Wstęga MöbiusaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wstęga Möbiusa
Wstęga Möbiusa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,90  55,12 
Wstęga Möbiusa
Audio
Wstęga Möbiusa
Audiobook
Czyta Jakub Kamieński
36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Bardzo dziękuję za spotkanie, zaraz przyjdzie mój brat. Natomiast panowie muszą mi zagwarantować, że nasza rozmowa nie jest nagrywana.

Policjanci oburzyli się na te słowa. Główny oficer uspokoił ich gestem.

– Nam też zależy, by po tym spotkaniu nie został żaden ślad – odezwał się komendant. – Choć dalej nie wiem, po co to wszystko.

Bernard poprosił ochroniarzy, by poszli po Adriana do auta, sam zaś usiadł przy stoliku i spokojnie wyjaśnił:

– Idzie zmiana, panowie. Kto pierwszy wyczuje, z której strony wieje wiatr, ten wygra. Więc nadstawcie nosa, poślińcie palec i wystawcie go w górę, a przekonacie się, z której strony aktualnie dmucha. Dobrze wam radzę, porozmawiajcie z moim bratem.

Adrian w obstawie rosłych ochroniarzy wydawał się drobny i bardzo szczupły. Był nienagannie ubrany, w śnieżnobiałą koszulę, czarne spodnie i skórzane buty na grubej podeszwie. Na jego skroniach dało się już zauważyć pierwsze siwe włosy, które nadawały mu powagi i łagodziły wyraz twarzy chłopca, zmieniając go w mężczyznę. Włosy miał starannie przystrzyżone i zaczesane do tyłu. Usiadł przy stole, nie przywitał się z nikim, nawet nie spojrzał na gości, tylko od razu przeszedł do rzeczy. Głos miał opanowany i metaliczny:

– Poprosiłem o spotkanie, bo wiem, że dużo możecie i to wy rozciągacie parasol ochronny praktycznie nad wszystkimi, z którymi obecnie współpracuję.

– Jaki parasol ochronny, Gieniu? – zwrócił się do głównego oficera siedzący nieco z boku, otyły mężczyzna. – O czym on gada? To jakaś prowokacja.

Adrian uniósł lekko wypielęgnowaną dłoń, by uspokoić porywczego policjanta.

– Nie bawmy się w teatralne gesty. Ja wiem, kim wy jesteście i wy też wiecie, kim ja jestem, choć udajecie, że jest inaczej. Pan jest Andrzej Łukasiewicz – zwrócił się do podenerwowanego policjanta zajmującego miejsce z boku stołu. – Jest pan inspektorem w stołecznej policji, odpowiedzialnym za walkę z paserstwem. Zna pan wszystkie dziuple i meliny w okolicy, na co dzień dogaduje się pan z Kudłatym, który kontroluje centralną część Polski, byliście ostatnio nawet na wspólnym wyjeździe i łowiliście razem tuńczyki. Czy Pola, kurwa przysłana przez Kudłatego, spełniła wszystkie pana dziwaczne oczekiwania, czy nie chciała czegoś zrobić? Czy nowy samochód pana żony, Krystyny, się sprawdza, czy może Kudłaty podstawił złe auto? Przecież na rybach dogadywaliście nawet kolor tapicerki, tak by pasował do garderoby pani Krysi. Udało się wszystko uzgodnić, panie Andrzeju?

Po tych słowach zrobiło się lekkie zamieszanie. Głos zabrał Bernard, siedzący za Adrianem.

– Panowie, nie mamy złych intencji, chcemy tylko porozmawiać. Finalny efekt tych rozmów będzie tylko z korzyścią dla was.

Jednak inspektor, który był przełożonym pozostałych policjantów, pokręcił głową, wydął wargi i odrzekł ze spokojem, patrząc prosto w oczy Adrianowi:

– Mogę cię załatwić w jeden dzień. Też wiem, czym się zajmujesz. Kontrolujesz waletów, hakerów, masz własną nielegalną obstawę, to już jest kilka paragrafów. – Po chwili dodał z wyższością: – Pamiętaj, po której ja jestem stronie, a po której ty. To ja reprezentuję prawo i państwo, ty jesteś zwykłym bandytą o wyglądzie profesora, któremu marzy się bycie bossem podziemia. Ale nic z tego. Za słaby jesteś. Jeszcze nie czas na ciebie, nie masz doświadczenia.

Adrian przygładził szpakowate włosy i wyciągnął rękę w stronę Bernarda. Ten otworzył teczkę i podał bratu kopertę. Adrian ze spokojem otworzył ją i rzekł cicho:

– Prosiłem, by nie robić teatralnych gestów i połajanek, a już na pewno mnie nie straszyć, bo ja się was nie boję. Wszystkie moje biznesy są legalne, ochrona ma podpisaną umowę o pracę, płacę podatki, fundusz emerytalny, chłopcy mają pozwolenie na broń, działają jako legalna straż przemysłowa, są nie do ruszenia. Mylicie mnie też z kimś innym: ja zawodowo zajmuję się handlem uszczelkami do pomp wysokociśnieniowych. Na dodatek lekceważycie mnie i zmuszacie do zrobienia czegoś, czemu na co dzień jestem raczej niechętny.

Adrian wyciągnął z koperty zdjęcia dużego formatu i trzymając je w ręku, spojrzał na inspektora.

– By pracować w Centralnym Biurze Śledczym, należy mieć przede wszystkim kwalifikacje i nieposzlakowaną opinię, prawda, panie Stopyra? W każdej dziedzinie, czyli ochronie transgranicznej, w branży kryminalnej, narkotykowej, ekonomicznej oraz związanej z aktami terrorystycznymi, ma pan, panie Eugeniuszu, coś do ukrycia. Być może nawet pana współpracownicy nie wiedzą o panu tyle co ja, więc chętnie się podzielę z nimi swoją wiedzą. Mieć coś na swego przełożonego to rzecz bezcenna, prawda, panowie? Taka wiedza może się przydać w przyszłości do awansów.

Przy stole zrobiło się cicho. Było słychać tylko nerwowe sapanie komendanta. Adrian kontynuował beznamiętnym i pozbawionym emocji głosem:

– Ma pan żonę, Halinę, którą pan regularnie zdradza. Proszę, tu są zdjęcia z ostatnich pana harców. Niech pan pokaże kolegom, bo wyjątkowo ładna panna się panu trafiła. Chyba nawet młodsza od pana córki, Kingi? Prawda? Harce z panną tak pana wykończyły, że musiał pan też wypić trochę wina po wszystkim, po czym wsiadł pan do samochodu, nic sobie nie robiąc z tego, że jest pan pod wpływem alkoholu. – Adrian położył zdjęcia na stole i patrząc w czerwoną twarz inspektora, ciągnął: – Jutro te zdjęcia znajdą się na oficjalnej stronie Komendy Głównej Policji. Dla moich chłopców z działu IT to robota na kilka minut. Panów zaś – zwrócił się do dwóch pozostałych oficerów – zapiszemy jako stałych użytkowników odwiedzających strony pornografii dziecięcej, na dodatek tak bezczelnych, że używających do tych uciech służbowych laptopów. By nie było żadnych niedomówień, wgramy na wasze twarde dyski trochę zdjęć, żeby w razie śledztwa nikt nie miał wątpliwości.

Zapadła cisza. Inspektor drżącymi dłońmi schował do koperty zdjęcia rozrzucone na stół.

– Nie wierzycie mi? – spytał Adrian. – Myślicie, że blefuję? To możemy się spotkać za tydzień, z tym że wtedy będziecie już byłymi oficerami, których też chętnie zatrudnię, ale już za inne pieniądze i do innej pracy. O ile uda się was zatrudnić, bo być może będziecie wszyscy siedzieć w areszcie. – Po chwili milczenia dodał: – Macie czas do jutra. Jutro wieczorem skontaktuje się z wami mój brat i ustali termin następnego spotkania. Ochłońcie nieco i nie podejmujcie głupich decyzji pod wpływem chwili. Nie chcę was niszczyć czy straszyć, tylko z wami pracować. Na każdego z was mam tyle materiałów, że upublicznienie ich pogrąży was nie tylko zawodowo, ale i rodzinnie. Miłego dnia życzę. Macie nad czym teraz myśleć.

Adrian wraz z Bernardem wstali od stołu i zostawili zmieszanych, milczących oficerów. Bracia w towarzystwie ochroniarzy odjechali spod restauracji, a policjanci jeszcze długo siedzieli przy stole i rozmawiali cicho, zawzięcie gestykulując.

Bernard następnego dnia dostał telefon od Komendanta Głównego Policji z prośbą o spotkanie. Tym razem mieli spotkać się sami, bez udziału Adriana. Bernard uspokoił wzburzonego policjanta, informując go o tym, że ma wszelkie upoważnienia, by występować w imieniu brata. Inspektor przyjechał z kierowcą, który jednak czekał w samochodzie pod restauracją. Bernard od razu dostrzegł zmianę nastawienia inspektora. Oficer nie potrafił ukryć zdenerwowania, lekko drżały mu ręce, a pod czerwonymi powiekami z resztką rzęs w rozbieganych oczach czaił się strach. Nie wiedział, czego od niego oczekują bracia. Gdy zasiedli przy jednym z bocznych stolików, policjant z udawanym spokojem spytał:

– Czego chcecie? Pieniędzy?

Bernard zaprzeczył ruchem głowy.

– Pieniędzy mamy pod dostatkiem. Moglibyśmy kupić całą tę waszą komendę. Od ciebie i twoich kolegów chcemy tylko dwóch rzeczy.

– Dawaj, zobaczymy – odparł szybko inspektor, rozglądając się nerwowo.

– Nie masz wyboru, panie Stopyra. Dalej tego nie rozumiesz? Co to znaczy „zobaczymy”?

– Nie wiem, czego chcecie – zauważył policjant. – Nie wiem, czy to, o co prosicie, jest wykonalne.

– Jest wykonalne, inaczej bym nie proponował współpracy. Pierwsza rzecz, to ściągnięcie parasola ochronnego z szefów grup przestępczych.

– Wszystkich?

– Tak. Ale to warunek wiązany, bo musisz ich o tym poinformować osobiście. Idzie nowe, panie Gieniu. Od jutra mój brat będzie ich szefem, będzie też panu przekazywał, kogo nie ruszać, a kogo można pogonić lub wsadzić do pierdla. Ty będziesz tym, który obwieści nowy ład.

Stopyra kręcił głową, nie dowierzając w to, co słyszał.

– Nie wiecie nawet, o co prosicie. Wkładacie głowę do ula. – Widząc jednak determinację Bernarda, spytał: – A druga rzecz?

– To dzielenie się z nami informacjami operacyjnymi z centrali. Zostanie ci przydzielony człowiek, któremu będziesz składał cotygodniowe raporty ze spraw, nad którymi pracujecie.

Inspektor oparł się ciężko o poręcz krzesła i odparł, wydymając ironicznie usta:

– Nie mogę się na to zgodzić. To szaleństwo. Ja pracuję w policji, a nie w mafii. Nie mogę przekazywać danych operacyjnych. To niemożliwe.

Bernard wstał od stołu i wyciągną rękę.

– Adrian będzie niepocieszony twoją odmową. Sam rozumiesz, że tej sytuacji jeszcze dziś uruchamiamy zespół wyszkolonych ludzi pracujących nad twoją kompromitacją. Może z twoim następcą łatwiej się dogadamy? Do widzenia. Chociaż wątpię, czy się jeszcze zobaczymy, bo do aresztu z wizytami raczej nie chadzamy.

– Czekaj. Coś ty taki nerwowy?

Bernard nie usiadł przy stole. Stojąc, patrzył na siedzącego i zrezygnowanego Stopyrę.

– Nie mogę się zgodzić na to, by mi ktoś dyktował, jak mam pracować. Zrozum to.

– Źle mnie zrozumiałeś. To oczywiste, że nie możesz i nikt nie będzie ci dyktował, co masz robić. Informacje, które od ciebie uzyskamy, wykorzystamy jako wiedzę. To nasz kapitał. Zresztą nikt się nie dowie, od kogo mamy te wiadomości. A o każdej ewentualnej interwencji poinformujemy cię.

 

– Poinformujecie czy spytacie o zgodę? – rzucił komendant obrażonym głosem.

– Poinformujemy. Ale wiedz jedno, nie zrobimy nic, co zaszkodzi tobie.

Stopyra sprawiał wrażenie załamanego. Patrzył na Bernarda, szukając argumentów, które pozwolą mu wyrwać się z matni.

– Panie Eugeniuszu – zaczął spokojnie Bernard. – Jest rzeczą oczywistą, że wie pan o większości lewych interesów prowadzonych w mieście. Oficjalnie łapiecie płotki lub ludzi spoza układu, swoich nie tykacie. Tak też pozostanie, tutaj nic się nie zmieni. No, może poza paroma zmianami personalnymi.

– To po co wy jeszcze do tego układu, jak ma zostać tak, jak było? Nie bardzo rozumiem. Pieniędzy nie chcecie, udziałów też nie, tylko chcecie wiedzieć, co się dzieje?

Bernard uśmiechnął się tajemniczo.

– Adrian lubi wiedzieć wszystko. Z samej wiedzy zrobi pieniądz. Pana nie ruszy, spokojnie. To jest oczywiście, o ile się pan zgodzi na nasze dwa warunki.

– A mam wybór?

– Nie bardzo, szczerze mówiąc.

Po spotkaniu z inspektorem Adrian przydzielił do kontaktu z policją zaufanego człowieka, który miał za zadanie nagrywać rozmowy i przekazywać potem zebrany materiał braciom. Po kilku tygodniach współpracy Adrian po raz pierwszy przekazał informację o tym, że degraduje kilku gangsterów: Basiora, który odpowiadał za handel dopalaczami i narkotykami, Suchego, odpowiedzialnego za wyłudzenia akcyzy i podatku granicznego, oraz Teslę, który kontrolował domy publiczne. Stopyra, gdy dostał wytyczne, mocno zaprotestował i zażądał natychmiastowego spotkania z Adrianem. Na umówione spotkanie przyszedł jednak tylko Bernard z czteroosobową obstawą. Oficer nie krył wzburzenia.

– Tak się nie robi, panowie, tak się nie robi… Co wy wyprawiacie, pakujecie siebie i mnie w kłopoty! – Rozejrzał się wkoło i wytknął wzburzony: – Chciałem się spotkać z pana bratem. Gdzie on jest?

Bernard gestem uspokoił oficera i odpowiedział spokojnie, siadając przy stoliku:

– Nie po to mój brat dogadywał się z panem, by teraz słuchać pańskich rad. Samodzielnie decyduje i przez wskazanych ludzi przekazuje wam informacje. To wszystko. Pan ma wykonać jego polecenie.

– Przecież umawialiśmy się zupełnie inaczej! – Policjant otarł dłonią spocone czoło. – Jak przekażę dymisję Basiorowi i reszcie, to będzie wojna. Poleje się krew, nie poddadzą się, mają za sobą batalion urków, będzie rzeź. Wkładacie palce między drzwi. Pański brat nie podał nawet powodów dymisji. Po co wam to?

– Raczej po co wam? Jak będzie wojna, policja będzie musiała interweniować, zrobi się szum, powyłażą w mediach pewne niewygodne kwestie. Po drugie, mój brat nie musi się nikomu tłumaczyć z tego, co robi. Radzę to sobie zapamiętać i więcej do tego nie wracać. Zróbcie tak, żeby zdegradowanych przekonać, by zmienili branżę albo przeszli na emeryturę.

Oficer żachnął się i nerwowo spojrzał na Bernarda. Ten, patrząc mu w oczy, dodał:

– Co z was za policja, że chodzicie na pasku urków? Parasola ochronnego nie potrafisz zdjąć? To kto kogo kontroluje? Załatw to, bo inaczej Adrian załatwi ciebie. – Wstał i rzucił jeszcze na odchodne: – Wstawcie na ich miejsce kogo chcecie, tutaj masz wolną rękę. Poinformuj tylko o dokonanej zmianie.

– A gdzie jest pana brat? Z nim chciałem rozmawiać, nie z panem! – zawołał komendant za Bernardem, który zatrzymał się na chwilę i odwrócił w stronę policjanta.

– Brat ma ważniejsze rzeczy na głowie niż spotkania z panem. Od tego ma mnie.

◊ ◊ ◊

Patrzę na słońce, które zachodzi za lasem. Gdy ognista kula dotyka korony drzew, spoglądam odruchowo na zegarek i zapamiętuję godzinę. Z każdym dniem słoneczny dysk przesuwa się w lewo i o chwilę prędzej styka z granicą lasu. Staram się ustalić regularność ruchu słońca, zamknąć go w liczby, a tym samym ujarzmić. Zastanawiam się, czy kolor zachodzącego słońca jest zależny od pory roku. Długo wpatruję się w słoneczną tarczę, próbując określić jaskrawe kolory graficzną notacją RGB. Gdy słoneczny dysk dotyka świerku, jestem pewny, że jego kolor to R 251, G 175 i B 108. Przymykam oczy i długo jeszcze widzę pod powiekami okrągły kształt, który odcisnął się na nich niczym pieczęć.

Bracia pieniądze zdobywali łatwo. Adrian zadbał o to, by w jego szeregach pracowali najlepsi hakerzy, którzy byli w stanie kontrolować nie tylko konta bankowe i przelewy, lecz także poufną korespondencję polityków, policji, handlarzy, bankierów czy ludzi mediów. Adrian słusznie założył, że wszystkie informacje potrzebne do robienia biznesu są dostępne w sieci, wystarczy tylko wiedzieć, jak je wydobyć. Jednak wśród wpływowych ludzi zdarzali się tacy, którzy używali tradycyjnych metod komunikacji. Im wyszkoleni włamywacze podkładali dyskretne podsłuchy. Ponadto osobna komórka informatyków opłacanych przez Adriana handlowała danymi spółek, przekazywała przedsiębiorcom informacje, w jakim przetargu powinni startować i jaka jest minimalna zakładana kwota, by przetarg wygrać. Adrian, w odróżnieniu od innych grup przestępczych, przywiązywał ogromną wagę do cyfrowych technologii, jakby przeczuwając, że wielkie pieniądze lokowane będą w przyszłości głównie w tej branży. Tym sposobem wygrywał z tymi, którzy niczym dinozaury próbowali tradycyjnymi metodami zdobywać wpływy na rynku. Adrian jako jeden z pierwszych zdał sobie sprawę z tego, że nie da się budować imperium wpływów wyłącznie siłą i kijami bejsbolowymi. Co prawda można było, tak jak to dotychczas bywało, zdobywać i łamać opornych siłą, lecz ta metoda miała według Adriana jedną wadę. Prędzej czy później zawsze znajdzie się ktoś silniejszy, kto wygra przewagą i strachem. Dlatego lojalność sędziów, policjantów, polityków, dziennikarzy czy bankierów zdobywał zawsze po indywidualnym rozpoznaniu sprawy, świadom, że nie ma tu metod uniwersalnych. Zadbał także o to, by pieniądze pozyskane z działań przestępczych lokować w legalnie powstających spółkach, których dochody będą trudne do określenia. Powołał w tym celu firmę konsultingowodoradczą, w której stawka godzinowa prawnika była wyceniana na siedemset dolarów. Doradzała ona głównie bankrutującym firmom, które zlecały przed upadłością wewnętrzny audyt. Po kilku tygodniach kontroli spółka ogłaszała upadłość, a ostatnią fakturą, którą płaciła, było rozliczenie się z firmą konsultingową. Bywały momenty, że firma braci obsługiwała miesięcznie po kilkanaście podmiotów gospodarczych, piorąc tym samym grube tysiące dolarów. Pieniądze lokowane na koncie spółek były legalne i mogły być wprowadzane do legalnego obiegu. Bracia kupowali głównie nieruchomości i akcje. Ponadto Adrian odzyskiwał pieniądze, wystawiając w domach aukcyjnych obrazy malowane przez Krajewskiego. Najczęściej były one klasyfikowane jako płótna nieznanego malarza niderlandzkiego z osiemnastego wieku. Licytowali je ci, którzy chcieli przekazać wpłatę na rzecz braci. Podczas aukcji, przez podstawione osoby, windowano ceny licytowanych obrazów do pożądanej kwoty, a gdy ją osiągano, ten, który był winien pieniądze Adrianowi, kupował obraz, płacąc dodatkowo procent dla domu aukcyjnego za pośrednictwo w aukcji. Pieniądze uzyskane z tego rodzaju licytacji trafiały do Adriana czyste i legalne. Przewagą tej metody było to, że żaden urząd skarbowy nie potrafił oszacować obiektu z rynku sztuki, gdyż obraz lub rzeźba jest warta tyle, ile ktoś chce za nią zapłacić.

◊ ◊ ◊

Ludmiła była dziewczyną z Ukrainy, która codziennie przed południem sprzątała podziemne mieszkanie Adriana. Była sprawdzoną i zaufaną osobą, którą bracia przygarnęli po wyciągnięciu z przymusowej pracy w burdelu. Podobnie jak oni, Ludmiła była sierotą. Jej rodzice zginęli na Krymie podczas zamieszek wojennych. Młoda dziewczyna z blond włosami i oczami błękitnymi jak niebo nad Ukrainą została złapana przez żołnierzy, wielokrotnie zgwałcona, a potem przerzucona najpierw do Niemiec, a następnie do Polski, jako żywy towar. Finalnie sprzedano ją za sumę pięciu tysięcy euro. Gdy jeden z informatorów Bernarda doniósł mu, że w jednym z burdeli w mieście dziewczyny są bestialsko bite, ten poprosił, by natychmiast umówiono mu spotkanie z dziewczynami. O dziwo przyszła tylko jedna z maltretowanych, która chciała uciec. Reszcie najwyraźniej nie przeszkadzało to, co się z nimi działo. Pieniądze, które otrzymywały, były widać wystarczającą rekompensatą za strach, cierpienie i upokorzenie. Bernard bez pytania kogokolwiek o zgodę zabrał Ludmiłę i zapłacił lokalnym alfonsom odstępne. Spotkał się też z Teslą, który wtedy jeszcze nadzorował i kontrolował prace domów publicznych, i poinformował go o przejęciu dziewczyny. Tesla nie protestował. Wspominał, co prawda, że kwota za odstępne jest skandalicznie mała, lecz w końcu wyraził zgodę na jej sprzedaż, licząc na to, że Adrian zapamięta ten gest dobrej woli z jego strony. Bernard ulokował Ludmiłę w jednym z licznych mieszkań, które posiadali bracia, i dał jej niewielką sumę pieniędzy. Chciał sprawdzić, w jaki sposób dziewczyna będzie się zachowywać na wolności i czy jest godna zaufania. Po trzech miesiącach przywiózł ją na spotkanie z Adrianem, rekomendując ją jako zaufaną osobę do pracy w posiadłości. Ludmiła nie pytała o nic, była zamknięta w sobie i nieufna, unikała Adriana, bo się go bała. Z czasem wypracowali system wzajemnej izolacji, który odpowiadał obojgu. Ludmiła przychodziła do sklepu co rano o godzinie dziesiątej i schodziła na dół, gdzie były już otwarte drzwi. Adrian w wyciszonym pokoju akustycznym grał wtedy przez godzinę na fortepianie. Dziewczynie wystarczało czasu, by zapakować naczynia do zmywarki, odkurzyć, zmienić pościel i zafoliować kolejną porcję ubrań dla Adriana. Sprzątając, ustawiała wszystko tak, jak zastała, i starała się, by jej obecność była jak najmniej inwazyjna oraz widoczna. Gdy Adrian kończył grać, Ludmiła przygotowywała w kuchni posiłek z produktów dostarczonych ze szklarni i piekarni w ogrodzie. Starała się, by każdy posiłek wyglądał i smakował tak jak dnia poprzedniego. W tej sprawie kontaktowała się z ogrodnikiem i przekazywała mu szczegółowe wytyczne co do warzyw dostarczanych do kuchni. Podobnie kontaktowała się też telefonicznie z minipiekarnią na zapleczu. Pobierała od niej pieczywo i odrzucała to, które nie spełniało wysokich oczekiwań Adriana. Posłuszna poleceniom i wskazówkom Bernarda nawet ubierała się tak, by jej strój był czarno-biały i nie drażnił jego brata.

Po kilku miesiącach codziennej pracy Adrian wyjątkowo wyszedł wcześniej z pokoju, w którym grał na fortepianie. Zaskoczona Ludmiła stała w progu kuchni z białą ścierkę do wycierania kurzu w dłoni, nie wiedząc, co ma zrobić. Po chwili odwróciła się i bez słowa weszła do spiżarni.

– Poczekaj! – zawołał za nią Adrian, wchodząc do kuchni. – Nie bój się, chcę z tobą chwilę porozmawiać.

Ludmiła, unikając wzroku swego przełożonego, odpowiedziała cicho, zwrócona plecami do Adriana:

– Pana brat zabronił mi z panem rozmawiać. Jak się dowie, że się odezwałam, będzie bardzo zły.

Adrian uśmiechnął się kącikiem ust, poprosił, by się odwróciła i wskazał jej dłonią czarne krzesło przy białym blacie.

– Sam go prosiłem, byś ze mną nie rozmawiała – wyjaśnił, gdy usiadła. – Ale dzisiaj chcę zrobić wyjątek, nie obawiaj się.

Ludmiła przycupnęła na brzegu krzesła, niepewnie i strachliwie. Patrzyła w stalowe oczy bladego mężczyzny spod blond grzywki. Jego obyczaje i sposób, w jaki żyje, budziły w niej strach. Instynktownie wyczuwała, że był zdolny do skrajnego okrucieństwa.

– Jesteś zadowolona z pracy u mnie? – spytał, siadając po drugiej stronie stołu i splatając na jego blacie blade, szczupłe dłonie.

Ludmiła nie odpowiedziała, pokiwała tylko zdecydowanie głową.

– Czegoś ci brakuje? Chciałabyś coś zmienić? O coś poprosić?

Dziewczyna, ściskając w dłoni białą szmatkę, tym razem pokręciła głową w geście zaprzeczenia. Po chwili cicho, jakby usprawiedliwiając się, rzekła:

– Chciałam tylko panu podziękować za pracę i za to, że mogę mieszkać obok. Pan Bernard bardzo o mnie dba, daje pieniądze i każe chłopakom, by mnie pilnowali. Nigdy mi tak dobrze w życiu nie było, niczego mi nie brakuje, nikt mnie nie bije, nie maltretuje, mam dużo czasu dla siebie i poza pracą mogę robić, co chcę.

– Masz znajomych, spotykasz się z kimś?

Dziewczyna spojrzała uważnie na Adriana, zastanawiając się, co ma odpowiedzieć. Wiedziała tylko, że nie może kłamać.

– Czasem po pracy spotykam się z pana fryzjerką, Iwoną.

Adrian wstał od stołu, dając znać, że rozmowa jest zakończona. Dziewczyna zerwała się też i stanęła, przyciskając do piersi białą szmatkę.

 

– Dobrze, pracuj dalej, nie przeszkadzam ci już. I nie musisz się mnie bać. Dopóki jesteś lojalna, gwarantuję ci, że nic ci się nie stanie. Zaopiekuję się tobą. Wiesz, co znaczy lojalność?

– Tak, wiem, u nas mówi się podobnie, loyalnist. Wytłumaczył mi to pan Bernard. To, co tu widzę, jest tylko dla mnie, a jakby ktoś wypytywał o to, co tu robię, to sprzątam magazyny firmy. Jak gdziekolwiek powiem coś o tym, co tutaj widzę, to pan Bernard odwiezie mnie z powrotem do Niemiec.

Adrian pokiwał głową i podniósł dłoń na pożegnanie. Spojrzał na zewnętrzny termometr, który wskazywał dwadzieścia jeden stopni. Oznaczało to, że może wyjść alejką na dwór do ogrodu. Za chwilę miał do szklanego pawilonu na zapleczu przyjechać Bernard z rektorem Uniwersytetu Przyrodniczego, który usilnie prosił o spotkanie.

Bernard z gościem pojawili się punktualnie. Tym razem, jako że nie był sam, zajechał od tyłu sklepu, szutrową drogą podjeżdżając pod wysoki mur okalający park. Wielka stalowa brama nie miała uchwytów ani zamka do otwarcia, nie było przy niej nawet dzwonka. Jedynie na rogu przymocowana była wysoko mała, ruchoma kamera. Stanęli samochodem pod wjazdem i po kilku sekundach brama zaczęła się powoli otwierać, ukazując szeroki podjazd ocieniony starymi dębami. Przed nimi widniał budynek przypominający wielką oranżerię, w całości przeszkolony szybami weneckimi skrywającymi jego wnętrze. Z zewnątrz wyglądał jak wielki kiosk obudowany lustrami odbijającymi jaskrawe światło. Drzwi po prawej stronie oranżerii były lekko uchylone. Bernard podszedł do nich i gestem zaprosił gościa, by wszedł z nim do środka. Mężczyzna w garniturze nie krył strachu, widać to było po jego sposobie chodzenia, drżeniu rąk, nadmiernej potliwości. Idąc przez ogród, nerwowo się rozglądał, a na widok ogromnej oranżerii w parku nie potrafił ukryć podziwu. Gdy weszli wspólnie do przeszklonego pomieszczenia, Adrian siedział już przy pustym stole. Nie wstając, przywitał się z gościem lekkim skinięciem głowy. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Bernard zamknął uchylone szklane drzwi i spojrzał na Adriana. Tego ranka mijał rok, odkąd jego brat ostatni raz opuścił podziemną kryjówkę. Zdarzało się, że latem wychodził do ogrodu, jednak zdecydowaną większość czasu spędzał sam w swym podziemnym apartamencie. Był blady i coraz szczuplejszy. Jego głęboko osadzone oczy stały się jeszcze bardziej stalowoszare i zapadnięte. Rektor usiadł przy stole, rozglądając się ciekawie wkoło. Od wewnątrz oranżeria robiła zupełnie inne wrażenie. Lekko przyciemnione szyby wpuszczały sporo światła, jednak w środku nie było zbyt wiele roślin, najbardziej w oczy rzucał się biały stół i krzesła. Pawilon był klimatyzowany i panowała w nim identyczna temperatura i wilgotność jak w podziemnym mieszkaniu. Pod aluminiowanymi przęsłami znajdowały się dyskretnie schowane mikrofony, które nagrywały każdą rozmowę Adriana z gośćmi. Następnie były one archiwizowane w ukrytej serwerowni w sklepie.

– Bardzo dziękuję, że znalazł pan dla mnie czas – zaczął rektor. – Pański brat mówił mi, że tego rodzaju spotkania należą do rzadkości, więc jeszcze raz bardzo dziękuję za możliwość spotkania.

Adrian bez żadnego widocznego grymasu na twarzy odrzekł spokojnie:

– Z czym pan do mnie przychodzi?

Mężczyzna jakby odsapnął, wiedząc, że oficjalną cześć spotkania ma już za sobą.

– Mam bardzo uzdolnioną muzycznie córkę, gra na skrzypcach, dużo ćwiczy, jej marzeniem jest grać w dobrej orkiestrze. Jednak próbujemy już trzeci rok i każde drzwi są przed nią zamknięte. Użyłem wszelkich możliwych środków, by interweniować, prosiłem, wykorzystałem swoje stanowisko, nawet chciałem dyskretnie zapłacić za to, by ją przyjęli do orkiestry. Nic z tego. Pan jest moim jedynym ratunkiem.

Adrian spojrzał na mężczyznę.

– Jedynaczka?

– Słucham?

– Czy ma pan inne dzieci?

Zaskoczony mężczyzna odpowiedział:

– Nie, to moja jedyna pociecha.

– Jeżeli jest tak dobra, jak pan zapewnia, to niemożliwe, by jej nigdzie nie chcieli – zauważył Adrian.

Rektor pokiwał głową z lekkim uśmiechem na twarzy.

– Pan wie najlepiej, że tego rodzaju środowiska są skorumpowane. Nie ma znaczenia, co kto potrafi, tylko układy się liczą. Ja zrobię wszystko, by jej pomóc, dlatego poprosiłem pana brata o spotkanie.

Adrian wstał, podszedł do szklanej tafli okna i po chwili spytał:

– Gdzie według pana powinna grać córka?

– No najbardziej to by chciała w Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia. To jej marzenie.

Adrian spojrzał na brata, który nieznacznie skinął.

– Nic nie mogę panu zagwarantować, ale mój brat odezwie się do pana w przyszły poniedziałek i przekaże termin wstępnego przesłuchania pana córki przez dyrektora orkiestry. Jedyne, co mogę obiecać, to rzetelny konkurs. Jeżeli jest na tyle dobra, by grać w tej orkiestrze, to na pewno będzie tam dla niej miejsce.

– Jest, jest dobra! Bardzo panu dziękuję! – niemal wykrzyknął rektor, wstając od stołu. Po chwili jednak zmitygował się i zapytał: – Ile mnie to będzie kosztować?

Adrian uśmiechną się kącikami ust.

– Na razie nic. Jeżeli będę potrzebował przysługi, zwrócę się do pana w stosownym czasie. Potraktujmy moje wstawiennictwo jako początek naszej lojalnej znajomości.

Rektor wydał się takim postawieniem sprawy nieco zmieszany i zaskoczony, jednak wyciągnął rękę na znak zgody. Adrian, nauczony, jak unikać takich gestów, podniósł prawą dłoń w górę.

– Bardzo panu dziękuję za wizytę. Wszelkie dalsze spotkania odbędzie pan już z moim bratem. Przepraszam, ale nie mogę panu poświęcić więcej czasu.

Po tych słowach odwrócił się w stronę ogrodu i zapatrzył na korony drzew. Bernard dłonią wskazał rektorowi drzwi wyjściowe i odprowadził go do bramy, przy której czekał samochód. Po odjeździe gościa Bernard wrócił do oranżerii. Adrian stał nadal przy szybie i czekał na niego.

– A czego my będziemy oczekiwać od szanownego gościa? – spytał Bernard, nachylając się za stołem, by wyłączyć aparaturę nagrywającą każde spotkanie.

– Dyplomów ukończenia studiów. Nie powiedziałem mu tego na spotkaniu, bo nie chciałem usłyszeć, że to niemożliwe. Przekaż mu, że ma przygotować dokumenty in blanco, opieczętować i zadbać o to, by wskazane przez nas nazwiska znalazły się w archiwum uczelni. I to szybko, bo ma jeszcze tylko dwa lata kadencji na swoim stanowisku. I to mają być legalne dyplomy, a nie takie jak kupione na bazarze czy zrobione przez Krajewskiego. Tak samo z doktoratami.

– Wiesz, że to trudne zadanie? – Bernard skrzywił się.

– Wiem, ale jak nie potrafi tego załatwić, to niech idzie w cholerę razem z córką. Niech panna grywa z Cyganami na dworcu albo po wiejskich weselach.

Bernard pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Jak dotrzemy do orkiestry? – spytał Adrian.

– Przez wojewodę. To on decyduje rokrocznie o wysokości dotacji celowej na orkiestrę. Zawsze może ją zmniejszyć lub zwiększyć, praktycznie bez podania przyczyn.

Adrian pokiwał głową z aprobatą.

– Rozumiem, że mamy coś na wojewodę? – spytał, masując nadgarstki.

– Więcej, niż myślisz. Adrian, ten pomysł z dyspozycyjnymi panienkami był strzałem w dziesiątkę. W ciągu roku zwróciły się nam wszystkie koszty. Warto je było dobrze opłacać i w nie inwestować, miałeś rację.

– Trzeba pomyśleć o nowych. Pamiętaj, że taka praca może być wyłącznie na kilka lat, potem panny trzeba wymieniać. Gdyby jednak wojewoda nie mógł bezpośrednio interweniować, to zgromadź jakieś materiały na dyrektora orkiestry i umów się z nim na spotkanie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?