Człowiek pogrzebanyTekst

Z serii: Lew Archer
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Człowiek pogrzebany
Człowiek pogrzebany
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Człowiek pogrzebany
Człowiek pogrzebany
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ross Macdonald

Człowiek pogrzebany

Przełożył Krzysztof Zarzecki

Saga

Człowiek pogrzebany

Tłumaczenie: Krzysztof Zarzecki

Tytuł oryginału: The Underground Man

Język oryginału: angielski

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

The Underground Man © 1971 by Ross Macdonald

Published by agreement with Harold Ober Associates and Graal Sp. z o.o.

Copyright © 2021 SAGA Egmont

ISBN: 9788726279344

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ROZDZIAŁ I

Suchy szelest liści obudził mnie o bladym świcie. Okno pęczniało gorącym oddechem wiatru. Wstałem, zamknąłem je i położywszy się słuchałem szumów na dworze. Po jakimś czasie wiatr ucichł, więc wstałem i otworzyłem okno z powrotem. Do pokoju wtargnęło chłodne powietrze, niosące świeżą woń oceanu i nieco mniej świeżą Zachodniego Los Angeles. Wróciłem do łóżka i spałem, dopóki nie obudziły mnie moje sójki.

Nazywam je moimi. Jest ich pięć czy sześć. Jedna po drugiej spadają na mój parapet lotem nurkowym, po czym wracają na magnolię przed sąsiednim domem. Poszedłem do kuchni, otworzyłem puszkę orzeszków arachidowych i cisnąłem garść przez okno. Sójki śmignęły za nimi na ziemię. Zarzuciłem coś na siebie i z puszką w ręku zszedłem po zewnętrznych schodach do ogrodu za domem.

Był jasny wrześniowy ranek. Niebo miało na krańcach żółtawy odcień, jak tani papier płowiejący na słońcu. Nie było najlżejszego powiewu, w powietrzu wisiała, napływającą z głębi lądu duchota i żar pustyni.

Rzuciłem moim sójkom następną garść orzeszków i patrzyłem, jak skaczą za nimi po trawie, gdy drzwi jednego z parterowych mieszkań, należącego do małżeństwa nazwiskiem Waller, otworzył mały chłopiec w niebieskim płóciennym ubranku. Miał ciemne, krótko ostrzyżone włosy i pełne przejęcia niebieskie oczy.

— Mogę podejść?

— Nie przeszkadzasz mi.

Zostawiwszy otwarte na oścież drzwi, zaczął się zbliżać z przesadną ostrożnością, żeby nie spłoszyć ptaków. Sójki podfruwały skrzecząc i starając się przechytrzyć jedna drugą. Nie zwracały na niego najmniejszej uwagi.

— Czym pan je karmi? Orzeszkami?

— Tak. Może ty chcesz orzeszków?

— Nie, dziękuję. Tatuś zabiera mnie z wizytą do babci. Ona zawsze daje mi mnóstwo Jedzenia. I też karmi ptaszki. — Po chwili milczenia dodał: — Ja też lubię karmić ptaszki.

Podałem mu puszkę. Wziął garść orzeszków i cisnął na trawę. Sójki opadły gromadą. Dwie zaczęły się bić, wrzaskliwie, ale bezkrwawo. Chłopiec zbladł.

— Czy one się zabiją? — zapytał, załamującym się, cienkim głosikiem.

— Nie, czubią się tylko.

— Czy sójki zabijają inne ptaki?

— Czasami. — Spróbowałem zmienić temat. — Jak się nazywasz?

— Ronnie Broadhurst. Jakie ptaki zabijają?

— Pisklęta innych gatunków.

Uniósł ramiona i przycisnął złożone ręce do piersi jak nie wyrośnięte skrzydła.

— Ale dzieci nie zabijają?

— Nie, są na to za małe.

To jakby dodała mu otuchy.

— Może bym teraz spróbował orzeszka. Mogę?

— Oczywiście.

Ustawił się przede mną, unosząc twarz do góry i mrużąc oczy w porannym świetle.

— Niech pan rzuci, to złapię buzią.

Rzuciłem orzeszek, który rzeczywiście złapał. Potem jeszcze parę. Część złapał, część upadła na trawę. Sójki śmigały koło niego jak odpryski stłuczonego nieba.

Z ulicy wszedł na podwórze młody mężczyzna w sportowej koszuli w seledynowe paski. Wyglądał jak dorosły sobowtór chłopca i sprawiał wrażenie równie jak on nagiętego. Palił nerwowo cienkie brązowe cigarillo.

Z otwartych drzwi mieszkania Wallerów, jakby czekała na jego pojawienie się, wyszła młoda kobieta z ciemnymi włosami związanymi w koński ogon. Była wystarczająco ładna, by mi uświadomić, że jestem nie ogolony.

Mężczyzna udawał, że jej nie widzi. Zwrócił się oficjalnie do chłopca:

— Dzień dobry, Ronaldzie.

Chłopiec spojrzał na niego, ale się nie odwrócił. Kiedy mężczyzna i kobieta zbliżali się do niego z dwu stron, na jego twarzy zgasł wyraz beztroskiej radości. Małe ciałko zdawało się kurczyć pod ciężarem ich obecności. Odpowiedział cienkim głosikiem:

— Dzień dobry.

Mężczyzna obrócił się gwałtownie do kobiety.

— On się mnie boi! Na miłość Boską, coś ty mu naopowiadała?

— Nie rozmawialiśmy o tobie. Dla naszego wspólnego dobra.

Mężczyzna pochylił głowę. Chociaż nie ruszył nogą, wyglądało, że się szykuje do ataku.

— Co to znaczy dla naszego wspólnrgo dobra? Czy to zarzut?

— Nie, Stan. Chociaż miałabym ci niejedno do zarzucenia.

— Ja też. — Zwrócił wzrok w moją stronę. — Z kim Ronnie się bawi? Ą może to ty się zabawiasz?

Machnął żarzącym się cigarillem.

— Nawet nie wiem jak pan się nazywa.

— Cóż to dla ciebie za różnica?

Nie patrzył na mnie. Kobieta poszarzała na twarzy, jakby jęj się zrobiło nagle słabo.

— Tego już za wiele, Stan. Proszę cię, bez scen.

— Jeśli nie chcesz scen, to dlaczegoś się wyniosła z domu?

— Dobrze wiesz, dlaczego. — I zmienionym głosem: — Czy ta dziewczyna jeszcze jest w domu?

— Nie będziemy o niej dyskutowali. — Raptownie obrócił się do chłopca. — Chodź, Ronnie, idziemy. Babcia Nell czeka na nas w Santa Teresa.

Chłopiec Stał między nimi z zaciśniętymi piąstkami. Patrzył w ziemię.

— Nie chcę jechać do Santa Teresa. Muszę?

— Musisz — powiedziała kobieta.

Zrobił ruch w moją stronę.

— Chcę zostać tutaj. Chcę zostać z tym panem.

Złapał mnie za pasek i stał ze spuszczoną głową, z buzią schowaną przed światem dorosłych. Ojciec podszedł do niego.

— Puść go.

— Nie puszczę.

— Czy to przyjaciel mamusi? Przyjaciel mamusi, co?

— Nie.

— Mały kłamczuch!

Mężczyzna rzucił cigarillo i zamierzył się na chłopca. Złapałem malca pod ramiona i uniosłem przed uderzeniem. Trzymając go w powietrzu, czułem, jak drży. Kobieta powiedziała:

— Zostaw go, Stan. Nie widzisz, jaką mu robisz krzywdę?

— To ty mu robisz krzywdę! Przyjechałem go zabrać na przejażdżkę, mama na nas czeka i co? — Głos nabrzmiał mu skargą: — Pakuję się w piękną scenę rodzinną. Okazuje się, ze Ronnie ma już nowego tatusia.

— To wszystko się kupy nie trzyma — wtrąciłem się. — Poznaliśmy się z Ronniem przed chwilą. Jesteśmy tylko sąsiadami, zupełnie nowymi sąsiadami.

— Więc niech go pan puści. To mój syn.

Postawiłem chłopca na ziemi.

— I na przyszłość z daleka od niego z brudnymi łapami.

Korciło mnie, żeby rąbnąć faceta. Ale chłopcu by to nie pomogło, a kobiecie też mogło tylko zaszkodzić. Powiedziałem jak najspokojniej:

— Niech pan już lepiej idzie.

— Wolno mi chyba zabrać własnego syna.

Chłopiec obrócił się do mnie.

— Czy ja muszę z nim iść?

— Przecież to twój tatuś. Ciesz się, że masz tatusia i je dziesz z nim do babci.

— Pan ma rację — przytaknęła matka. — Idź z tatusiem, Ronnie. Zawsze się świetnie zgadzacie, kiedy mnie nie ma. Babci Nell byłoby przykro, gdybyś nie przyjechał.

Chłopiec podszedł do ojca ze spuszczoną głową. Podał mu rączkę i ruszyli w stronę ulicy.

— Przepraszam za męża — powiedziała kobieta.

— Nie ma za co. Nie przejmuję się takimi rzeczami.

— Ale ja się przejmuję, w tym cały kłopot. Zrobił się taki agresywny. Dawniej taki nie był.

— Myślę. Nie uchowałby się.

Chciałem to powiedzieć lekko, półżartem, ale wypadło ciężko. Rozmowa się urwała. Spróbowałem ją podtrzymać.

— Przyjaźni się pani z Wallerami?

— Tak. Profesor Waller był moim opiekunem na uniwersytecie. — W jej głosie brzmiała nutka nostalgii. — Jest nim właściwie do dzisiaj. Opiekują się mną oboje z Laurą. Zadzwoniłam do nich do Lake Tahoe wczoraj wieczorem, kiedy… — Nie dokończyła zdania. — Pan też się z nimi przyjaźni?

— Nie, ale pozostajemy w dobrosąsiedzkich stosunkach. Prawda, nazywam się Archer. Mieszkam tu na piętrze.

Kiwnęła głową.

— Laura wspomniała o panu proponując mi wczoraj mieszkanie. Powiedziała, że w razie czego mogę się do pana zwrócić. — Posłała mi niepewny, chłodny uśmieszek. — Właściwie niechcący już się to stało. Dziękuję za to, co pan zrobił dla Ronniego.

— Cieszę się, że mogłem coś zrobić.

Ale byliśmy skrępowani. Napastliwe zachowanie jej męża wycisnęło piętno na rozpoczynającym się dniu. Scena, którą urządził, wisiała deprymująco nad naszymi głowami. Jakby dla zatarcia nieprzyjemnego wrażenia, kobieta powiedziała:

— Naparzyłam właśnie kawy. Zmarnuje się, jeśli pan się ze mną nie napije. Specjalna mieszanka Laury.

— Dziękuję bardzo, ale to chyba nie najlepszy pomysł. Pani mąż może wrócić. — Słyszałem z ulicy otwieranie i zamykanie drzwiczek, ale nie słyszałem zapalania motoru. — Jest zdolny do wszystkiego.

— Chyba pan nie mówi serio.

Ale w jej głosie było pytanie.

— Jak najbardziej. Widziałem wielu ludzi w jego stanie i nauczyłem się w miarę możności unikać zadrażnień.

 

— Laura mówiła, że pan jest detektywem. Czy to prawda?

Na jej twarzy pojawiło się jakby wyzwanie.

— Tak, ale dziś świętuję. Mam nadzieję, że nie mi nie stanie na przeszkodzie.

Powiedziałem to z uśmiechem, ale popełniłem błąd, bo zrobiło jej to przykrość. Oczy jej pociemniały, wargi się zacisnęły. Brnąłem dalej:

— Skorzystam ż zaproszenia przy najbliższej okazji.

Potrząsnęła głową, nie tyle do mnie, co do swoich myśli.

— Nie wiem... nie wiem jeszcze, czy tu zostanę.

Z ulicy dobiegł odgłos otwieranych drzwiczek i na podwórze wszedł Stanley Broadhurst bez chłopca.

— Nie przeszkadzam?

— W czym miałbyś przeszkadzać? — odpowiedziała kobieta. — Gdzie Ronnie?

— W wozie. Przyjdzie szybko du siebie w towarzystwie ojca. — Zabrzmiało to tak, jakby tym ojcem był ktoś trzeci. — Zapomniałaś mi dać jego zabawki, zwierzątka i inne skarby. Podobno są zapakowane.

— Tak, oczywiście.

Widać było, że jest zła na siebie. Pobiegła do mieszkania i wróciła z granatową torbą lotniczą.

— Pozdrów ode mnie mamę.

— Jasne.

W jej tonie było niewiele ciepła, w jego odpowiedzi ani cienia. Sprawiali wrażenie pary, która ma się już nigdy nie zobaczyć. Poczułem tępy skurcz strachu — tępy, bonawykłem tłumić starch. Obawiałem się chyba głównie o chłopca. Najchętniej zatrzymałbym Broadhursta i sprowadził malca z powrotem. Ale nie uczyniłem tego.

Broadhurst wyszedł z torbą na ulicę. Wbiegłem po dwa stopnie na górę i przeszedłem po zewnętrznej galerii na front domu. Przy krawężniku stał stosunkowo nowy czarny otwarty Ford. Na przednim siedzeniu siedziała młoda blondynka w żółtej sukience bez rękawów. Lewą ręką obejmowała sztywno chłopca.

Stanley Broadhurst usiadł za kierownicą. Zapuścił motor i ruszył szybko. Nie udało mi się zobaczyć twarzy dziewczyny. W skrócie z góry widziałem tylko nagie ramiona, wysokie piersi i rozwiane blond włosy.

Skurcz strachu o chłopca zamienił się w jątrzącą obawę. Wszedłem do łazienki i przejrzałem się w lustrze, jakbym chciał ze swojej twarzy wyczytać przyszłość malca. Al e w bruzdach erozji pod oczami i w szpakowatych błyskach całodziennego zarostu na brodzie wyczytałem tylko własną przeszłość.

Ogoliłąm się i włożyłem czystą koszulę. Zacząłem schodzić na dół, ale w połowie schodów zatrzymałem się, oparty o balustradę. Pakujesz się w kabałę, powiedziałem sobie. Przystojna młoda kobieta z przyjemnym chłopcem i zbłąkanym mężem. Gorący wiatr dął mi w twarz.

ROZDZIAŁ II

Minąłem zamknięte drzwi mieszkania Wallerów i ruszyłem ulicą do najbliższego kiosku po niedzielne wydanie „Los Angeles Timesa.” Przydygowałem gazetę do domu i spędziłem przedpołudnie czytając ją od deski do deski, blisko dwieście stron, włącznie z drobnymi ogłoszeniami, z których czasami można się do wiedzieć o Los Angeles więcęj niż z miejscowych sensacji.

Wziąłem zimny prysznic. Potem usiadłem przy biurku w pokoju frontowym, sprawdziłem stan książeczki czekowej i postanowiłem uregulować rachunki za telefon i światło. Fakt, że terminy płatności jeszcze nie minęły, poprawił mi nieco nastrój. Wkładałem czeki do kopert, gdy usłyszałem przed drzwiami kobiece kroki.

— Pan Archer?

Otworzyłem drzwi. Upięła włosy i włożyła krótką, modną, barwną sukienkę i wzorzyste biąłe pończochy. Miała niebieskie cienie ma powiekach i umalowane karminowo usta. Ale pod tym wszystkim czuło się napięcie i dziewczęcą wrażliwość.

— Nie będę przeszkadzać, jeśli pan zajęty.

— Nie jestem zajęty. Proszę, niech pani wejdzie.

Weszła i omiotła pokój taksującym wzrokiem. Gdybym tego nie wiedział, musiałbym sobie uświadomić, jak sfatygowane są moje meble. Zamknąłem za nią drzwi, wyciągnąłem fotel zza biurka.

— Nie usiądzie pani?

— Dziękuję. — Ale stała dalej. — Czy pan wie, że w Santa Teresa jest pożar? Las się pali. Nie słyszał pan?

— Nie, ale przy tej pogodzie nietrudnp o pożary.

— Według radia ogień wybuchł w pobliżu rancza babci Nell… to znaczy mojej teściowej. Usiłuję się do niej dodzwonić, ale nikt nie odpowiada. Ronnie powinien tam być. Jestem okropnie niespokojna.

— Czemu?

Zagryzła dolną wargę tak, że na zębach pozostałą szminka.

— Nie mam pewności, czy mąż opiekuje się nim należycie. Nie powinnam mu była dawać dziecka.

— Więc czemu pani dała?

— Nie mogę Stanleyowi odmówić prawa do syna. Chłopcu potrzebne jest towarzystwo ojca.

— Nie towarzystwo Stanleya w jego obecnym stanie.

Popatrzyła na mnie trzeźwo. Potem pochyliła się i niepewnie wyciągnęła w moją stronę rękę.

— Niech pan mi go pomoże odzyskać.

— Kogo? Męża czy syna?

— Obu. Ale przede wszystkim syna. Boję się o niego. W radio mówili, że pewnie będą ewakuować część domówi. Nie mam pojęcia, co się dzieje w Santa Teresa.

Podniosła dłoń do czoła zasłaniając oczy. Ująłem ją pod ramię i posadziłem na kanapie. Potem poszedłem do kuchni, wypłukałem szklankę i przyniosłem jej wody. Wypiła drżącymi wargami. Jej długie nogi tancerki w białych pończochach wyglądały na tle wytartego dywanu jak przeniesione z innego, teatralnego wymiaru. Usiadłem przy biurku, na pół od niej odwrócony.

— Pamięta pani numer telefonu teściowej?

Podała mi włącznie z numerem kierunkowym. Połączyłem się bezpośrednio. Sygnał po drugiej stronie zahuczał nagląco dziewięć czy dziesięć razy. Nieoczekiwanie zaskoczył mnie cichy trzask podnoszonej słuchawki. Odezwał się kobiecy głos:

— Tak?

— Czy pani Broadhurst?

— Przy telefonie.

Głos był energiczny, ale nie niegrzeczny.

— Synowa chce z panią mówić. Chwileczkę.

Oddałem kobiecie słuchawkę, ustępując jej miejsca przy biurku. Wyszedłem do sypialni, zamykając za sobą drzwi, i podniosłem słuchawkę aparatu przy łóżku. Starsza pani mówiła:

— Nie widziałam dzisiaj Stanleya. W soboty mam zawsze swój różowy dyżur1, Stanley o tym dobrze wie. Dopiero wróciłam ze szpitala.

— Nie spodziewa się go mama?

— Może później, Jean.

— Mówił, że jesteście umówieni na dzisiaj rano i ze obiecał przywieźć Ronniego.

— To pewnie przyjedzie. — Głos starszej pani zrobił się wyraźniejszy, wymijający. — Nie rozumiem, dlaczego to takie ważne?

— Wyjechali ładne parę godzin temu — powiedziała Jean. — Podobno w sąsiedztwie jest pożar.

— Tak. Dlatego wróciłam wcześniej ze szpitala. Wybacz, Jean, muszę kończyć rozmowę.

Odłożyła słuchawkę, ja też. Kiedy wróciłem do pokoju, Jean ze zmarszczonym czołem wpatrywała się w słuchawkę, jak w coś żywego, co niespodziewanie zamarło jej w dłoni.

— Stan mnie okłamał — oznajmiła. — Jego matka była przez całe rano w szpitalu. Zawiózł tę dziewczynę do pustego domu.

— Czy pani się rozchodzi ze Stanleyem?

— Nie wiem, czy do tęgo nie dojdzie. Ja tego nie chcę.

— Kim jest ta blondynka?

Uniosła słuchawkę i rzuciła ją z pasją na widełki. Poczułem się, jakbym był na drugim końcu linii.

— Nie będziemy o tym dyskutowali — powiedziała.

Zmieniłem nieznacznie temat.

— Jak dawno są państwo w separacji?

— Dopiero od wczoraj. I wcale nie jesteśmy w separacji. Myślałam, że jak porozmawia z matką…

Urwała.

— To ona weźmie pani stronę? Nie liczyłbym na to na pani miejscu.

Spojrzała na mnie zaskoczona.

— Zna pan moją teściową?

— Nie. Ale nie liczyłbym mimo wszystko. Czy pani Broadhurst ma pieniądze?

— Czy ja... Czy to się tak rzuca w oczy?

— Nie. Ale nic się nie dzieje bez powodu. Pani mąż posłużył się imieniem matki, żeby wydostać Ronniego.

Zabrzmiało to jak oskarżenie, pod którego ciężarem spuściła głowę.

— Ktoś panu o nas naopowiadał.

— Pani.

— Ja nic nie mówiłam o teściowej. Ani o żadnej blondynce.

— Zdawało mi się, że pani mówiła.

Zagłębiła się w myślach. Było jej z tym do twarzy, Odprężyła się, napięcie widoczne w całej postaci zelżało.

— Wiem. Wczoraj wieczorem po moim telefonie Wallerowie zadzwonili do pana z Tahoe i opowiedzieli o mnie. Co Laura panu powiedziała? Czy też to Bob?

— Nic. Nie dzwonili do mnie.

— Więc skąd pan wie, że to blondynka?

— Zwykle jest jakaś blondynka.

— Nabija się pan ze mnie — powiedziała nieoczekiwanie młodzieńczym głosem. — To niezbyt ładnie w tej sytuacji.

— Więc dobrze. Widziałem ją. — Powiedziawszy to uświadomiłem sobie, że staję się świadkiem, jej świadkiem, i ze ż tymi słowami ulatuje moja ostatnia szansa niewplątywania się w jej życie. — Była w aucie, kiedy stąd odjeżdżali.

— Czemu pan mi nic nie powiedział? Byłabym ich zatrzymała.

— Jak?

— Nie wiem. — Spojrzała na swoje ręce. Nagle jej rysy rozmazały się w żałosnym przebłysku humoru. — Mogłabym wyjść z transparentem: żona. Albo położyć się przed autem. Albo napisać do prezydenta.

Przerwałem jej, żeby się nie doprowadziła do histerii.

— Przynajmniej się z tym nie kryje. Poza tym jest z nimi Ronnie, więc nie bardzo mogą...

Nie dokończyłem zdania. Potrząsnęła śliczną głową.

— Nie wiem, co mogą. Niepokoi mnie właśnie to, że się nie kryją. Są obydwoje niepoczytalni. Mówię poważnie. Przywiózł ją wczoraj z biura i zatrzymał na obiedzie bez porozumienia się ze mną. Była chyba pod działaniem czegoś, bo odpowiadała nie bardzo do rzeczy.

— W jakim biurze Stanley pracuje?

— W firmie ubezpieczeniowej w Northridge. To tam, gdzie mieszkamy. Ale ona tam nie pracuje, nie trzymaliby jej przez jeden dzień. Może jest studentką albo nawet uczennicą. Jest zupełnie młoda.

— Co znaczy zupełnie młoda?

— Ma najwyżej dziewiętnaście lat. To mi się od razu wydało podejrzane. Bo według Stana jest jego koleżanką szkolną, która go odnalazła w biurze. A jest od niego co najmniej o siedem, osiem lat młodsza.

— Mówi pani, że była pod działaniem czegoś?

— Tak, ale nie wiem, co to mogło być. Opowiadała Ronniemu takie niesamowite rzeczy. Wcale mi się to nie podobało. Chciałam, żeby Stanley ją spławił, ale odmówił. Więc zatelefonowałam do Laury Waller, no i wylądowałam tutaj.

— Chyba źle pani zrobiła.

— Teraz to rozumiem. Powinnam była zostać i rozmowić się z nimi. Sęk w tym, że od pewnego czasu staliśmy się sobie obcy. Stan jest całkowicie pochłonięty swoimi sprawami, zupełnie na mnie nie zwraca uwagi. W takiej sytuacji kobieta traci grunt pod nogami.

— Chciała pani skończyć z tym małżeństwem?

Zastanowiło ją to.

— Nie przyszło mi to do głowy. Może i chciałam. Muszę to przemyśleć. — Wstała i oparła się o biurko jak modelka, z biodrem wysuniętym do przodu. — Ale nie teraz, proszę pana. Muszę jechać do Santa Teresa. Zawiezie mnie pan? I pomoże odzyskać Ronniego?

— Jestem prywatnym detektywem. Żyję z tego.

— Tak, Laura Waller mi mówiła. Dlatego się do pana zwracam. Oczywiście zapłacę panu.

Otworzyłem drzwi i spuściłem zatrzask.

— Co jeszcze Laura powiedziała pani o mnie?

— Że jest pan samotnym człowiekiem — odparła z nieoczekiwanie promiennym uśmieszkiem.

ROZDZIAŁ III

Czekałem na nią w saloniku Wallerów. Książki, w znacznej części obcojęzyczne, pokrywały ściany jakby izolując pokój przed światem rzeczywistym. Wróciła z pakowną torbą i dwoma płaszczami, swoim i małego.

Wyprowadziłem auto z garażu za domem i pojechaliśmy w kierunku autostrady do Ventury, oddalając się od oceanu. Południowe słońce lało z nieba żar i błyskało nieoczekiwanie na szybach i chromie samochodów. Włączyłem klimatyzację.

— Jak przyjemnie — powiedziała.

Jej obecność obok mnie stwarzała iluzję, że istnieje jakaś furtka w inny czas czy wymiar. Napawała otuchą nieczęstą w święcie, w którym się obracałem. I pozwalała zapomnieć o tym cholernym ruchu na autostradzie.

Skręciwszy w kierunku Sepulvedy przez dobrą chwilę zastanawiałem się, od czego zacząć rozmowę.

— Wie pani co, pani Broadhurst, czuję się jakby trochę mniej samotny.

— Proszę mi mówić Jean. Pani Broadhurst brzmi, jakby pan się zwracał do mojej teściowej.

— Czy to coś złego?

— Niekoniecznie, to nie jest zła kobieta. Jest całkiem do rzeczy, tylko pasuje do niej właśnie określenie pani. Jest w głębi duszy, przeraźliwie smutna. Po to jest pewnie dobre wychowanie: do ukrywania tego, co człowiek nosi w głębi duszy.

 

— Dlaczego jest smutna?

— Ma dość powodów. — Popatrzyła na mój profil, moje jedno widoczne oko. — Ale pan dociekliwy.

— To nieodzowne w mojej pracy.

— Pracuje pan w tej chwili?

— Prosiła mnie pani o to. Czy fakt, że jestem sąsiadem Wallerów, miał wpływ na pani decyzję skorzystania z ich gościny?

— Fakt, że pan jest detektywem?

— Powiedzmy.

— Może. Może był jedną z okoliczności, które mnie do tego skłoniły. Czy to ważne?.

— Dla mnie tak. Nie wierzę w przypadki. I lubię jasne sytuacje.

— Czy nie za wiele pan wymaga?

— To groźba? — zapytałem.

— Raczej wyzwanie. Myślałam o sobie. O swojej sytuacji.

— Skoro już doszło do wyznań, czy to pani wysłała Ronniego na karmienie ptaszków?

— Nie, to był jego pomysł. — W jej głosie nie było wahania. Dorzuciła: — Jeśli pan nie wierzy w przypadki, to w pańskim świecie nie ma wiele miejsca na spontaniczność.

— To nie mój świat. Jakie są te pozostałe okoliczności, o których pani wspomniała?

— N-nie wiem — zająknęła się — co pan chce wiedzieć.

— Jak do tego wszystkiego doszło?

— Traktuje pan sprawę poważnie.

W jej głosie była nutka zdziwienia.

— Tak.

— Ja też. W końcu to moje życie wali się w gruzy. Ale gdybym to miała wyjaśnić, nie wiedziałabym, od czego zacząć.

— Od początku. Zaczęła pani mówić o teściowej. Dlaczego jest smutna?

— Starzeje się.

— Ja też się starzeję, a nie jestem smutny.

— Nie? Z kobietami to inna sprawa.

— A pani teść się nie starzeje?

— Teścia nie ma. Uciekł przed laty z inną kobietą. Teraz zanosi się na to, że Stanley pójdzie w jego ślady.

— Ile miał lat, kiedy uciekł jego ojciec?

— Jedenaście, może dwanaście. Nigdy, o tym nie wspomina, ale to było najważniejsze przeżycie jego dzieciństwa. Powinnam o tym pamiętać, zanim go potępię. Przeżył ucieczkę ojca bardziej niż jego matka.

— Skąd pani wie, skoro nigdy o tym nie wspomina?

— Dobre, pytanie.

— Niech się pani postara równie dobrze odpowiedzieć, Jean.

Zastanowiła się. Nie widziałem jej twarzy, ale kącikiem oka widziałem sylwetkę z rękami na kolanach. Siedziała z głową pochyloną nad pustymi dłońmi, jakby miała nimi rozwiązać supeł albo rozplątać kłębek włóczki.

— Stanley od dłuższego czasu poszukuje ojca — po wiedziała — i coraz bardziej go to wykańcza. A może odwrotnie. Może poszukuje ojca w nadziei, że pozwoli mu się to pozbierać.

— Czy pani mąż nie przeszedł jakiegoś kryzysu nerwowego?

— Aż tak nie. Ale właściwie całe jego życie jest jednym wielkim kryzysem. Należy do tych przesadnie pewnych siebie ludzi, którzy przy bliższym poznaniu okazują się pełni kompleksów. Przez to robi często głupstwa. Z ledwością ukończył uniwersytet. Nawiasem mówiąc, dzięki temu go poznałam. Chodziliśmy, razem na lektorat francuskiego, zwrócił się do mnie o korepetycje. Coś z układu korepetytorka i uczeń przeszło do naszego małżeństwa — dokończyła z wyważoną ironią.

— To przykre dla mężczyzny mieć inteligentniejszą żonę.

— Myśli pan, że dla żony nie? Ale nie powiedziałabym, że jestem zdecydowanie inteligentniejsza od Stanleya. Jest jak gdyby człowiekiem, który nie może odnaleźć siebie.

— A szuka?

— Tak, stara się bardzo od pewnego czasu.

— Szuka ojca.

— Tak to ujmuje przed samym sobą. Wydaje mu się chyba, że opuszczając go ojciec odarł jego życie z wszelkiego sensu. Brzmi to absurdalnie, ale może nie jest takim absurdem. Ma żal do ojca, że go porzucił, a równo cześnie kocha go i tęskni za nim. Przyzna pan, że takie połączenie może działać paraliżująco.

Uczucie, z jakim to powiedziała, zaskoczyło mnie. Zależało jej widać na mężu bardziej, niż chciała przyznać.

Minęliśmy niską przełęcz i rozpoczęliśmy zjazd w dolinę. Nad kotliną unosiły się warstwy brunatnego pyłu przesłaniając przeciwległe zbocza. Jak w starym filmie, z lotniska Van Nuys zaczął się mozolnie piąć w górę bombowiec z drugiej wojny światowej. Skręcił na północ, zapewne do pożaru w Santa Teresa.

Nie powiedziałem tego siedzącej obok kobiecie. Zaczynała mnie nurtować inna myśl. Jeśli Stanley rzeczywiście poszedł w ślady ojca i uciekł z dziewczyną, to wątpliwe, by jechał akurat do swojej matki. Znacznie prawdopodobniejsze, że wybrał za cel Las Vegas albo Meksyk.

Minęliśmy tablicę zapowiadającą zjazd do Northridge. Spojrzałem na towarzyszkę. Siedziała pochylona, rozplątując swój niewidoczny węzeł.

— Jak daleko od autostrady jest państwa dom?

— Jakieś pięć minut. Dlaczego?

— Dobrze byłoby tam zajrzeć. Nie mamy pewności, że Stanley zabrał małego do Santa Teresa.

— Myśli pan, że mogą być w domu?

— To niezbyt prawdopodobne, ale niewykluczone. Sprawdźmy dla pewności.

Mieszkali w jednym z szeregu nowiuteńkich domków jednorodzinnych tworzących uliczkę o nazwie College Circle. Wszystkie miały od frontu ganki sięgające piętra, wsparte na solidnych drewnianych kolumnach, różniły się tylko kolorem. Domek Broadhurstów był pomalowany na szafirowo z błękitnymi kolumnami.

Jean weszła drzwiami frontowymi, a ja wjechałem na tył domu. Okazało się, że za imponującą fasadą jest to zwykły wiejski drewniak, jakby projektant postanowił skrzyżować dworek południowego plantatora z barakiem jego niewolników. Płot z żerdzi oddzielał parcelę od sąsiadów.

Drzwi garażu były zamknięte, więc podszedłem do okienka z boku. Jedynym autem w podwójnym garażu był zielony Mercedes, niczym nie przypominający czarnego kabrioletu Stanleya. W drzwich kuchennych ukazała się Jean. Posłała rru rozpaczliwe spojrzenie i rzuciła się biegiem przez trawnik pod okienko garażu.

— Są tam?

— Nie.

— Dzięki Bogu! Przez moment myślałam, że popełnili samobójstwo. — Stanęła koła mnie okienku. — To nie nasze auto.

— A czyje?

— Chyba jej. Tak, przypominam sobie. Stanley i ona przyjechali wczoraj dwoma autami. Bezczelna, zostawiać swój wóz w moim garażu! — Obróciła się do mnie z zaciętą twarzą. — A propos, spała w łóżeczku Ronniego. Nie podoba mi się to.

— Niech pani mi pokaże.

Wszedłem za nią kuchennymi drzwiami. Dom już zdradzał oznaki opuszczenia. W zlewie i na szafkach piętrzyły się nie pozmywane naczynia. Na nie obudowanej kuchence stała patelnia do połowy wypełniona skrzepłym tłuszczem i rondel z czymś, co pachniało jak grochówka, ale wyglądało jak skamieniałe, popękane, zielone błoto. Po wszystkim łaziły muchy.

Pokój dziecinny na piętrze miał ściany wytapetowane przyjaznymi zwierzątkami. Pościel na łóżku była zmięta i skotłowana, jakby dziewczyna spędziła niespokojną noc. Na poduszce jak podpis pozostawiła czerwony odcisk ust, pod nią oprawny w spłowiałe zielone płótno egzemplarz „Zielonych dworów” W. H. Hudsona2.

Zajrzałem na pierwszą stronę książki. Był na niej ekslibris z wyrytym aniołem czy muzą piszącą pawim piórem na zwoju papieru. Na ekslibrisie widniało nazwisko: Ellen Strome. Pod nim nabazgrane ołówkiem drugie: Jerry Kilpatrick.

Zamknąłem książkę i schowałem ją do kieszeni marynarki.