PotemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 9

Gdy czekamy przy łóżku Jenny na komisarza Bakera, wracam myślami do pozostałej części owego wieczoru rozdania nagród i Twojego powrotu do domu. Nie sądzę, by znalazło się tam cokolwiek przydatnego dla wyjaśnienia tajemnicy, ale muszę stąd uciec do sanktuarium naszego dawnego życia. Wspomnienia przyniosą mi wytchnienie.

Jenny siedziała przy komputerze na dole i miała otwartą stronę Facebooka. W czasie Twojego wyjazdu obcięła swoje długie włosy i już nie chowała za nimi twarzy, kiedy się pochylała.

– Rowena uczyła się dzisiaj wieczorem – rzuciłam, gdy przechodziłam obok.

– Myślałam, że ma pewne miejsce w Oxfordzie – odparła. Nie dostrzegła podtekstu w mojej wypowiedzi.

– Nadal chce osiągnąć jak najlepszy wynik na egzaminie. Egzamin liczy się nie tylko na studiach, ale i w życiorysie.

– Wielka mi rzecz, mamo. Dobranoc – zawołała, gdy poszedłeś na górę.

– Dobranoc, słodki książę – odkrzyknąłeś; robiłeś tak, odkąd skończyła pięć lat. Tylko że teraz to Ty kładłeś się spać wcześniej.

Dołączyłam do Ciebie w naszym pokoju.

– Byłoby dobrze, gdyby wiedziała, skąd pochodzi ten cytat. Ma egzamin z angielskiego za siedem tygodni i nie ma o tym pojęcia.

– Myślałem, że ma zdawać z Otella.

– Nie o to chodzi. Powinna znać tragedie.

Zacząłeś się śmiać.

– Chciałabym, żeby dobrze wypadła. Żeby chociaż miała szansę pójść na studia.

– Wiem – powiedziałeś czule. Pocałowałeś mnie. Suma w naszym małżeństwie przewyższała różnicę.

Kłótnia o Adama nie została jeszcze zakończona i była obecna w naszym życiu, tak jak jego ciepłe ciało w sypialni obok naszej. I jak mój lęk o Jenny kręcącą się po domu, która chętniej udzielała się na jakimś portalu, zamiast otworzyć książkę. Cieszyłam się też, że byłeś w domu.

Opowiedziałeś mi o wyprawie, a ja Tobie o drobiazgach, które miały miejsce podczas Twojej nieobecności. Pomijałam przy tym temat pana Hymana i Adama, który odegrał dominującą rolę, ale tym razem chciałam Cię mieć tylko dla siebie.

Trochę później, gdy poszedłeś wziąć gorący prysznic „tym razem nie z wiadra”, dopadł mnie uśpiony lęk, który czaił się gdzieś w domu. Myślałam o Rowenie. W Sidley House była najlepsza z każdego przedmiotu, w prawie każdej dyscyplinie. Była gwiazdą szkoły, a teraz miała jechać do Oxfordu, by studiować nauki ścisłe, podczas gdy nasza córka będzie miała szczęście, jeśli zda choć jeden egzamin.

Lęk przemienił się szybko w zazdrość. Wiedziałam od Maisie, jak bardzo Donald uwielbiał swoją rodzinę. Byłam pewna, że gdyby to Rowena wystąpiła tak dzielnie w kościele, Donald wsparłby ją i byłby dumny. Idealna rodzina.

Zmyłam makijaż, który wcześniej nałożyłam z taką starannością. Twoja twarz z biegiem lat stawała się coraz bardziej znana, a moja – tylko starsza. Zawsze o tym pamiętam, gdy Cię nie ma, a potem znowu się spotykamy.

Przypomniałam sobie dziwną uwagę Maisie na temat jej wyglądu. Może to przez to, że patrzyłam akurat w lustro. A może szukałam jakiejś wady w tej doskonałej rodzinie? Bez względu na powód, przypomniał mi się jej komentarz o bulimiczce i odpłynął, aż wreszcie połączył się z innymi, pozornie niewinnymi zdarzeniami: tym, jak zawsze się oglądała przed wyjściem w lustrze w naszym przedpokoju, a potem pospiesznie odwracała wzrok. „Co za wiedźma”, mawiała. „Nawet botoks tu nie pomoże”. Blizna na policzku z powodu „upadku na szopę w ogrodzie. Tak to jest, jak ktoś nie patrzy pod nogi!”. Pęknięty nadgarstek. „Wybiegłam na oblodzony chodnik w pantoflach. To moja wina. Pofrunęłam jak głupia!”.

Jeśli rozpatrywało się jej wypadki pojedynczo, każdy z osobna, nie budziły niepokoju. Ale gdy zestawiłam je razem, siedząc przy lustrze mojej toaletki, utworzyły gęstą i mroczną sieć czegoś złowrogiego.

Zmusiłam się do tego, żeby przestać. Szukałam wad, ale moja wyobraźnia spłodziła coś znacznie gorszego. Bo przecież to na pewno był tylko efekt działania mojej wybujałej wyobraźni.

„Dość!”, nakazałam sobie surowo. Ohydna zazdrość podsuwa ohydne wymysły. Dość.

Miałam nadzieję, że podróż w przeszłość da mi wytchnienie, tymczasem nic z tego. Niemiłe wspomnienie dotyczące Maisie jest przy mnie nadal, jakby umysł nie pozwolił mi go zapakować do pudełka i odstawić na półkę. Przyciąga kolejne, do którego nie miałam wcześniej dostępu. To właśnie ono mi się wymykało, gdy próbowałam je przywołać.

Maisie zeszła z boiska w dniu zawodów, a po drodze zatrzymała się, żeby zerknąć na siebie w kieszonkowym lusterku. Nieświadomie zaczęłam kojarzyć ten gest z jej osobą. Uzmysłowił mi, jak bardzo niepewnie czuje się teraz, w porównaniu z okresem, kiedy brała udział w wyścigu matek – wówczas wszystko guzik ją obchodziło.

Taki drobiazg, nieistotne wspomnienie. Tylko dlaczego nie chce mnie opuścić?

Przychodzi komisarz Baker i wzdraga się na widok Jenny. To dlatego chciałeś, żeby tu przyszedł? „Żeby do niego dotarło”?

Jeśli tak, to dobrze zrobiłeś. Chcę, żeby Baker wiedział, o co tu chodzi.

– Mam nadzieję, że się pan uspokoi – mówi tym swoim nijakim, irytującym głosem – wiedząc, że sprawdziliśmy alibi pana Hymana. Nie mógł znajdować się w szkole w czasie pożaru.

Na szyję wypełza Ci rumieniec złości.

– Kto potwierdził jego alibi?

– Nie mogę panu o tym powiedzieć. Tajemnica śledztwa. Wyznaczę rodzinnego oficera łącznikowego, który będzie panu przekazywał wszelkie nowe informacje.

– Nie chcę oficera łącznikowego – mówisz i widzę, że komisarzowi nie podoba się, że używasz policyjnego żargonu. – Chcę się tylko dowiedzieć, kiedy aresztowaliście Hymana.

Komisarz milknie na chwilę i odwraca się plecami do Jenny.

– Wrócimy do sprawy obelżywej korespondencji – oznajmia. – I potraktujemy podpalenie szkoły jako próbę zamordowania pańskiej córki.

Sara kładzie Ci rękę na ramieniu, ale strącasz ją.

– Muszę się udać na spotkanie – stwierdzasz.

Mruczysz coś do Jenny, zbyt cicho, by mógł usłyszeć to ktokolwiek poza nią. Wychodzisz z sali.

Komisarz Baker odwraca się do Sary.

– Rozumiem, że przesłuchaliśmy jej przyjaciół, ale nie przeprowadzaliśmy żadnych testów z wyjątkiem testu DNA materiału ze zużytej prezerwatywy, czy tak? Pewnie zna pani dobrze tę sprawę z uwagi na osobiste zaangażowanie?

– Tak. Nie znaleźliśmy niczego.

– Czy pobrano próbki od jej chłopaka i przyjaciół?

– Nie mieliśmy...

– Zróbcie to teraz. A co z miejscami nadania listów?

– Przypadkowe – odpowiada Sara. – Wszystkie w obrębie Londynu. Przy jednej ze skrzynek na listy znajduje się kamera, ale w owym czasie nie mieliśmy środków, żeby...

– Oddeleguję kogoś, żeby to sprawdził.

Znajduję Jenny na korytarzu. Wróciła już ze swojej włóczęgi.

– Widziałam Tarę – informuje mnie, decydując się chwilowo na neutralny temat. – Szwendała się na parterze.

– Sposób leniwej dziennikarki na opisywanie wypadków. Po prostu czeka, aż coś jej się nawinie.

– Ciocia Sara jest zdania, że to autor listów? – pyta, kończąc wstępne pogaduchy.

– Chyba będzie brała pod uwagę wszystkie możliwości. A jeśli chodzi o niego, czy jest coś...?

– Nie. Nie zaczynaj. Proszę. Wystarczy, że wtedy zajęliście się tym z tatą.

– Ja tylko...

– Nie zrobiłby mi tego nikt z osób, które znam – oznajmia tonem, którym mówiła to samo przy kuchennym stole w dni, gdy dostawała te listy.

– Nawet nie sugeruję, że to ktoś z twoich przyjaciół. Chcę tylko wiedzieć, czy jest coś, o czym nam nie powiedziałaś.

Odwraca wzrok i nie jestem w stanie rozszyfrować wyrazu jej twarzy.

– Masz dość tego, że zawsze chcemy znać wszystkie twoje ruchy – stwierdzam.

– Pilnowaliście mnie jak policja – poprawia mnie. – Tata mnie śledził, na Boga! Widziałam go.

– Chciał tylko mieć pewność, że jesteś bezpieczna. To wszystko. A gdy odmówiłaś mu, kiedy zaproponował, że cię podwiezie...

– Mam siedemnaście lat.

Tak. Tylko siedemnaście. I jesteś taka śliczna. I nieświadoma.

– Nie chcieliście mnie puścić na imprezę u Marii – ciągnie. – Bo zaczynała się dopiero o dwudziestej pierwszej. O dwudziestej pierwszej! Poszli wszyscy, tylko ja byłam uziemiona w związku z czymś, czego nie zrobiłam.

Kilka lat temu, w formie żartu, Jenny opracowała dla mnie specjalny słownik, żebym mogła zrozumieć jej słownictwo. (Musiałam obiecać, że nie będę używała żadnego z tych słów). Określenie „uziemiony” już znałam.

Ma jednak rację. To nie było w porządku, prawda? Nie zrobiła niczego, żeby zasłużyć na karę, którą my rozumieliśmy jako chronienie jej. Nasza wzmożona potrzeba zapewniania Jen bezpieczeństwa napędzała jej pragnienie odsunięcia się od nas. Obelżywa poczta jest czymś okropnym nie tylko ze względu na treści i rzeczy, jakie są przysyłane, ale też dlatego, że wysysa mnóstwo radości z rodziny.

– Poszłam – wyznaje Jenny – na imprezę do Marii. To było wtedy, gdy niby nocowałam u Audrey po turnieju squasha. Ona też była zaproszona.

Dlaczego poczuła potrzebę wyjawienia tego w tej chwili? Czy coś się wtedy wydarzyło? Czekam, ale nie mówi nic więcej.

– Czy było coś jeszcze, co miało związek z tą korespondencją, o czym nam nie powiedziałaś? – pytam znowu. – Po to, żebyśmy nie pilnowali cię jeszcze bardziej.

Odwraca się lekko ode mnie.

– Czasami tam wracam, do szkoły – mówi cicho. – Nie mogę uciec. Wydostać się. Niczego nie widzę. To nie jest wspomnienie. Nic z tych rzeczy. Tylko ból. I strach.

Kuli się. Robi się tak mała, jak tylko może.

Tulę ją.

 

– Hej, już po wszystkim. Już po wszystkim.

Musi być coś, czego nam nie powiedziała, bo moje pytanie sprawiło, że pomyślała o pożarze, że znowu go poczuła. Jakby łączyła te dwie sprawy. Drży, więc nie mogę jej zapytać ponownie. Nie mogę. Jeszcze nie.

Myślę jednak, że mi powie. Z czasem.

Gdy odbierałam ją niegdyś ze szkoły, na moje pytania odpowiadała mi, jak Adam teraz – że wszystko było w porządku. Często jednak wpychała do kieszeni jakiś lęk, wsuwała jakiś problem do rękawa, albo wciskała obawę pod sweter. Trzeba było cierpliwie czekać, aż w drodze do domu opróżniła kieszeń; wyciągała zmięty problem podczas odrabiania pracy domowej; wieczorem, podczas oglądania telewizji, obawa w końcu wysuwała się spod swetra. Jeśli to było coś naprawdę wielkiego, trzeba było czekać do pory wieczornej kąpieli przed snem. Przypuszczam, że nie ma już miejsc, w które mogłaby coś schować.

Macha ręką w kierunku oddziału oparzeniowego.

– Co u mnie? – pyta.

Przygotowałam sobie odpowiedź.

– Nie przyjrzałam ci się dobrze. Ale pielęgniarka twierdzi, że wszystko przebiega zgodnie z ich oczekiwaniami. Trzeba jeszcze kilku dni, zanim będą mogli powiedzieć coś o bliznach.

To przynajmniej jest prawdą.

– Tata tam jest?

– Nie. Musiał pójść na spotkanie z lekarzami.

To jest spotkanie, które dotyczy mnie. Powinni już mieć wyniki badania mojego mózgu. Postanawiam porozmawiać na inny temat.

– Zobaczymy, co porabia Tara? – proponuję.

– A nie powinnyśmy być z tatą?

– Poradzi sobie przez jakiś czas bez nas.

Nie chcę, żeby Jenny słyszała, co lekarze Ci powiedzą.

Sama nie chcę tego słyszeć.

Jeszcze nie teraz.

Jeszcze nie.

– Pamiętasz, jak dostałam psią kupę? – pyta.

– Była w pudełku. Takim, w jakim wysyła się książki – mówię, zdziwiona, że chce teraz o tym rozmawiać.

– Pamiętasz, co zrobił Addie?

– To jest chyba kupa teriera – zauważył Adam, zaglądając do pudełka.

Byłam przerażona, że to oglądał.

– Adamie, naprawdę nie powinieneś...

– Jeśli przyjrzymy się jej wielkości, to widać, że musiała wyjść z małego psa.

Jenny zaczęła się śmiać.

– Może z yorka? – zaryzykował.

– Albo z teriera szkockiego – zaproponowała Jenny, uśmiechając się szerzej.

– Już wiem – pisnął Adam. – To jest kupa pudla!

Przez kilka minut ich chichot wypełniał cały dom.

ROZDZIAŁ 10

Tara stoi przy szpitalnym sklepie. Równocześnie pisze SMS i poprawia sobie włosy.

– Myślisz, że czeka na okazję, żeby znowu dopaść tatę? – pyta Jenny.

– Pewnie tak.

Przypomina błyszczącego pięknego sępa czekającego na kolejną padlinę – wiadomości.

Za szklaną witryną, tuż obok owoców i misiów, widzę stos egzemplarzy „Richmond Post”. Wyobrażam sobie, jak ludzie czytają tę gazetę, po czym wyrzucają ją do segregatora odpadów. Uśmiechnięta twarz Jenny spogląda z zadrukowanej płachty papieru na śmieciarzy, zanim ci wrzucą zawartość kosza na tył śmieciarki.

– Nie do wiary, że ona może wypisywać takie rzeczy o Silasie – stwierdza Jenny. – A on gówno może z tym zrobić. Przepraszam.

To urocze, że nadal przeprasza za przekleństwo. Może powinniśmy jej wreszcie wyjawić, że my też ciągle przeklinamy za jej plecami.

Poznała pana Hymana, gdy pracowała w Sidley House, ale ich kontakty nie były szczególnie bliskie. Była przecież tylko asystentką nauczyciela. Jest lojalna wobec niego z powodu tego, jak bardzo pomógł Addiemu. Mówi o nim per Silas, żeby podkreślić, że już nie jest uczennicą i przeszła na stronę nauczycieli. A my, matki, podobnie jak nasze uczące się w szkole dzieci, mówimy o nim: pan Hyman.

Czy jest na tyle naiwna, by nadal być wobec niego lojalną? Nie chcę niszczyć jej wizji świata moją ohydną, obejmującą wszystkich podejrzliwością. Przynajmniej dopóty, dopóki nie będę musiała.

Nigdy nie mówiłam ani Jenny, ani Tobie o spięciu z Tarą w marcu, po publikacji jej artykułu „Upadek na placu zabaw”. Śmiała się ze mnie, że nadal mówię o nim „pan Hyman”. „Rany, gdzie ty żyjesz, Grace? W powieści Jane Austen?”, zapytała. „O! Czyżby udało ci się zdobyć ekranizację jej powieści?”, wypaliłam w odpowiedzi. W myślach. Dziesięć minut później.

Kiedy poszłam do naczelnego, Tara zlekceważyła moją obronę pana Hymana – twierdziła, że wstawiam się za nim z przyczyn nieobiektywnych. Uważała, że jej zazdroszczę. Miałam trzydzieści dziewięć lat i dorywczo pisałam recenzje. Czegóż bym nie dała za to, żeby być dwudziestotrzyletnią Tarą z jej talentem, pracą prawdziwej dziennikarki na etacie i perspektywą zrobienia błyskotliwej kariery, zwłaszcza że moja utknęła w martwym punkcie wiele lat temu?

Rzecz jasna, nie powiedziała tego wprost. Nie musiała. Podobnie, jak w swoich artykułach: mogła mówić, co chciała, bez ponoszenia odpowiedzialności za swoje słowa.

Jej artykuł został oczywiście wydrukowany.

Jak mogłam powiedzieć Jenny – albo Tobie – że byłam taką naiwniaczką? Sara nie tolerowałaby czegoś takiego nawet przez chwilę. To wtedy mój wewnętrzny głos niańki odzywał się ze szczególną zaciętością.

Tara miała pod pewnym względem rację. Podjęłam pracę w „Richmond Post” i nigdy nie osiągnęłam niczego więcej. Udawałam przed wszystkimi, z wyjątkiem Maisie, że koszty opieki nad dziećmi były zbyt wysokie, abym mogła wykonywać ambitną pracę na pełen etat. Powtarzałam sobie i Tobie, że to była sytuacja z rodzaju „albo-albo” i postanowiłam być z Jenny i Adamem. Głos niańki wyśmiewał mnie i tłumaczył, że to ja sama wykreowałam ten scenariusz „albo-albo”. „Mnóstwo innych kobiet łączy karierę z posiadaniem dzieci i jakoś potrafi tym żonglować”. „Moje życie to nie pokaz cyrkowy”, odpowiadam zaskakująco szybko sama do siebie. Wówczas głos niańki wygrywa, atakując mnie za pomocą pewnej listy. Oznajmia, że brakuje mi:

aspiracji,

ambicji,

celu,

talentu,

energii.

Kluczowe znaczenie ma energia. Podnoszę ręce do góry. Tak! Racja! A teraz pójdę pomóc Adamowi w pracy domowej i sprawdzę, czy Jenny cały czas siedzi na Facebooku.

Tara czyta wiadomość otrzymaną na komórkę. Rusza korytarzem, kołysząc biodrami. Idziemy z Jenny za nią. Jenny uśmiecha się.

– Starsky i Hutch, czy Cagney i Lacey[12]?

Trzeba przyznać, że jest coś ekscytującego w śledzeniu kogoś.

W kawiarni Tara spotyka się z mężczyzną. Jest starszy od niej, nieco brzuchaty. Rozpoznaję go.

– To Paul Prezzner – informuję Jenny. – Dziennikarz, wolny strzelec. Nie najgorszy, muszę przyznać. Najczęściej pisuje dla „Telegraph”. Od lat.

– Tara chce zainteresować sprawą gazetę dużego formatu?

Obie martwimy się, że przyczyną tak dużego zainteresowania prasy jest Twoja sława telewizyjna.

Widzę, że Prezzner pożera Tarę pożądliwym wzrokiem i czuję ulgę zamiast obrzydzenia. To dlatego tu jest.

Podchodzimy bliżej, żeby móc coś usłyszeć.

– Fakt, że spaliła się szkoła, jest bez znaczenia – mówi Prezzner. – Rzecz w tym, że to jest biznes. I to wart wiele milionów funtów. Które poszły z dymem. Tym powinnaś się zająć. To jest właściwa perspektywa.

Stojąca obok mnie Jenny słucha uważnie.

– To, że pożar wybuchł w szkole, jest istotne – stwierdza Tara, wsuwając między różowe wargi łyżeczkę z pianką zebraną z cappuccino. – W porządku, nie ucierpiało żadne małe dziecko, ale ta siedemnastolatka odniosła poważne obrażenia. Śliczna, lubiana siedemnastolatka. I to o tym ludzie chcą czytać, Paul. O ludzkim dramacie. To jest znacznie ciekawsze od biznesu, który poszedł z dymem.

– Pozujesz na naiwną.

– Po prostu wiem, czego pragną się dowiedzieć czytelnicy. Nawet ci, którzy kupują „Telegraph”.

Pochyla się, żeby być bliżej niej.

– Więc zaspokajasz tę ich potrzebę?

Tara nie odsuwa się.

– I tak w końcu okaże się, że chodzi o pieniądze, Taro. Zawsze tak jest.

– Columbine? Texas High? Virginia Tech[13]? Sprawcami nie kierowały żadne motywy finansowe, prawda? Czy wiesz, ile szkół było obiektem brutalnych ataków w ciągu minionej dekady?

– To były ataki z użyciem broni, a nie podpalenia.

– Bez różnicy. To jest przemoc dotykająca naszych szkół.

– Naszych szkół? Czcza gadanina. Zupełnie nie na miejscu. Wszystkie twoje przykłady pochodzą ze Stanów.

– Były też ataki w Niemczech, Finlandii, Kanadzie...

– Ale nie tutaj.

– A Dunblane?

– Wyjątek. I to sprzed piętnastu lat.

– Może ataki na szkoły to u nas nowość. Jakiś niechciany imigrant, który zakradł się na zielone przedmieścia...

– To twój nowy tekst?

– To może być początek nowego trendu.

– Facet, na którego wskazujesz, nie jest obłąkanym uczniem lub byłym uczniem, tylko nauczycielem.

– Wskazuję? Naoglądałeś się za dużo kryminałów. To jest były nauczyciel. I o to chodzi.

– W każdym razie masz dobrą historię. Powiem ci to za ciebie. Wyglądałaby na fałszywą, zmyśloną i oszczerczą, gdybyś nie była tak dobra w zabawie layoutem. To jest dobra historia.

Uśmiecha się do niej. Nie zniosę już więcej widoku tego ohydnego flirtu.

– Podobają mi się fotki. Statuetka dziecka z brązu na pierwszym planie, z braku prawdziwych dzieci, i zdjęcie Jennifer na tej samej stronie.

– Poszukamy taty? – pyta Jenny.

Wychodzimy z kawiarni. Przypomina mi się, jak komisarz Baker zapytał, skąd prasa wiedziała o pożarze i dlaczego dziennikarze dotarli na miejsce tak szybko. Czy Tara miała z tym coś wspólnego? Jeśli tak, to co?

– Ma rację – odzywa się Jenny. – Z tym, że szkoła to biznes. Już ci o tym mówiłam, prawda?

Przez chwilę mam przed oczami blask srebrnych pucharów na uroczystości rozdania nagród. Pamiętam niemiłe wrażenie, że jesteśmy jedynie trybikami w udanym modelu biznesowym.

– Nawet jeśli szkoła to tylko biznes – mówię – to nie rozumiem, dlaczego ktoś miałby chcieć ją spalić.

– Żeby wyłudzić odszkodowanie? – podsuwa.

– Ale po co? Szkoła ma dość uczniów. Czesne stale rośnie. Interes kręci się dobrze. Tak więc nie ma powodu, by ją podpalać.

– Może jest coś, o czym nie wiemy – zastanawia się Jenny i nagle pojmuję, że ona chwyta się tej myśli tak samo, jak Ty Silasa. Wszystko i wszyscy, byle nie autor obelżywych listów. To nie mógł być atak na nią.

Gdy docieramy na oddział neurologii, słyszę stukot szpilek doktor Bailstrom idącej szybko po linoleum. Zwraca się do starszej pielęgniarki:

– Zebranie w sprawie Grace Covey?

– Gabinet doktora Stahnola. Cały zespół.

– Długo czekają?

– Kwadrans.

– Cholera.

Biegnie w stronę gabinetu tak szybko, jak pozwalają jej buty.

– Zaczekamy na tatę tutaj? – pytam Jenny.

Nie odpowiada.

– Jen...?

Nic. Odwracam się, żeby na nią spojrzeć.

Coś jest nie tak. I to bardzo. Oczy jej błyszczą i cała połyskuje światłem. Przesadnie kolorowym. Bije od niej pulsujące ciepło.

Z przerażenia nie mogę się odezwać. Nie mogę się ruszyć.

– Dowiedz się, co się ze mną dzieje – mówi do mnie głosem tak cichym, że prawie jej nie słyszę. Jej twarz jest opalizująca. Tak oślepiająca, że nie mogę na nią patrzeć.

Wychodzisz z gabinetu i pędzisz co sił korytarzem. Drzwi trzaskają za Tobą, ludzie ustępują Ci z drogi.

Gonię Cię, starając się nadążyć.

Dobiegasz do oddziału oparzeniowego i walisz w drzwi, ale pielęgniarka już na Ciebie czeka i pospiesznie je otwiera. Mówi, że serce Jenny się zatrzymało. Próbują pobudzić je do akcji.

Przecież zatrzymać można przestępcę, ale nie serce. Nie serce Jenny. Ono nie powinno się zatrzymywać, powinno bić dalej, w każdej sekundzie, minucie, godzinie, każdego dnia, długo po tym, jak nasze serca przestaną bić. Długo po tym. Przypomina mi się wiersz Sylvii Plath: „Miłość wprawiła cię w ruch jak gruby, złoty zegarek”[14]. Myślę sobie, że to miłość wprawiła w ruch serce naszej córki, ale nie jest ono wypełnionym krwią zegarkiem, który wymaga naprawy u zegarmistrza. Myślę o słowach, rzeczach, poezji, żeby tylko odsunąć myśli o ciele Jenny. Bezużyteczny semantyczny parawan, który rozpada się na strzępy w chwili, gdy doganiam Cię przy jej łóżku.

Jest tu zbyt wielu ludzi; działają szybko, aparatura medyczna pika i świeci. Pośród tego wszystkiego jest Jenny. Nie możesz się do niej dostać; medycy blokują Ci dostęp. Czuję Twoją frustrację i cierpienie; tak bardzo chciałbyś być tuż przy niej. Ale jeśli można ją uratować, to zrobią to ci ludzie, a nie Ty.

 

Wiem, że Jenny stoi w korytarzu, oślepiająco jasna, jakby składała się ze światła. Zaczynam krzyczeć.

Na monitorze widzę prostą linię. To symbol śmierci.

Czy nadal jest w tym korytarzu?

Nie mogła umrzeć. Nie mogła.

Lekarze tak bardzo starają się sprowadzić ją z powrotem. Wymieniają szybkie zdania, używając słów, których nie rozumiemy. Ich ruchy są wprawne i doskonale przećwiczone. To jest jak współczesny pogański rytuał wykorzystujący nowoczesną magię, który może cofnąć Jenny z zaświatów.

Na monitorze pojawia się zygzak.

Jej serce bije! To nie jest „gruby, złoty zegarek”, tylko serce dziewczyny.

Ona żyje!

Wszyscy jesteśmy w stanie uniesienia i przez moment znajdujemy się poza normalnym, ograniczonym, pragmatycznym światem.

Jenny staje obok mnie. Już nie jest tak oślepiająco świetlista.

– Nadal tu jestem – mówi i uśmiecha się do mnie.

Nie widzi swojego ciała zasłoniętego przez lekarzy i pielęgniarki.

Doktor Sandhu odwraca się do Ciebie. Jego brązowa twarz nie wygląda już nieprzyzwoicie zdrowo, widać na niej zmęczenie. Jak to jest: mieć czyjeś życie w swoich rękach? Jakim ciężarem są dla niego Jenny i nasza miłość do niej?

– Przewieziemy ją teraz na oddział intensywnej terapii – informuje lekarz. – Obawiam się, że mogło ucierpieć również jej serce. Być może uraz jest bardzo poważny. Natychmiast przeprowadzimy badania.

Staram się odgonić Jenny, ale ona ani drgnie.

– Wyjdziesz z tego – mówisz do nieprzytomnego ciała Jenny. – Wydobrzejesz.

Zupełnie, jakbyś wiedział, że ona Cię słyszy.

– Panna Logan, kardiolog zajmująca się Jenny – przedstawia się młoda kobieta, która kierowała reanimacją. – Porozmawiamy, gdy będziemy mieli wyniki badań. Muszę pana ostrzec, że jeżeli okażą się zgodne z naszymi przypuszczeniami...

Wychodzisz. Nie chcesz wysłuchać tego zdania do końca.

Jenny też wychodzi. Personel medyczny oddala się od jej łóżka, odsłaniając je, a ona nie jest w stanie znieść widoku swojej twarzy i ciała.

Sara czeka na zewnątrz.

– Żyje – oznajmiasz.

Obejmuje Cię. Cała się trzęsie.

Dołączam do Jenny stojącej w dalszej części korytarza.

– To było niesamowite, mamo.

– Niesamowite? – pytam.

Czyżby za pomocą tego jednego, jedynego przymiotnika zamierzała opisać przeżycie śmierci klinicznej? Tego samego słowa ona i jej przyjaciele używają, mówiąc o lodach. Kiedyś martwiłam się, że jej zasób przymiotników ucierpiał z powodu oglądania telewizji i surfowania w internecie. Niekiedy prawiłam jej na ten temat morały.

– Miałam wrażenie, jakby światło, kolory, ciepło i miłość z mojego ciała opuszczały je i wnikały we mnie – ciągnie. – To było piękne. To uczucie. I to, czym byłam. Przepiękne. – Przez moment szuka właściwych słów. – Mam wrażenie, że w tamtej chwili rodziła się moja dusza.

Jestem zdumiona jej opisem. Nie tylko treścią, ale też sposobem wyrażania się. Tak mówi nasza córka, która nigdy nie użyła w zdaniu więcej niż jednego przymiotnika.

– Ale to się nie może powtórzyć – stwierdzam. – Nie przed tym, jak się zestarzejesz. Dobra?

Doktor Sandhu podchodzi do Ciebie i Sary.

– Jedna z pielęgniarek powiedziała nam, że część urządzenia, które służy wspomaganiu Jenny, rurka dotchawiczna podłączona do respiratora, odłączyła się poprzedniej nocy. Jest prawdopodobne, że ktoś przy niej majstrował. Pielęgniarka powinna była to zgłosić w raporcie, ale obawiam się, że do chwili tego wypadku o sprawie nikt nie wiedział.

Mój lęk o Jenny, który czułam poprzedniej nocy, teraz przechodzi w przerażenie.

– Czy dlatego doszło do zatrzymania akcji serca? – pyta Sara.

– Nie możemy mieć pewności – odpowiada doktor Sandhu. – Podejrzewaliśmy uszkodzenie narządów wewnętrznych.

Widziałam go. Postać w płaszczu. Widziałam.

– Ktoś jej to zrobił? – pytasz z niedowierzaniem.

– Zdarza się niekiedy, że jakaś część aparatury jest wadliwa – stwierdza lekarz. – Rzadko, ale się zdarza. Trudno też zrozumieć, jak ktoś mógł grzebać przy tym niezauważony. W szpitalu nasz oddział jest jednym z nielicznych, gdzie jest mała rotacja personelu. Większość z nas pracuje tu od dawna. Nigdy nie wydarzyło się coś takiego.

– A ktoś z zewnątrz?

– Drzwi są zamknięte i otwiera się je kodem, który znają tylko członkowie zespołu. Goście muszą być wpuszczani od wewnątrz.

Zupełnie jak w szkole. Czemu nie dostrzegłam tego wcześniej? Zupełnie jak w szkole.

Widzę lęk na twarzy Sary.

– Dziękuję – mówi cicho. – Ktoś z moich kolegów będzie musiał z panem porozmawiać.

– Oczywiście. Zgodnie z protokołem postępowania dyrektor kliniki rozmawiał już z policją. Chciałem poinformować państwa osobiście.

Jenny zesztywniała. Na jej twarzy maluje się strach.

– Sama słyszałaś, mamo. Sprzęt może być wadliwy.

Nie chce w to uwierzyć.

– To prawda – potwierdzam, no bo jak miałabym jej powiedzieć o tym, co widziałam poprzedniej nocy? Jak mogłabym ją straszyć jeszcze bardziej?

Ruszasz korytarzem i martwię się, że odchodzisz od tego, co usłyszałeś. Nawet od samej sugestii. Idę za Tobą, oddalając się od Jenny.

– Ktoś próbuje ją zabić, Mike – mówię do Ciebie.

Nie słyszysz mnie.

– Będę siedział przy Jenny – rzucasz do Sary. – Przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. Będę dbał o to, żeby ten drań jej nie dorwał.

Minęła mniej więcej godzina. Jenny poszła powłóczyć się po szpitalu, co mnie martwi, ale: „Mam siedemnaście lat, na Boga! No i czy może mi się stać coś gorszego?”.

Zostałam z Tobą przy jej łóżku. Świat oddziału intensywnej terapii jest dla nas taki obcy, tak różny od wszystkiego w naszym poprzednim życiu, że obecność policjanta przy Jenny nie dziwi nas już bardziej niż szereg monitorów rozstawionych wokół. Myślę, że jesteś zadowolony z obecności człowieka w mundurze, ale i tak kręcisz się blisko Jenny i chcesz ją chronić osobiście.

Mimo że opis śmierci klinicznej przedstawiony przez Jenny – narodziny duszy – zadziwił mnie, nie był do końca dokładny. Miłość nie może opuścić ciała, bo nie ono jest jej domem. Wiem, patrząc na Ciebie i na zmaltretowane ciało Jenny, że miłość znajduje się w tej części, którą ja jestem obecnie.

– Pan Covey?

Przyszła do Ciebie panna Logan, młoda kardiolog.

– Mamy już wyniki badań Jennifer – mówi. – Czy możemy przejść do mojego gabinetu?

Skąd ta śliczna panna Logan, ta „chudzina”, jak nazwałby ją mój tata, może wiedzieć, co się dzieje w skomplikowanej złożoności serca naszego dziecka? Jest zbyt młoda, aby być konsultantką i aby mogła naprawdę wiedzieć, o czym mówi. I nawet myśląc w ten sposób, wiem, że staram się podważyć to, co może nam powiedzieć, jeszcze zanim te słowa padną.

Wchodzę za Tobą do gabinetu lekarskiego. Powietrze jest gęste i gorące.

Doktor Sandhu już czeka. Bierze Cię za rękę i poklepuje po ramieniu. Staram się nie myśleć, że w ten sposób okazuje Ci współczucie.

Nikt nie siada.

Nienawidzę tego pomieszczenia z przygnębiającą wykładziną, plastikowymi krzesłami i kalendarzem wydanym na zlecenie firmy farmaceutycznej. Chcę być znowu w kuchni z Jenny i Adamem, którego odebrałam ze szkoły; okna balkonowe mają być szeroko otwarte; chcę robić herbatę dla Jenny, wyciskać sok owocowy dla Adama i słuchać jego narzekań na zadaną pracę domową. Przez chwilę wyobrażam sobie tę scenę tak sugestywnie, że prawie słyszę głuchy dźwięk, jaki wydaje torba rzucana przez Jenny na stół, i pytanie Adama o to, czy zostały jakieś czekoladowe bułeczki. Na pewno istnieje jakaś dziura, przez którą można przejść do równoległej rzeczywistości, gdzie dawne życie, prawdziwe życie, toczy się bez zmian; trzeba tylko umieć znaleźć drogę powrotną.

Jako pierwszy głos zabiera doktor Sandhu. Bierze na siebie ciężar przekazania Ci wiadomości, z którą obchodzi się jak z jajkiem. Jej treść jest trująca i żrąca – niszczy drogę do domu.

– Przeprowadziliśmy szczegółowe badania. Obawiam się, że zgodnie z naszymi podejrzeniami, serce Jenny zostało poważnie uszkodzone.

Patrzę na jego twarz i szybko odwracam wzrok, ale za późno. Dostrzegłam jej wyraz świadczący o tym, że lekarz pojął, iż życie, które jest w jego rękach, jest zbyt kruche, aby w jego ratowaniu mogła mu pomóc medycyna.

– Jej serce będzie pracowało jeszcze tylko przez kilka tygodni – mówi.

– Ile konkretnie? – pytasz, z trudem wymawiając poszczególne sylaby. Zmuszasz język do dotykania podniebienia. Dźwięki są gorzkie niczym piołun.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?