Silniejszy każdego dnia. Droga do formy. Jak trenować na czymkolwiek, gdziekolwiek i kiedykolwiek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Radziecki Sekret: Ogólne Przygotowanie Fizyczne

Jest to rodzaj ogólnego treningu, stosowanego w celu wzmocnienia siły, szybkości, wytrzymałości, elastyczności i sprawności. Nie ma w nim niczego szczegółowego. Bazuje na wielu funkcjonalnych ruchach, które czerpią z uniwersalnych schematów motorycznych, przez co poprawia się wydolność organizmu, czyli to, jak długi i jak intensywny trening jesteś w stanie wykonać (i dojść po nim do siebie).

Może się to wydawać skomplikowane, lecz zazwyczaj takie nie jest. Tak naprawdę jest to program treningowy, który obejmuje robienie przysiadów, wykroków, podskoków, wspinanie się, wyciskanie oraz rzucanie tak dużo i często, jak to tylko możliwe. A wszystko to, zanim rozpocznie się konkretne, szczegółowe treningi.

Proste? Tak.

Konieczne? Bez dwóch zdań.

Trening ogólny sprawi, że twoje ruchy staną się bardziej precyzyjne, a ciało lepiej poradzi sobie z większymi obciążeniami. Zapewnia on także proporcjonalny rozwój mięśni.

Nikolai jest tego żywym przykładem. Od lat był za pan brat z Ogólnym Przygotowaniem Fizycznym, więc i tamtego dnia, nie męcząc się ani trochę, trenował z zapałem. Ja zaś, pochłonięty czytaniem, siedziałem na podłodze. Pod wieloma względami jest to ponadczasowy plan treningowy.

Obecnie komercyjne siłownie pełne są ludzi, którzy próbują zbudować siłę i wytrzymałość (kondycję) bez wcześniejszego opanowania podstaw sprawności fizycznej. Biegają, zanim nauczyli się chodzić. Rzecz w tym, że mają za słabe fundamenty. Nie da się zbudować trwałego zamku na piasku, tak jak nie można wyrzeźbić sprawnego, funkcjonalnego, dobrze wyglądającego ciała jedynie przez prostowanie rąk ze sztangielką w opadzie tułowia (triceps kickbacks) czy wykonywanie wspięć na palce.

Gdy wróciłem do Wielkiej Brytanii, by uporządkować notatki, odkryłem, że Nikolai nie był odosobniony w tej metodologii treningowej. Był „dzieckiem” rosyjskiego systemu treningowego znanego jako Proces Dochodzenia do Doskonałości Sportowej. Zasadniczo chodzi o sposób trenowania i dbania o kondycję przez całe życie, którym posługiwali się wszyscy wielcy trenerzy byłego Związku Radzieckiego. Uważali oni, że w programie treningowym Ogólne Przygotowanie Fizyczne jest odpowiednie w okresie przygotowawczym. Zazwyczaj trwa on długo i wypełnia czas między zawodami, gdy nie ma potrzeby skupiania się na konkretnych, szczegółowych umiejętnościach i strategiach. Niekiedy, jak w przypadku Nikolaia, treningi te wdrażane są już od najmłodszych lat.

W tym okresie główny nacisk kładzie się na stworzenie podstawowego poziomu warunkowania, by zwiększyć tolerancję organizmu sportowca na intensywniejsze treningi. Aktywności warunkujące rozpoczynają się od dość niskiej intensywności i sporych dystansów: stosuje się długie, powolne biegi lub pływanie; ćwiczenia plyometryczne (skocznościowe) o niskiej intensywności, wielopowtórzeniowy trening oporowy (siłowy) z obciążeniami lekkimi po średnie.

NSCA[2]

Nikolai już jako pięciolatek wykonywał elementy Ogólnego Przygotowania Fizycznego. Często były to biegi, wspinanie się czy rzuty i tak naprawdę nie wyglądały jak typowe ćwiczenia. Sporadycznie nosił jakieś ciężarki czy odważniki, ale generalnie i tak można było odnieść wrażenie, że po prostu się bawi.

Teoria leżąca u podstaw tego systemu zakłada, że gdy sportowiec rozwinie całościową „bazę”, jego generalny potencjał motoryczny i zdolność do poruszania się także odpowiednio się zwiększą. Wraz ze wzrostem neurologicznej wydajności można się wyspecjalizować i uprawiać dowolny sport. Bez bazy jednak człowiek zawsze będzie trenował z zaciągniętym „psychologicznym hamulcem ręcznym”.

Radzieccy trenerzy byli przekonani, że w adaptacji sportowca do treningu zasadniczą rolę odgrywa bezpośredni związek między centralnym ośrodkiem nerwowym a treningiem fizycznym. Jeśli w młodym wieku jest się neurologicznie sprawnym, będzie można „dojrzeć” i rozwijać się poprzez różne etapy Procesu Dochodzenia do Doskonałości Sportowej – dokładnie tak, jak w przypadku zapasów zrobił to Nikolai.

POZNAJ SWOJE CIAŁO

To, czego nauczyłem się na przepoconych matach w siłowni, jest ściśle związane ze świadomością kinestetyczną. Niech cię nie zrazi ten fachowy termin. To nic innego jak wiedza, gdzie twoje ciało znajduje się w przestrzeni. Rozwinięcie tej umiejętności pomoże ci na dwa sposoby:

1. Będziesz wiedział, czy trenujesz prawidłowo

Większa świadomość kinestetyczna oznacza pełniejsze zrozumienie, czy ruchy, które wykonujesz, są właściwe, czy też błędne. Dzięki temu rodzajowi biologicznej informacji zwrotnej będzie ci łatwiej wprowadzić poprawki, tak aby lepiej i wydajniej wykonywać dane ruchy.

2. Będziesz miał lepszą intuicję psychologiczną

Między innymi może ci to pomóc w zrozumieniu instrukcji trenerów. Mam na myśli werbalne lub wizualne wskazówki, które sprawiają, że bardziej skupiasz się na wyniku danego ruchu. Na przykład gdy chcę, by ludzie, wykonując martwy ciąg, zaangażowali pośladki, mogę powiedzieć: „Wyobraźcie sobie, że między pośladkami ściskacie orzech”. A jeśli chcę, aby ktoś mocniej wyciskał sztangę w leżeniu na ławce poziomej, mogę to ująć tak: „Spróbuj podrzucić sztangę do sufitu”.

Im lepiej rozumiesz, co czujesz, gdy się poruszasz, tym bardziej zrozumiałe będą wskazówki trenera i tym lepiej będziesz umiał je zastosować. Otrzymasz całościową sportową bazę opartą na Ogólnym Przygotowaniu Fizycznym, dzięki czemu twój łączny potencjał motoryczny – zdolność ruchowa – odpowiednio się poprawi, gdy później będziesz się skupiać na trenowaniu konkretnej dyscypliny.

Reasumując, formuła jest taka:

 Najpierw biegaj, skacz, pchaj i ciągnij (Prawo Podstaw Ciała).

 Naucz się, jak robić to dłużej i bardziej intensywnie (Prawo Stopniowego Zwiększania Intensywności i Obciążeń).

 Następnie możesz się skupić na konkretnym celu (i uprawiać zapasy) (Prawo Konkretnej Umiejętności).

Oto podstawowa struktura neurologicznej konstrukcji dla wszystkich rozwiniętych w późniejszym czasie umiejętności motorycznych.

ROZWÓJ ROSYJSKIEGO SYSTEMU MIESZANYCH SEKWENCJI

ROZDZIAŁ 2
PRAWO STOPNIOWEGO ZWIĘKSZANIA INTENSYWNOŚCI I OBCIĄŻEŃ (PRAWO STOPNIOWEGO PRZECIĄŻANIA)


CI, KTÓRZY NIGDY NIE ZNALEŹLI SIĘ NA KRAWĘDZI I NIE WYJRZELI POZA NIĄ, NIE POJMĄ, ŻE LEPIEJ JEST ŻYĆ JEDEN DZIEŃ, BĘDĄC LWEM, NIŻ CAŁE ŻYCIE, BĘDĄC OWCĄ. OSOBY, KTÓRE BYŁY NA KRAWĘDZI, WIEDZĄ, ŻE TRUDNY OKRES NIE TRWA WIECZNIE. MOCNI LUDZIE TRWAJĄ!

ROYAL MARINES

ADAPTACJA JEST KONIECZNA

Wszystkie systemy treningowe, które kiedykolwiek powstały, mają wspólną cechę i jest nią stopniowe zwiększanie intensywności i objętości.

By osiągnąć założony cel, stopniowo zwiększa się długość trwania, intensywność, częstotliwość i czas treningu oraz dodaje kolejne obciążenia. Chodzi tu o te wszystkie maleńkie przyrostowe postępy, które robisz za każdym razem, gdy wchodzisz na siłownię, zawiązujesz buty treningowe czy zanurzasz się w basenie.

Ćwiczenia bicepsów, przysiady, przebiegnięcie maratonu, dwubój olimpijski i joga –

wszystkie te aktywności są pomyślane tak, by ciało stopniowo adaptowało się do wysiłku, a nasze możliwości się zwiększały. Samo ćwiczenie jest procesem adaptacyjnym organizmu. To jedyny powód, dlaczego je wykonujemy. Jeśli nie zależy ci na postępach, to z dużym prawdopodobieństwem nie mówimy o treningu.

Dlatego właśnie dogłębne zrozumienie konieczności stopniowego zwiększania intensywności i obciążeń oraz „prawa adaptacji” jest niezbędne. Ludzie zbyt często przypuszczają atak na ciężary czy bieżnie, nie rozumiejąc, po co to robią. To tak, jakby poszło się na zajęcia z malarstwa bez farb i pędzla i oczekiwało, że „namalowany” przez nas obraz wiernie odda wygląd Kaplicy Sykstyńskiej.

Krótka opowieść o biologii

Dopóki żyjemy, będziemy się adaptowali. Zaczęliśmy to w pełni rozumieć dopiero w 1915 roku dzięki amerykańskiemu psychologowi Walterowi Cannonowi i francuskiemu naukowcowi Charlesowi Richetowi.

Cannon i Richet odegrali znaczącą rolę w dzisiejszym rozumieniu pojęcia homeostaza. Terminem tym określa się zdolność ciała do dążenia do równowagi wewnętrznej i jej utrzymywania. Zrozumienie tej właściwości ciała może okazać się skomplikowane, lecz jak w przypadku większości spraw nie musi takie być.

Wiesz, kiedy masz właściwą temperaturę ciała, z twoim systemem immunologicznym jest wszystko w porządku, a miliony innych wewnętrznych mechanizmów działają jak w zegarku, abyś był zdrowy? To wszystko się dzieje, a ty nie musisz nawet świadomie kiwnąć palcem. Oto homeostaza. To takie proste.

„Istota żywa jest stabilna. Musi taka być, by nie zniszczyły jej, nie rozpuściły ani nie rozgniotły olbrzymie siły, które ją otaczają. Poprzez tę pozorną sprzeczność utrzymuje swą stabilność jedynie wtedy, gdy jest skora i zdolna do zmieniania siebie podług bodźców zewnętrznych oraz dostosowywania się do stymulacji. W pewnym sensie jest stabilna, ponieważ jest modyfikowalna – niewielka niestabilność jest niezbędnym warunkiem faktycznej stabilności organizmu”[3].

Przenieśmy się na chwilę do roku 1936…

Austriacko-kanadyjski endokrynolog Hans Selye posłużył się pracą Cannona i Richeta do wyjaśnienia wpływu pewnych „bodźców” i „stresu” na homeostazę oraz sposobu adaptowania się ciała do nowych warunków i robienia postępów. W celu udowodnienia swojej teorii przeprowadzał eksperymenty na szczurach. Zauważył, że gdy stopniowo podaje się im coraz większą dawkę trucizny, ich odporność na ten środek wzrasta – początkowo śmiertelna dawka toksycznej substancji w późniejszym okresie nie miała na szczury najmniejszego szkodliwego wpływu. „Stopniowo zwiększając dawki różnych stresorów, można u zwierząt podnieść odporność (…); szczury, które wcześniej stykały się z konkretnym faktorem w określonych dawkach, będą odporne na jego działanie, czego jednak nie można powiedzieć o grupie kontrolnej, niepoddawanej wcześniej działaniu takich dawek – w jej przypadku skończyłoby się to śmiercią”.

 

Odkrycie Selyego znane jest jako ogólny zespół adaptacyjny (GAS – ang. general adaptation syndrome). „Wykazano, że gdy organizm jest poddany bodźcowi o nieznanym wcześniej charakterze bądź intensywności, odpowiada reakcją, która została określona jako „ogólny zespół adaptacyjny”[4].

Mówiąc wprost, „czynnik stresujący dla organizmu” lub „bodziec” (taki jak ćwiczenie) powoduje, że się do niego adaptujemy, a nasze umiejętności wzrastają. Po latach w książce The Stress of Life Selye dodał: „Stres to wspólny mianownik dla wszystkich reakcji adaptacyjnych zachodzących w ciele”.

No dobrze, koniec rysu historycznego.

Co to oznacza dla twojego treningu? W pewnym momencie będzie bolało. Nikt nie rozumie tego lepiej od Royal Marines.

PRAWO STOPNIOWEGO ZWIĘKSZANIA INTENSYWNOŚCI I OBCIĄŻEŃ | Obóz Treningowy
Brytyjskiej Piechoty Morskiej (Royal Marines), Wielka Brytania
RÓB POSTĘPY WE WSZYSTKIM

Ukryte w Lympstone w południowo-wschodniej Anglii Centrum Treningowe Commando jest głównym ośrodkiem treningowym brytyjskiej piechoty morskiej (Royal Marines). W ciągu 75 lat jego funkcjonowania przebywało tam łącznie ponad 3000 oficerów i żołnierzy, rozmieszczonych w 74 barakach znajdujących się na 54 akrach najlepszych obszarów w hrabstwie Devon. Ośrodek ten ma dumną historię rekrutacji, szkolenia i wyboru żołnierzy dla brytyjskiej armii. Jest domem dla najbardziej wysportowanych i odpornych psychicznie ludzi, jacy kiedykolwiek stąpali po ziemi, a dla wielu żołnierzy to miejsce święte.

Aż pewnego dnia zjawia się ktoś taki jak ja.

Przyjechałem w klapkach (rano byłem na plaży), ubrany w spodnie od dresu i bluzę z kapturem. Wyglądałem jak kandydat na Marine, z którym coś jest (bardzo) nie tak. Zgłosiłem się do rejestracji, po czym udałem się na dolne pole treningowe na tor przeszkód.

Wczesny marcowy poranek. Choć trawa pod moimi stopami była sucha i świeciło słońce, czułem orzeźwiającą, przenikliwie zimną bryzę od strony morza. Przed przybyciem moich sportowych wybawców dobre 20 minut truchtałem w miejscu, by zmusić krew (i czucie) do powrotu do palców u stóp.

Pozwólcie, że przedstawię trenera brytyjskiej piechoty morskiej Alexa „Benny’ego” Bensteada i kapitana Oliviera „Olliego” Masona.

Benny to hybryda Royal Marine i sztangisty, najsilniejszy człowiek, jakiego kiedykolwiek poznałem. Ma najszersze ramiona i najgęstsze wąsy, wyciska 170 kilogramów w leżeniu na ławce poziomej, w martwym ciągu podnosi 260 kilogramów, a w zejściu do przysiadu zarzuca sztangę z 240-kilogramowym obciążeniem. Dwukrotnie przeszedł testy Royal Marines Commando. Zdarza mu się tak po prostu wyskoczyć na szybki marsz na dystansie 50 kilometrów z 54 kilogramami obciążenia na plecach.

Ollie z kolei bez cienia wątpliwości jest największym Marine, jakiego spotkałem. Trzaska ultramaraton za ultramaratonem. Mierzy 193 centymetry, waży 120 kilogramów, gra w Royal Marines w rugby i ma nogi oraz płuca o mocy godnej konia pełnej krwi.

Nie trzeba dodawać, że obaj świetnie się znają na stresorach i tamtego dnia mieli udzielić mi jakże trudnej lekcji na ten temat.

Przed 10.00 zamieniłem klapki, spodnie dresowe i bluzę z kapturem na odzież wojskową i odpowiednie oprzyrządowanie. Choć podenerwowany, byłem gotowy, by robić postępy i adaptować się do wszelakich stresorów, które mnie czekały.

BOLESNA PRAWDA

Nigdy nie dawaj za wygraną. Nigdy się nie poddawaj. Nigdy, nigdy, nigdy, nigdy – wobec niczego, dużego czy małego, wielkiego czy błahego – nigdy się nie poddawaj, chyba że jest to sprawa honoru i nakaz rozumu. Nigdy nie ustępuj przed siłą. Nigdy się nie poddawaj w obliczu przeważających sił wroga.

WINSTON CHURCHILL

Godzina 10.30, złowrogie torfowisko Woodbury Common. W tym nieznacznie oddalonym od bazy miejscu przeprowadza się szkolenia wytrzymałościowe Royal Marines. Od lat uczy się tam rekrutów, czym są stresory. Jest to sprawdzone narzędzie treningowe służące fizycznej adaptacji żołnierzy i zwiększaniu możliwości organizmu. Składa się z rozmieszczonych na przestrzeni ponad trzech kilometrów „forsownych pagórków”, tuneli, rur, brodzików, a także wąskiego przepustu umieszczonego pod wodą, który znany jest jako „kozi bobek”. Po tym wszystkim trzeba jeszcze przebiec sześć kilometrów z powrotem do bazy.

Mamy marzec, a więc woda nie jest ciepła, mogło jednak być o wiele gorzej.

− Bardzo zimno jest w „kozim bobku”? – pytam Olliego i Benny’ego, chcąc się rozeznać, na jak pokaźną dawkę stresorów powinienem się przygotować.


− Dzisiaj jest całkiem nieźle… – rzuca niedbale Ollie. – Kilka miesięcy temu musieliśmy skuć lód, żeby rekruci mogli się pod niego dostać. Mieliśmy niezły ubaw. Wiesz, w takiej sytuacji, żeby było ci ciepło, musisz biec trochę szybciej… – dodał, wydając z siebie najdonośniejszy śmiech, jaki kiedykolwiek przyszło mi słyszeć.

To co nastąpiło potem, wprawiło mnie w zdumienie. Benny jest trenerem z komicznie umięśnionymi ramionami, który dużo

krzyczy, Ollie zaś kapitanem o niesamowicie wielkich rękach i nogach… i też często się wydziera. A jednak pod wąsami, zielonymi beretami i ogromnymi klamrami pasków kryje się głęboka wiedza o sporcie.

Elokwentny Benny zwrócił się w moją stronę:

− Tak, to będzie bolało. Rekruci, by być coraz sprawniejsi fizycznie, potrzebują stresorów. Nie sposób stać się silniejszym bez jakiejś formy ukierunkowanego stresu. Ręce nie wyrzeźbią się magicznie bez podnoszenia ciężarów, a płuca nie staną się wytrzymałe bez mocnego przećwiczenia układu krążeniowo-oddechowego.

Równie wygadany Ollie dodał:

− Jeśli zauważysz, że jakiś trener każe rekrutowi robić dodatkowe ćwiczenie „padnij, powstań, podskocz” albo wykonać kolejny bieg na półtora kilometra czy zwiększyć obciążenie w plecaku, to pamiętaj, że nie robi tego, bo jest okrutny. Jego celem jest sprowokowanie adaptacji ciała, tak by rekrut mógł robić postępy.

Obaj mieli całkowitą rację. Koncepcję tę Fred Witt – redaktor czasopisma „Track Technique” i autor artykułu Stress and Training (Stresory i trening) – przedstawił światu sportu we wrześniu 1960 roku.

Brzmi to niezwykle prosto, lecz, co zdumiewające, wielu ludzi nadal tego nie dostrzega. Dla przypomnienia: by robić postępy, musisz wystawić ciało na określony „bodziec, do którego intensywności bądź specyfiki nie jest ono zaadaptowane”. Nie istnieje magiczna tabletka, błyskawiczna poprawa kondycji ani droga na skróty. Będziesz się musiał spocić. Będziesz się musiał napracować. I niekiedy zakłócanie wygodnego stanu homeostazy może ci się nie podobać.

Nie muszę chyba mówić, że przez następne trzy kilometry mój stan homeostazy był systematycznie zakłócany…

SZKOLENIE Z WYTRZYMAŁOŚCI: KURS ZAAWANSOWANY ZE STRESORÓW


Oczy miałem oblepione błotem, a zmysły przytępione zimnem, lecz to jedno pamiętam: na początku szkolenia wykonałem komenderowaną przez Benny’ego rozgrzewkę, na którą składały się wszystkie ćwiczenia z obciążeniem własnego ciała, jakie kiedykolwiek powstały. Jeszcze na dobre nie zaczęliśmy, a ja już dyszałem ze zmęczenia.

Wystartowaliśmy jak z procy bez ostrzeżenia. Pędząc przez torfowisko na łeb na szyję, ze wszystkich sił starałem się dotrzymać Benny’emu kroku. W końcu dotarliśmy do podziemnego tunelu o takiej średnicy, że dało się przez niego jedynie przeczołgać.

– Na ziemię! Do środka! Już! – wrzasnął Benny.

Zanurkowałem w szczelinę i natychmiast pożałowałem, że zrobiłem to tak gwałtownie, ponieważ zawalona była ostrymi kamieniami, o które uderzyłem rzepką kolanową. W środku panowała ciemność, nie miałem więc pewności, jak wygląda sytuacja, lecz czułem, że z dużym prawdopodobieństwem zdarłem sobie płat skóry.

Gdy wynurzyłem się po drugiej stronie, czekało na mnie jeszcze 50 powtórzeń ćwiczenia „padnij, powstań, podskocz”. Następnie ruszyliśmy w stronę przeszkody numer 2, zwanej „basenikiem Petera”. Ollie powiedział mi, że zawiera on „najświeższą wodę w Woodbury”. Widząc jego uśmiech, zacząłem myśleć, że „świeża” oznacza „o temperaturze Morza Bałtyckiego”.

Nie myliłem się. Wskoczyłem, a woda znalazła się na wysokości mojej talii. Poczułem, jak krew odpływa mi z ciała, a nogi i „męskie klejnoty” zastanawiają się, co się tu, do cholery, wyprawia. Nie miałem czasu na myślenie – rozkazano mi, abym zanurzył się cały i wytrzymał pod wodą pięć sekund. To było najdłuższe pięć sekund, jakie pamiętam, ale przynajmniej woda zmyła brud i stałem się czysty (choć nie na długo).

– Dobrze! Właśnie przygotowujesz ciało na „kozi bobek” – oznajmił Ollie.

Wszystko, co robią Marines, ma swoje uzasadnienie, nawet rzeczy wywołujące głęboki dyskomfort.

Ociekając wodą, czułem się, jakby do butów wojskowych przytwierdzono mi ołowiane obciążniki. Z trudem unosiłem nogi nad ziemię, lecz musiałem gonić Benny’ego, który już zmierzał do kolejnej przeszkody, i utrzymać intensywność biegu (dodatkowy stresor i wzrost stymulacji). Dano mi fory, lecz i tak byłem później.

Dotarliśmy do następnego punktu programu (na mapce zaznaczonego na czerwono). Moje płuca płonęły. Musiałem się przeczołgać przez bagniste mokradła i torfowisko pokryte grubą warstwą błota i mułu. Dla rąk był to najdotkliwszy stres i niewyobrażalnie intensywna stymulacja, ale przynajmniej bolące, obtarte kolana i palące płuca mogły na krótko odetchnąć. Samo zadanie nie dało mi w kość aż tak bardzo. Błocko niemalże koiło ból kolan, a ponieważ poruszałem się wolniej niż płyta tektoniczna, nie musiałem aż tak ciężko oddychać.

Dobrnęliśmy do niesławnego „koziego bobka” (na mapce zaznaczonego na czarno). Jest to półtorametrowy podwodny betonowy tunel, tak wąski, że nie można przez niego przepłynąć. Musiałem nabrać powietrza, stać się ludzką torpedą i zaufać, że Ollie i Benny przepchną mnie przez niego niczym wielką skrzynkę pocztową.

Gdy tylko „dostarczono” mnie na drugą stronę, natychmiast wbiegliśmy na kolejny pagórek. Byłem czystszy, lecz w butach nadal miałem pełno wody, a moje nogi i płuca (ponownie) zaczęły się skarżyć. Gdy dotarliśmy na jeden z najwyższych punktów Woodbury Common, nie miałem nawet chwili na chłonięcie widoków. Czekały mnie 200-metrowe okrążenia wykonywane niedźwiedzim lub kaczym chodem. W końcu Benny stwierdził, że czas na przerwę, co oznaczało długi bieg w dół wzgórza. Tak, na szkoleniu u Marines zbieganie zboczem uważa się za przerwę.


Kierowaliśmy się w stronę lasku. Następna przeszkoda dostarczyła mojemu nosowi największego stresu i stymulacji w życiu. Czołgałem się przez coś, co wyglądało jak błocko o konsystencji jogurtu, którego kolor przechodził od czerni, przez brązy, po pomarańczowy.

Fetor był straszny i teraz wiem, że z pewnością nie byłem pokryty jedynie błotem. Po przezwyciężeniu odruchu wymiotnego wykonałem zadanie i dotarłem na drugą stronę. Jeśli mam być szczery, w tamtym czasie zupełnie straciłem orientację i po prostu biegłem i/lub czołgałem się w kierunku, w którym mi kazano.

A miałem wczołgać się prosto w „lufę” kolejnej przeszkody, którą był długi na około 12 metrów tunel, tak wąski, że trzeba było położyć się na brzuchu, trzymać ręce jak najbliżej ciała i z mozołem przesuwać się centymetr po centymetrze. Najgorszy koszmar dla osób cierpiących na klaustrofobię. Tak, na końcu tunelu widać światełko, lecz potrzeba wiele cierpliwości (i jeszcze trochę skóry zdartej z łokci), by się ku niemu przedostać.

 

– Uważaj na borsuka! Tam mieszka borsuk! – wrzasnął Ollie, poczekawszy z tą informacją, aż będę w połowie drogi.

Nie wiedziałem, czy sobie żartuje, czy też mówi serio. Nawet jeśli naprawdę mieszkałby tam borsuk, nie mógłbym nic z tym zrobić. Na szczęście się na niego nie natknąłem. Po wyjściu z tunelu wbiegłem na wzgórze. To miał być koniec szkolenia wytrzymałościowego. Natychmiast jednak rozpocząłem sześciokilometrowy bieg powrotny do bazy.

Podczas biegu (w przemoczonych, nienaturalnie ciężkich butach) zastanawiałem się, jak wygląda szkolenie zaawansowane ze stresu i stymulacji.