Dwa mutanty

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Spis cyklu

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Karta redakcyjna

Okładka


Spis cyklu:

1 Więzy Zony

2 Sztych

3 Dwa mutanty

4 Kajdany losu

5 Projekt „Minotaur”

6 Więzy Zony 2

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Podobno czas leczy rany, ale nie tylko on.

Kiedy na nowo przekartkować te ponure rozdziały życia, można odkryć tam na tyle nieubłaganą logikę łączącą poszczególne działania i rezultat końcowy, że człowiek odruchowo zastanawia się, czy nie ma jakiejś siły wyższej, nieustająco ferującej swoje nieubłagane wyroki. I wtedy okazuje się, że znika gorycz porażki... Nawet jeśli tą porażką była własna śmierć.

Ci, którzy zagłębiając się we własną duszę, dotarli aż do tego poziomu, nierzadko uciekają w religię. Tylko że ja tak nie umiem: bić pokłonów, żegnać się i okrążać drogą krzyżową zasieków z drutu kolczastego wokół Zony.

Moim pocałunkiem Judasza były dwie kule w piersi. Umarłem w jednym z niezliczonych „grawikoncentratów”, zarazem sprasowany, zmiażdżony przez niewytłumaczalne siły, napromieniowany wielokrotnością śmiertelnej dawki radiacji i spalony na popiół w tyglu wysokotemperaturowego rdzenia, płonącego w punkcie zero anomalii.

Natomiast kiedy Zona raz człowieka przyjmie jako swojego, to potem nie wypuszcza.

Śmierć mogła odrzeć mnie z ciała, ale nie dogoniła dryfujących po polu anomalii myśli, pamięci ani duszy. Ja zaś nie czuję żalu, że moja stalkerska droga znalazła taki kres – bo przecież wszystko to było właśnie w pełni logicznym podsumowaniem mojego życia.

Zginąłem, ale żyję nadal. Patrzę tam, w świat żywych, gdzie została moja żona z synem. Gdzie niedawni towarzysze broni i przyjaciele w nieszczęściu porzucili Zonę, ale nie dali rady uciec przed jej milczącym spojrzeniem nawet za Kordonem. Natomiast teraz to nie oni mnie interesują.

Niezrozumiałe dla mnie siły po raz kolejny ruszyły się z miejsca, inicjując punkty wyjściowe tak wielu łańcuchów przyczynowo-skutkowych dla najbliższej przyszłości.

Tutaj na przykład jest sobie generał-lejtnant Oleg Pawłowicz Iwołgin, który dopiero co zapobiegł zamachowi nie tyle na swoje życie, ile karierę, zaplanowanemu przez zazdrosnych podkomendnych. Na czysto wyrolowawszy dwóch nie lepszych od niego intrygantów, Oleg Pawłowicz nagle przyznaje się do winy przed zwykłym kapitanem, który przypadkiem trafił pomiędzy tryby rozkręconej intrygi – i przepadł bez śladu gdzieś het za drutami kolczastymi Kordonu.


– No i po cholerę ja cię tam posłałem?! – generał-lejtnant Iwołgin nigdy nie grzeszył miękkością charakteru, a teraz przypominał gotowy do erupcji wulkan. – Po co?! No po to, żebyś ludzi moich z powrotem sprowadził! O generałów Sokolenkę i Reszetnikowa nawet nie pytam, ale gdzie Siennikow?!

– Towarzyszu generale, melduję posłusznie. – Major Kratczyn był wyraźnie zbity z pantałyku. – Żeśmy ich nie znaleźli, no... W raporcie przecież pisałem. Szliśmy ich tropem, parę razy nawiązaliśmy kontakt, nawet ratowaliśmy i wspieraliśmy ogniem. Ale przecież tamci dwaj teraz w dezarów się wyrodzili, nie ma szans ich w Zonie dogonić.

Na generalskim stole stała figurka jakiegoś chińskiego bożka: pyzaty gnom patrzył złośliwie zmrużonymi, świńskimi oczkami na majora Kratczyna i chyba mu nie wierzył.

Co gorsza, generał też nie.

– A powiedzcie mi, majorze: dlaczego przed wami uciekali, co? – przebiegle zapytał Iwołgin, wstając zza biurka. – Może jednak nie do końca tak było, jak piszecie? Co?

– W żadnym razie, towarzyszu generale. – Major też wstał. – Dokładnie tak.

– Aha. Więc już idąc do Kordonu, trafiliście w zasadzkę bandytów i straciliście większość ludzi.

– Tak jest.

– A potem, znaczy się, ci sami bandyci znaleźli cholera wie gdzie minę przeciwczołgową, usiedli wokół, rozpalili na niej ognisko i się wysadzili w pizdu! Tak?! I jeszcze mam uwierzyć, że żaden z waszych ludzi, którzy jeszcze wtedy żyli, nie odniósł ran! Dobrze rozumiem?

– Towarzyszu generale...

– A wy wiecie, co ja myślę, majorze? – Iwołgin podszedł do okna, wyjrzał na coś w dole, po czym odwrócił się do rozmówcy całym ciałem, jak obierający kierunek czołg. – Że z uszu wam się kurzy, tak kłamiecie.

– Ja...

– Milczeć! I nie obchodzi mnie, ani dlaczego, ani po co kłamiecie! Gówno mnie obchodzi, jaki artefakt z Zony nieśliście, który tych bandytów idiotów pozabijał! Aloszę Siennikowa mieliście mi przynieść, żywego i zdrowego! I wasz rozkaz nadal obowiązuje. Więc radzę wam, żebyście zaczęli zbierać ludzi i pakować plecak już dziś, bo wracacie tam! Tam, gdzieście za swój artefakt zasrany mojego towarzysza broni sprzedali.

– Towarzyszu generale! Minęły już ponad dwa miesiące...

– Wypierdalajcie w podskokach, majorze. Macie dwa tygodnie, żeby wrócić do tego gabinetu z kapitanem Siennikowem. Jak nie, to zamiast ustalonej wcześniej sumy będzie na was czekać trybunał wojskowy. I zapewniam was, że śledczy mogą sobie szukać, analizować i sprawdzać, co chcą, bo ja ten proces zacznę od wyroku, a do niego się dopisze resztę.

– Towarzyszu generale, przecież...

– Milczeć, powiedziałem. Ja na drugi dzień po waszym powrocie z pustymi rękami grupę poszukiwawczą wysłałem, wiecie? Nic nie znaleźli... ale wy, wy, majorze! – Generał pogroził palcem. – Wyście coś tam znaleźli, prawda? Czuję nosem wasze kłamstewska, omijanie prawdy szerokim łukiem. Tak więc historia zatoczyła koło i teraz dostajecie to samo zadanie, tylko że do poprawki.

– Tak jest... – jęknął major, czując, że to koniec drogi.

– Chcecie następne dziesięć lat spędzić na wolności, to się tym razem postaracie, tyle w ramach pakietu motywacyjnego. Na osłodę pozwalam wziąć wszystko, cokolwiek będzie wam potrzebne: ludzi, sprzęt, wyposażenie, broń... Wszystko! Ale jak mi tutaj kapitana Siennikowa nie sprowadzicie...!

– Tak jest! – powtórzył major Kratczyn, strzelając obcasami i salutując do beretu. Znał swego rozmówcę na tyle, żeby umieć rozpoznać jedyne wyjście ewakuacyjne z autobusu rozmowy do tej pory toczącego się ku przepaści. – Wszystko jasne, towarzyszu generał-lejtnancie! Proszę o pozwolenie na...

– Won.

Otrzymawszy w tak zwięzłej formie zezwolenie na oddalenie się, major Kratczyn skorzystał z niego nad wyraz skwapliwie.

Do wieczora skompletował oddział dziesięciu ludzi, którym następnie dobrał z magazynów wojskowych najlepsze, co tylko się dało, i trochę tego, czego teoretycznie się nie dawało. Tam, gdzie nie sięgał autorytet i słowo Iwołgina, w ruch szły jego własne ustalenia i uczciwa wymiana handlowa.

Sumarycznie przed końcem dnia miał swoją drużynę wojenstalkerów, wyposażoną we wzmocnione kewlarowe pancerze, doborową broń, zminiaturyzowane noktowizory, najnowszej generacji czujniki dla przenośnych detektorów anomalii – a nawet mocno sfatygowany i lekko nadpalony kask z przyłbicą wyposażoną w holograficzny wyświetlacz anomalii.

To ostatnie trofeum, wyprodukowane przez jakiś zamorski hi-tech, przynieśli do polowego obozu korpusu naukowego jacyś stalkerzy na handel. Zabawka była mocno uszkodzona, ale jajogłowi dali radę ją naprawić. Teraz standardowy interfejs kasku pozwalał podczepiać i parować z nim dowolne detektory anomalii, uzyskując na przyciemnianym panelu przyłbicy bardzo ładną wizualizację.

Sam major Kratczyn o kasku wiedział wcześniej i uważał go za zupełnie bezużyteczny gadżet, natomiast mając w pamięci przykazanie dowódcy, wziął go ze sobą – rzekomo do testów polowych – jako osobę odpowiedzialną zgłaszając oczywiście Iwołgina. Co prawda od razu postawił swoim ludziom warunek: kaskiem po drodze się nie bawić, z eksperymentami wstrzymać się, aż dojdą do jeziora, gdzie i tak zatrzymają się na kilkudniowe rozpoznanie.

Ponadto, doskonale jeszcze czując bezradność, która towarzyszyła mu na brzegu wygiętego w podkowę zbiornika wodnego, major wycyganił od specnazowców dwa nadmuchiwane pontony z lekkiego, elastycznego plastiku, które złożone i ściągnięte pasami idealnie mieściły się pod górną klapę plecaka.

 

O wiele ważniejszą częścią ich transportu miały być montowane do każdej łodzi trzy niewielkie silniczki turbinowe na akumulator, spięte w jeden układ sterowania zaopatrzony w manipulator podobny do dżojstika. Dzięki nim nie tylko nie będzie trzeba męczyć się wiosłowaniem, ale też zachowa się pełną zdolność bojową obydwu załóg podczas przeprawy.

Znajomy szef zaopatrzenia zdołał zorganizować wysokokaloryczne batoniki proteinowe, kilkadziesiąt racji liofilizowanych owoców, prasowanego mięsa i doskonałą oficerską tuszonkę z kaszą w dużych puszkach.

Zaprzyjaźniony magazynier zapewnił broń i amunicję.

Łącznościowiec zaklinał się, że podkręcone krótkofalówki z oddzielnie zasilanymi antenami poradzą sobie na niewielkich odległościach z kontaktem zdalnym nawet na przestrzał przez „elektrę”.

Wszystko to razem wzięte dawało majorowi naprawdę sporą dozę pewności siebie. Tym bardziej że znał przecież już drogę! Liczył, że dadzą radę dotrzeć do jeziora w ciągu czterdziestu ośmiu godzin.

Co miałoby pójść nie tak?


Tymczasem Powinność w końcu odzyskała notatki należące do straconego przed dwoma miesiącami wzmocnionego patrolu. Przed swoim ostatnim bojem grupa pod dowództwem Czołga robiła wszystko zgodnie z wewnętrznymi instrukcjami klanu: opis całej dziennej marszruty wraz ze szczegółowymi komentarzami trafiał na mapę, uzupełniony koordynatami poszczególnym punktów postojów oraz odstrzelonych mutantów, po czym był chowany w jednej z niezliczonych tymczasowych skrytek. Taki zapis pozwalał funkcjonariuszom śledczym klanu ustalić okoliczności zaginięcia patrolu – dokładnie tak, jak doszło do tego teraz.

Powinność nie jest jakąś tam sobie przypadkową zbieraniną ludzi, jak to ma miejsce z większością stalkerskich ugrupowań. Teoretycznie organizacja uznawana jest za paramilitarną, ale w praktyce niejeden wojskowy w podskokach zamieniłby panujący w armii bajzel na przygotowanie i skrupulatną dyscyplinę Powinności. Gdyby nie pełna obróbka ideologiczna, zamieniająca poważnych, nierzadko idealistycznych zawodowców w fanatycznych zabójców, to sam bym bez wahania poszedł w Zonę z dowolnym z tamtych...

...tyle tylko że ja jestem teraz martwy. Natomiast chłopcy w czarno-czerwonych mundurach i tak mieli życie za nic, jeśli w grę wchodziły chociażby najmniejsze podejrzenia o niedozwoloną mutację organizmu. I sam fakt, że teraz od razu trzy patrole najsilniejszego z klanów Zony wyruszały z ich bazy na starej fabryce w poszukiwaniu zemsty, napełniał mnie najgorszymi z możliwych przeczuć.

Oto dwunastu ludzi siedzi sobie przy ognisku. Uniformy w kolorach nocy i krwi, ewidentny naddatek broni strzeleckiej, oczy zimne niczym spoczywające w magazynkach naboje. Z takim spojrzeniem można równie dobrze gotować się do negocjacji wielomilionowego kontraktu, szykować do wprowadzenia stanu wyjątkowego w kraju albo planować morderstwo.

Tyle tylko że finansistów i polityków raczej w Zonie brak.


Będący dowódcą jednego z patroli Borg pełnił w tym wypadku rolę przywódcy całości oddziału jako pierwszy pośród równych.

– No dobrze, to podsumujmy – odezwał się. – Jakkolwiek nasz mutant stanowi nowy podgatunek kontrolera, to zapewne nie jest tego świadomy. Więcej niż oczywiste jest, że patrol Czołga pragnął doprowadzić do fizycznej likwidacji. Natomiast nawet doświadczony medyk-psycholog, którego mieli na składzie, nie zrozumiał, że ten cały Sztych używa mutacji podświadomie, niecelowo, zapewne w sytuacji stresowej. To znaczy, że jeśli nie spłoszyć zwierzyny, to nie zaatakuje nas pierwsza.

Jedenastu żołnierzy uważnie wsłuchiwało się w słowa lidera. Teraz, podczas narady ogólnej, każdy miał prawo powiedzieć, co uważa, i podać w wątpliwość dowolną z wysuniętych propozycji. Jednak potem, kiedy przejdą w tryb realizacji operacyjnej, decyzje będzie podejmować wyłącznie dowódca patrolu, a zakwestionowanie jego rozkazów będzie równoznaczne ze zdradą.

Trzy połączone patrole Powinności były siłą na tyle znaczącą, że nawet nie zaprzątali sobie głowy wystawianiem wart. Poza linią drzew otaczających mikroskopijną polankę widać było świeże trupy jakichś zwierząt, które nieroztropnie odważyły się przebiec oddziałowi drogę. W powietrzu nadal jeszcze pachniało prochem strzeleckim i krwią.

– Dlatego też uważam za konieczne ujęcie Sztycha i przetransportowanie go do bazy przerzutowej na kwarantannę. Szkoda, że Czołg nie sfotografował kontrolera i obydwu jego chowańców, ale to nic, damy radę. Opisy są, rozpozna się ich.

– Czołg sobie z mutantem nie poradził – odezwał się młody blondyn siedzący naprzeciwko Borga. – Cały wzmocniony quad nie dał rady. Właśnie dlatego zadanie Centrali było tak jasno postawione: fizyczna likwidacja.

– Centrala nie posiadała wtedy kompletu informacji, który mamy dostępny na dziś – spokojnie odparował Borg. – Na terenie Aleksandrowskiego sowchozu ich medyk bez trudu podał figurantowi alfa-bloker. Mutanta od śmierci uratowała wyłącznie odporność na substancję... Przecież po Polu Cudów uciekał przed nimi, nie próbując nawet atakować. Na jeziorze się ukrywał. Przez cały czas ani jednej próby oddziaływania na patrol... I dopiero kiedy przyparli go do muru, zaatakował pełną siłą. My tego błędu nie powtórzymy, nie będziemy Sztycha straszyć. Zamiast tego podejmiemy z nim rozmowę, a potem uśpimy, po czym rozpoczniemy transport.

Niewielkie okrągłe zagłębienie w ziemi, na którego granicy rozsiedli się powinnościowcy, było niegdyś „łysicą”. Anomalia grawitacyjna dawno już nawciągała się więcej materiału, niż mogła przerobić, i zapewne eksplodowała, zostawiając po sobie wygodne miejsce dla obozowiska i minimalnie podwyższone tło radiacyjne. Dziesięć kroków za Borgiem od czasu do czasu budził się z hukiem „żarnik”, ale nikt nie zwracał na niego uwagi.

– A jeśli się nie uda? – nie odpuszczał blondyn. – Co zrobimy, jak nie będzie chciał rozmawiać? Albo jeśli środek nasenny nie zadziała? Co, jeśli od razu rozpocznie atak psioniczny?

– To chyba więcej niż oczywiste. Jeden patrol prowadzi operację, dwa kryją ogniem. Przy pierwszych oznakach ataku psionicznego wszyscy strzelają, żeby zabić.

– A dlaczego w tym kwadracie wcześniej nie było akcji czyszczenia? – odezwał się Waran, dowódca drugiego patrolu. – Niewiele jest miejsc w Zonie, gdzie mapa zupełnie odbiega od stanu faktycznego. Ja na swojej nie mam żadnego jeziora.

– Bo i nikt nie wiedział, że jest tam cokolwiek – znów odpowiedział Borg. – Jeśli wykluczyć plotki, to faktycznie mówiło się o czymś podobnym do Pola Cudów. Nasz zwiad meldował o możliwym istnieniu dużego zbiornika wodnego wewnątrz terenu podwyższonej aktywności anomalnej, ale nigdy nie odnotowaliśmy tam zwiększonej populacji mutantów, więc rejon nie był sprawdzany. Teraz wiemy, że wewnątrz pola anomalii jest jezioro w kształcie półksiężyca, do którego prowadzą dwa relatywnie bezpieczne przejścia. Na samej wodzie jest bezpieczny pas około półkilometrowej szerokości. Pośrodku jest coś na kształt pływającego domu.

Silniejszy poryw wiatru szarpnął koronami potężnych, powykręcanych drzew o grubych pniach i dużych, mięsistych liściach. Drzewa zaszeptały, zaniepokojone, pogroziły wiatrowi krzywymi konarami.

– Skoro przejść jest mało – odezwał się Waran – to zadanie będzie prostsze. Wchodzimy, blokujemy wejścia, spokojnie wyławiamy wszystkich z kotła.

– Wszystko się zgadza – przytaknął Borg. – Ale najpierw zwiad. Ja mimo wszystko mam nadzieję dogadać się ze Sztychem po dobroci. Bez pozyskania nowej wiedzy nie jesteśmy w stanie efektywnie likwidować kolejnych mutantów, a on może rzucić nowe światło na zrozumienie aktywności życiowej kontrolerów jako takich. Koniec, zamykam temat. Teraz omówmy trasę... Przerzucam wam mapę nakreśloną przez grupę Czołga.

Dowódca zbornego oddziału postukał palcami po komunikatorze, reszta też sięgnęła po PDA.

– Jest – zameldował Waran.

– Jezioro ma kształt półksiężyca na osi północ-południe. Północną i południową odnogę mieszkający w domu na jeziorze niejaki Kret nazywa „rękawami”, obydwie opasują znaczne wywyższenie terenu, tak zwaną Zębową Górę. Wysokości nie mamy podanej, ale zakładam, że to zwykłe wzgórze. Za nim jest koryto strumienia, brzegi są usiane anomaliami, ale wodą da się przejść. Drugie podejście jest od południa.

– Skąd te dane? – zainteresował się blondyn.

– Tak zapisał w swoim raporcie Czołg. Są zdjęcia planu pozyskanego od bandytów, których potem zlikwidował, ci z kolei w jakiś sposób zapoznali się z oryginalną mapą, narysowaną przez samego Kreta. Wnosząc z bazgrołów na górze, nawet to jezioro ochrzcili. Tak więc nie idziemy do bezimiennego zbiornika wodnego, a do jeziora... – Borg schylił się nad wyświetlaczem. – Do jeziora Podkowa, tylko że z jakiegoś powodu przez „t”, więc Potkowa.


I co, tyle? Gdzie tam! Zbyt wiele mieszkający na jeziorze Kret naznosił unikatów do swojej nory, i to takich, dla których mało kto nie straciłby własnej głowy... albo nie poświęcił cudzej. Nawet majorowi Kratczynowi wystarczyło jednej wizyty w artefaktowym skarbcu, aby jego kompas moralny zakręcił się wokół własnej osi i przekonał go do zatajenia prawdy przed wszystkimi – nie tylko zleceniodawcą, ale i własnymi ludźmi. Pojął w mig, jaką władzę nad ludźmi mogą mieć pieniądze.

Sam Kret chyba uporczywie nie chce tego zrozumieć. W przeciwnym razie nie prowadzałby każdego przybłędy do swojej piwniczki w cysternie kolejowej pod pływającą chatką, żeby się pochwalić albo dać coś na drogę. Bo dla starego przewodnika artefakt to aż albo i tylko źródło informacji o rodzącej go anomalii. Kret doskonale wie, ile co kosztuje, ale go to po prostu nie obchodzi... Ani to, jakie wrażenie może wywrzeć na kimkolwiek innym.

O, a tutaj młody typek, niejaki Palony. Znalazłszy się kilka miesięcy temu w opałach, już zdążył pożegnać się z życiem, ale ulitowała się nad nim Zona – a raczej Kret. Stalker przypadkiem natknął się na rannego nieboraka, opatrzył go i zabrał do siebie, jak znalezionego na ulicy psa z przetrąconą łapką... Wykurował, wykarmił, a potem, ciesząc się, że młody człowiek tak ładnie zrobił mu rysunki leżących w laboratorium artefaktów, dał mu kilka z nich na drogę oprócz jedzenia.

Tyle że Palony był dla tych obrazków nie tylko rysownicą, ale i kserokopiarką, bo każdy robił w dwóch egzemplarzach. I jak tylko znalazł się za Kordonem, od razu sprzedał kolekcję rysunków wraz z załączoną mapką na wolnym rynku. Liczył na to, że wypchana pieniędzmi walizka pomoże mu uciec nie tylko z kraju, ale może i z kontynentu... No ale się przeliczył.

Grupa miłośników socjalizmu stosowanego i selektywnej redystrybucji dóbr prywatnych ruszyła w gości do domku na jeziorze, a Palony zamiast na tropikalną wyspę trafił wraz ze swoją walizką pieniędzy do zupełnie słowiańskiej piwnicy. Obiecano mu, że być może go wypuszczą, jak tylko artefakty Kreta zostaną upłynnione na Dużej Ziemi.

I jak zwykle: coś poszło nie tak i w efekcie ani artefaktów, ani ludzi nikt więcej nie zobaczył.

Natomiast kiedy ostatnio zdarzyło się, żeby śmierć jednego głupca powstrzymała innego przed wyruszeniem jego śladem?


– Gównem od niego jedzie – z niezadowoleniem stwierdził Fanga, patrząc krzywo na brudną, nieszczęśliwą istotę, przyciskającą do piersi obity brązową skórą neseser. – I wygląda nie lepiej.

– No a czego byś chciał? – dobrodusznie uśmiechnął się Karaś, krzywymi, wytatuowanymi paluchami wyciągając szprotkę z puszki. – Już półtora miesiąca siedzi ze swoją kasą w mojej piwnicy. A teraz niech się przewietrzy trochę. Poprowadzi twoich chłopców do jeziora, na miejscu się umyje i niech idzie swoją drogą.

– Ja? Do jeziora?! – Do Palonego, który do tej pory patrzył na dwóch siedzących za stołem ludzi tylko ze strachem i niezrozumieniem, chyba dopiero teraz dotarło, że nie siedzi już w loszku sam na sam ze swoimi zwidami. – Karaś! Ja ciebie prosiłem przecież! Jak człowieka prosiłem...!

 

Głos Palonego zadrżał i załamał się, kolana mu zmiękły. Niedoszły milioner z łkaniem usiadł na podłodze, ani na chwilę nie wypuszczając z rąk walizki z pieniędzmi.

– Palony, weź nie rób z siebie pośmiewiska przy poważnych ludziach – warknął zniesmaczony Karaś, wycierając palce o skraj obrusa. – A to przecież szanowany człowiek z najlepszego w Zonie klanu, nikt inny jak sam Fanga z Wolności. Zaprowadzisz jego ludzi i nasz oddział wsparcia do jeziora, gdzie ten stary dziad mieszka. I koniec, wolny jesteś.

– Nie tak się umawialiśmy! – ryknął nagle Palony, wyszczerzył zęby i zaczął czołgać się w kierunku stołu.

Stojący do tej pory nieruchomo przy drzwiach ochroniarz podszedł, zamachnął się i zdzielił go gumową pałą przez plecy. Palony wygiął się w łuk, wrzasnął wniebogłosy i skulił się w pozycji embrionalnej, całym sobą chroniąc drogocenny neseser.

Fanga popatrzył na Palonego, potem na Karasia. Skrzywił się.

– No i jak ja z tym czymś, z tym Gollumem, przez Zonę mam iść? I co, będzie z tą walizą lazł i powtarzał: mój sssskarb, mój sssskarb?

– Nie idę! Nigdzie, do żadnego jeziora! – zakwiczał Palony histerycznie.

Karaś skinął na ochroniarza, który uderzył Palonego jeszcze dwa razy przez plecy, a kiedy ten otworzył się jak ostryga, fachowo kopnął w splot słoneczny. Palony zajęczał, ochroniarz wyrwał mu walizkę, wykręcił rękę za plecami i obrócił twarzą w kierunku Karasia.

– Niezłego masz tego goryla – mruknął z uznaniem Fanga. – Nawet się nie skrzywił. A ja stąd smród czuję.

– Palony, posłuchaj mnie. Tylko uważnie i ze zrozumieniem, bo powtarzać nie będę – powiedział Karaś, nachylając się przez stół. – Nikt z moich ludzi, którzy poszli wedle twojej mapy, nie wrócił żywy. Rozumiesz? Minęły dwa miesiące, a oni jak kamień w wodę. To znaczy, że celowo nie celowo, przypadkiem, świadomie czy jakoś inaczej, ale na śmierć ich posłałeś.

– Ja nie...! – zajęczał Palony, ale Karaś potrząsnął głową.

– W dupie to mam. Natomiast ty masz szczęście, bo cię nie zabiję. Słyszysz? Powinienem, ale nie zabiję. Dam ci drugą szansę. Ludzie Fangi słyszeli coś o krwawej łaźni, którą urządził oddziałowi wolnych włóczęgów ten skurwiel, ten upiór major Kratczyn. Rachunki z Kratczynem już ja sam wyrównam, ale ty, jak mówiłem, masz szansę: poprowadzisz ludzi Fangi. Osobiście. I wtedy do tej walizeczki Fanga dorzuci ci drugą, żeby było wygodniej nieść.

Palony zamarł, zamrugał. Popatrzył na Karasia, na Fangę. Trudno było określić, czy zrozumiał chociażby połowę z tego, co zostało powiedziane.

– Nakarmić go, ubrać, przygotować do wymarszu – polecił ochroniarzowi Karaś.

– Umyć! – prychnął Fanga. – Jeszcze tego mi brakowało, żebym miał z bezdomnym żulem się pokazywać.

Palony z jego neseserem został wywleczony za drzwi, a Karaś wrócił do swoich szprotek.

– Za parę dni będzie idealny moment na wyjście w Zonę. Od ostatniej emisji minęło kilka dni, uspokoiło się akurat wszystko. Czasu powinno być tyle, żeby pójść, zrobić co trzeba i wrócić bez pośpiechu. Sam miałem iść, ale sprawy mam, rozumiesz, ważne...

„Ważnymi sprawami” Karasia były określone przeterminowane zobowiązania wobec Wolności, ale na głos nikt o tym nie mówił – szczególnie teraz, kiedy tydzień temu w końcu wynegocjowano polubowny sposób ich załatwienia.

– No dobra, a jak do jeziora dojdziemy, co ja mam z tym twoim Palonym zrobić? – zapytał Fanga od niechcenia. – Nie mam ochoty go z powrotem ciągnąć. Rozgada na lewo i prawo, suka, o całym chabarze. Może jak wodę zobaczymy, to go spuścić...?

– Gdzie jeszcze „spuścić”? – zdziwił się Karaś. – Jak nie będzie wam potrzebny, to kula w łeb i do piachu. Po chuja mi on tutaj?

– Co, a pieniądze zostają u ciebie? – uśmiechnął się krzywo Fanga, podnosząc szklankę.

– Gdzie tam pieniądze. Walizki mi szkoda – w tym samym duchu odpowiedział Karaś.