Potem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rosamund Lupton
Potem

Z angielskiego przełożyła

Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik



Dla moich synów

Cosmo i Joego,

z których nie mogłabym być bardziej dumna

*

Ujrzeć świat w ziarnku piasku,

I niebiosa w kwiecie z lasu,

Bezmiar zmieścić w dłoni zagłębieniu,

W godzinie – nieskończoność czasu.

William Blake – Auguries of Innocence

PROLOG

Nie mogłam się ruszyć. Nie mogłam nawet kiwnąć małym palcem czy mrugnąć powieką. Nie mogłam otworzyć ust, by krzyczeć.

Starałam się z całych sił poruszyć tę kłodę, którą stało się moje ciało, ale tkwiłam uwięziona pod wielkim stalowym wrakiem statku spoczywającym na dnie oceanu i nie mogłam wykonać najmniejszego ruchu.

Powieki miałam jak zespawane. Bębenki w uszach popękane. Struny głosowe zerwane.

Było tak ciemno i ciężko. Utknęłam na głębokości półtora kilometra.

„Muszę się postarać”, powiedziałam sobie, myśląc o Tobie, i wtedy uwolniłam się z wraku mojego ciała i popłynęłam przez mroczny ocean.

Parłam ku powierzchni i światłu dziennemu, wykorzystując całą siłę ramion.

To jednak nie było półtora kilometra.

Nagle znalazłam się w jaskrawo oświetlonej białej sali, w której unosił się ostry zapach środków odkażających. Usłyszałam głosy wymawiające moje imię.

Ujrzałam moje ciało leżące na szpitalnym łóżku. Patrzyłam, jak lekarz otwierał mi powieki i świecił latarką w oczy. Drugi opuszczał oparcie łóżka, a kolejny podawał mi kroplówkę.

Nie uwierzysz w to. Pokonujesz rzeki i zdobywasz góry, znasz prawa natury i fizyki. „Bzdury!”, mówisz, gdy ktokolwiek opowiada w telewizji coś o zdarzeniach paranormalnych. Dla swojej żony będziesz chyba łaskawszy i nie ocenisz moich słów aż tak surowo, chociaż i tak będziesz uważał, że to niemożliwe. A jednak istnieją przeżycia poza ciałem. Czytamy o tym w gazetach, słyszymy, jak ktoś opowiada o tym w radiu.

Jeśli to działo się naprawdę, to co powinnam robić? Przepchnąć się między lekarzami i odepchnąć pielęgniarkę, która goliła mi głowę? „Przepraszam! Proszę się przesunąć! To chyba moje ciało. Halo! Jestem tutaj!”.

Miałam komiczne myśli, bo się bałam.

Ogarniały mnie mdłości, dostałam gęsiej skórki, trzęsłam się i drżałam.

I wtedy sobie przypomniałam.

Piekielne gorąco, szalejące płomienie i duszący dym.

W szkole był pożar.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1

Tego popołudnia miałeś ważne spotkanie w BBC, więc nie mogłeś czuć silnego, ciepłego wiatru, o którym zebrani na szkolnym boisku rodzice mówili: „Bóg go zesłał dla sportowców”. Pomyślałam sobie, że nawet jeśli Bóg istnieje, to jest pewnie zajęty głodującymi mieszkańcami Afryki lub sierotami w Europie Wschodniej, a nie zapewnianiem darmowej klimatyzacji uczestnikom wyścigu w workach w Sidley House.

Słońce oświetlało białe linie wymalowane na trawie, gwizdki na szyjach nauczycieli błyszczały w promieniach słońca, włosy dzieci lśniły. Wzruszająco wielkie stopy na końcach cienkich dziecięcych nóżek odbijały się od trawy i niosły małych sportowców podczas biegów: na sto metrów, z przeszkodami oraz wyścigu w workach. Latem prawie nie widać szkoły, która znika za wysokimi kasztanowcami, ale wiedziałam, że dzieciaki z zerówki nadal siedziały w budynku. Pomyślałam, że to wielka szkoda – najmniejsi nie mogą się cieszyć letnim popołudniem na dworze.

Adam nosił z dumą plakietkę z napisem „Mam 8 lat!” zrobioną z karty urodzinowej, którą dostał od nas rano – dzisiaj rano. Przybiegł do mnie pędem z rozpromienioną twarzą, ponieważ zamierzał przynieść ze szkoły swój tort, „i to w tej chwili!”. Rowena i tak musiała pójść po medale, więc dotrzymała mu towarzystwa. Ta sama Rowena, która tak dawno temu uczyła się w Sidley House razem z Jenny.

Gdy się oddalili, rozejrzałam się w poszukiwaniu Jenny. Pomyślałam sobie, że po jej porażce na egzaminie końcowym[1] powinna natychmiast zabrać się do powtórki materiału, by ponownie do niego podejść, ale ona chciała nadal pracować w Sidley House, żeby opłacić planowaną podróż do Kanady. Dziwne, że budziło to we mnie tak silny sprzeciw.

Uważałam, że dla siedemnastolatki praca asystentki nauczyciela jest już wystarczającym wyzwaniem, ale tego popołudnia Jenny pełniła również obowiązki szkolnej pielęgniarki. Z tego powodu miałyśmy poprzedniego wieczoru małe spięcie.

– Jesteś chyba za młoda, by brać na siebie taką odpowiedzialność.

– Mamo, to tylko szkolne zawody, a nie wyścig motocyklowy.

Jej zmiana dobiegała już końca – nie było żadnych wypadków – i niebawem Jenny miała do nas dołączyć. Byłam pewna, że nie może się doczekać, by wreszcie wyjść z malutkiego gabinetu na ostatnim piętrze budynku.

Przy śniadaniu zauważyłam, że założyła o wiele za krótką spódniczkę i oznajmiłam, że nie wygląda profesjonalnie. Ale czy ona kiedykolwiek brała pod uwagę moje rady dotyczące stroju?

– Powinnaś się cieszyć, że nie założyłam niskich biodrówek.

– Takich, które odsłaniają przedziałek między pośladkami?

– Aha.

– Zawsze mam ochotę podejść do kogoś, kto nosi takie spodnie, i mu je podciągnąć.

Wybuchnęła śmiechem.

A jej długie nogi prezentowały się wspaniale w tej o wiele za krótkiej spódniczce i mimo woli czułam dumę. Chociaż te długie nogi ma po Tobie.

Na boisku pojawiła się Maisie o błyszczących błękitnych oczach i uśmiechu od ucha do ucha. Niektórzy uważają ją za fałszywą, udającą radosną snobkę chodzącą w śmiesznych koszulkach, których długie rękawy mają inny kolor od reszty. Większość z nas ją jednak uwielbia.

– Gracie – powiedziała i uściskała mnie. – Przyjechałam, żeby podwieźć Rowenę do domu. Jakiś czas temu przysłała mi wiadomość. Napisała, że metro nie działa. Mama-szofer kłania się do usług!

– Odbiera medale – poinformowałam ją. – Adam poszedł z nią po swój tort. Powinni wrócić lada chwila.

Uśmiechnęła się.

– Jaki tort mamy w tym roku?

– Czekoladowy. Addie wyżłobił w nim łyżeczką okopy, zdjęliśmy wszystkie kuleczki maltesers[2] i zastąpiliśmy je żołnierzykami. To jest tort poświęcony pierwszej wojnie światowej. Dość brutalne, ale pasuje do dziecka na poziomie początku podstawówki.

Zaśmiała się.

– Fantastyczne.

– Niezupełnie, ale on tak uważa.

– Mamo, czy ona jest twoją najlepszą przyjaciółką? – zapytał mnie niedawno Adam.

– Chyba tak.

Maisie podała mi jakiś drobiazg dla Adama. Był prześlicznie zapakowany i wiedziałam, że w środku jest doskonale dobrany prezent. Maisie wybiera świetne prezenty. To jedna z wielu rzeczy, za które ją uwielbiam. Kolejną jest to, że brała udział w wyścigu matek co roku, gdy Rowena uczyła się w Sidley House, i zawsze dobiegała do mety jako ostatnia, długo po innych, ale nie przejmowała się tym ani trochę. Nigdy nie nosiła odzieży z lycrą i, w przeciwieństwie do każdej innej matki w Sidley House, nigdy nie była na siłowni.

Wiem. Marnuję czas na opowieść o tym spotkaniu z Maisie na boisku. Przepraszam. Ale jest ciężko. To, przez co przechodzę, jest tak cholernie trudne.

Maisie poszła do szkoły, żeby poszukać Fiony.

Spojrzałam na zegarek. Zbliżała się piętnasta.

Nadal ani śladu Jenny ani Adama.

Nauczyciel WF-u zagwizdał, żeby rozpocząć ostatni wyścig – sztafetę – po czym ryknął przez megafon, żeby drużyny zajmowały miejsca. Zmartwiłam się, że Addie będzie miał problemy, skoro nie było go na jego pozycji.

Spojrzałam w stronę szkoły, pewna, że lada moment ich ujrzę.

Z budynku szkoły wydobywał się dym. Czarny gęsty dym, jak z ogniska. Pamiętam, że byłam spokojna. Nie wpadłam w panikę. Ale wiedziałam, że zbliża się do mnie jakaś niszczycielska siła.

Musiałam się schować. I to szybko. Nie. Nic mi nie grozi. To przerażenie nie dotyczy mnie. To moje dzieci są w niebezpieczeństwie.

Ciężar tej świadomości przygniótł mi klatkę piersiową.

Wybuchł pożar i one tam były.

One tam były.

Po chwili biegłam z prędkością krzyku. Gnałam tak szybko, że nie miałam czasu oddychać.

Mojego krzyku nie zatrzyma nikt, dopóki nie porwę w ramiona ich obojga.

Pędząc przez ulicę, słyszałam wyjące syreny. Wozy strażackie utknęły, nie mogąc przejechać nawet metra, gdyż na moście stały porzucone samochody, blokujące im przejazd. Kobiety, które wysiadały z aut, zostawiały je na środku ulicy i biegły przez most w stronę szkoły – przecież wszystkie matki oglądały zawody. Co robiły tu te kobiety, które pospiesznie zdejmowały buty na wysokich koturnach i potykały się, gnając na złamanie karku w naprędce założonych japonkach i, jak ja, krzyczały podczas biegu? Rozpoznałam jedną z nich – była to matka dziecka z zerówki. Wszystkie były matkami czterolatków, które o zwykłej porze przyjechały odebrać ze szkoły swoje pociechy. Jedna z nich zostawiła małe dziecko w porzuconym SUV-ie – maluch uderzał rączkami w okno i przyglądał się szaleńczemu biegowi matki.

 

Dotarłam na miejsce jako pierwsza, przed innymi kobietami, które musiały przebiec przez ulicę, żeby dotrzeć na podjazd przed szkołą.

Czterolatki stały w grzecznym rządku obok swojej nauczycielki. Maisie obejmowała ją ramieniem; dostrzegłam, jak bardzo wstrząśnięta była ta kobieta. Za nimi ujrzałam czarny dym, buchający z budynku szkoły niczym z fabrycznego komina i brukający nieskazitelny błękit letniego nieba.

Adam też tam był – na zewnątrz! – i łkał wtulony w Rowenę, która trzymała go mocno. W przypływie ulgi miłość, która wypłynęła ze mnie, objęła nie tylko chłopca, ale też pocieszającą go dziewczynę.

Pozwoliłam sobie przez sekundę, może dwie, poczuć ulgę na widok Adama, po czym zaczęłam rozglądać się za Jenny. Równo obcięte blond włosy, szczupła sylwetka. Nie było nikogo do niej podobnego. A na moście wyły syreny.

Czterolatki zaczęły płakać na widok swoich matek pędzących ku nim co sił z twarzami zalanymi łzami, z wyciągniętymi ramionami, niecierpliwie czekających na chwilę, gdy obejmą swoje dzieci.

Odwróciłam się w kierunku płonącego budynku. Czarny dym buchał z okien klas na pierwszym i drugim piętrze.

Jenny.

[1] Egzamin A-level, zdawany w Wielkiej Brytanii na koniec nauki w szkole średniej, decydujący o przyjęciu na studia. Odpowiednik polskiego egzaminu maturalnego.

[2] Popularne w Wielkiej Brytanii słodycze; są to czekoladowe kuleczki ze słodkim nadzieniem.

ROZDZIAŁ 2

Wbiegłam po schodach prowadzących do głównego wejścia, otworzyłam drzwi do małego przedsionka; przez chwilę wszystko wyglądało normalnie. Na ścianie wisiało oprawione w ramki zdjęcie przedstawiające pierwszych uczniów Sidley House z dziecięcymi uśmiechami na buziach. (Rowena była wówczas wyjątkowo śliczna, zaś nasza Jenny przypominała brzydkie kaczątko). Było tam również menu z obrazkami – dziś na obiad był placek z rybą i groszek. To dało mi poczucie bezpieczeństwa. Poczułam się tak, jak wchodząc do szkoły każdego innego dnia.

Próbowałam otworzyć drzwi do głównego holu. Po raz pierwszy dotarło do mnie, jakie były ciężkie. Drzwi odgradzające mnie od ognia. Ręce drżały mi tak bardzo, że nie mogłam utrzymać klamki. Była gorąca. Miałam podwinięte rękawy bluzki. Odwinęłam je i naciągnęłam na dłoń. Wtedy otworzyłam drzwi.

Wykrzykiwałam jej imię. Raz za razem. Za każdym razem dym wpadał mi do ust, gardła i płuc, dusił. Wydawało mi się, że nie będę już w stanie krzyczeć.

Słyszałam odgłosy pożogi, syk i plucie ognia. Ogromny ognisty wąż wił się w budynku.

Coś zawaliło się nade mną. Usłyszałam huk i poczułam wstrząs.

Rozległ się wściekły ryk ognia podsycanego dopływem nowej porcji tlenu.

Szalał nade mną.

Jenny była nade mną.

Ledwo widziałam schody.

Piekielny skwar bił mnie z całej siły w ciało i twarz.

Nic nie widziałam – było tam ciemniej niż w piekle.

Musiałam dotrzeć na drugie piętro.

Do Jenny.

Dym dostawał się do moich płuc. Czułam, że wypełnia je niczym drut kolczasty.

Opadłam na czworaka, bo przypomniałam sobie z (jakże odległych już) ćwiczeń z postępowania podczas pożaru, że tlen gromadzi się przy ziemi. I jakimś cudem odkryłam, że mogę oddychać.

Czołgałam się przed siebie niczym ślepiec bez laski, próbując odnaleźć za pomocą palców kolejne schody. Pomyślałam, że powinnam znajdować się w czytelni, w której leżał wielki kolorowy dywan. Poczułam go pod palcami: nylon topił się i kurczył pod wpływem temperatury i parzył mi dłonie. Bałam się o czubki moich palców – niebawem będą tak mocno poparzone, że stracę w nich czucie. Miałam wrażenie, że jestem bohaterem ze zbioru greckich mitów należącego do Adama, trzymającym nić Ariadny, która wyprowadzi go z labiryntu. Tyle że moją nicią był topiący się dywan.

Dotarłam do przeciwległej krawędzi dywanu i poczułam, że zmieniła się faktura podłogi, a zaraz potem natrafiłam na pierwszy schodek.

Zaczęłam wdrapywać się na pierwsze piętro, nadal na czworaka, z głową jak najniżej, by mieć dostęp do tlenu.

I przez cały czas nie chciałam uwierzyć, że to się naprawdę działo. To miejsce kojarzyło się z dziećmi o pyzatych buziach i policzkach pokrytych meszkiem, z zabawami na schodach, ze sznurkami rozpiętymi w poprzek klasy z doczepionymi do nich rysunkami. Z zeszytami i podręcznikami, z wielkimi poduchami i pokrojonymi w plastry owocami zjadanymi w czasie przerwy.

Tu było bezpiecznie.

Kolejny stopień.

Czułam i słyszałam wokół mnie, jak dzieciństwo Jenny i Adama rozpada się na kawałki.

Kolejny stopień.

Zrobiło mi się słabo. Chyba zatrułam się jakimś składnikiem dymu.

Kolejny stopień.

To była walka. Ja przeciwko żywemu ogniowi, który chciał zabić moje dziecko.

Kolejny stopień.

Wiedziałam, że nie zdołam dotrzeć na drugie piętro; że zginę, zanim uda mi się dostać do mojej córki.

Dotknęłam jej, gdy dopełzłam do ostatniego stopnia. Udało się jej pokonać jedną kondygnację.

To była moja mała dziewczynka i wszystko miało być dobrze. Już będzie dobrze.

– Jenny?

Nie odpowiedziała ani się nie poruszyła. Ryk ognia zbliżał się i prawie nie mogłam już oddychać.

Próbowałam ją podnieść, jakby nadal była malutka, ale okazała się dla mnie zbyt ciężka.

Ciągnęłam Jenny w dół schodów, starając się własnym ciałem osłonić ją przed gorącem i dymem. Nie zastanawiałam się, jak bardzo była ranna. Jeszcze nie. Nie chciałam o tym myśleć, dopóki nie dotrzemy na dół. Dopóki nie będzie bezpieczna.

Milcząc, wołałam do Ciebie, jakbym telepatycznie mogła wezwać Cię na pomoc.

I gdy tak ciągnęłam Jenny, stopień za stopniem, usiłując oddalić się od palącego żaru, rozszalałych płomieni i dymu, myślałam o miłości. Uczepiłam się tej myśli. Była jasna, chłodna i spokojna.

Może jednak istniało jakieś telepatyczne połączenie między nami, ponieważ w owej chwili byłeś pewnie na spotkaniu z dziennikarzami BBC i rozmawialiście na temat kolejnej części Twojej serii zatytułowanej Wrogie żywioły. Poprzednio zajmowałeś się gorącymi, parnymi dżunglami oraz spalonymi przez słońce pustyniami. Tym razem chciałeś dla odmiany pokazać zamarznięte pustkowia Antarktyki. Być może to Ty pomogłeś mi wyobrazić sobie cichą białą przestrzeń miłości, gdy ściągałam Jenny ze schodów.

Zanim jednak udało mi się dotrzeć na dół, poczułam uderzenie. Upadłam na twarz i wszystko spowił mrok.

Gdy traciłam przytomność, mówiłam do Ciebie. Powiedziałam: „Nienarodzone dziecko nie potrzebuje w ogóle oddychać. Wiedziałeś o tym?”. Pomyślałam sobie, że pewnie nie wiedziałeś. Kiedy chodziłam w ciąży z Jenny, zdobywałam wszelkie dostępne informacje; Ty tak niecierpliwie czekałeś na jej przyjście na świat, że nie potrafiłeś poświęcić uwagi kwestiom wstępnym. Nie wiesz więc, że dziecko w łonie matki, pływające w płynie owodniowym, nie może zrobić wdechu, bo by się utopiło. Nie ma skrzeli, które pozwoliłyby mu do chwili narodzin oddychać jak ryba. Dziecko czerpie tlen poprzez pępowinę łączącą je z matką. Czułam się jak zbiornik tlenu podłączony do malutkiego dzielnego nurka.

W chwili, w której Jenny przyszła na świat, źródło tlenu zostało odcięte i wkroczyła w nowy żywioł – powietrze. Nastąpiła chwila ciszy, sekunda, podczas której dziecko zdawało się balansować na krawędzi życia. W dawnych czasach noworodek dostawał klapsa w pupę, żeby krzyknął i wypełnił płuca powietrzem. Obecnie personel medyczny uważnie obserwuje maleńką klatkę piersiową, wypatrując jej wznoszenia się i opadania, i nasłuchuje szmeru – wdechu oraz wydechu – świadczącego o tym, że dziecko rozpoczęło życie w nowym środowisku.

Wtedy ja zapłakałam, a Ty krzyknąłeś radośnie – krzyknąłeś! – i zabrano z sali inkubator, który okazał się niepotrzebny. Noworodek był zdrowy. Dołączył do miliardów innych istnień na naszej planecie, które oddychają bez zastanawiania się nad tą czynnością.

Następnego dnia Twoja siostra przysłała mi bukiet róż z gipsówką, o której ślicznych, drobnych białych kwiatach mówi się, że są „dziecięcym oddechem”. Oddech noworodka jest delikatniejszy od podmuchu potrzebnego, by zerwać pojedynczy „parasol” z dmuchawca.

Powiedziałeś mi kiedyś, że zmysłem, który przestaje funkcjonować jako ostatni, gdy człowiek traci przytomność, jest słuch.

Zdawało mi się, że w otaczającym mnie mroku usłyszałam delikatny oddech Jenny.

ROZDZIAŁ 3

Powiedziałam Ci już, co się stało, gdy się obudziłam – byłam uwięziona pod wielkim stalowym wrakiem statku spoczywającym na dnie oceanu.

Wydostałam się z wraku mojego ciała do czarnego jak smoła oceanu i popłynęłam w stronę światła.

Ujrzałam ciało na szpitalnym łóżku – siebie.

Poczułam strach i gdy się pojawił, wróciła pamięć.

Palące gorąco, rozszalałe płomienie i duszący dym.

Jenny.

Wybiegłam z sali, żeby jej poszukać. Myślisz, że powinnam była postarać się wrócić do mojego ciała? A co, jeśli znowu uwięzłabym w nim bez żadnego pożytku i tym razem nie udałoby mi się wydostać? Jak miałabym wówczas odnaleźć Jenny?

W płonącej szkole szukałam jej pośród mroku i dymu; tym razem krążyłam po jaskrawo oświetlonych korytarzach, ale przepełniająca mnie desperacja była dokładnie taka sama. Wpadłam w panikę i zapomniałam o moim ciele leżącym na szpitalnym łóżku. Podeszłam do lekarza i zapytałam o naszą córkę:

– Jennifer Covey. Siedemnaście lat. To moje dziecko. Była w pożarze.

Lekarz odwrócił się i odszedł bez słowa. Ruszyłam za nim, krzycząc:

– Gdzie jest moja córka?!

Nadal się oddalał. Podeszłam do dwóch pielęgniarek.

– Gdzie jest moja córka? Była w pożarze. Jenny Covey.

Kobiety kontynuowały rozmowę.

Ignorowano mnie raz po raz.

Zaczęłam krzyczeć tak głośno, jak tylko umiałam, darłam się wniebogłosy, ale wszyscy wokół mnie byli głusi i ślepi.

Wtedy przypomniało mi się, że jestem niesłyszalna i niewidzialna.

Nikt mi nie pomoże w poszukiwaniach.

Ruszyłam biegiem, oddalałam się od sali, w której leżało moje ciało, i przemierzałam inne oddziały szpitala. Szukałam jej gorączkowo.

„Nie do wiary, że ją zgubiłaś”, odezwała się niania w mojej głowie. Pojawiła się w niej tuż przed narodzinami Jenny; jej krytyczny głos zajął miejsce pochwał wygłaszanych przez moich nauczycieli. „Przecież w takim stanie nigdy jej nie odnajdziesz, prawda?”.

Miała rację. W panice zachowywałam się jak chaotycznie poruszająca się cząsteczka, opisana przez Browna[3]. Miotałam się to tu, to tam, bez logiki i wyraźnego celu.

Pomyślałam o Tobie, o tym, co Ty byś zrobił, i zwolniłam.

Zacząłbyś od parteru, od lewej strony, jak wtedy, kiedy szukasz w domu czegoś, co zawieruszyło się na dobre; prowadzisz poszukiwania, zmierzając w prawo, a następnie na kolejne piętro. Metodycznie przeczesujesz teren, wypatrując telefonu komórkowego, kolczyka, biletu oyster card czy ósmej części serii Beast Quest.

Myślałam o książkach z serii Beast Quest i kolczykach, ponieważ drobne szczegóły z naszego życia pomagały mi trochę się odnaleźć i delikatnie mnie uspokajały.

Tak więc kroczyłam korytarzami nieco wolniej, choć rozpaczliwie pragnęłam biec; starałam się czytać napisy na tabliczkach, zamiast pędzić obok nich. Widziałam znaki kierujące do wind, na oddział onkologii, do ambulatorium, na oddział pediatrii – to było minikrólestwo oddziałów, poradni, sal operacyjnych i pomieszczeń technicznych.

Tabliczka z napisem „KOSTNICA” wdarła się w moje pole widzenia, ale przecież nie poszłabym tam. Nawet nie brałam tego pod uwagę.

Zobaczyłam tabliczkę kierującą do izby przyjęć. Może Jenny nie trafiła jeszcze na oddział?

Pobiegłam tam tak szybko, jak potrafiłam.

Weszłam do środka. Obok mnie przewieziono krwawiącą kobietę. Jakiś lekarz biegł, a słuchawka stetoskopu odbijała się od jego brzucha. Drzwi prowadzące do podjazdu dla karetek otworzyły się i wycie syreny wypełniło biały korytarz; panika odbijała się echem od ścian. To było miejsce nagłych wypadków, napięcia i bólu.

 

Zaglądałam do kolejnych boksów. Cienkie niebieskie zasłonki oddzielały sceny przeróżnych dramatów. W jednym z nich leżała Rowena, ledwie przytomna. Maisie szlochała przy niej, ale ja zatrzymałam się tam tylko na tyle, by stwierdzić, że to nie Jenny, i ruszyłam dalej. Na końcu korytarza znajdowała się jakaś sala. Zauważyłam, że lekarze wchodzili do środka, ale nikt stamtąd nie wychodził.

Przekroczyłam próg.

Na łóżku stojącym na środku sali ktoś leżał. Ktoś potwornie poraniony. Otaczali go lekarze.

Nie wiedziałam, że to ona.

Odróżniałam jej płacz od płaczu innych dzieci niemalże od chwili jej narodzin. Jej wołanie: „mamo!” brzmiało wyjątkowo i nie sposób było go nie wyłowić spośród głosów innych dzieci. Potrafiłam w jednej chwili dostrzec jej buzię na zatłoczonej scenie. Znałam ją lepiej niż samą siebie.

Gdy była dzieckiem, znałam każdy centymetr jej ciała, każdy włosek na brwiach. Obserwowałam, jak zarysowywały się na twarzyczce Jenny w ciągu pierwszych dni po jej przyjściu na świat. Przez wiele miesięcy wpatrywałam się w nią godzinami, każdego dnia, gdy karmiłam ją piersią. Urodziła się w ciemnym i ponurym lutym, a gdy wiosna przemieniła się w lato, jasność promieni słonecznych pozwoliła mi poznać ją jeszcze lepiej.

Przez dziewięć miesięcy jej serduszko biło w moim ciele – dwa uderzenia na jedno moje.

Jak mogłam się nie zorientować, że to ona?

Odwróciłam się, żeby opuścić salę.

I wtedy zobaczyłam sandały na stopach potwornie zmasakrowanej osoby leżącej na łóżku. Sandały z błyszczącymi szkiełkami marki Russell & Bromley, które kupiłam jej jako absurdalny i niepasujący do pory roku prezent pod choinkę.

Takie sandały nosi mnóstwo ludzi. Przecież produkuje się ich tysiące. To nie znaczy, że na stole leży Jenny. To nie może być Jenny. Proszę, nie.

Jej lśniące jasne włosy były zwęglone, twarz opuchnięta i okropnie poparzona. Dwaj lekarze dyskutowali o jakichś procentach i dotarło do mnie, że mówili o tym, w jakim stopniu ucierpiało jej ciało. W dwudziestu pięciu procentach.

– Jenny?! – krzyknęłam.

Nie otworzyła oczu. Czy ona też mnie nie słyszała? A może była nieprzytomna? Miałam taką nadzieję, bo przecież ten ból byłby nie do zniesienia.

Wyszłam z sali tylko na chwilę, niczym tonący chwytający powietrze przed zanurzeniem się w otchłań współczucia, które mnie przepełniało, kiedy na nią patrzyłam. Zatrzymałam się w korytarzu i zamknęłam oczy.

– Mama?

Poznałabym jej głos wszędzie.

Zerknęłam na dziewczynę siedzącą w kucki. Oplatała kolana ramionami.

Tę dziewczynę rozpoznałabym pośród tysiąca innych.

Moje drugie bijące serce.

Objęłam ją.

– Czym my jesteśmy, mamo?

– Nie wiem, kochanie.

Może się to wydać dziwne, ale ja nawet przez chwilę nie zastanawiałam się nad tym. Ogień strawił wszystko, co niegdyś uważałam za normalne. Nic już nie miało sensu.

Przejechało obok nas łóżko z ciałem Jenny, otoczone przez personel medyczny. Ciało przykryto prześcieradłem rozpostartym na stelażu tak, żeby materiał nie dotykał oparzeń.

Poczułam, jak się wzdrygnęła.

– Widziałaś swoje ciało? – zapytałam. – Zanim je zakryli?

Starałam się mówić delikatnie, ale wypadły ze mnie ciężkie słowa, tworząc grubo ciosane, brutalne pytanie.

– Owszem. Najlepiej opisuje je fraza „powrót żywych trupów”.

– Skarbie...

– Dzisiaj rano martwiłam się wągrami na nosie. Wągrami! Czy to nie komiczne?

Próbowałam ją pocieszyć, ale tylko pokręciła głową. Chciała, żebym zignorowała jej łzy i uwierzyła w maskę, jaką przywdziała. Potrzebowała tego. Nadal musiała być wesołą, energiczną, pogodną Jenny.

Mijający nas lekarz rozmawiał z pielęgniarką.

– Jej ojciec jest w drodze, biedaczysko.

Pobiegłyśmy, by Cię odnaleźć.

[3] Mowa tu o tzw. ruchach Browna. W 1827 roku angielski botanik R. Brown, obserwując przez mikroskop ziarenka pyłku roślinnego zawieszone w wodzie, zauważył, że znajdują się one w nieustannym ruchu.