Kobiety Wycherly’ego

Tekst
Z serii: Lew Archer
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kobiety Wycherly’ego
Kobiety Wycherly’ego
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Kobiety Wycherly’ego
Kobiety Wycherly’ego
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
24,99  18,49 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ross Macdonald

Kobiety Wycherly’ego

PRZEŁOŻYŁ

MICHAŁ RONIKIER

Tłumaczenie: Michał Ronikier

Saga

Kobiety Wycherly’ego

Tłumaczenie: Michał Ronikier

Tytuł oryginału: The Wycherly Woman

Język oryginału: angielski

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

The Wycherly Woman © 1961 by Ross Macdonald. Copyright renewed 1989 by The Margaret Millar

Survivor’s Trust. Published by agreement with Harold Ober Associates and Graal Sp. z o.o.

Copyright © 2021 SAGA Egmont

ISBN: 9788726279405

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ROZDZIAŁ 1

Przejeżdżając przez przełęcz widać w dole całą, rozległą dolinę. Rano, kiedy powietrze jest czyste, ta szeroka, barwna przestrzeń, okolona z obu stron wzgórzami, może się wydawać ziemią obiecaną.

I być może jest nią, ale tylko dla nielicznych. Na każdą klimatyzowaną rezydencję, wyposażoną w basen i prywatne lądowisko dla samolotów, przypadają dziesiątki blaszanych baraków i zdezelowanych przyczep samochodowych, zamieszkałych przez plemię robotników wędrujących w poszukiwaniu pracy. A po opuszczeniu nawodnionych sztucznie terenów wjeżdża się na szarą pustynię, na której nie mieszka nikt. Rosną tu jedynie wieże wiertnicze, przypominające abstrakcyjny, nie rzucający cienia las. Umieszczone na ich podmurówkach pompy kiwają miarowo głowami jak nakręcane zwierzątka.

Meadow Farms leży na skraju tej wielkiej i brzydkiej pustyni. Z daleka wygląda jak typowe, zagubione w dolinie miasteczko, rozrzucone u podnóża nagich gór i ozdobione warstwą alkalicznego pyłu. Kiedy minąłem dumnie brzmiący napis, głoszący że wjeżdżam do „Najszybciej rozwijającego się miasta w Dolinie”, stwierdziłem, że ma ono pewne cechy charakterystyczne. Główna ulica była czysta i od niedawna pokryta nawierzchnią. Jadąc wzdłuż niej mijałem sporo nowych fasad i domów, znajdujących się w różnych fazach budowy. Przechodnie wyglądali dostatnio i chodzili szybkim, charakterystycznym dla ludzi czynu krokiem.

Zatrzymałem się w centrum, przy narożnej stacji benzynowej, by kupić paliwo i zdobyć potrzebne mi informacje. Kiedy opalony sprzedawca napełnił mój bak, spytałem go o drogę do domu Homera Wycherly. Wskazał mi palcem leżące na końcu głównej ulicy przedmieście i zbiorniki ropy, lśniące w słońcu jak stosy srebrnych monet.

– Przejedzie pan przez miasto i znajdzie się pan tuż pod nim. To wielki kamienny dom, ustawiony na stoku wzgórza. Podobno pan Wycherly wrócił dopiero wczoraj wieczorem.

– Skąd wrócił?

– Brał udział w jednym z tych luksusowych rejsów do Australii i na morza południowe. Nie było go tu przeszło dwa miesiące. Ja osobiście mam dosyć mórz południowych od czasu służby w piechocie morskiej. Jest pan jego przyjacielem?

– Nigdy nie widziałem go na oczy.

– Znam go dobrze; przedtem znałem jego ojca. – Obrzucił mnie od stóp do głów szybkim, badawczym spojrzeniem, a potem zerknął na mój samochód – pojazd nie pierwszej młodości, podobnie jak jego właściciel. – Jeśli pan coś sprzedaje, radzę nie tracić czasu. Pan Wycherly jest człowiekiem, któremu niełatwo coś sprzedać.

– Być może kupię coś od niego.

– Już pan to zrobił – stwierdził, uśmiechając się szeroko, mężczyzna. – Ta stacja sprzedaje benzynę firmy Wycherly Gas. Cztery dolary czterdzieści.

Zapłaciłem mu, minąłem miasto, a potem srebrne zbiorniki i zakład destylacji, skąd dochodził lekki zapach nieświeżych jaj. Dom stał wysoko nad drogą, na końcu krętego, prywatnego podjazdu. Jego kamienna fasada przypominała elewację zamku, zbudowanego po to, by właściciele mogli dominować nad okolicą. Ze starej werandy widać było miasteczko i niemal całą dolinę.

Drzwi otworzył potężnie zbudowany mężczyzna. Miał falujące, kasztanowe włosy i wydatny brzuch. Włosy wydały mi się zbyt jednolicie kasztanowe jak na człowieka w jego wieku i doszedłem do wniosku, że zapewne je farbuje. Miał wydatny nos, cofnięty podbródek i słabo zarysowane usta. Opięte na nim ubranie uszyte było z importowanego tweedu. Na jego twarzy malował się wyraz niezadowolenia.

– Jestem Homer Wycherly. Pan Archer, jak się domyślam?

Potwierdziłem jego domysły. Nie zmienił wyrazu twarzy, ale wokół oczu i ust pojawiły mu się zmarszczki. Był to uśmiech człowieka, który chciał być lubiany, ale nie zawsze mu się to udawało.

– Musiał pan jechać bardzo szybko z Los Angeles. Nie spodziewałem się pana tak wcześnie.

– Wyruszyłem przed świtem. Powiedział pan przez telefon, że sprawa jest pilna.

– Bardzo pilna. Ale proszę wejść. – Poprowadził mnie do salonu przez ciemnawy hall, ozdobiony głowami jeleni, nie przestając mówić przepraszającym tonem. – Niestety nie jestem w stanie podjąć pana zbyt gościnnie. Dopiero niedawno otworzyłem na nowo tę rezydencję i nie ma tu nikogo ze służby. Prawdę mówiąc, wcale nie zamierzałem tu przyjeżdżać. Zrobiłem to tylko na wypadek, gdyby Phoebe wróciła do domu. – Pociągnął nosem. – Ale ona nie wróciła.

Duszny i dawno nie wietrzony salon skojarzył mi się z epoką wiktoriańską. Niektóre meble przykryto pokrowcami, a grube kotary tłumiły światło poranka. Wycherly zapalił górną lampę, z dezaprobatą ocenił efekt tego zabiegu i podszedł do okna. Uderzyła mnie gwałtowność, z jaką pociągał za sznury od zasłon. Przypominał człowieka, który wiesza kota.

Przenikające do pokoju promienie słońca oświetliły mały obrazek, wiszący nad marmurowym kominkiem. Pokryte plamami i smugami płótno należało do malowideł, które wydają mi się zawsze albo bardzo awangardowe, albo bardzo staroświeckie, ale nigdy nie potrafię się zdecydować. Wycherly spojrzał na obraz tak, jakby to był test Rorschacha, który wykazał niedoskonałość jego osobowości.

– To dzieło mojej żony – oznajmił i dodał, mówiąc jakby do siebie: – Zamierzam je zdjąć.

– Czy to pańska żona jest tą zaginioną osobą?

– Na Boga, nie! To Phoebe. Moja jedyna córka. Proszę usiąść, panie Archer, a ja przedstawię panu sytuację, na tyle na ile potrafię. – Osunął się na fotel i wskazał mi sąsiedni. – Wczoraj, po powrocie z rejsu, dowiedziałem się, że Phoebe porzuciła szkołę już dość dawno temu, w listopadzie. Wygląda na to, że nikt jej od tej pory nie widział. Jestem tym ogromnie zaniepokojony.

– Jaką szkołę?

– Boulder Beach College. Musi pan pomóc mi ją odnaleźć, panie Archer. Dziewczyna jest w trudnym wieku, wychowywana w sposób nadopiekuńczy...

– Ile ma lat?

– Dwadzieścia jeden, ale jest całkowicie niewinna.

– Czy zdarzyło się coś takiego kiedykolwiek przedtem... czy znikała, nie zawiadomiwszy pana, dokąd się wybiera?

– Nigdy. Phoebe to nadzwyczaj rozsądna dziewczyna. Miała oczywiście swoje problemy, ale zupełnie nie związane ze mną. Zawsze mi się ze wszystkiego zwierzała. Nasze stosunki układały się bardzo dobrze.

– Z kim miała problemy?

– Ze swoją matką. – Zerknął na wiszący nad kominkiem obraz. Na jego twarzy pojawił się wyraz znużenia. – Ale nie ma sensu w to wnikać.

– Jeśli to możliwe, chciałbym porozmawiać z matką Phoebe.

– To niemożliwe – stwierdził obcesowo. – Nie wiem, gdzie przebywa Catherine i powiem panu szczerze, że wcale mnie to nie interesuje. Ubiegłej wiosny postanowiliśmy się rozstać. Oszczędzę panu niemiłych szczegółów. Nasz rozwód nie miał nic wspólnego ze zniknięciem Phoebe.

– Czy nie ma szans na to, że przebywa ze swoją matką?

– Nie. Po przedstawieniu, jakie urządziła Catherine... – Zacisnął usta, nie kończąc zdania. Czekałem, ale bezskutecznie.

– Kiedy dokładnie zniknęła pańska córka? Jest ósmy stycznia. Powiedział pan, że opuściła szkołę w listopadzie. Ale kiedy?

– Na początku listopada. Nie udało mi się tego precyzyjnie ustalić. To pańskie zadanie. Wczoraj wieczorem rozmawiałem przez telefon z jej współlokatorką... byłą współlokatorką. Ale ona ma pstro w głowie.

– Dwa miesiące to sporo czasu – stwierdziłem. – Czy to pierwsza pańska próba odnalezienia córki?

– To nie moja wina. Nie jestem za to odpowiedzialny.

Wstał, wyraźnie wzburzony, i zaczął nerwowo chodzić po pokoju, jak dzikie zwierzę uwięzione w klatce.

– Musi pan zrozumieć, że przebywałem za granicą. Do wczoraj nie wiedziałem nawet o jej zniknięciu. Pływałem po Pacyfiku, nie mając pojęcia, co się tu dzieje.

– Kiedy pan ją ostatnio widział?

– W dniu, w którym wypłynąłem. Przyjechała do San Francisco, by powiedzieć mi bon voyage. Jeśli jej współlokatorka mówi prawdę, nie wróciła już do Boulder Beach. – Zatrzymał się nagle i spojrzał na mnie ze smutkiem. – Podejrzewam, że coś jej się stało. I obwiniam za to siebie. To w gruncie rzeczy moja wina. Wyruszając w ten rejs, myślałem wyłącznie o sobie. Próbowałem zostawić za sobą wszystkie nękające mnie kłopoty rodzinne. Zostawiłem Phoebe wtedy, kiedy byłem jej najbardziej potrzebny.

Odniosłem wrażenie, że wymawia jej imię w sposób aż nazbyt czułostkowy. Spróbowałem go nieco ostudzić.

– Pańska reakcja wydaje mi się trochę melodramatyczna. Kiedy dziewczęta znikają, mają zazwyczaj jakiś własny powód. Co roku tysiące młodych kobiet opuszcza swoje rodziny, swoje szkoły, swoje zajęcia...

 

– Nie informując nikogo o swoich planach?

– Właśnie tak. Zresztą nie było pana przecież w kraju. Skąd pan wie, czy nie próbowała się z panem skontaktować?

– W nagłej potrzebie zawsze można było mnie odszukać.

– Ale może pańska córka nie uważała, że jest to nagła potrzeba.

– Miejmy nadzieję. – Usiadł ciężko, jakby wyczerpany wybuchem uczuć. – Ale co ją mogło skłonić do zniknięcia? Dziewczynę z jej możliwościami?

– Możliwości są tam, gdzie można je znaleźć. – Rozejrzałem się po mrocznym pokoju i wyjrzałem przez okno, za którym rozpościerał się widok na miasteczko i pustą dolinę. – Czy Phoebe czuła się w domu szczęśliwa?

– W ostatnich latach spędzała tu bardzo niewiele czasu – odparł defensywnym tonem. – Latem jeździliśmy zawsze do Tahoe, a przez resztę roku przebywała oczywiście w szkole.

– Jak się uczyła?

– O ile wiem, nieźle. W zeszłym roku miała trochę kłopotów, ale ten problem został rozwiązany.

– Proszę mi o tym opowiedzieć.

– Musiała opuścić Stanford. Nie wyrzucono jej, ale oznajmiono nam, że powinna się czuć lepiej tam, gdzie nie ma takiej rywalizacji. Dlatego przenieśliśmy ją do Boulder Beach. Nie byłem z tego bardzo zadowolony, bo sam jestem absolwentem Stanford.

– Co myślała o tym pańska córka?

– Wydawało się, że jest zadowolona ze zmiany. O ile wiem, znalazła tam sobie jakiegoś chłopaka.

– Jak on się nazywa?

– Mówiła o nim chyba „Bobby”. Psychologia kobiety nie jest moją najmocniejszą stroną, ale odniosłem wrażenie, że zakochała się w tym młodym człowieku.

– To jej kolega ze studiów?

– Tak. Nic mi o nim nie wiadomo, lecz nie sprzeciwiałem się ich związkowi. Nigdy przedtem nie interesowała się chłopcami.

– Czy ona jest atrakcyjna? – spytałem, mając na myśli, że kiedy dziewczyny zakochują się po raz pierwszy w wieku dwudziestu jeden lat, muszą przeżywać to niezwykle silnie.

– Moim zdaniem tak. Ale ja oczywiście jestem kochającym ojcem.

Wyjął portfel ze skóry aligatora i otworzył go. Phoebe spojrzała na mnie zza przezroczystej folii. Była atrakcyjna, ale nie w potocznym znaczeniu tego słowa. Jasne włosy okalały fantazyjnie jej głowę. Miała wielkie jak żarówki niebieskie oczy. Jej szerokie, proste usta kryły w sobie zmysłowość. Wyglądała jak jedna z tych wrażliwych dziewcząt, które wyrastają albo na prawdziwe piękności, albo na zacięte stare panny. O ile w ogóle wyrastają.

– Czy mogę zatrzymać tę fotografię?

– Nie – odparł kategorycznie ojciec dziewczyny. – To najlepsze jej zdjęcie, jakie posiadam. Ale jeśli pan chce, dam panu kilka innych.

– Niewątpliwie będą mi potrzebne.

– Poszukam ich, a pan w tym czasie zastanowi się nad tym wszystkim.

Wyszedł z pokoju. Słyszałem jak wbiega po schodach, przeskakując po dwa stopnie na górę, a potem hałasuje na pierwszym piętrze. Coś spadło z takim hukiem, że sufit zadrżał.

Wycherly wzbudzał we mnie niepokój. Był dżentelmenem starej daty – o ile w dzisiejszych czasach można użyć takiego określenia – ale tkwiła w nim uzewnętrzniająca się co jakiś czas agresja. Zbiegł z hałasem po schodach i otworzył drzwi tak gwałtownie, że uderzyły o ścianę. Twarz miał całą w szkarłatnych plamach.

– Niech diabli porwą tę kobietę; zabrała wszystkie fotografie. Nie zostawiła mi ani jednego zdjęcia Phoebe.

– Kto?

– Moja żona. Moja była żona.

– W takim razie musi bardzo kochać tę dziewczynę.

– Niech pan się nie da na to nabrać. Catherine nigdy nie była troskliwą matką. Zabrała te fotografie, bo wiedziała, że jestem do nich przywiązany.

– Kiedy je zabrała?

– Chyba przed wyjazdem do Reno. To było w kwietniu. Od tej pory widziałem ją tylko raz. Nie chciała mieć nic wspólnego z Meadow Farms...

– Czy nadal przebywa w Reno?

– Nie. Pojechała tam tylko po to, by uzyskać upragniony rozwód. O ile wiem, mieszka w rejonie Zatoki, ale nie mam pojęcia, gdzie.

– Musi pan chyba coś wiedzieć. Czy pan ją utrzymuje?

– Te sprawy załatwiają moi prawnicy.

– Okay, proszę mi podać nazwisko prawnika, który zna jej adres.

– Nie zrobię tego. – Wypuścił hałaśliwie powietrze jak wściekły byk, a przynajmniej spory, tłusty byczek. – Nie chcę, by podejmował pan jakiekolwiek próby skontaktowania się z moją byłą żoną. Namąciłaby panu tylko w głowie i przedstawiła zupełnie fałszywy obraz Phoebe. I mój, skoro już o tym mowa. Catherine ma jadowity język. – Przełknął z trudem kolejną porcję słów. Sądząc z wyrazu twarzy nie były one smakowite. – Wygadywała okropne rzeczy.

– Kiedy to było?

– Zjawiła się na statku w dniu, kiedy odpływałem... wdarła się do mojej kajuty i zaatakowała mnie. Musiałem kazać ją wyrzucić.

– Zaatakowała pana?

– Zaatakowała mnie obelgami. Zupełnie niezasłużenie. Wyrzucała mi, że zostawiam ją bez centa. W istocie potraktowałem ją nad wyraz szczodrze; otrzymała sto tysięcy dolarów odszkodowania i spore alimenty.

– Mówił pan, że rozwód nastąpił w kwietniu?

– Uprawomocnił się w końcu maja.

– Czy Phoebe widywała się z matką od czasu rozwodu?

– Bynajmniej. Phoebe uważała, że Catherine wyrządziła nam obojgu wiele złego.

– A więc rozwód był pomysłem Catherine?

– Całkowicie. Nienawidziła mnie. Nienawidziła Meadow Farms. Nie obchodziła jej nawet własna córka. Wiem z całą pewnością, że odkąd Catherine opuściła ten dom, nigdy się nie spotkały. Z wyjątkiem tego nieprzyjemnego epizodu w mojej kajucie.

– Więc Phoebe również znajdowała się na statku w tym samym czasie co jej matka?

– Niestety tak.

– Dlaczego „niestety”?

– Phoebe była zaszokowana i przerażona tym, co mówiła Catherine. Usiłowała ją uspokoić. Moim zdaniem okazywała jej wiele wyrozumiałości, choć Catherine wcale na to nie zasługiwała – dodał autorytatywnie.

– Czy razem opuściły statek?

– Ależ skąd. Nie widziałem jak z niego schodziły; szczerze mówiąc, byłem tak wzburzony zachowaniem Catherine, że nie wyszedłem już z kajuty. Ale to raczej niemożliwe, żeby Phoebe zeszła na ląd razem z matką. To nie do pomyślenia.

– Czy Phoebe miała swoje własne pieniądze? Czy mogła kupić bilet na samolot lub pociąg?

– Owszem, mogła. Wręczyłem jej tego dnia znaczną sumę pieniędzy. Jej wydatki związane z pobytem w nowej szkole okazały się większe niż przypuszczała. Musiała kupić samochód, a to uczyniło pokaźną wyrwę w jej budżecie. Dałem jej dodatkowo tysiąc dolarów, by mogła jakoś przetrwać.

– Gotówką czy czekiem?

– Gotówką. Miałem przy sobie sporo pieniędzy.

– Dokąd zamierzała się udać po zejściu ze statku?

– Miała wrócić do hotelu. Zajmowałem apartament w St. Francis. Zapłaciłem z góry za kolejną dobę, żeby mogła z niego skorzystać.

– Przyjechała własnym samochodem?

– Nie. Jej wóz stał w garażu na Union Square. Chciała odwieźć mnie do portu, ale bałem się, że utkniemy w korku. Uparłem się, żeby wziąć taksówkę.

– Czy miała nią wrócić do hotelu?

– Chyba tak. Kazała kierowcy czekać. Nie wiem, czy jej posłuchał.

– Może pan go opisać?

– Był drobnym, ciemnym mężczyzną. Miał ciemną cerę. To wszystko, co pamiętam..

– Murzynem?

– Nie. Raczej Lewantyńczykiem.

– Jakiej marki była taksówka?

Wycherly niecierpliwie pokręcił się na fotelu.

– Niestety, nie pamiętam. Nie jestem zbyt spostrzegawczy.

– Czy może pan opisać samochód Phoebe i podać mi numer rejestracyjny?

– Nigdy go nie widziałem. To chyba jakiś mały, importowany samochód. Kupiła go z drugiej ręki w Boulder Beach.

– Dowiem się tego na miejscu. Jak była ubrana?

Spojrzał ponad moją głową na gipsowy gzyms, biegnący pod sufitem.

– Miała na sobie brązową spódnicę i brązowy sweter. Beżowy, sportowy płaszcz. Brązowe buty na wysokich obcasach. W ręku brązową skórzaną torebkę. Nie nosiła kapelusza. Phoebe zawsze ubiera się skromnie.

Wyjąłem pióro i oprawiony w skórę notes. Otworzyłem go na pierwszej stronie, napisałem na górze „Phoebe Wycherly”, a pod spodem „matka – Catherine” i „chłopak – Bobby”, opatrując tę ostatnią adnotację znakiem zapytania. Potem spisałem części jej garderoby.

– Co pan pisze? – Wycherly wychylił się w moją stronę, wyraźnie zaniepokojony. – Po co zanotował pan imię Catherine?

– Wprawiam się w kaligrafii – odparłem bez zastanowienia. Wycherly zaczynał działać mi na nerwy.

– Co pan przez to rozumie?

– Nic konkretnego.

– Jak pan śmie odzywać się do mnie w ten sposób?

– Przepraszam, ale jest pan zbyt dociekliwy, panie Wycherly. Nie mogę podjąć się sprawy, jeśli mój pracodawca we wszystkim mnie ogranicza. Muszę mieć swobodę działania i podążać tam, dokąd zaprowadzą mnie fakty.

– Ale przecież pracuje pan dla mnie.

– Jeszcze nie przyjąłem od pana pieniędzy.

– Proszę. – Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, robiąc taki grymas, jakby poczuł atak anginy. Potem uderzył o dłoń portfelem ze skóry aligatora. – Ile?

– To zależy od wymaganej intensywności działań. Zazwyczaj pracuję sam, ale mogę potrzebować pomocy innych ludzi i innych agencji, funkcjonujących na terenie całego kraju.

– Nie. Na razie poczekajmy i przekonajmy się, czy okaże się to niezbędne.

– To pańskie pieniądze. I pańska córka. Rozważał pan możliwość zwrócenia się do policji?

– Rozmawiałem o tym wczoraj wieczorem z miejscowym szeryfem. Hooper jest moim przyjacielem, pracował niegdyś u mego ojca. Uważa, że składając meldunek o zaginięciu, nic nie osiągniemy. Podobno musi zaistnieć przestępstwo, żeby ci ludzie zaczęli coś robić. – Nie zmieniając swego bezbarwnego tonu, dodał: – Szeryf Hooper polecił mi pana.

– To miło z jego strony.

– Twierdzi, że ma pan opinię człowieka dyskretnego. Mam nadzieję, że jest ona uzasadniona. Nie chcę wokół tej sprawy żadnego rozgłosu, a miałem już złe doświadczenia z tak zwanymi prywatnymi detektywami.

– Jakie?

– Nie będziemy w to wnikać. Nie ma to nic wspólnego z tą sprawą. – Przyciskał portfel do brzucha jak gorący okład. – Ile pan chce na początek?

– Pięćset – odparłem, choć zwykle żądam połowy tej sumy.

Bez dyskusji wręczył mi dziesięć pięćdziesięciodolarowych banknotów.

– Proszę nie zakładać, że pan mnie kupił. Nadal uważam, że mam swobodę ruchów i mogę kierować się tam, dokąd zaprowadzą mnie fakty.

Wycherly zdobył się na sztuczny uśmiech.

– Oczywiście w granicach wyznaczonych przez dyskrecję. Nie chcę, żeby Catherine zaczęła rozgłaszać oszczerstwa, dotyczące... mnie i Phoebe.

– Jakiego rodzaju oszczerstwa ma zwyczaj rozgłaszać?

– Proszę pana... – Podniósł rękę. – Catherine zajęła nam już dość czasu. Bądź co bądź interesuje nas Phoebe.

– No dobrze. Mówi pan, że przyjechała na statek, by się z panem pożegnać i że nie wie pan, co robiła później. Kiedy to miało miejsce?

– „Prezydent Jackson” wypłynął drugiego listopada. Wróciliśmy do San Francisco wczoraj. Próbowałem dodzwonić się do Phoebe zaraz po przycumowaniu. Byłem zaniepokojony brakiem listów od niej, choć nie aż tak zaniepokojony, jak powinienem być. Nigdy nie pisywała zbyt chętnie. Może pan sobie wyobrazić szok, jakiego doznałem, kiedy jej współlokatorka oznajmiła mi przez telefon, że nie ma jej od dwóch miesięcy.

– Czy ta współlokatorka nie była zaniepokojona?

– Chyba była. Ale przekonała samą siebie lub została przekonana, że Phoebe przebywa ze mną. Uznała, że moja córka w ostatniej chwili postanowiła wybrać się w ten rejs.

– Czy rozmawiał pan z Phoebe o takiej możliwości?

– Owszem, rozmawiałem. Chciałem, żeby popłynęła ze mną. Ale ona zaczynała ostatni rok studiów, w nowym college’u, więc zamierzała przyłożyć się do nauki. Phoebe jest bardzo odpowiedzialną dziewczyną.

– A poza tym miała tam chłopca.

– Tak. Jestem pewien, że nie pozostało to bez wpływu na jej decyzję.

– Co o nim mówiła?

– Niewiele. O ile wiem, znała go zaledwie od dwóch miesięcy. Przeniosła się do Boulder Beach we wrześniu.

– Może dowiem się czegoś o nim od tej współlokatorki. Zechciałby pan podać mi jej nazwisko?

– Dolly Lang. Rozmawiałem przez telefon z nią i z właścicielką mieszkania. Jedna i druga to typowe, oderwane od rzeczywistości, niemądre kobiety.

– Jak się nazywa ta właścicielka mieszkania?

 

– Phoebe nie rozmawiała ze mną o niej. Z pewnością ją pan odszuka. Mieszka w Boulder Beach na Oceano Avenue, pod numerem 221. Chyba niedaleko uniwersytetu. Kiedy pan tam już dotrze, powinien pan porozmawiać z ludźmi, którzy znają Phoebe – jej profesorami i asystentami. Zakładam, że wybierze się pan do Boulder Beach jeszcze dziś; można tam łatwo dojechać przez góry...

Mówił dalej, wpadając w gorączkowy słowotok. Czekałem, aż się wygada. Należał do gatunku władczych mężczyzn, którym łatwiej jest mówić innym, co mają robić, niż zrobić coś dla samych siebie.

– To raczej pan powinien skontaktować się z pracownikami uczelni – stwierdziłem, kiedy skończył. – Będą chętniej rozmawiać z panem niż ze mną.

– Ale ja nie zamierzałem jechać tam dzisiaj.

– Dlaczego?

– Nie prowadzę samochodu. Nie cierpię tego. Po prostu nie mam do siebie zaufania i boję się, że mógłbym spowodować wypadek.

– A ja nie mam zaufania do nikogo innego.

W ciszy, jaka między nami zapadła, unosiła się niewyraźnie atmosfera poufałego porozumienia. Zdałem sobie niejasno sprawę, że właśnie wymieniliśmy swoje poglądy na życie.

– Proszę jechać ze mną, jeśli ma pan ochotę – dodałem w końcu.