Leonardo i Ostatnia WieczerzaTekst

Autor:Ross King
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Mapa Italii (1494 rok)

Drzewo genealogiczne Viscontich i Sforzów

Ostatnia Wieczerza apostołów

Motto

Rozdział I. Koń z brązu

Rozdział II. Portret artysty w wieku średnim

Rozdział III. Cenacolo

Rozdział IV. Wieczerza w Jerozolimie

Rozdział V. Dwór Leonarda

Rozdział VI. Liga Święta

Rozdział VII. Tajemne receptury

Rozdział VIII. „Nieszczęścia ze wszystkich stron”

Rozdział IX. Każdy malarz maluje siebie

Rozdział X. Perspektywa

Rozdział XI. Proporcje

Rozdział XII. Umiłowany uczeń

Rozdział XIII. Jedzenie i picie

Rozdział XIV. Mowa rąk

Rozdział XV. „Nikt nie kocha księcia”

Epilog. Powiedz, czy kiedykolwiek czegoś dokonałem

Podziękowania

Wybrane pozycje bibliograficzne

Zdjęcia

Źródła ilustracji

Przypisy

Tytuł oryginału: LEONARDO AND THE LAST SUPPER

Opracowanie redakcyjne: ANNA KOŁAT

Korekta: BEATA WYRZYKOWSKA, JAN JAROSZUK, JANINA ZGRZEMBSKA

Projekt okładki: TOMASZ LEC

Okładka i reprodukcja Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci © The Bridgeman Art Library

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © 2012 by Ross King

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2017, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-65613-12-7

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

mojemu teściowi,

mjr. E.H. Harrisowi, emerytowanemu pilotowi RAF-u




Ostatnia Wieczerza Leonarda da Vinci

© The Bridgeman Art Library

Chcę czynić cuda.

LEONARDO DA VINCI

ROZDZIAŁ I

Koń z brązu

Astrolodzy i wróżbici byli zgodni: można było zauważyć wyraźne zwiastuny nadciągającej katastrofy. W Puglii, na obcasie włoskiego buta, wzeszły na niebo trzy ogniste słońca. Dalej na północ, w Toskanii, jeźdźcy widma na olbrzymich koniach galopowali w przestworzach przy dźwiękach werbli i trąbek. We Florencji dominikanin Girolamo Savonarola miał wizję – ujrzał miecze wyłaniające się z chmur i czarny krzyż wznoszący się nad Rzymem. W całej Italii posągi oblewały się krwawym potem, a kobiety rodziły potwory.

Te dziwne i niepokojące zdarzenia w lecie 1494 roku zapowiadały wielkie zmiany. Wtedy, jak opisywał później pewien kronikarz, lud Italii doświadczył „niezliczonych straszliwych nieszczęść”[1]. Savonarola przewidział przybycie bezwzględnego zdobywcy zza Alp, który miał spustoszyć kraj. Jego złowieszcze proroctwo szybko się spełniło. We wrześniu król Francji Karol VIII przekroczył alpejską przełęcz z armią ponad trzydziestu tysięcy żołnierzy, zdecydowany pomaszerować przez Italię i zająć tron królestwa Neapolu. Ten bicz boży przedstawiał mało pociągający widok: dwudziestoczteroletni król był niski, cierpiał na krótkowzroczność, a jego ciało miało tak zaburzone proporcje, że zgodnie ze słowami kronikarza Francesca Guicciardiniego „bardziej przypominał monstrum niż człowieka[2]. Jego niezgrabna sylwetka i sympatyczny przydomek „Życzliwy” nie zmieniały faktu, że był wyposażony w najwspanialsze panoplium[1*], jakie kiedykolwiek widziano w Europie.

Pierwszym przystankiem Karola VIII było lombardzkie miasto Asti, gdzie król – zastawiwszy klejnoty, żeby opłacić żołnierzy – został powitany przez swojego potężnego włoskiego sojusznika, Lodovica Sforzę, władcę Mediolanu. Savonarola może i przepowiedział wyprawę Karola, ale to Lodovico wezwał go z drugiej strony Alp. Czterdziestodwuletni książę Mediolanu, z uwagi na swą ciemną cerę zwany Il Moro (Maurem), był tak przystojny, energiczny i przebiegły, jak król Francji był słaby i brzydki. Il Moro przemienił Mediolan – księstwo, którego faktycznym rządcą stał się w 1481 roku, uzurpując sobie władzę swojego małoletniego bratanka, Giana Galeazza – w coś, co władca Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego Maksymilian określił mianem „najlepiej prosperującego królestwa w Italii”[3]. Lodovico nie mógł jednak spać spokojnie. Teściem nieudolnego Giana Galeazza był Alfons II, nowy król Neapolu, którego córka, Izabela, potępiła tę uzurpację i bez skrupułów opowiedziała ojcu o swoich cierpieniach z tego powodu. Alfons nie cieszył się dobrą opinią. „Nigdy nie było księcia bardziej okrutnego, nikczemnego, nieludzkiego, lubieżnego i żarłocznego niż on” – oświadczył ambasador Francji[4]. Lodovicowi powiedziano, by miał się na baczności: pewien doradca ostrzegł go, że do Mediolanu „w niecnym zamiarze” wysłano Neapolitańczyków o złej reputacji[5].

Gdyby jednak Alfonsa można było usunąć z Neapolu – jeśli Karol VIII dałby się przekonać do zgłoszenia swych dyskusyjnych pretensji do tamtejszego tronu (stulecie wcześniej jego pradziadek był królem Neapolu) – to Lodovico mógłby przestać się martwić. I dlatego, według pewnego obserwatora na francuskim dworze, zaczął „pobudzać wyobraźnię Karola [...] opowieściami o marnościach i wspaniałościach Italii”[6].

Lodovico Sforza

Księstwo Mediolanu rozciągało się z północy na południe na długość stu dziesięciu kilometrów – od podnóży Alp do Padu – a ze wschodu na zachód na szerokość dziewięćdziesięciu sześciu kilometrów. W jego sercu, otoczone głęboką fosą, poprzecinane siecią kanałów i chronione przez ciąg kamiennych murów, leżało miasto. Dzięki bogactwu i determinacji Lodovica liczący sto tysięcy mieszkańców Mediolan stał się najwspanialszym miastem Italii. Na jego północno-wschodnim krańcu widniała olbrzymia forteca z cylindrycznymi basztami, a pośrodku wznosiły się mury nowej katedry, której budowę zaczęto w 1386 roku, ale po upływie stulecia końca prac nadal nie było widać. Wzdłuż brukowanych ulic stały pałace z fasadami zdobionymi przez freski. Pewien poeta cieszył się, że do Mediolanu powrócił złoty wiek, a miasto Lodovica pełne jest utalentowanych artystów, którzy tłumnie ciągną na jego dwór „niczym pszczoły do miodu”[7].

Ów poeta nie prawił fałszywych pochlebstw. Lodovico był entuzjastycznym mecenasem sztuki, odkąd w wieku lat trzynastu zamówił portret swojego ulubionego konia[8]. Pod jego panowaniem do Mediolanu napływali luminarze sztuki i intelektu: poeci, malarze, muzycy i architekci, jak również uczeni w grece, łacinie i języku hebrajskim. Uniwersytety w Mediolanie i sąsiedniej Pawii ożyły. Nastąpił rozwój prawa i medycyny. Zlecano budowę nowych budynków; nad horyzontem pojawiły się eleganckie kopuły. Lodovico własnymi rękami położył kamień węgielny pod budowę pięknego kościoła Santa Maria dei Miracoli presso San Celso.

 

Pomimo to werdykt kronikarzy był surowy. Do tej pory Italia cieszyła się czterdziestoma latami względnego spokoju, choć przypadkowe konflikty wybuchały nadal, jak wtedy gdy papież Sykstus IV przystąpił do wojny przeciwko Florencji w roku 1478. Przeważnie jednak włoscy książęta starali się dowieść swojej wyższości nad konkurentami nie na polu bitwy, lecz w rywalizacji na poczucie smaku i wspaniałość własnych dokonań. Teraz jednak zmętniała od krwi fala ruszyła. Lodovico Sforza, kusząc Karola VIII, by wraz ze swoją niszczycielską bronią przekroczył Alpy, bezwiednie ściągnął na Italię – jak przepowiedziały wszystkie gwiazdy – niezliczone i potworne nieszczęścia.


Wśród wielu błyskotliwych dworzan w Mediolanie przebywał artysta wysławiany ponad wszystkich innych. „Raduj się, Mediolanie – pisał pewien poeta w roku 1493 – że w twoich murach są ludzie godni najwyższej czci, tacy jak Leonardo, któremu zarówno starożytni, jak i współcześni mistrzowie nie potrafią dorównać umiejętnością rysowania i malowania”[9].

Tym wirtuozem węgla i pędzla był Leonardo da Vinci; licząc czterdzieści dwa lata, był dokładnie w wieku Lodovica. Toskańczyk, który dwanaście lat wcześniej przybył do Mediolanu szukać sławy, na pewno rzucał się w oczy i urzekał otoczenie swą osobą na dworze Sforzy. Zgodnie z relacjami jego pierwszych biografów był nadzwyczaj przystojny i elegancki. „Był niezwykłej urody” – zachwycał się jeden z pisarzy. „Piękny ciałem i strojem” – zauważał drugi. „Długie włosy, długie rzęsy, bardzo długa broda i prawdziwa szlachetność” – stwierdzał trzeci[10]. Nie brakowało mu też krzepy i wigoru, potrafił ponoć giąć podkowy gołymi rękami. Gdy opuszczał dwór, udawał się w góry; wspinał się na strome szczyty po północnej stronie jeziora Como, gdzie obchodził na czworakach wielkie głazy i walczył ze „strasznymi niedźwiedziami”[11].

To uosobienie męskiej urody nosiło wspaniały tytuł pictor et ingeniarius ducalis – malarz i inżynier książęcy[12]. Do Mediolanu przybył w wieku lat trzydziestu, w nadziei, że wymyśli i skonstruuje straszliwe machiny wojenne, na przykład rydwany, działa oraz katapulty, które – jak zapewniał Lodovica – wprawią „wroga w wielkie przerażenie”. Jego nadzieje niewątpliwie podsycał fakt, że Mediolan toczył wojnę z Wenecją, a Il Moro wydawał niemal trzy czwarte swoich ogromnych rocznych dochodów na działania wojenne. Chociaż w głowie Leonarda powstawały obrazy walki, w rzeczywistości zajął się skromniejszymi i bardziej pokojowymi zadaniami, takimi jak projektowanie strojów na wesela i parady, wykonywanie wymyślnych scenografii do sztuk teatralnych czy malowanie portretu kochanki księcia[2*]. Bawił dworzan sztuczkami: przemieniał białe wino w czerwone albo wymyślał mechanizm, który budził śpiącego, szarpiąc go za stopy. Czasem zadania te były prozaiczne: „Żeby podgrzać wodę do pieca Księżnej – brzmiał jeden z jego zapisków – wlej trzy miarki gorącej wody do czterech miarek wody zimnej”[13].

Pomimo rozmaitych zleceń przez znaczną część poprzedniej dekady Leonardo poświęcił się szczególnie realizacji jednego zamówienia – dzieła sztuki, które miało ugruntować jego sławę jako artysty przewyższającego zarówno twórców starożytnych, jak i współczesnych. Około roku 1482, tuż przed przeniesieniem się do Mediolanu, ułożył swego rodzaju list motywacyjny adresowany do Lodovica, w którym trochę wyolbrzymił własne zdolności. Obiecał w nim zdradzić księciu swoje sekrety, zapewniając go mimochodem: „podjąłbym się wykonać konia na wieczną pamiątkę waszego Ojca i dostojnego domu Sforzów”[14].

Ów koń z brązu miał być ogromnych rozmiarów posągiem, którym Lodovico chciał uczcić wyczyny swojego świętej pamięci ojca – Francesca Sforzy. Ten przebiegły najemnik (Niccolò Machiavelli chwalił jego „nadzwyczajną dzielność” i „nikczemność zgodną z nakazami honoru”) [W angielskim tekście The Art Of War dostępnym w sieci brak określenia honourable wickedness. W zamieszczonym w Internecie artykule Machiavelli’s Morals jego autor, Hillay Zmora, pisze, że twierdzenie, iż wickedness can be „honourable”, znajduje się w Rozważaniach nad pierwszym dziesięcioksięgiem historii Rzymu Liwiusza (Discourses, I 27). Polski przekład Rozważań nie zawiera tego fragmentu (ks. I, XXVII) – przyp. tłum.] stał się księciem Mediolanu w 1450 roku po obaleniu krótkotrwałego rządu republikańskiego[15]. Był synem Muzia Attendola. Muzio, jako młody chłopak, rąbał drewno, gdy obok przejeżdżał oddział żołnierzy, którzy widząc, jak krzepkiej jest postury, zaproponowali, by do nich dołączył. Muzio rzucił siekierą w kierunku drzewa, ślubując w duchu: „Jeśli się wbije, pójdę”. Siekiera utkwiła w pniu i chłopak został najemnikiem zatrudnianym w różnych okresach przez władców wszystkich najważniejszych księstw Italii. Swojej mocnej budowie i gwałtownej naturze zawdzięczał przydomek „Sforza” (sforzare znaczy „siłować się”), który przylgnął do niego tak, jak ostrze siekiery przywarło do pnia drzewa.

Francesco Sforza był również znakomitym żołnierzem. Zaczynał jako najemnik, a po dziewięciu latach od zawarcia związku małżeńskiego z nieślubną córką jednego ze swoich klientów, księcia Mediolanu Filippa Marii Viscontiego, został księciem. Ród Viscontich rządził Mediolanem od 1277, a jako książęta – od 1395 roku. W roku 1447, gdy Filippo Maria zmarł, nie pozostawiwszy męskiego potomka, obywatele Mediolanu znieśli jednak księstwo i proklamowali republikę. Dwa lata później, zgłaszając roszczenia do władzy nad miastem, Francesco zorganizował blokadę i przystąpił do oblężenia Mediolanu, którego głodujący mieszkańcy w końcu dali sobie spokój z republiką i w marcu 1450 roku powitali dawnego najemnika jako księcia. Francesco nie miał problemów sukcesyjnych Filippa Marii, spłodził aż trzydzieścioro dzieci, w tym jedenaścioro nieślubnych. Z prawego łoża pochodziło co najmniej ośmiu synów, a najstarszy, Galeazzo Maria – starszy brat Lodovica – został księciem po śmierci Francesca w 1466 roku.

Ród Viscontich miał na swoim koncie jaskrawe przypadki herezji, szaleństwa i mordów. Jedną z jego bardziej intrygujących przedstawicielek, zakonnicę o imieniu Manfreda, spalono na stosie w roku 1300 za to, że twierdziła, iż będzie następnym papieżem. Giovanni Maria Visconti, starszy brat Filippa Marii, tresował swoje psy myśliwskie tak, by polowały na ludzi i jadły ich mięso. Filippo Maria, gruby i szalony, odciął swej żonie głowę. Okrutny i lubieżny Galeazzo Maria wyróżniał się nawet w takim towarzystwie. Machiavelli bladł później na myśl o jego potwornym zachowaniu, odnotowując, że wysyłanie wrogów na tamten świat nie sprawiało mu zadowolenia, „jeżeli nie byli oni straceni w okrutny sposób”, natomiast kronikarze nie potrafili się zmusić do opisania jego rozmaitych postępków[16]. Podejrzewano, że zamordował nie tylko swą narzeczoną, ale i matkę. W 1476 roku został zasztyletowany przez zamachowców, osierocając niespełna ośmioletniego syna i następcę, Giana Galeazza – małoletniego księcia usuniętego pięć lat później przez Lodovica, który rozwiązał problem władzy w Mediolanie, ścinając głowę rządzącemu w imieniu chłopca regentowi.

Lodovico miał wątpliwy tytuł do władzy. W zasadzie był tylko opiekunem i przedstawicielem swojego bratanka, który odziedziczył tytuł księcia Mediolanu po ojcu. Ta dyskusyjna prerogatywa sprawiała, że Lodovico pragnął zachować w pamięci obywateli żywe wspomnienie własnego ojca. Dlatego też zamówił u pewnego uczonego, Giovanniego Simonetty, biografię Francesca. Zamierzał później zlecić wykonanie – w sali balowej mediolańskiego zamku – fresków przedstawiających heroiczne sceny z życia swego ojca. Kwestia pomnika konnego zmarłego władcy została poruszona już w 1473 roku, gdy Galeazzo Maria pragnął zamówić jego wykonanie i postawienie przed zamkiem. Kres temu przedsięwzięciu położył zamach na księcia, ale wskrzesił je Lodovico, który wyobrażał sobie odlany z brązu pomnik jako najbardziej widomy i spektakularny hołd dla swego ojca.

Kapitanów wojsk zaciężnych po śmierci często uwieczniano w schlebiający im sposób na obrazach, rycinach i w rzeźbach z brązu. Rzeźbiarz Donatello odlał z brązu pomnik konny weneckiego kondotiera Erasma da Narni, bardziej znanego jako Gattamelata (Miodowy Kot), mający stanąć na Piazza del Santo w Padwie. W roku 1480 kolejny florencki rzeźbiarz, Andrea del Verrocchio – były nauczyciel Leonarda – zaczął pracować dla Wenecjan nad uwiecznieniem Bartolomea Colleoniego, także na grzbiecie konia. Lodovico zamierzał wznieść ojcu jeszcze okazalszy pomnik. Jak donosił pewien ambasador: „Jego Ekscelencja pragnie czegoś ogromnych rozmiarów, czego nigdy jeszcze nie widziano”[17].


Leonardo da Vinci wyznał kiedyś, że jego najwcześniejszym wspomnieniem było wspomnienie ptaka. Baczne przyglądanie się ptakom oraz pisanie o nich „wydaje się moim przeznaczeniem” – pisał[18]. To jednak konie uczyniły Leonarda szczęśliwym, a w szczególności koń, który przywiódł go do Mediolanu. Według jednego ze źródeł w roku 1482 Lorenzo de’ Medici, władca Florencji, wysłał artystę do tego miasta ze specjalnym darem dyplomatycznym dla Lodovica Sforzy: srebrną lutnią, którą wynalazł Leonardo i na której umiał grać – jak twierdził pewien biograf – „wyjątkowo biegle”[19]. Ten niezwykły instrument muzyczny miał kształt końskiej głowy. Wykonany w pośpiechu szkic w jednym z manuskryptów Leonarda pokazuje, jak mógł wyglądać ów instrument, w którym końskie zęby służyły za kołki do strun, a fałdy na kości podniebiennej zastępowały progi.

Zważywszy na praktykowany przez Lorenza de’ Medici zwyczaj uprawiania dyplomacji za pośrednictwem nadwornych artystów, historia z lutnią brzmi wiarygodnie[20]. Jednak z lutnią czy bez, Leonardo niemal na pewno wyruszyłby na północ do Mediolanu, żeby budować machiny wojenne lub zaprojektować pomnik konny, uznał bowiem, że we Florencji nieprędko nadarzy się ku temu okazja.

Po kilku latach od przybycia do Mediolanu dostał zamówienie na posąg z brązu. Leonardo wykonał projekt w roku 1484, ale Lodovico nie od razu wybrał go na wykonawcę rzeźby. Mimo obecności artysty w mieście wiosną 1484 roku Lodovico napisał do Lorenza de’ Medici, pytając, czy zna jakichś rzeźbiarzy potrafiących odlać pomnik. Dwaj najwspanialsi florenccy rzeźbiarze, Verrocchio i Antonio del Pollaiuolo, byli jednak zajęci pracą nad innymi projektami. „Nie widzę tutaj żadnego artysty, który spełnia moje wymagania” – odpisał z żalem Lorenzo. Nie rekomendował Leonarda, dodał jedynie: „Jestem pewien, że Jego Ekscelencja kogoś znajdzie”[21].

Wobec braku innego kandydata zlecenie otrzymał Leonardo, prawdopodobnie niedługo po nadejściu odpowiedzi od Lorenza. Zabrał się do realizacji projektu z wielkim zapałem, aczkolwiek był o wiele bardziej zafascynowany wizją rumaka niż jeźdźca. Przeprowadził dokładne studia nad anatomią konia, a nawet napisał i zilustrował (obecnie zaginiony) traktat na ten temat. Spędził wiele godzin w książęcych stajniach, przypatrując się zwierzętom i rysując sycylijskie oraz hiszpańskie ogiery należące do Lodovica i jego dworskich faworytów. W jednej z notatek artysty czytamy: „Florentyński Morello pana Mariolo, duży koń, ma ładną szyję i bardzo piękną głowę. Biały ogier należący do sokolnika ma piękny zad. Trzymają go za Porta Comasina”[22].

Leonardo da Vinci, studium do pomnika konnego zamówionego przez Lodovica

Koń autorstwa Leonarda nie miał być po prostu anatomicznie poprawny, ale miał stanąć dęba w dynamicznej pozie. Pomnik Gattamelaty wykonany przez Donatella przedstawiał dowódcę zaciężnej armii siedzącego prosto na idącym spokojnie koniu, natomiast w przypadku pomnika Verrocchia – nad którym Leonardo prawdopodobnie pracował przez rok lub dwa, zanim opuścił Florencję – Colleoni został posadzony na grzbiecie muskularnego zwierzęcia ze wzniesioną w podskoku lewą przednią nogą. Leonardo zamierzał stworzyć coś bardziej zdumiewającego: posąg konia stającego dęba, z kopytami przednich nóg wzniesionymi w powietrzu nad powalonym na ziemię wrogiem. W dodatku jego posąg miał być olbrzymi. Pomnik Donatella mierzył ponad trzy i pół metra, pomnik Verrocchia – prawie cztery, natomiast Leonardo zakładał, że jego koń będzie miał prawie siedem metrów wysokości, trzy razy więcej niż w naturze. Dzieło miało świadczyć o chwale Francesca Sforzy, ale jeszcze bardziej o wspaniałych, niezrównanych zdolnościach samego artysty. Zaprojektowanie i odlanie z brązu posągu takiej wielkości było sprawą bez precedensu. Jeden z jemu współczesnych napisał, że taki wyczyn był „powszechnie uważany za niemożliwy”[23]. Leonardo nigdy jednak nie zniechęcał się wielkimi zadaniami. Kiedyś napisał: „Nie powinniśmy pragnąć niemożliwego”, ale w innym miejscu dodał: „Chcę czynić cuda”[24].

 

Wykonanie owego gigantycznego konia było jeśli nie niemożliwe, to przynajmniej skomplikowane i niezmiernie ambitne. Wydawało się, że realizacja dzieła graniczy z cudem. Ten projekt nawet pomysłowość Leonarda wystawił na ciężką próbę. Archiwa nie odnotowują, jak praca artysty posuwała się w tych pierwszych latach, ale z pewnością nie przebiegała ani szybko, ani obiecująco. W roku 1489 Lodovico zaczął wątpić w słuszność swojej decyzji. Ambasador Republiki Florencji w Mediolanie[3*] pisał do Lorenza de’ Medici „Mam wrażenie, że choć [Il Moro] zamówił [ten pomnik] u Leonarda, nie jest pewny, czy mu się powiedzie[25].

Leonardo zareagował na wątpliwości Sforzy odważną kampanią promocyjną. W 1489 roku poprosił przyjaciela, mediolańskiego poetę Piatta Piattiniego, o wiersz opiewający przyszłe dzieło[26]. Najwyraźniej pragnął rozbudzić entuzjazm dla tego projektu oraz przekonanie, że jest zdolny go zrealizować – w momencie gdy książę tracił wiarę nie tylko w swojego rzeźbiarza, ale chyba również w sens budowy samego pomnika. Piattini należycie spełnił życzenie artysty, układając krótki wiersz sławiący Francesca Sforzę i zachwalający konny pomnik jako dzieło „nieziemskie”. Poeta stworzył również drugi utwór wynoszący na piedestał Leonarda jako „najszlachetniejszego rzeźbiarza” i porównujący go ze starożytnymi twórcami, takimi jak Lizyp i Poliklet[27].

Piattini wspomniał w jednym z listów, że choć Leonardo „zabiegał [u niego] niecierpliwie” o stworzenie wiersza, niewątpliwie poprosił o to samo „wielu innych”. Możliwe, że tak rzeczywiście było; Leonardo z pewnością przystąpił do energicznej ofensywy, żeby nie stracić zlecenia. W tym samym czasie inny poeta, Francesco Arrigoni, napisał list do Lodovica, zauważając, że poproszono go, „by w kilku epigramach pochwalił pomnik konny”. Poetycka propozycja Arrigoniego – cykl epigramów po łacinie, w których rozpływał się zarówno nad projektem konia z brązu, jak i nad jego ambitnym autorem, znowu przyrównanym do najznakomitszych rzeźbiarzy starożytnej Grecji[28] – była znacznie obszerniejsza niż wysiłki Piattiniego.

Czy Il Moro zmienił zdanie pod wpływem tej łagodnej reklamy, nie wiadomo, ale Leonardo rzeczywiście nie został zwolniony. W kwietniu 1490 roku napisał, że „rozpoczął [pracę nad koniem] od nowa”; chciał przez to powiedzieć, że zaczął pracować nad innym projektem, rezygnując z tak śmiałej i trudnej w realizacji koncepcji: rumak zamiast stać dęba, miał teraz przyjąć pozę bardziej zrównoważoną[29]. Mniej więcej wtedy Leonardo zaczął rzeźbić pełnowymiarowy model posągu w glinie.

Potem doszło do różnych zakłóceń i przerw w pracach nad pomnikiem. W styczniu 1491 roku, by zawrzeć sojusz z potężnym włoskim rodem, Lodovico niechętnie pozbył się swojej pięknej ciężarnej kochanki, Cecilii Gallerani (której portret Leonardo niedawno namalował), i ożenił się z Beatrice d’Este, córką księcia Ferrary. Leonardo był bardzo zaangażowany w przygotowania do uroczystości ślubnych, projektując stroje na wesele, dekorując salę balową i pomagając zaaranżować walkę konną na kopie. W następnym roku znalazł się pod Mediolanem, gdzie na terenie posiadłości nowej księżnej stworzył wodospad. Rozwijał także swoje własne zainteresowania, które jego kolegom na mediolańskim dworze wydawały się dziwaczne. Poeta Guidotto Prestinari zaatakował go w swoim sonecie za to, że spędza czas, szukając w lasach i na wzgórzach wokół Bergamo „rozmaitych potworów i setek dziwnych robaków”[30].

Pod koniec 1493 roku pełnowymiarowy gliniany model konia (najwyraźniej bez jeźdźca) był na tyle bliski ukończenia, że chwalili go zarówno poeci bardziej wrażliwi na geniusz Leonarda, jak i ci, o których wiersze natarczywie zabiegał sam artysta. Jeden z nich sławił „wyjątkowy geniusz” rzeźbiarza i chwalił „wspaniałego olbrzyma” jako posąg przewyższający wielkością nawet te, które widzieli starożytni Grecy i Rzymianie. Drugi wyobrażał sobie Francesca Sforzę spoglądającego z niebios i zasypującego Leonarda komplementami[31].

Model był niewątpliwie rzeźbiarskim cudem, lecz trzeba było się zmierzyć z problemem, jak taki monument odlać. Z górą dwadzieścia lat wcześniej we florenckiej pracowni Verrocchia Leonardo poznał zapewne tradycyjną metodę odlewania z brązu. Wykonany z gliny rdzeń o kształcie zbliżonym do posągu pokrywano warstwą wosku, w którym następnie rzeźbiono detale. Pokryty woskiem model zamykano w topornej skorupie zewnętrznej (zrobionej z takich składników jak krowie łajno), do której wsadzano pręty odlewnicze. Tę „poczwarkę” wypalano w dole odlewniczym. W tej fazie procesu topniejący wosk wyciekał przez pręty, a na jego miejsce innym zestawem rur wlewano roztopiony brąz. Potem metal stygł i krzepł, a wtedy zwęgloną łuskę rozbijano, by odsłonić odlew. Brąz następnie był cyzelowany: wygładzany za pomocą dłut oraz pilników i polerowany pumeksem.

Gdy zbliżał się czas, by pomyśleć o procesie odlewania posągu, Leonardo pilnie wszystko notował, robiąc z tego zresztą wielką tajemnicę. Stosował szyfr, który był jednak dość prymitywny, polegał bowiem po prostu na odwracaniu kolejności liter w pewnych słowach, na przykład cavallo (koń) przybierał formę ollavac[32]. Rzeźbiarz sprawiał wrażenie przygotowanego do eksperymentowania z różnymi metodami: robienia form z rzecznego piasku zmieszanego z octem, zwilżania odlewów olejem lnianym bądź terpentyną oraz sporządzania pasty z białka, ceglanego pyłu i domowych śmieci[33]. Być może rozważał nawet użycie dość niekonwencjonalnego składnika, ponieważ jeden z jego szkiców konia zawierał naniesione na poczekaniu spostrzeżenia o udanych skutkach chemicznych spalania ludzkich odchodów, co chyba nie jest szczególnie dziwne, jeśli weźmiemy pod uwagę, że rzeźbiarze często używali krowiego i końskiego łajna[34]. Jednakże jeden składnik nie budził wątpliwości: na pomnik przewidziano siedemdziesiąt pięć ton brązu.


Do końca 1493 roku Leonardo poświęcił olbrzymiemu pomnikowi konnemu w sumie aż osiem lat pracy. Gdy w styczniu 1494 roku kończył swój gliniany model posągu i zastanawiał się nad praktycznymi aspektami odlewania go z brązu, daleko na południu, w Neapolu, siedemdziesięcioletni król Ferdynand I w czasie powrotu ze swojej wiejskiej rezydencji śmiertelnie zasłabł, zsiadając z konia. Śmierć króla wyniosła na tron jego syna, Alfonsa, okrutnego i chciwego ojca Izabeli, żony nieszczęsnego Giana Galeazza, prawowitego władcy Mediolanu. Nadszedł czas, by Lodovico Sforza przystąpił do działania.

Na początku października 1494 roku, gdy francuscy żołnierze szykowali się do najazdu na Italię, Lodovico zabawiał nieoczekiwanego obrońcę swoich włości, Karola VIII, polowaniem na dziki i bankietem w swojej wiejskiej rezydencji w Vigevano. Stosunki między nimi były serdeczne, po części dlatego, że Lodovico na wszelki wypadek obficie zaopatrzył francuskiego króla w mediolańskie kurtyzany. Karol był jednak zawiedziony jakością włoskich win, zaskoczył go także nieprzyjemny upał[35]. Tymczasem Lodovico szybko zaczął uważać swojego królewskiego gościa za głupca i wyniosłego prostaka; „Ci Francuzi to źli ludzie – zwierzył się weneckiemu ambasadorowi – i nie możemy pozwolić, by stali się naszymi sąsiadami”[36]. Ta niechęć do mieszkańców Francji szybko rozpowszechniła się w jego księstwie. Pewien mąż stanu towarzyszący Karolowi zauważył z żalem: „Po naszym przyjeździe do Italii wszyscy uważali nas za najlepszych i najszczerszych ludzi na świecie, lecz ta opinia nie utrzymała się długo”[37].

Charakter i zamiary Francuzów stały się jasne zaledwie kilka tygodni później, w Mordano, czterdzieści pięć kilometrów na południe od Bolonii. Przez poprzednie sto lat kampanie wojenne w Italii były stosunkowo bezkrwawe. Prowadzono je ostrożnie i zręcznie, z zachowaniem wszystkich ceremoniałów; obfitowały one raczej w popisy niż przemoc czy heroiczne starcia, przypominając gigantyczne partie szachów, w których jeden żołnierz, wyprowadzony w pole przez przeciwnika, uznawał jego przewagę i spokojnie wycofywał się z placu boju. Stąd też pod Zagonarą, gdzie w 1424 roku Florentczycy ponieśli pamiętną porażkę, jedynymi ofiarami bitwy byli trzej żołnierze, którzy pospadali z koni i utonęli w grzęzawisku. W roku 1427 osiem tysięcy mediolańskich żołnierzy uległo Wenecjanom w bitwie pod Macalo – i nikt nie stracił życia. Jak zauważył zgryźliwie pewien florencki obserwator: „włoscy żołnierze wydają się stosować następującą zasadę: wy łupicie tam, a my tutaj; nie ma potrzeby zbliżać się do siebie za bardzo”[38].

Karol VIII, król Francji

Dowódcy francuskich wojsk, które najechały Italię w 1494 roku, podchodzili do działań wojennych inaczej. Ich oddziały były wyposażone w broń oblężniczą, którą przetransportowano statkiem do La Spezii na włoskim wybrzeżu. Działa te – w odróżnieniu od bombard włoskiej artylerii, które składały się z miedzianych rur obłożonych drewnem i skórami zwierząt – były odlane z brązu. Francuskie działa miotały kule z kutego żelaza wielkości ludzkiej głowy, w przeciwieństwie do włoskich armat, które wykorzystywały małe kamienne kule wykonane przez kamieniarzy (nawet działa zaprojektowane przez Leonarda miały strzelać „małymi kamieniami”)[39]. Francuskich artylerzystów szkolono w specjalnych szkołach, a celowniki ich dział można było ustawiać z zabójczą precyzją. Do ciągnięcia swoich armat Włosi używali ociężałych wołów, natomiast do francuskich lawet zaprzęgano rącze konie. Szybko rozmieszczana na pozycjach francuska artyleria mogła szerzyć zniszczenie w murach obronnych miast lub siać spustoszenie w szeregach wroga na polu bitwy. Przerażająca broń z wyobraźni Leonarda nagle pojawiła się na włoskiej ziemi.

Jednym z zasadniczych warunków podboju południa Italii było uzyskanie kontroli nad szeregiem twierdz o strategicznym znaczeniu, które blokowały dostęp do Apeninów w Toskanii i środkowej części kraju. Taką twierdzą było Mordano. Należało ono do Katarzyny Sforzy, hrabiny Forli, nieślubnej córki brata Lodovica, Galeazza Marii, i mimo pokrewieństwa raczej sojuszniczki Neapolu niż Lodovica i Francuzów. Gdy wojska Karola VIII pojawiły się pod murami miasta w październiku 1494 roku, schronieni za nimi żołnierze i cywile liczyli na siłę swoich fortyfikacji oraz zwyczajową niechęć przeciwników do angażowania się w starcia zbrojne. Kiedy jednak Włosi odrzucili żądanie kapitulacji, francuscy żołnierze szybko zrobili wyłom w murach kulami swojej artylerii.