak cholera! Muł i węglowodór z odwiertu strzelały na trzydzieści metrów w górę. Spuścili do otworu rury, założyli czapę, przybili kafarem i myśleli, że jest zaczopowany. I owszem, główny odwiert był zatkany. Ale zaczęło przeciekać od spodu, ropa i gaz bulgotały wokół całej platformy.

- Mówi pan jak naoczny świadek.

Chłopak zamrugał i skinął głową.

- Bo widziałem to na własne oczy. Zabrałem tam swoją łodzią dziennikarza, Wilbura Coxa z miejscowej gazety. Kiedy dopłynęliśmy, ewakuowali już ludzi z platformy, bo w każdej chwili groziło, że wybuchnie pożar.

- Zginął ktoś?

- Nie, proszę pana. Chociaż tyle dobrego. – Obrzucił mnie taksującym spojrzeniem spod gęstwiny włosów. – Pan też z gazety?

- Nie, po prostu jestem ciekawy. Wie pan, co spowodowało ten wybuch?

Wskazał kciukiem na niebo, a potem na morze.

- Różnie tu mówią. Na przykład, że nie ocembrowali odwiertu jak należy. Ale tam jest coś nie tak ze strukturą dna. Całe jest popękane. To tak, jakby ktoś chciał wydłubać gładki otwór w torcie i zatrzymać w nim wodę. Nie powinni nawet próbować tu wiercić.

Minęli nas nafciarze z łodzi ratowniczych – powłóczyli nogami, jak niedobitki pokonanej armii. Rybak zasalutował im drwiąco i błysnął zębami spod gęstej brody. W odpowiedzi popatrzyli na niego z politowaniem, jak na szaleńca, który nie rozumie, co się dzieje.

Wszedłem do restauracji. Od baru dolatywały głosy, gwałtowne i przybite zarazem, ale sala jadalna była prawie pusta. Urządzona niczym podwodna oaza pośród lądu, miała bulaje zamiast okien. Przy kasie dwóch mężczyzn czekało na rachunek.

Zwróciłem na nich uwagę, bo stanowili dziwną parę. Jeden był młody; drugi, stary, cały się trząsł. Ale nie wyglądali na ojca i syna. Nie wyglądało nawet na to, by należeli do tego samego świata.

Stary był prawie całkiem łysy; jego policzki znaczyły sine blizny, biegnące od czubka głowy, przez co jego twarz wydawała się pofałdowana. Miał na sobie stary garnitur z szarego tweedu, na oko szyty na zamówienie. Ale jego wątłe ciało ginęło w ubraniu. Podejrzewałem, że garnitur uszyto na kogo innego, a jeśli dla starego, to w czasach, kiedy był młodszy i silniej zbudowany. Człowiek ten poruszał się jak ktoś zagubiony w świecie, zagubiony w czasie.

Młody nosił levisy i czarny golf, podkreślający jego potężne bary, tak szerokie, że głowa wydawała się przy nich za mała. Zauważył, że mu się przyglądam, i wbił we mnie wzrok. Jego oczy przywiodły mi na myśl wielu przegranych facetów, których znałem. Wyglądali na świat przez kraty w oknach, które utrzymywały ich w środku, a innych na zewnątrz.

 

Przysadzista blondyna w pomarańczowej sukience przyjęła od nich pieniądze i wbiła je na kasę. Młody zapłacił i zabrał resztę. Starzec w tweedowym garniturze wziął go pod rękę, tak jak ślepiec czy kaleka chwytają pielęgniarkę.

Blondynka otworzyła im drzwi i jakby w odpowiedzi na pytanie, wskazała ręką na południe.

Kiedy przyniosła mi kartę dań, zapytałem ją o nich.

- Pierwszy raz w życiu ich widzę. Pewnie turyści... zupełnie się nie orientują w okolicy. Od dwóch dni gapie ściągają tu na potęgę. – Obrzuciła mnie ostrym spojrzeniem. – Pan też nietutejszy. Nie jest pan chyba jednym z tych rozrabiaków, których tu ściągnęli do walki z ropą?

- Nie, jeszcze jeden turysta.

- No to dobrze pan trafił. – Rozejrzała się po sali z miną właścicielki. – Jestem Blanche, jakby pan nie wiedział. Co do picia? U mnie drinki są zawsze podwójne, to tajemnica mojego sukcesu.

Poprosiłem o bourbona z lodem. A potem popełniłem błąd i zamówiłem rybę. Miała smak ropy naftowej. Zostawiłem niedojedzoną kolację i wyszedłem.

Rozdział 2

Przypływ się wzmagał i obawiałem się, że naniesie ropę, która do rana mogła pokryć plażę. Postanowiłem wybrać się brzegiem morza na pożegnalny spacer, na południe - przypadkiem w tę samą stronę, w którą odeszła kobieta z perkozem.

Zachodzące słońce migotało na falach i biło w górę oślepiającym blaskiem. Niebo kilkakrotnie zmieniło kolor i teraz było jasnoszare. Miałem wrażenie, że idę pod sklepieniem olbrzymiej jaskini, w której tlą się ukryte ogniki.

Dotarłem do czegoś w rodzaju naturalnego rogu, gdzie brzeg zakręcał ostro w stronę morza, a na plaży znienacka wyrosło urwisko. Kilku zapóźnionych surferów czekało w wodzie na ostatnią wielką falę.

Obserwowałem ich, aż wreszcie z ciemniejącego morza podniósł się olbrzymi grzywacz i sprowadził większość z nich na brzeg. Kormoran przemknął nad wodą jak myśl, która nagle wpadła do głowy i zaraz uciekła.

Przeszedłem jeszcze ponad pół kilometra. Wąska plaża zwężała się coraz bardziej - z jednej strony ograniczały ją wdzierające się na brzeg fale, z drugiej górujące urwisko, wznoszące się w tym miejscu na blisko dwadzieścia metrów. Co jakiś czas wydeptane na dziko ścieżki i ryzykowne drewniane schody prowadziły do domów na szczycie.

Powtarzałem sobie, że nie dam się porwać fali. Ale noc zapadała, a morze wznosiło się jej na spotkanie.

Dwieście metrów przede mną u stóp urwiska zalegały zwalone głazy, blokujące plażę. Postanowiłem dojść tam i dopiero wtedy zawrócić. To otoczenie wzbudzało we mnie niepokój. W gasnącym świetle urwisko i zwalone pod nim głazy wyglądały jak coś, co ogląda się po raz ostatni.

Wysoko na kamieniach dostrzegłem coś białego. Kiedy podszedłem bliżej, przekonałem się, że to kobieta; poprzez szum fal doleciał mnie jej płacz. Odwróciła się ode mnie, nie na tyle szybko jednak, żebym jej nie rozpoznał.

Kiedy zbliżałem się do niej, siedziała bez ruchu, jak gdyby udawała przedmiot, który zakleszczył się w szczelinie.

- Czy coś się stało?

Przestała płakać z głośnym dźwiękiem, jak gdyby przełknęła łzy, i odwróciła głowę.

- Nie. Nic się nie stało.

- Ptak nie żyje?

- Owszem, nie żyje. – Głos miała wysoki, napięty. – Zadowolony pan?

- Mnie nie tak łatwo zadowolić. Nie sądzi pani, że siedzenie tu nie jest zbyt bezpieczne?

Nie odpowiedziała od razu. W końcu odwróciła głowę powoli. W głębokim zmroku błysnęły na mnie jej mokre oczy.

- Podoba mi się tutaj. Mam nadzieję, że nadejdzie przypływ i mnie zabierze.

- Dlatego, że zginął jeden perkoz? Wiele nurkujących ptaków straci tu życie.

- Proszę, niech pan już nie mówi o śmierci! – Wygrzebała się z rozpadliny między kamieniami i wstała. – Kim pan w ogóle jest? Ktoś pana przysłał po mnie?

- Jestem tu z własnej woli.

- Śledził mnie pan?

- Niezupełnie. Wybrałem się na spacer. – Fala rozbiła się o kamienie; poczułem na twarzy zimny rozbryzg. – Nie sądzi pani, że czas się stąd zbierać?

Rozejrzała się szybko, z desperacją, po czym spojrzała na szczyt urwiska, gdzie zbudowany na wspornikach dom wisiał nad jej głową niczym miecz Damoklesa.

- Nie wiem, dokąd mogłabym pójść.

- Myślałem, że mieszka pani w okolicy.

- Nie. – Milczała przez chwilę. – A pan gdzie mieszka?

- W Los Angeles. Zachodnim Los Angeles.

Uciekła spojrzeniem w bok, jak gdyby podjęła decyzję.

- Ja też.

Nie wierzyłem w takie przypadki, ale postanowiłem poddać się rozwojowi wydarzeń i zobaczyć, dokąd mnie to zaprowadzi.

- Ma pani jakiś środek transportu?

- Nie.

- Odwiozę panią.

Bez protestów ruszyła za mną. Przedstawiła się jako Laurel Russo, żona Thomasa Russo. Odparłem, że nazywam się Lew Archer. Z jakiegoś powodu postanowiłem nie wspominać, że jestem prywatnym detektywem.

Zanim dotarliśmy do końca urwiska i zakrętu plaży, potężna fala zalała nam stopy i sprowadziła na brzeg ostatniego surfera. Dołączył do pozostałych, którzy w schronieniu naturalnej jaskini grzali się przy ogniu, rozpalonym z wyrzuconego na brzeg drewna. Ich pokryte ropą twarze i ciała błyszczały w świetle płomieni. Wyglądali na takich, którzy zrezygnowali z uroków cywilizacji - ludzi gotowych na wszystko albo na nic.

Na plaży byli jeszcze inni – rozmawiali przyciszonymi głosami albo wpatrywali się w wodę bez słowa. Przez chwilę towarzyszyliśmy im w półmroku. Ocean i jego brzeg nigdy nie są całkiem czarne – skupiają światło niczym soczewka teleskopu.

Kobieta stała tak blisko mnie, że czułem na karku jej oddech. A jednak wydawała się niezwykle daleka, jak gdyby ode mnie i pozostałych dzieliła ją astronomiczna odległość. Ona także chyba zdawała sobie z tego sprawę. Wzięła mnie za rękę. Jej dłoń była zimna.

Na nabrzeżu znów pojawił się barczysty młody człowiek w czarnym golfie, którego widziałem w restauracji Blanche. Zeskoczył na piasek i ruszył w naszym kierunku. Poruszał się ospale, mechanicznie, jak nakręcana na sprężynę zabawka.

Przystanął i obrzucił kobietę groźnym, a zarazem pełnym podniecenia spojrzeniem. Nie puszczając mojej ręki, odwróciła się i pociągnęła mnie w stronę drogi. Trzymała się mnie kurczowo, spazmatycznie, niczym przerażone dziecko. Młody człowiek stał bez ruchu, odprowadzając nas wzrokiem.

Przyjrzałem jej się uważnie w świetle latarni. Twarz miała zastygłą jak maska, w oczach malował się ponury szok. Kiedy wsiedliśmy do mojego samochodu, dosłownie poczułem jej strach.

- Kim jest ten facet?

- Nie mam pojęcia. Słowo daję.

- Więc dlaczego pani się go boi?

- Po prostu jestem wystraszona, i tyle. Możemy na tym poprzestać?

- To chyba nie Tom Russo? Pani mąż?

- Ależ skąd!

Jej ciałem wstrząsały dreszcze. Wyciągnąłem stary prochowiec, który wożę w bagażniku, i zarzuciłem go jej na ramiona. Nawet na mnie nie spojrzała ani nie podziękowała.

Wyjechałem podjazdem na autostradę. Na północ, w naszym kierunku, ruch był niewielki. Ale od strony Los Angeles oślepiał nas nieprzerwany strumień reflektorów, jak gdyby miasto przepuszczało światło przez dziurę w boku.

Rozdział 3

Podczaj jazdy kobieta milczała tak uparcie, że nie miałem odwagi przerywać ciszy. Od czasu do czasu zerkałem na nią. Wyraz jej twarzy zmieniał się stopniowo, przechodząc od smutku, strachu i konsternacji do zimnej obojętności. Ciekaw byłem, co powodowało te zmiany... a może to tylko moje myśli w połączeniu z grą świateł sprawiły, że wyobraźnia płatała mi figle?

Kiedy skręciłem z autostrady w zjazd do zachodniego Los Angeles, odezwała się cichym, nieśmiałym głosikiem:

- Gdzie pan mieszka, panie...? – Zapomniała mojego nazwiska.

- Archer – podpowiedziałem. – Kilka przecznic stąd.

- Czy byłby to dla pana duży kłopot, gdybym zadzwoniła od pana do męża? Nie spodziewa się mnie. Ostatnio mieszkałam u krewnych.

Powinienem zapytać o adres męża i odwieźć ją tam, a tymczasem zabrałem ją do siebie.

Bosa, w moim starym prochowcu zwisającym jej z ramion, stanęła na środku dużego pokoju i rozejrzała się, jakby przyszła z wizytą charytatywną do biedoty. Jej postawa, to kompletne nie liczenie się z odczuciami innych, kazało mi pomyśleć o środowisku, z jakiego się wywodzi. Ani chybi miała za sobą pieniądze, pewnie całkiem nowego chowu.

Wskazałem jej telefon na biurku i wyszedłem do sypialni, by rozpakować torbę podróżną. Kiedy wróciłem do dużego pokoju, siedziała skulona nad telefonem; przyciśnięta do ucha czarna słuchawka wyglądała jak jakiś instrument chirurgiczny, który wyssał całą krew z jej twarzy.

Nie zdawałem sobie sprawy, że w słuchawce panuje cisza, dopóki nie odłożyła jej, bardzo ostrożnie. Potem położyła ramiona na blacie i ukryła w nich twarz. Jej włosy opadły na biurko niczym głęboki cień.

Przez chwilę przyglądałem jej się bez słowa, nie chcąc ingerować w jej uczucia, a może nie chcąc ich podzielać. Ta kobieta miała kłopoty. Z drugiej strony, w moim pokoju wyglądała całkiem naturalnie.

Po jakimś czasie uniosła głowę. Jej twarz była nieruchoma jak maska.

- Przepraszam, nie wiedziałam, że pan tu jest.

- Nic się nie stało.

- Owszem, stało się. Tom po mnie nie przyjedzie. Jest u niego kobieta. To ona odebrała telefon.

- A co z tymi krewnymi, u których się pani zatrzymała?

- Nic.

Rozejrzała się po pokoju, jak gdyby jej życie nagle się skurczyło.

- Wspomniała pani o rodzinie. Podobno siedzi w branży naftowej?

- Widocznie źle mnie pan zrozumiał. A poza tym, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, mam dość tego wypytywania. – Jej nastrój zmieniał się, jakby sterowało nim kapryśne wahadło: albo sama była urażona, albo urażała innych. – Pan się śmiertelnie boi, że będzie mnie pan miał na głowie, to widać.

- Wręcz przeciwnie. Może pani tu przenocować, jeśli ma pani ochotę.

- Z panem?

- Odstąpię pani sypialnię. Ta kanapa się rozkłada.

- A ile by mnie to miało kosztować?

- Nic.

- Czy ja wyglądam na łatwą dupę?

Wstała, strząsając z siebie mój płaszcz. W zamyśle miał to być gest odrzucenia, mimowolnie jednak prezentowała mi w ten sposób swoje ciało – kusząco wypukłe piersi, tam gdzie ptak poplamił jej koszulę, wąską talię, krągłe biodra i toczone uda... Na dywanie leżał piasek z jej brudnych eleganckich stóp.

Przed oczami przemknął mi obraz siebie samego - faceta w średnim wieku, na dorobku. To prawda, że gdyby była stara czy brzydka, nie przywiózłbym jej do domu. Ale nie była. Pomimo całego rozgoryczenia i strachu jej ciemna główka była niezmiennie piękna.

- Ja naprawdę nic od pani nie chcę – powiedziałem, zapytując się w duchu, czy to aby prawda.

- Ludzie zawsze czegoś chcą. Niech pan się nie oszukuje. Nie powinnam tu z panem przyjeżdżać. – Rozejrzała się jak dziecko w nieznanym otoczeniu. – Nie podoba mi się tu.

- Nikt pani nie zatrzymuje, pani Russo.

Nagle wybuchnęła płaczem. Łzy pociekły po jej nie umalowanej twarzy, zostawiając błyszczące ślady. Ze współczucia, a może z pożądania, spróbowałem wziąć ją w ramiona. Cofnęła się i stała rozdygotana.

- Proszę usiąść – powiedziałem. – Może pani zostać. Nikt tu pani nie skrzywdzi.

Nie uwierzyła mi. Podejrzewałem, że już wcześniej została ciężko skrzywdzona, być może okaleczona jak ten perkoz, bez szans na odratowanie. Dotknęła swej zalanej smutkiem twarzy.

- Mogłabym się tu gdzieś umyć?

Wskazałem jej drzwi do łazienki. Demonstracyjnie zamknęła je za sobą na klucz. Nie było jej długo. Kiedy wyszła, jej oczy odzyskały blask, a ruchy sprężystość, jak u alkoholika, który potajemnie walnął sobie lufę.

- To ja już sobie pójdę – powiedziała.

- Ma pani jakieś pieniądze?

- Tam, gdzie się wybieram, nie potrzeba pieniędzy.

- A to co ma znaczyć?

Zbyt gwałtownie zareagowała na ostrość w moim głosie.

- Spodziewa się pan zapłaty za podwiezienie? Nie mówiąc o tym, że stoję tu i wdycham pańskie cenne powietrze.

- Pani koniecznie chce się z kimś pokłócić. Dlaczego akurat ze mną?

Uznała to za ostateczny afront. Gwałtownie otworzyła drzwi i wyszła z mieszkania. Coś mi mówiło, żeby pójść za nią, ale dotarłem tylko do skrzynki na listy.

Usiadłem przy biurku i zająłem się stosem korespondencji, która nadeszła w ciągu mojej tygodniowej nieobecności. Prawie same rachunki. Poza tym czek na trzysta dolarów od człowieka, któremu odszukałem syna, mieszkającego z pięcioma innymi nastolatkami na Isla Vista. To właśnie w tej sprawie poleciałem do Mazatlán. Był też mozolnie wykaligrafowany list od pensjonariusza zakładu o zaostrzonym rygorze w środkowej Kalifornii, który twierdził, że jest niewinny, i chciał, żebym to udowodnił. Na zakończenie dodał postscriptum:

 

„Bo nawet jeśli nie jestem niewinny, dlaczego mnie nie chcą wypuścić? Jestem już stary, nikomu nie mógłbym zrobić krzywdy. Co by to komu szkodziło, jakby mnie teraz puścili?“.

W moim umyśle nastąpiła seria niejasnych połączeń, jak w centrali telefonicznej po zamówieniu rozmowy międzynarodowej. Zerwałem się z miejsca, niemal wywracając lekkie krzesło, i wbiegłem do łazienki. Drzwiczki do szafki z lekarstwami były niedomknięte. Trzymałem tam fiolkę z nembutalem, jakieś trzydzieści pięć, czterdzieści kapsułek – pozostałość po czasach, gdy zapomniałem, jak się zasypia, a potem nauczyłem się od nowa. Ale teraz fiolki już nie było.