PotemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 7

Świecą jaskrawe sztuczne światła; lekarze już nie śpią i chodzą grupkami; słychać głośne kroki personelu, roznoszącego tace ze śniadaniem, i skrzypiące kółka wózków z lekarstwami pchanych przez pielęgniarki. Myślę sobie, że trzeba być zdrowym, żeby znieść poranek w szpitalu. Przynajmniej cała ta głośna, jaskrawa i agresywna krzątanina sprawia, że dziś nie jestem już tak ważna, jak jeszcze wczoraj.

Kiedy przychodzę na „mój” oddział, natykam się na moją mamę rozmawiającą z doktor Bailstrom w jej gabinecie. W ciągu jednego dnia przybyło jej kilka lat. Głębokie zmarszczki nieszczęścia zorały jej twarz.

– Gdy Grace była mała, przez cały czas mówiła, taka była żywa – mówi mama, szybciej niż zwykle. – Zawsze wiedziałam, że wyrośnie na bystrą osobę, i tak też się stało. Na egzaminie końcowym w liceum dostała trzy szóstki i stypendium w Cambridge na wydziale historii sztuki, z możliwością zmiany kierunku na anglistykę. Tak bardzo chcieli, żeby u nich studiowała.

– Mamo, proszę – odzywam się na próżno. Pewnie chce im powiedzieć, jaka byłam mądra. Jaki miałam pierwszorzędny mózg! Tak mawiał tata. Mają wiedzieć, do czego dążyć. Podsuwa im zdjęcie „przed”.

– Zaszła w ciążę przed egzaminami końcowymi i musiała odejść z uczelni – ciągnie mama. – Była trochę rozczarowana, jak my wszyscy, ale jednocześnie rozpierało ją szczęście. Cieszyła się z dziecka. Z Jenny.

Nigdy wcześniej nie słyszałam, by ktoś opowiadał historię mojego życia i czuję się zaniepokojona. Jest naprawdę aż tak prosta?

– Może się wydawać, że miała tylko tęgą głowę, ale to nie tak. To urocza dziewczyna. Wiem, że zbliża się już do czterdziestki, ale dla mnie zawsze będzie dziewczynką. Zrobiłaby wszystko dla każdego. Zawsze jej powtarzałam, że jest zbyt dobra dla innych i zapomina o sobie. Gdy zmarł mój mąż, zrozumiałam, że nikt nie może być zbyt dobry, przynajmniej nie wtedy, gdy troszczy się o mnie.

Mama nigdy nie mów pospiesznie. I rzadko kiedy wygłasza więcej niż dwa, trzy zdania na raz. A teraz wyrzuca z siebie całe akapity tekstu, jakby chciała przekazać swojej rozmówczyni jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Chciałabym, żeby już skończyła, bo słucha się tego okropnie.

– Nie wiem, co bym bez niej zrobiła. Ona nadaje pęd całemu mojemu światu. Nie twierdzę, że mnie wykorzystuje, o nie. Nie wolno pani tak myśleć. Kocham ją bardziej, niż może pani sobie wyobrazić, ale tak naprawdę to jej dzieci jej potrzebują. I Mike. Można by pomyśleć, że to on jest twardy. Tak wygląda, ale w rzeczywistości silniejsza jest Gracie. To ona jest sercem rodziny.

Mama milknie na chwilę i wtedy doktor Bailstrom korzysta z okazji.

– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy. Mogę panią o tym zapewnić. Ale w przypadku urazów głowy czasami nie możemy zbyt wiele zdziałać.

Mama patrzy na nią. Na chwilę doktor Baistrom stała się lekarzem, który powiedział rodzicom, że tata ma chorobę Kahlera[9].

„Musi istnieć na to jakieś lekarstwo”, powiedziała wtedy.

Tym razem tego nie mówi. To dlatego, że śmierć taty była dla niej czymś niemożliwym, niewyobrażalnym i po tej tragedii nie ma już dla niej rzeczy nie do wyobrażenia.

Odwracam wzrok od jej twarzy i spoglądam na czerwone szpilki doktor Bailstrom. Idę o zakład, że ona też się im przygląda od czasu do czasu.

– Damy państwu znać, czego się dowiemy, gdy przeprowadzimy kolejne badania – oznajmia lekarka. – Zorganizujemy dzisiaj konsylium specjalistów w celu omówienia przypadku pani córki.

Kiedyś mama powiedziałaby, że tata był lekarzem. Kiedyś uważałaby, że to coś zmieni.

– Dziękuję, doktor Bailstrom. – Jest zbyt dobrze wychowana, by pozwolić sobie na to, żeby komuś należycie nie podziękować.

Adam skulił się przy moim łóżku. Mama biegnie do niego.

– Addie, maluchu, myślałam, że zaczekasz te pięć minut z pielęgniarkami.

Leży, przytulony buzią do mojej twarzy, trzyma mnie za rękę i płacze. Wydaje z siebie rozpaczliwe, okropne dźwięki.

Tulę go i mówię mu, żeby nie płakał, że wszystko jest ze mną dobrze. Lecz on mnie nie słyszy.

I gdy tak płacze, głaszczę jego jedwabiste włosy i powtarzam mu wciąż, że wszystko jest w porządku, że go kocham, żeby nie płakał. Nadal mnie nie słyszy i nie jestem w stanie znieść tego ani chwili dłużej. Muszę się dla niego obudzić.

Staram się wniknąć w głąb mojego ciała, przez warstwy mięśni i kości. I nagle znajduję się w środku.

Próbuję poruszyć ciężkim kadłubem ciała, ale znowu jestem uwięziona pod wrakiem statku spoczywającym na dnie oceanu i nie mogę nawet drgnąć.

Lecz Adam tu jest i płacze. Muszę otworzyć dla niego oczy. Muszę. Moje powieki pozostają jednak zamknięte, jak zardzewiałe.

W mroku słychać fragment wiersza:

„Jeszcze mnie nerwy, tętnice i żyły

Ciężkim łańcuchem swoim okręciły”.

Zostawiłam Jenny samą. O Boże. A jeśli nie uda mi się wyjść?

„Głucha jestem, gdy wściekle grzmi bębenek ucha”[10].

Wydostaję się z ciała z wielką łatwością. Po prostu wypływam w mroczny ocean i płynę w kierunku światła.

Mama obejmuje Adama, jakimś cudem wydobywając na usta uśmiech. Stara się, żeby jej głos brzmiał radośnie.

– Wrócimy później, dobrze, młody człowieku? Teraz pójdziemy do domu, a gdy trochę odpoczniesz, znowu tu przyjdziemy.

Opiekuje się mną, opiekując się moim dzieckiem.

Wyprowadza go.

Kilka minut później dołącza do mnie Jenny.

– Próbowałaś wrócić do swojego ciała? – pytam.

Kręci głową. Ależ ze mnie idiotka! Przecież nawet nie może patrzeć na swoje ciało, więc co dopiero wymagać od niej, aby próbowała do niego wrócić. Chciałabym ją przeprosić, ale wiem, że to by tylko pogorszyło sprawę. Ciemięga! Tak mawia Jenny.

Nie pyta, czy ja próbowałam. Sądzę, że boi się odpowiedzi – bo albo mi się nie udało, albo wręcz przeciwnie, lecz to niczego nie zmieniło.

Absolutnie nic.

Okropny wiersz, który niegdyś wydawał mi się taki mądry, nadal zakłóca nasze milczenie: „Szkielet mnie więzi jak rygiel stalowy, dłonie i stopy wzięły mnie w okowy”[11].

– Mamo?

– Myślałam o poezji metafizycznej.

– Boże. Naprawdę nadal chcesz, żebym zdawała poprawkę?

Uśmiecham się do niej.

– Jak najbardziej.

Spotykasz się z szefem Sary w gabinecie na parterze. Idziemy z Tobą.

– Szefowa cioci Sary jest na urlopie macierzyńskim – informuje mnie Jenny. – Rosemary. Pamiętasz ją? To ta dziwaczka.

Nie pamiętam Rosemary dziwaczki. Nigdy o niej nie słyszałam.

– Ciocia Sara nie znosi tego gościa, Bakera. Uważa, że to idiota – ciągnie. Błyskające koguty i policyjne syreny to ta część pracy Sary, która fascynuje Jenny od szóstego roku życia. Rozumiem to. Jak moje dorywcze pisanie artykułów o sztuce dla „Richmont Post” może stawać w szranki z pracą sierżanta policji? Jaki film, książka lub wystawa mogą być ciekawsze od pilotowania śmigłowca w czasie nalotu na handlarzy narkotyków? Klapa. Można równie dobrze od razu się poddać. Mamy z Jenny w zwyczaju żartować sobie z moich współpracowników; Sara co prawda nie żartowała, opowiadając bratanicy o dziwaczce Rosemary i Bakerze, kimkolwiek on jest, ale plotkuje z nią na ich temat.

Docieramy do gabinetu, w którym ma się odbyć spotkanie, równocześnie z Sarą i Tobą.

Po jakiego diabła trzymasz w rękach gazetę? Wiem, że często złoszczę się na Ciebie z powodu Twojego weekendowego zwyczaju czytania gazet – robisz to zamiast spędzać czas z rodziną. Doszliśmy do wniosku, że jest to odpowiednik „wpatrywania się w ogień przez jaskiniowca, żeby mógł odreagować cały tydzień”; no ale żeby robić to teraz? Tutaj?

Wchodzimy za wami do niskiego pokoju. Jest gorąco i nie ma okna. Ani nawet wiatraka, który mieszałby zatęchłe, ciężkie powietrze.


Komisarz Baker przedstawia się, nie wstając zza biurka. Jego spocona, nalana twarz nie ma wyrazu.

– Wprowadzę pana w ogólne tło naszego dochodzenia – mówi głosem równie nijakim, jak jego fizjonomia. – Podpalenia szkół są bardzo częste. W Zjednoczonym Królestwie mamy szesnaście takich przypadków tygodniowo. Jednak ofiary w ludziach w wyniku tych pożarów są rzadkością. Podobnie, jak wybuch ognia w ciągu dnia.

Denerwujesz się. „Do rzeczy, człowieku”.

– Podpalacz mógł sądzić, że szkoła będzie pusta, ponieważ tego dnia rozgrywały się zawody sportowe – ciągnie komisarz. – Mogła to jednak być celowa próba skrzywdzenia kogoś, kto znajdował się wewnątrz.

Pochyla się do przodu. Jego przepocona poliestrowa koszula przykleiła się do oparcia plastikowego krzesła.

– Czy wie pan o kimś, kto mógłby chcieć zrobić Jennifer krzywdę?

– Nie – ucinasz.

– To śmieszne – mówi Jenny. Jest wstrząśnięta. – Byłam tam tylko przypadkiem, mamo. Naprawdę.

Myślę o tej postaci, która pochylała się nad nią minionej nocy.

– Ona jest tylko siedemnastolatką, do cholery! – mówisz.

Twoja siostra zaciska mocniej dłoń trzymaną na Twojej.

– Cholera jasna! – powtarzasz. Nigdy nie używasz takich słów w obecności swojej siostry lub dzieci.

– Dostawała obraźliwe listy, prawda? – pyta komisarz Baker i tym razem słychać w jego głosie napięcie.

– Ale to już przeszłość – odpowiadasz. – To było wiele miesięcy temu i nie ma z tym związku. To nie ma żadnego związku z pożarem.

Jenny stojąca obok mnie sztywnieje. Nigdy nam nie mówiła, jak się czuła, gdy w listach nazywano ją zdzirą, dziwką, nieletnią lolitką i jeszcze gorzej. I gdy w naszej skrzynce na listy lądowały adresowane do niej koperty ze zużytymi prezerwatywami i psimi odchodami. Zwróciła się z tym problemem do Ivo i swoich przyjaciół, a nie do nas.

 

„Kochanie, ona ma już siedemnaście lat”.

Byłeś taki irytująco wyrozumiały i racjonalny, jakbyś właśnie przeczytał „podręcznik obsługi nastolatek”.

„Ale jesteśmy jej rodzicami”, oponowałam. „Rodzice są ważniejsi od wszystkich”.

– Nic się nie działo od prawie pięciu miesięcy – mówisz komisarzowi. – Problem zniknął.

Komisarz przegląda leżące przed nim notatki, jakby w poszukiwaniu dowodów na to, że może się z Tobą nie zgodzić.

Pamiętam, jak bardzo chcieliśmy, żeby problemy się skończyły. Kierowano do niej takie okropne słowa. To było szokujące. Groteskowe. Ohydny, brutalny świat wdarł się przez skrzynkę na listy do życia naszej córki. I chyba to jest kluczem do tego, dlaczego nad tym nie zapanowałeś. Pomyślałeś, że nie wykonałeś swojego ojcowskiego zadania i nie ochroniłeś jej.

Wiele godzin poświęciłeś na przyglądanie się kartkom A4 w linie i starałeś się rozszyfrować pochodzenie naklejonych na nie liter – z jakiej gazety je wycięto? Z jakiego czasopisma? Badałeś znaczki na tych listach, które dostarczyła poczta, i dochodziłeś znaczenia tych, które włożono bezpośrednio do skrzynki – ten ktoś był pod naszymi drzwiami, a Ty go nie dopadłeś.

Jakiś czas później zrozumiałam, że chciałeś być tym, który złapie tego kogoś i powstrzyma go. Chciałeś zemścić się za upokorzenie Jenny czy coś sobie udowodnić? Według mnie i jedno, i drugie.

I wtedy, po dwóch tygodniach, po dwóch długich tygodniach, Mike, nastał dzień, w którym do skrzynki wsunięto kopertę ze zużytą prezerwatywą. Dopiero wtedy powiedziałeś o wszystkim Sarze. Tak jak się spodziewałeś, kazała nam zgłosić sprawę na policję. „Dlaczego nie zrobiliście tego od razu?”. Posłuchaliśmy jej i, znowu zgodnie z Twoimi przewidywaniami, policja – z wyjątkiem Sary – nie uznała sprawy za ważną. A przynajmniej nie za tak istotną, jak wydawała się nam. Nie było zagrożenia życia. Niczego nie znaleźli. My też nie mogliśmy im pomóc w dochodzeniu. Nie mieliśmy pojęcia, kto mógłby obrać sobie Jenny za cel ataków, ani dlaczego to robił.

Biedna Jen. Była taka wściekła i zawstydzona, gdy policja przesłuchiwała jej przyjaciół i chłopaka. Nastolatki mają wręcz paranoiczne przekonanie, że rodzice nie pochwalają ich wyborów.

Zresztą Ty przepytałeś większość z nich już wcześniej, przechwytując ich na korytarzu, podczas gdy Jenny próbowała szybko przemycić gości do swojego pokoju. Te głupiutkie dziewczątka z chudymi kończynami i długimi włosami nie wyglądały na autorki takich listów. A co z chłopcami, którzy się z nią przyjaźnili? Czy któryś z nich dusił w sobie zapiekłą niechęć do naszej córki? Czyżby czyjaś nieodwzajemniona miłość przekształciła się w nienawiść i przybrała formę jadowitych listów?

Zawsze podejrzliwie traktowałam Ivo. Nie myślałam, że jest zdolny do takich rzeczy, ale nie podobał mi się jako mężczyzna. A właściwie chłopak. Może dlatego, że jest taki niepodobny do Ciebie – wątłej budowy, o delikatnych rysach i w wieku siedemnastu lat woli poezję Audena od podręczników obsługi samochodów. Brakuje mu ikry. Nie zgadzasz się ze mną. Uważasz, że to „równy gość” i „fajny koleś”. Pewnie dlatego, że nie chcesz uchodzić za zaborczego ojca, czyż nie? I boisz się, że możesz stracić kontakt z córką. Bez względu na powody, wspierasz Jenny w jej wyborze, a ja z niej drwię.

Jednak nawet mimo mojego uprzedzenia wobec niego wątpię, żeby to on był autorem tych listów. Poza tym, jest jej chłopakiem, a ona go uwielbia, więc po co miałby je wysyłać?

– Kiedy dokładnie miał miejsce ostatni przypadek? – pyta komisarz Baker.

– Czternastego lutego. Wiele miesięcy temu – odpowiadasz.

W walentynki. To była środa. Adam martwił się testem, a Jenny jak zwykle zeszła późno na śniadanie. Nie spaliśmy już od godziny i czekaliśmy na szczęk skrzynki na listy. Ten metaliczny dźwięk wywoływał u mnie mdłości.

To był list, w którym nazywano ją „pi...”. Nie mogę wypowiedzieć tego słowa, nie mogę nazwać tak Jenny. Po prostu nie mogę.

Następnego dnia w skrzynce nie było nic. Potem minął cały tydzień bez niechcianej korespondencji. I następne dwa tygodnie. Upłynęły już ponad cztery miesiące i wczorajszą pocztę wyjęłam bez obaw.

– Jest pan pewien, że od czternastego lutego nie było nic więcej? – dopytuje się komisarz.

– Tak. Mówiłem panu...

– Czy mogła coś przed państwem ukryć? – przerywa Ci.

– Ależ nie! – zaprzeczasz zdenerwowany. – Pożar nie ma nic wspólnego z człowiekiem, który wysyłał listy. Domyślam się, że pan jeszcze tego nie widział.

Rzucasz na biurko gazetę, którą trzymałeś w dłoni. To numer „Richmond Post”. Tytuł na pierwszej stronie krzyczy: „Podpalacz podkłada ogień w szkole podstawowej!”. Artykuł podpisała Tara.

Komisarz Baker ignoruje gazetę.

– Czy były jakieś inne formy korespondencji, o której nam państwo nie powiedzieli? – ciągnie. – Na przykład wiadomości tekstowe albo e-maile, bądź posty na portalach społecznościowych?

Zerkasz na niego.

– Pytałam o to Jenny, ale zaprzeczyła – wtrąca się Sara.

Chodzisz po gabinecie w tę i z powrotem. Ściany oddziela od siebie odległość pięciu kroków. Zachowujesz się tak, jakbyś chciał uciec czemuś, co na Ciebie poluje.

– Powiedziałaby pani? – pyta Baker.

– Owszem, powiedziałaby. Mnie albo rodzicom – odpowiada Sara.

Nie uwierzyliśmy Jenny na słowo. Szukaliśmy: Ty złamałeś wszelkie zasady z podręcznika obsługi nastolatków, a ja zachowywałam się jak normalna matka.

– MySpace? Facebook? – dopytuje się komisarz, jakbyśmy nie wiedzieli, czym jest portal społecznościowy. Przerywasz mu.

– Ten ktoś nie miał z tą sprawą nic wspólnego. Boże, ile razy mam to powtarzać? – Stukasz palcem w gazetę. – To tego Silasa Hymana powinniście przesłuchać!

– Nie czytaliśmy tej gazety – odzywa się Sara. – Przeczytamy artykuł, jeśli dasz nam chwilę.

Chyba po prostu Ci ustępuje. Jakkolwiek by było, co takiego o tym pożarze może wiedzieć Tara, czego nie wiedziałaby Sara – policjantka i Twoja siostra?

Pierwsza strona jest zdominowana przez zdjęcie przedstawiające spaloną szkołę. Posążek dziecka z brązu stojący przed budynkiem wydaje się na jego tle dziwnie nietknięty. Pod spodem widnieje zdjęcie Jenny.

– Z mojej strony na Facebooku – zauważa Jenny. – Ivo zrobił je w Wielkanoc, gdy chodziliśmy na kurs kajakarski. Nie do wiary, że ona zrobiła coś takiego. Weszła na moją stronę i wydrukowała zdjęcie albo je zeskanowała. Czy to jest kradzież?

Jestem zachwycona jej oburzeniem. W takich okolicznościach przejmuje się tym, że bezprawnie wykorzystano jej zdjęcie!

Kontrast między naszą córką leżącą na oddziale oparzeniowym i tą zdrową, piękną dziewczyną na fotografii jest wręcz bolesny.

Może Jenny też ma takie wrażenie. Podchodzi do drzwi.

– Nie zrobił tego gość od listów z obelgami, a pomysł taty, że stoi za tym Silas Hyman, jest absurdalny. Idę się przejść.

– W porządku.

– Nie prosiłam o pozwolenie! – ucina. I wychodzi. Zupełnie jakby wspomnienie obelżywych listów spowodowało wciśnięcie starego guzika.

Tuż po jej wyjściu Sara otwiera gazetę i widzę artykuł na dwie strony z wyróżnionym tytułem: „Przeklęta szkoła”. Na stronie po lewej widnieje podtytuł: „Ogień wzniecono celowo”, a na przeciwległej stronie zamieszczono zdjęcie „lubianej i pięknej dziewczyny”.

Tara zrobiła z cierpienia Jenny istną szopkę: „Piękna siedemnastolatka... walczy o życie... potwornie poparzona... poważnie okaleczona”. To nie jest obiektywne przekazywanie wiadomości, tylko lubieżne tarzanie się w ich ochłapach; ten artykuł to podniecające śmieci.

Tara uczyniła ze mnie superbohaterkę, która rzuciła się w płomienie. Okazałam się jednak raczej opieszałą bohaterką, bo przybyłam za późno, aby móc uratować śliczną heroinę. Zakończenie jest dramatyczne: „Policja kontynuuje pilne poszukiwania osoby odpowiedzialnej za podpalenie i prawdopodobnie śmierć dwóch osób”. Nasza śmierć przydaje powagi jej artykułowi.

Dokładnie naprzeciwko, na drugiej stronie, Tara przerobiła tekst, który napisała w marcu. Dodała nowy wstęp:

Zaledwie cztery miesiące temu w „Richmond Post” informowaliśmy o Silasie Hymanie, lat 30, nauczycielu ze szkoły podstawowej Sidley House, którego zwolniono po tym, jak jedno z dzieci zostało poważnie ranne. Siedmiolatek złamał obie nogi, gdy spadł na nawierzchnię placu zabaw z zamieszczonej na budynku drabinki ewakuacyjnej podczas rzekomego „wypadku”.

Jak i za pierwszym razem, tak i teraz nie wspomina, że pana Hymana nie było wówczas w pobliżu placu zabaw. No i cudzysłowy przy słowie wypadek sugerują, że to nie był wypadek. Lecz kto by ją pozwał za cudzysłowy? Jest śliska jak lakierowana skóra jej torebki Miu Miu od Prady.

Swoją sławę dziennikarską nadal mierzy za pomocą długości kolumn tekstu.

Położona na zielonym przedmieściu południowego Londynu ekskluzywna szkoła z rocznym czesnym wysokości 12 500 funtów została założona trzynaście lat temu i jest reklamowana jako inspirujące miejsce, w którym „ceni się każde dziecko”. Lecz już cztery miesiące temu stawiano pytania dotyczące kwestii bezpieczeństwa dzieci w tej placówce.

Rozmawiałam wówczas z rodzicami. Matka ośmiolatki powiedziała mi: „Szkoła powinna troszczyć się o dzieci, a ten człowiek najwyraźniej nie opiekował się nimi. Bierzemy pod uwagę wypisanie córki z tej szkoły”.

Inny rodzic stwierdził: „Jestem bardzo zły. Taki wypadek w ogóle nie powinien mieć miejsca. To jest niedopuszczalne”.

W marcu Tara zatytułowała artykuł: „Upadek na placu zabaw”. Tym razem zmieniła tytuł na: „Zwolniony nauczyciel”.

Tak więc po prawej stronie mamy „Zwolniony nauczyciel”, a po lewej „Ogień podłożono celowo”. Jest między nimi jakieś połączenie, jakby niewidoczne pasmo winy – zwolniony nauczyciel bierze odwet.

Odzywa się telefon komisarza. Odbiera go Baker.

Egzemplarz „Richmond Post” leży na biurku niczym rękawica rzucona na ring. Twój Silas Hyman rywalizuje z autorem obelżywej korespondencji Bakera.

Wiem, że nigdy nie lubiłeś pana Hymana. Zanim go zwolniono, przez kilka tygodni sprzeczaliśmy się na jego temat. Uważałeś, że „nadmiernie” przesadzam, mówiąc o jego wpływie na Addiego.

– To jest masło maślane. Nie można nadmiernie przesadzać – odparłam oschle.

– Nie studiowaliśmy oboje anglistyki – odpowiedziałeś urażony.

– Nie dobrnęłam do końca, pamiętasz?

Kłóciliśmy się z powodu pana Hymana. A przecież zazwyczaj się nie kłócimy.

– Zanim w szkole pojawił się pan Hyman, Addie był nieszczęśliwy – stwierdziłam. – Naprawdę nie pamiętasz?

Dokuczano mu, nie mógł pracować, jego samoocena była zaburzona.

– To się zmieniło – oznajmiłeś.

– Owszem, dzięki panu Hymanowi. To on zdecydował, kto usiądzie najbliżej Adama, domyślił się, z którymi chłopcami będzie mógł się zaprzyjaźnić; okazało się, że miał rację. Dzieci zapraszają Adama do swoich domów, żeby się razem bawić. W ten weekend nocował u kolegi. Czy kiedykolwiek wcześniej to się zdarzało? Pan Hyman usadza też dzieci w autokarze podczas wycieczek. Addie kiedyś zawsze się bał, że nikt nie będzie chciał usiąść obok niego. Poza tym czuje się już pewnie na lekcjach matematyki i angielskiego.

– Po prostu się stara.

– Zwraca się do Addiego per sir Covey. Urocze, prawda? Używa tytułu szlacheckiego.

– Pewnie z tego powodu inne dzieciaki się z niego nabijają.

– Nie. Pan Hyman ma jakiś przydomek na każdego.

Dlaczego nie doceniałeś go bardziej?

Młody, atrakcyjny nauczyciel z błyskiem w oku. Zastanawiałam się, czy Twoja niechęć nie wynikała z tego, że pocałował mnie w policzek, gdy byliśmy na zebraniu rodziców po pierwszym semestrze. „Jakież to niestosowne!”, oburzyłeś się, nie zdając sobie sprawy z tego, że pan Hyman często stosuje dotyk – mierzwi dzieciom włosy, gdy przechodzi obok ich ławek, podaje im rękę na do widzenia. Owszem, my, matki czasami się z niego podśmiewałyśmy, ale nie na poważnie.

Gdy go zwolniono i po powrocie do domu byłam tym faktem zbulwersowana, wydawałeś się tym poirytowany. Oznajmiłeś, że płacisz czesne, na które pracujesz „cholernie ciężko” i, zanim następnego dnia wyruszysz na jakąś męczącą wyprawę, nie chcesz słyszeć o „tym kiepskim nauczycielu, który sam załatwił sobie zwolnienie z pracy”.

 

Aż do wczorajszego wieczoru kłóciłabym się z Tobą o to, że go podejrzewasz. Stwierdziłabym, podobnie jak Jenny, że to „absurdalne”. Jednak teraz wszystko to, czego byłam pewna, poszło z dymem. Już nic nie jest takie, jak wczoraj. Nikomu nie ufam. Nawet panu Hymanowi. Absolutnie nikomu.

Komisarz Baker kończy rozmowę przez telefon i zerka na „Richmond Post”.

– Ciekawe jest to – mówi do Sary – jak szybko prasa znalazła się na miejscu pożaru. Jeszcze przed wozami strażackimi. Musimy ustalić, kto ich poinformował, albo skąd się dowiedzieli o zdarzeniu. Tak na wszelki wypadek.

Ta jego miałka uwaga nie na temat doprowadza Cię do furii.

– Nie chodzi tylko o artykuł – mówisz, ale przerywa Ci krótkofalówka komisarza. Odbiera, lecz Ty kontynuujesz. – Widziałem, jak agresywnie zachowywał się kilka tygodni po tym, gdy został zwolniony. To się działo na uroczystości rozdania szkolnych nagród. Wdarł się do środka i wykrzykiwał pogróżki. I to poważne.

[9] Inaczej szpiczak mnogi; choroba szpiku kostnego polegająca na złośliwym rozroście patologicznych plazmocytów, prowadzącym między innymi do obniżenia odporności i osłabienia kośćca.

[10] Andrew Marvell, Dialog duszy i ciała, przeł. Stanisław Barańczak.

[11] Ibidem.