Okrutne wybrzeże

Tekst
Z serii: Lew Archer
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Okrutne wybrzeże
Okrutne wybrzeże
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Okrutne wybrzeże
Okrutne wybrzeże
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
24,99  18,49 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ross Macdonald

Okrutne wybrzeże

Z angielskiego przełożył

GRZEGORZ KOŁODZIEJCZYK

Saga

Okrutne wybrzeże

Tłumaczenie: Grzegorz Kołodziejczyk

Tytuł oryginału: The Barbarous Coast

Język oryginału: angielski

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

The Barbarous Coast © 1956 by Ross Macdonald

Published by agreement with Harold Ober Associates and Graal Sp. z o.o.

Copyright © 2021 SAGA Egmont

ISBN: 9788726279306

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Dla Stanleya Tenny’ego

ROZDZIAŁ 1

Channel Club stoi na skale na południowym krańcu plaży nazywanej Malibu. Widoczne nad podłużnymi brązowymi budynkami ogrody terasowe pięły się ku autostradzie niczym pokryte wzorzystym dywanem schody. Teren otaczało wysokie ogrodzenie z siatki zwieńczone trzema nitkami drutu kolczastego i zamaskowane oleandrami.

Zatrzymałem samochód przed bramą i nacisnąłem klakson. Z kamiennej budki strażniczej wychynął mężczyzna w granatowym mundurze i oficjalnie wyglądającej czapce z daszkiem. Wysuwały się spod niej czarne krzaczaste włosy nakrapiane siwizną podobną do opiłków żelaza. Mimo że miał pokiereszowane uszy i nos spłaszczony od uderzeń, jego oblicze tchnęło łagodną siłą, którą widuje się na twarzach sędziwych Indian. Miał śniadą skórę.

— Przecież widzę, że pan jedziesz — zagadnął przyjaźnie. — Nie trzeba trąbić, bo uszy bolą.

— Przepraszam.

— Nie ma sprawy. — Podszedł kołyszącym się krokiem i oparł się konfidencjonalnie o drzwiczki samochodu. Jego brzuch wylewał się spod paska, przy którym dojrzałem kaburę. — Co pana sprowadza, kierowniku?

— Pan Bassett po mnie zadzwonił. Nie powiedział, o co chodzi. Nazywam się Archer.

— Taak, czeka na pana. Jedź pan prosto przed siebie. Szef będzie w gabinecie.

Ochroniarz odwrócił się do bramy z grubych prętów, pobrzękując kluczami. Jakiś młody dryblas wyskoczył spomiędzy oleandrów i przemknął obok mojego samochodu. Był w granatowym garniturze, bez kapelusza, i miał rozwiane różowe włosy. Biegł prawie bezgłośnie na palcach w stronę otwierającej się bramy.

Strażnik obrócił się nad podziw żwawo jak na swój wiek i chwycił tamtego ręką w pasie. Mężczyzna zwinął się i pchnął ochroniarza na słup. Rzucił coś niezrozumiale gardłowym głosem, a potem strącił łokciem ochroniarzowi czapkę z głowy.

Ten oparł się plecami o słup i sięgnął po broń. Miał małe zamglone oczy przypominające oczka kartofla. Z nosa poleciała mu krew i pociekła na niebieską koszulę opinającą wypukłość brzucha. Wysiadłem z samochodu.

Młody osiłek stał w bramie z głową zwróconą w bok. Jego twarz wyglądała jak profil wycięty ze sklejki; wytrzeszczone oko spoglądało na ochroniarza.

— Idę do Bassetta i mnie nie zatrzymasz.

— Kulka w bebechy zatrzyma cię jak nic — odparł rzeczowo strażnik. — Spróbuj się ruszyć, a nacisnę spust. To jest teren prywatny.

— Powiedz Bassettowi, że chce się z nim widzieć.

— Już mówiłem, ale on nie wyraża chęci. — Ochroniarz ruszył w stronę intruza z wysuniętą lewą ręką. W prawej pewnie trzymał pistolet. — A teraz podnieś czapkę, podaj mi ją i zjeżdżaj stąd.

Tamten stał przez chwilę bez ruchu. Potem schylił się, podniósł czapkę, otarł ją od niechcenia, i oddał właścicielowi.

— Przepraszam, nie chciałem pana uderzyć. Nie mam nic przeciwko panu.

— Ja nie mogę powiedzieć tego samego, chłopcze. — Ochroniarz wyrwał czapkę z dłoni intruza. — A teraz znikaj, zanim strącę ci łepetynę.

Dotknąłem ramienia nieproszonego gościa. Było grube i muskularne.

— Będzie lepiej, jak go posłuchasz.

Odwrócił się do mnie, przesuwając dłonią po szczęce, mocnej i wydatnej. Cienkie brwi i pozbawione wyrazu usta sprawiały jednak, że jego twarz wydawała się bezkształtna. Uśmiechnął się do mnie drwiąco.

— A ty kto? Też goryl Bassetta?

— Nie znam Bassetta.

— Słyszałem, jak o niego pytasz.

— Wiem tyle, że jak będziesz ubliżał ludziom i wpychał nos tam, gdzie nie trzeba, to ci go spłaszczą. Albo jeszcze gorzej.

Mężczyzna zacisnął prawą pięść, spojrzał na nią, a potem na mnie. Przesunąłem się lekko, gotów sparować cios i odpowiedzieć na atak.

— Czy to jest groźba? — spytał.

— Przyjacielskie ostrzeżenie. Nie wiem, co ci dolega. Radzę ci odejść i o wszystkim zapomnieć...

— Nie odejdę, dopóki nie spotkam się z Bassettem.

— I na miłość boską nie trącaj starszych facetów.

— Przeprosiłem — odparł mężczyzna, czerwieniąc się lekko.

Ochroniarz podszedł do niego z tyłu i szturchnął go lufą broni.

— Przeprosiny odrzucone. Kiedyś kładłem jedną ręką dwóch takich jak ty. Odejdziesz czy mam ci zademonstrować?

— Odejdę, ale nie może mi pan zabronić stania na publicznej drodze. A on prędzej czy później będzie musiał się stąd ruszyć.

— Co masz do Bassetta? — spytałem.

— Nie będę o tym mówił z obcym. Wolę pogadać z Bassettem. — Spojrzał na mnie, zagryzając wargę. — Powie mu pan, że muszę się z nim zobaczyć? Że to dla mnie bardzo ważne?

— Mogę mu przekazać. A od kogo ta wiadomość?

— Jestem George Wall z Toronto. — Mężczyzna zrobił pauzę. — Chodzi o moją żonę. Powiedz mu pan, że nie odejdę, dopóki się z nim nie spotkam.

— Tak ci się wydaje — wtrącił ochroniarz. — A teraz zmiataj stąd, zrób sobie spacer.

George Wall ruszył wolnym krokiem, pokazując swoją niezależność. Długi cień powlókł się za nim i po chwili zniknął za zakrętem. Ochroniarz odłożył broń i wierzchem dłoni otarł zakrwawiony nos. Później ją polizał, jak gdyby żal mu było marnować białka.

— Ten gość to cyklopata czy jakoś tak. Pan Bassett nawet go nie zna.

— Czy to w jego sprawie Bassett mnie wezwał?

— Może, ja tam nie wiem — odparł ochroniarz, wzruszając ramionami.

— Od dawna się tu kręci?

— Odkąd stanąłem na bramie. Coś mi się widzi, że nocował w krzakach. Powinienem kazać go zgarnąć, ale pan Bassett się nie zgodził. Szef ma za miękkie serce. Mówi, żebym sam się nim zajął, bo nie potrzeba nam kłopotów z władzą.

— Już pan się nim zajął.

— Jasna sprawa. Kiedyś położyłbym dwóch takich naraz. — Napiął muskuły prawej ręki i poklepał je z podziwem. Posłał mi łagodny uśmiech. — Byłem bokserem, i to niezłym. Tony Torres. Słyszał pan kiedyś moje nazwisko? Kogut z Fresno.

— Słyszałem. Wytrzymał pan sześć rund z Armstrongiem.

— Zgadza się. — Ochroniarz skinął poważnie głową. — Stary już byłem, miałem ze trzydzieści pięć albo sześć lat. Nogi nie chciały nieść. Gdyby nie to, wytrzymałbym dziesięć rund. Czułem się dobrze, tylko te nogi. Widział pan tę walkę?

— Słyszałem przez radio. Chodziłem jeszcze do szkoły, nie było mnie stać na bilet.

— Co pan może wiedzieć? — rzekł z rozrzewnieniem. — Ha, słyszał przez radio.

ROZDZIAŁ 2

Postawiłem samochód na asfaltowym parkingu przed głównym budynkiem. Nad wejściem wisiała do góry nogami choinka pomalowana na jasnoczerwono. Gmach był zbudowany z kamienia i drewna i przykryty płaskim dachem. Modernistyczna prostota stylu nie pozwalała zobaczyć, jaki jest duży, dopóki nie znalazłem się w środku. Przez szybę w drzwiach holu widać było pięćdziesięciometrowy basen znajdujący się między skrzydłami budynku. Dalej rozpościerał się błękitny ocean.

Drzwi były zamknięte na klucz. Jedyną ludzką istotą w polu widzenia był czarnoskóry chłopak, którego sylwetkę na pół przecinały wąskie białe szorty. Czyścił dno basenu podwodnym odkurzaczem z długim uchwytem. Zastukałem w drzwi monetą.

Chłopak usłyszał mnie i zbliżył się truchtem. Zlustrował mnie ciemnymi inteligentnymi oczyma, które posiadły umiejętność dzielenia ludzi na dwie kategorie: bogatych i niebogatych. Zdaje się, że zostałem zaliczony do tej drugiej grupy.

— Jeśli chce pan coś sprzedać, to źle pan trafił — rzekł, otwierając drzwi. — Sezon się skończył, a pan Bassett jest w podłym nastroju. Przed chwilą mnie ochrzanił. A to przecież nie moja wina, że wrzucili tropikalne rybki do basenu.

— Kto wrzucił?

— Ci, co tu byli wczoraj wieczorem. Biedne skubańce nie przeżyły w chlorowanej wodzie, więc musiałem ich zebrać odkurzaczem.

— Gości?

— Tropikalne rybki. Wyłowili je z akwarium i machnęli do basenu. Ludziska uchlają się na imprezie i zapominają o przyzwoitości. A pan Bassett odbija sobie wszystko na mnie.

— Nie miej mu tego za złe. Moi klienci zawsze są w podłym nastroju, kiedy mnie wzywają.

— Pan jest przedsiębiorcą pogrzebowym czy coś w tym rodzaju?

— Coś w tym rodzaju.

— Tak sobie pomyślałem. — Chłopak uśmiechnął się, błyskając białymi zębami. — Moja ciotka robi w tym biznesie. To nie dla mnie. Aż mi ciarki chodzą po grzbiecie. Ale jej się podoba.

— To dobrze. Bassett jest właścicielem tego przybytku?

— Nie, tylko kierownikiem. Gada tak, jakby wszystko do niego należało, ale właścicielami są członkowie.

Poszedłem za nim galerią oświetloną zielonymi światłami odbijającymi się w wodzie. Chłopak miał klinowaty tułów ratownika wodnego. Zapukał do szarych drzwi z napisem „Kierownik”. Odpowiedział mu wysoki głos przypominający skrzypienie kredy o tablicę.

 

— Kto tam?

— Archer — podpowiedziałem ratownikowi.

— Pan Archer do pana.

— Dobrze. Chwileczkę.

Ratownik mrugnął do mnie i odszedł, klapiąc stopami o terakotę. Zamek szczęknął i drzwi lekko się uchyliły. W szczelinie, nieco poniżej poziomu mojej twarzy, ukazała się twarz z bladymi oczami, trochę za szeroko rozstawionymi i wybałuszonymi jak u ryby. Z wąskich niczym staropanieńskie ust wyrwało się westchnienie:

— Tak się cieszę, że pan jest. Proszę wejść.

Gospodarz zaryglował za mną drzwi i przesadnym nerwowym gestem wskazał mi krzesło przed swoim biurkiem. Usiadł, otworzył skórzany mieszek i zaczął nabijać okazały cybuch fajki ciemnymi liśćmi angielskiego tytoniu. To wraz z tweedową marynarką od Harrisa, oksfordzkimi spodniami, półbutami na grubej podeszwie i jego akcentem ze Wschodniego Wybrzeża pasowało do siebie. Mimo że miał dobrze ufarbowane brązowe włosy i rumianą skórę nadającą twarzy nienaturalnie młody wygląd, oceniłem, że dobija do sześćdziesiątki.

Rozejrzałem się po gabinecie. Był pozbawiony okien i oświetlony przez niewidoczne świetlówki; dopływ powietrza zapewniała klimatyzacja. Meble były ciężkie i utrzymane w ciemnych kolorach. Na ścianach wisiały zdjęcia jachtów pod pełnymi żaglami, spadochroniarzy w powietrzu i tenisistów składających sobie gratulacje z wymuszonymi uśmiechami. Na biurku stało kilka książek trzymanych pionowo przez podpórki w kształcie słoni, wykonanych z czarnego polerowanego kamienia.

Bassett zapalił fajkę zapalniczką i zza zasłony niebieskiego dymu powiedział:

— Jak rozumiem, panie Archer, jest pan wykwalifikowanym pracownikiem ochrony.

— Chyba mam kwalifikacje. Nieczęsto biorę tego rodzaju zlecenia.

— Ale ja zrozumiałem... Dlaczego nie?

— Bo to oznacza pomieszkiwanie przy najgorszych szajbusach. Zwykle biorą ochroniarza, bo nie mają się do kogo odezwać. Albo dręczą ich halucynacje.

Bassett uśmiechnął się krzywo.

— To, zdaje się, nie jest komplement. I chyba nie miał być?

— Szuka pan ochroniarza?

— Sam nie wiem. — Zrobił pauzę, po czym dodał ostrożnie: — Dopóki sytuacja się nie wyklaruje, trudno mi stwierdzić, czego mi potrzeba. I z jakiego powodu.

— Kto podał panu moje nazwisko?

— Któryś z członków klubu wymienił je przy jakiejś okazji. Joshua Severn, ten producent telewizyjny. Może to pana zainteresuje, że uważa pana za wymiatacza.

— Aha. — Kłopot z pochlebstwami polega na tym, że trzeba za nie płacić tą samą monetą. — Czemu potrzebuje pan detektywa, panie Bassett?

— Już panu wyjaśniam. Pewien młody jegomość zagroził mojej... zagroził mojemu bezpieczeństwu. Szkoda, że nie słyszał pan, co wygadywał przez telefon.

— Rozmawiał pan z nim?

— Przez chwilę, wczoraj wieczorem. W środku imprezy — naszego dorocznego przyjęcia pogwiazdkowego — zadzwonił z Los Angeles. Zapowiedział, że przyjedzie tu i mnie napadnie, jeśli nie podam mu pewnej informacji. Bardzo mnie to wyprowadziło z równowagi.

— O jaką informację chodzi?

— Nie znam jej. Myślę, że ten człowiek zaczaił się gdzieś na mnie i czeka. Impreza skończyła się bardzo późno, resztę nocy spędziłem tutaj. Rano zadzwonił ochroniarz z bramy i oznajmił, że jakiś młody mężczyzna chce się ze mną widzieć. Zabroniłem go wpuszczać. Tuż potem, kiedy już zebrałem myśli, zatelefonowałem do pana.

— Czego pan właściwie ode mnie oczekuje?

— Żeby się pan go pozbył. Na pewno zna pan sposoby. Oczywiście nie chodzi mi o zastosowanie przemocy, chyba że okaże się to absolutnie konieczne. — Oczy Bassetta błyszczały blado między warstwami dymu. — A może się okazać konieczne. Ma pan broń?

— W samochodzie. Nie jest do wypożyczenia.

— Ależ naturalnie. Źle mnie zrozumiałeś, staruszku. Może niejasno się wyraziłem. Nikt tak jak ja nie brzydzi się przemocą. Chciałem powiedzieć, że mógłbyś użyć pistoletu jako... mm... narzędzia perswazji. Nie mógłbyś go po prostu odstawić na dworzec albo lotnisko i wsadzić do samolotu?

— Nie. — Wstałem.

Bassett podszedł za mną do drzwi i złapał mnie za rękę. Nie spodobała mi się ta poufałość. Strząsnąłem jego dłoń.

— Słuchaj, Archer, nie jestem bogaczem, ale mam trochę odłożonej gotówki. Zapłacę ci trzysta dolarów za pozbycie się tego faceta.

— Pozbycie się?

— Bez użycia przemocy, rzecz jasna.

— Przykro mi, ale nic z tego.

— Pięćset.

— Wykluczone. To, czego pan ode mnie oczekuje, prawo stanu Kalifornia określa mianem uprowadzenia.

— Boże drogi, nie to miałem na myśli. — Bassett był autentycznie zszokowany.

— Proszę to przemyśleć. Jak na człowieka na takim stanowisku ma pan mgliste pojęcie o prawie. Niech policja się nim zajmie. Wspomniał pan, że ten mężczyzna panu groził.

— Tak. Ściśle rzecz biorąc, mówił o wychłostaniu. Ale nie można iść na policję i poskarżyć się na coś takiego.

— Oczywiście, że można.

— Ja nie mogę. To takie staroświeckie. Stałbym się pośmiewiskiem całego Południa. Ty chyba nie pojmujesz aspektu towarzyskiego, staruszku. Jestem szefem i sekretarzem bardzo, ale to bardzo ekskluzywnego klubu. Sama śmietanka mieszkańców wybrzeża powierza mi z ufnością swoje pociechy, swoje młode córki. Nie mogę się nawet otrzeć o skandal. Kalpurnia, wiesz.

— A gdzie tu skandal?

Pan Kalpurnia wyjął fajkę z ust i puścił koślawe kółko z dymu.

— Chciałem uniknąć zagłębiania w szczegóły. Nie spodziewałem się, że zostanę przesłuchany na tę okoliczność. Ale cóż. Coś trzeba zrobić, zanim dojdzie do poważnych szkód.

Sposób, w jaki dobierał słowa, irytował mnie i nie kryłem tego. Popatrzył na mnie znacząco. Jego spojrzenie spadło między nami jak kamień.

— Mogę ci zaufać... tak naprawdę zaufać?

— Byleby to było w granicach prawa.

— Wielkie nieba, ależ naturalnie. Jestem trochę w kropce, choć nie z własnej winy. Nie chodzi o to, co zrobiłem, tylko o to, że ludzie mogą pomyśleć, że coś zrobiłem. Widzi pan, ma to pewien związek z kobietą.

— Z żoną George’a Walla?

Twarz Bassetta rozeszła się w szwach. Usiłował ściągnąć ją w całość wokół ustnika fajki, którą wetknął sobie do ust. Mimo to wargi wygięły się jak haczyki obok kącików.

— Zna ją pan? Czy wszyscy już o tym wiedzą?

— Wszyscy się niedługo dowiedzą, jeśli Wall będzie się tu kręcił. Wpadliśmy na siebie przy bramie wjazdowej...

— Boże drogi, więc on jest na terenie.

Bassett przemierzył niezgrabnie gabinet. Wysunął szufladę biurka i wyciągnął pistolet średniego kalibru.

— Niech pan to schowa — poradziłem. — Jeśli martwi się pan o swoją opinię, strzelanina rozwali ją w drobny mak. Wall stał za bramą i chciał wejść. Nie udało mu się. Przekazał mi wiadomość dla pana: nie ruszy się stąd, dopóki się pan z nim nie spotka. Koniec.

— Człowieku, czemuś nic nie mówił? Traciliśmy tu czas.

— Pan tracił.

— Dobrze już. Nie kłóćmy się. Musimy się go pozbyć, zanim zjawią się członkowie klubu.

Zerknął na zegarek przypasany do nadgarstka i niechcący skierował lufę broni na mnie.

— Odłóż broń, Bassett. Jest pan zbyt wzburzony.

Położył pistolet na arkuszu ozdobnego papieru i uśmiechnął się do mnie z zawstydzeniem.

— Przepraszam. Nerwy mnie troszkę ponoszą. Nie przywykłem do takich melodramatycznych konfrontacji.

— O co ten cały szum?

— Wall ubzdurał sobie, że skradłem mu żonę.

— A zrobił pan to?

— Daj pan spokój. Ta dziewczyna mogłaby być moją córką. — Oczy Bassetta zwilgotniały od zakłopotania. — Moje relacje z nią zawsze były nieskazitelne.

— Zatem zna ją pan?

— Oczywiście. Od lat, znacznie dłużej niż George Wall. Już jako nastolatka przychodziła na basen ćwiczyć skoki do wody. Zresztą nie tak dawno jeszcze nią była. Ma dwadzieścia jeden albo dwadzieścia dwa lata.

— Kim ona jest?

— Nazywa się Hester Campbell, uprawia skoki do wody. Może pan o niej słyszał. Parę lat temu była o włos od tytułu mistrzyni kraju. A potem znikła z pola widzenia. Rodzina się stąd wyprowadziła, a ona przestała brać udział w zawodach amatorskich. Nie miałem pojęcia, że wyszła za mąż, dopóki znów się tu nie pojawiła.

— Kiedy to było?

— Pięć czy sześć miesięcy temu. Sześć miesięcy temu, w czerwcu. Zdaje się, że coś jej się nie ułożyło. Przez jakiś czas jeździła z zespołem akrobatów wodnych, potem straciła pracę i została na lodzie. W Toronto poznała młodego Kanadyjczyka piszącego o sporcie i w desperacji wyszła za niego. Zdaje się, że im się nie układało. Zostawiła go po niespełna roku i wróciła tutaj. Zażywała środki pobudzające i była wyczerpana psychicznie. Naturalnie udzieliłem jej wszelkiej możliwej pomocy. Przekonałem zarząd, żeby mogła dawać lekcje skoków. Nieźle sobie radziła, póki trwał sezon. A kiedy straciła uczniów, powiem szczerze, że wspomogłem ją trochę finansowo. — Bassett rozłożył bezradnie ręce.—Jeśli to zbrodnia, to jestem przestępcą.

— Skoro to wszystko, to nie wiem, czego się pan obawia.

— Nie rozumie pan, w jakiej jestem sytuacji... Muszę się zmagać z wrogością i intrygami. Wśród członków klubu istnieje frakcja, która chce się mnie pozbyć. Gdyby George Wall zdołał przedstawić mnie jako stręczyciela młodych kobiet wykorzystującego ośrodek...

— Jak mógłby to osiągnąć?

— Gdyby doprowadził do rozprawy sądowej, tak jak się odgrażał. Jakiś adwokat pozbawiony skrupułów mógłby mi coś zarzucić. Ta dziewczyna powiedziała, że chce rozwodu, a ja nie byłem stuprocentowo dyskretny. Widziano mnie w jej towarzystwie więcej niż raz. Szczerze mówiąc, kilka razy ugościłem ją kolacją. — Bassett lekko się zaczerwienił. — Gotowanie to jedno z moich hobby. Teraz mam świadomość, że postąpiłem nieroztropnie, zapraszając ją do domu.

— Wall nie może tego wykorzystać. Nie żyjemy w epoce wiktoriańskiej.

— Niektóre kręgi wciąż w niej tkwią. Pan po prostu nie rozumie, w jak niezręcznej sytuacji się znalazłem. Obawiam się, że wystarczyłoby postawienie zarzutu.

— Czy pan aby nie przesadza?

— Mam nadzieję, że przesadzam. Ale tego nie czuję.

— Radzę panu rozmówić się szczerze z Wallem. Niech pan przedstawi mu fakty.

— Próbowałem wczoraj wieczorem w trakcie rozmowy telefonicznej. Nie chciał mnie słuchać. Tego faceta zżera zazdrość. Ktoś postronny mógłby pomyśleć, że ukrywam jego żonę.

— Ale tak nie jest?

— Skądże znowu. Nie widziałem jej od początku września. Ulotniła się nagle bez słowa pożegnania i podziękowania. Nawet nie zostawiła tymczasowego adresu.

— Uciekła z jakimś mężczyzną?

— To bardzo prawdopodobne — potwierdził Bassett.

— Proszę to powiedzieć Wallowi. Osobiście.

— O nie. To wykluczone. Ten facet jest obłąkany, rzuciłby się na mnie.

Bassett w zdenerwowaniu przesunął palcami po włosach. Były wilgotne na skroniach, od uszu płynęły strużki potu. Wyjął z kieszeni marynarki złożoną chusteczkę i otarł twarz. Zrobiło mi się go trochę żal. Nic tak nie boli jak tchórzostwo.

— Dam sobie z nim radę. Niech pan zadzwoni do ochroniarza. Jeśli Wall tam jest, pójdę i go sprowadzę.

— Tutaj?

— A ma pan jakieś lepsze miejsce?

— Chyba faktycznie muszę się z nim spotkać — rzekł Bassett po chwili nerwowego milczenia. — Lepiej żeby nie miotał się w publicznym miejscu. Kilku członków klubu zjawi się na basenie lada chwila.

Głos Bassetta nabierał religijnego zabarwienia przy każdej wzmiance o członkach klubu, tak jakby należeli do wyższej rasy, byli nadludźmi lub aniołami zemsty, a on stał na krawędzi ziemskiego raju. Niechętnie podniósł słuchawkę wewnętrznego telefonu.

— Tony? Mówi Bassett. Czy ten młody maniak wciąż się tam kręci?... Jesteś pewny? Absolutnie pewny?... To dobrze. Daj mi znać, jeśli znów się pokaże. — Odłożył słuchawkę.

— Poszedł sobie?

— Na to wygląda. — Bassett głęboko odetchnął otwartymi ustami. — Torres mówi, że odszedł jakiś czas temu. Ale byłbym wdzięczny, gdyby został pan jeszcze jakiś czas, tak na wszelki wypadek.

— Dobrze. Tak czy inaczej kosztuje to pana dwadzieścia pięć dolarów.

Bassett pojął aluzję i wyjął pieniądze z szuflady. Z drugiej wyciągnął elektryczną maszynkę do golenia i lusterko. Usiadłem, a on zaczął golić twarz i szyję. Maleńkimi nożyczkami wyskubał sobie włoski z nosa i brwi. Właśnie takie sytuacje sprawiają, że nie znoszę ochroniarskiej roboty.

 

Zerknąłem na książki zgromadzone na biurku. Przewodnik finansowy firmy Dun and Bradstreet, informator o południowej Kalifornii, almanach filmowy z ubiegłego roku i gruby tom oprawiony w zielone sukno, zatytułowany, o dziwo, Rodzina Bassett. Otworzyłem księgę na stronie tytułowej i dowiedziałem się, że zawiera genealogię i opis dokonań potomków Williama Bassetta, który wylądował w Massachusetts w roku tysiąc sześćset trzydziestym czwartym; kronika obejmowała czasy aż do wybuchu pierwszej wojny światowej. Autorem był Clarence Bassett.

— Nie sądzę, żeby ta pozycja pana zainteresowała — odezwał się Bassett — ale dla członka rodziny stanowi ciekawą opowieść. Napisał ją mój ojciec, poświęcił na to schyłkowe lata życia. Nie wszyscy wiedzą, że mieliśmy kiedyś w Nowej Anglii rodzimą arystokrację: gubernatorów, profesorów, duchownych, ludzi interesu.

— Słyszałem takie pogłoski.

— Przepraszam, nie chcę pana zanudzać — rzekł Bassett lżejszym, niemal autoironicznym tonem. — Co ciekawe, jestem ostatnim w mojej gałęzi rodu, który nosi nazwisko Bassett. To jedyny powód, dla którego żałuję, że nie jestem żonaty. Ale też nigdy nie był ze mnie typ prokreacjonisty.

Nachyliwszy się nad lusterkiem, Bassett zaczął wyciskać wągra z jednej z bliźniaczych linii odchodzących od podstawy nosa. Wstałem i zacząłem oglądać fotografie rozwieszone na ścianach. Zatrzymałem się przed zdjęciem przedstawiającym troje skoczków, mężczyznę i dwie dziewczyny, skaczących równocześnie z wieży. Ich ciała zawisły na tle jasnego letniego nieba, wygięte w identycznej pozycji, w najwyższym punkcie paraboli skoku, tuż przedtem, nim grawitacja upomniała się o swoje prawa i ściągnęła ich ku ziemi.

— Hester to ta z lewej — powiedział Bassett.

Sylwetka dziewczyny przypominała strzałę. Wiatr rozwiał jej włosy i odciągnął od owalnej plamy twarzy. Dziewczyna po prawej stronie była brunetką; z wypiętymi piersiami prezentowała się równie efektownie. Mężczyzna miał ciemną skórę, czarne kręcone włosy i mięśnie, które wyglądały jak wykute z brązu.

— Jedno z moich ulubionych zdjęć — oznajmił Bassett. — Zrobione parę lat temu, kiedy Hester przygotowywała się do mistrzostw kraju.

— Tutaj?

— Tak. Pozwalaliśmy jej ćwiczyć na naszej wieży, wspominałem już o tym.

— Kim jest tych dwoje obok niej?

— Ten chłopak był u nas ratownikiem. Dziewczyna to przyjaciółka Hester. Pracowała w barze, ale Hester trenowała ją na skoczka.

— Nadal tu pracuje?

— Niestety, nie. — Twarz Bassetta się wydłużyła. — Miała na imię Gabrielle. Zginęła.

— W czasie skoku?

— Nie. Została zastrzelona.

— Zamordowano ją?

Bassett skinął poważnie głową.

— Kto to zrobił?

— Nie ujęto sprawcy i wątpię, czy to się kiedykolwiek uda. Minęły już prawie dwa lata. To było w marcu zeszłego roku.

— Może pan powtórzyć, jak miała na imię?

— Gabrielle. Nazywała się Gabrielle Torres.

— Była krewną Tony’ego?

— Tak. Jego córką.